
Lokalny Senegalski Sprzedawca Koralików na Szczęście. Jak nie kupisz, to ci da za darmo, pod warunkiem, że zapłacisz.
W Lizbonie (port. Lisboa, czytaj Liszboa) najważniejsza jest ulica ze sklepami, powiedziała pani przewodnik z firmy wycieczkowej. Zwłaszcza Prada, Prada, Prada, Prada, dodała, zakładając ciemne okulary aby ukryc błysk obiecanych prowizji w oku. Są też inne atrakcje, kontynuowała, np. Prada. Dla tych, których nie interesują zakupy, dodała sucho, z niesmakiem, mamy zamek, w języku lokalnym castelo (wym. kasztelo), Platformę z Widokiem, tramwaj Stromo Pod Górkę, i może jednak Pradę..?
Więc uciekliśmy natychmiast, wespół wzespół ze świeżo zaprzyjaźnioną parą Holendrów. Zaskakująco łatwo nawiązuje się przyjaźnie z Holendrami, bo: są miłymi ludźmi, mówią świetnie po angielsku, i nie lubią wydawac pieniędzy, w tym na czasochłonne wstępy do obiektów. Z Holendrami można więc włóczyc się po uliczkach z kocimi łbami, robic śmichy-chichy w tramwaju, pokazywac sobie palcem i kupowac na migi plaszczaka z serem i pieczarką. To byli pierwsi Holendrzy w moim życiu z którymi jadłam plaszczaka i pozostaję się w zachwycie.

Lizbona to jest to, co lubię. Wąskie uliczki pod Górę oraz w Dół, na których autobus prawie ociera się o domy; kolory jak widac u góry, architektura śródziemnomorska z wpływami arabskimi (np. kafle). Różnokolorowy pulsujący tłum z wyraźnie zaznaczoną obecnością Afrykanów i południowych Amerykanów przelewa się przez zalane słońcem ulice; Amerykanów Północnych, o dziwo, nie słyszałam w ogóle (nie żebym była jakoś zawiedziona). Podobnie jak Polaków, w co już naprawdę trudno uwierzyc w dzisiejszych czasach. Po raz pierwszy polska mowa usłyszec w busie wiozącym nas na lotnisko Faro w ostatnim dniu pobytu. No, pomyślałam z ulgą, wszystko w porządku. Świat nie stanął na głowie w trakcie mojego urlopu.


Portugalia nie ma ostatnio powodów do dumy narodowej na polu międzynarodowym; kryzys ekonomiczny dotknał ją bardzo mocno i może dlatego tym bardziej podkreśla się tu dokonania przeszłości. Kiedyś przecież ten malutki kraj odkrywał lądy, przemierzał oceany, zagrabiał kolonie i tworzył podstawy współczesnej nawigacji; wszyscy znają takie nazwiska jak Vasco da Gama (pierwsza podróż morska do Indii 1498) czy Ferdynand Magellan (pierwszy opłynął świat w XVIw. Och, och, właśnie przypomnialo mi się, że miałam w podstawówce strasznie fajną facetkę z gery, pozdrawiam serdecznie). A dziś, czy ktoś zna nazwisko prezydenta Portugalii? Jakiekolwiek nazwisko, oprócz Figo, Ronaldo i Eusebio..? No właśnie.
Wielkim odkryciom geograficznym Lizbona zawdzięcza swoje najświetniejsze dni; odpłaca się im poprzez hodowlę pomników.


Jedną z atrakcji miasta jest wspomniany Tramwaj Pod Górkę. Podjazd jest stromy, a Tramwaj żółty; tym niemniej siedzi się w nim normalnie, w poziomie (czy w pionie? pionowym poziomie?) i wcale nie jest tylko dla turystów, ale głównie dla ludności lokalnej. Wygląda o tak:

Całkiem niedaleko jest też platforma widokowa, na którą wjeżdża się zabytkową windą; z platformy roztacza się Widok na miasto i kasztelo (jak się dobrze przyjrzysz, to zobaczysz tam na tej górce). Do kasztelo dotarliśmy autobusem, ale nie było czasu zwiedzac bo byliśmy zajęci zakupem plaszczaków.

A w ogóle, to Lizbona leży sobie nad Atlantykiem i tu go trochę widac, o:

Biorąc pod uwagę, że spędziliśmy w tym mieście tylko 3 godziny, udało nam się całkiem sporo zobaczyc, ale pozostał ogromny niedosyt. Coś jak gdy po tygodniach knucia już już prawie zostac zaproszoną na przejażdzkę wózkiem widłowym boskiego Davida B., wysięg sześc metrów, po magazynie, i nagle usłyszec dzwonek na koniec dniówki. Co zrobic. Ale może uda mi się kiedyś tam wrócic na jakiś długi weekend.

Dobra rada, jak ktoś się wybiera: warto poruszac się dobrze zorganizowanym transportem miejskim. Wszystkie środki transportu, wliczając Tramwaj Stromo pod Górę i windę do Widoku obsługuje karta 7 Colinas, do dostania w informacji turystycznej. Opłaca się, zwłaszcza, jak masz mało czasu, a dużo do zobaczenia. Wiem, że jest też inna karta na wstępy do atrakcji itp. ale nie skorzystałam. Stare miasto nie jest przerażająco rozległe, ale leży na wzgórzach, można się zasapac, a pamiętajmy, że mówimy tu o pełnym słońcu i temperaturach znacznie powyżej średniej europejskiej, a już na pewno walijskiej (cudnie jest, znaczy). A taki tramwaik, proszę, stuk stuk, i kasztelo, stuk stuk, i winda z Widokiem, stuk, i Prada.

Spacerując po Lizbonie nie wiem czemu pomyślałam sobie, że podobnie musi byc na Kubie, coś w powietrzu, w bryzie od oceanu, ta postkolonialna atmosfera, ten inny stary świat; i poczułam ogromną ochotę, żeby się tam wybrac. Życia mi nie starczy na te wszystkie plany. Nie wspominajac już nawet o środkach płatniczych, he he..

Tyle na dziś. Od razu ostrzegam, że następny wpis będzie miał suchy i informatywny charakter; będzie o cud-plażach, kąpielach w ciepłym Atlantyku i zacieśnianiu więzów międzynarodowych ze szczególnym uwzględnieniem gastronomii, browarnictwa oraz holenderskiego papieru toaletowego. Obrigada.
Przydatna stronka: Visit Lisboa