Anna w Walii

Croeso y Gymru

  • Brecon Beacons
  • Pembrokeshire
  • Walia Północna i Snowdonia
  • Walia Południowa i Gower
  • Walia środkowa

Przychodzi Ogryzek do doktora, cz.2

Posted by Anna on 25/01/2012
Kategorie: Co w lokalnej trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość. Tagi: annawwalii, doktor P, ogryzek, przychodzi ogryzek do doktora. 7 uwag

Przychodzi Ogryzek do doktora P. Po raz 6 w obecnym roku pańskim.

Doktor P, uprzejmie: tak, słucham?

Ogryzek: no właśnie ja przyszłem powiedzieć, że nie jest lepiej a nawet jest gorzej.

Doktor P, spoglądając na swój kubek z księżną Catherine: rozumiem.

Wstaje, zdejmuje stetoskop, wymownie przeciąga się strzelając stawami palców i nachylając się nad Ogryzkiem szepce: cóż, wobec tego pozostała nam już tylko kolonoskopia.

 

Bzzzzzt, wróć.

Doktor P, spoglądając na księżną Catherine: rozumiem.

Sięga do szuflady, wyjmuje przewodnik po antybiotykach NHS i wali Ogryzka siedmiokrotnie w głowę oraz trzykrotnie w nerkę lewą.

 

Bzzzzt, wróć.

Doktor P, melancholijnie, unikając wzrokiem księżnej Catherine: proszę spróbować zażywać więcej ruchu, kupić sobie witaminy i ograniczyć palenie.

____________

Mijają 3 tygodnie.

Doktor P, uprzejmie: tak, słucham?

Ogryzek: chciałem powiedzieć, że wczoraj poszłem na spacer jak pan kazał i rozbolała mnie stopa.

 

Share this:

  • Email
  • Facebook

O Vale of Ewyas, koślawym kościółku i heroicznej porażce ku chwale ojczyzny

Posted by Anna on 23/01/2012
Kategorie: Brecon Beacons i Walia środkowa, Trochę kultury, Tuptusia-oblatywacza przewodnik po Walii. Tagi: brecon beacons, co zobaczyć w walii, cwmyoy, kościoły Walii, muzeum w cardiff, patrishow, polacy w cardiff, polacy w walii, wyprawa Scotta, wystawa fotograficzna w Cardiff. 2 uwag

Zapomniałam! Na śmierć zapomniałam i nie pamiętam o czym. Bardzo proszę zainteresowane osoby o maila, w przeciwnym razie, no cóż. Niejasno przeczuwam, że to miało jakiś związek z fotografią. Zapomniałam też, ale to zaraz naprawię, o dwóch małych przytulnych kościółkach w Brecon Beacons; w tej liczbie jednym architektonicznie niezrównoważonym. To coś dla tuptusiów – oblatywaczy sakralnych, ale nie tylko. Jeżeli zaś chodzi o wieści z lokalnego podwórka polonijnego, to też nie pamiętam, ale na pewno coś z zasiłkami, więc w zasadzie tylko się cieszyć.

Przytulne kościółki są na całodzienną wycieczkę, niewyczerpującą a przyjemną i z dala od utartych szlaków, dzięki czemu można się poczuć trochę jak Odkrywca-Eksplorator, np. taki Pan Scott, o którym będzie mowa na końcu, oraz można wstąpić do obiektu sakralnego (otwartego!) za darmo i spędzić w nim samotną chwilkę czy dwie, co fajne jest i lubimy. Gdzie jesteśmy: Brecon Beacons, Góry Czarne (Black Mountains), dolina o wdzięcznej tolkienowskiej nazwie Vale of Ewyas. O, tu już ładnie i w przybliżeniu pokazuje nam nieocenione google:

Na początek wioseczka Patrishow, tyciunie to, niepozorne i trzeba jechać pod górkę, żeby się dostać do kościoła. Trzeba sobie zaparkować nieco poniżej, na prowizorycznym mini parkingu-zakręcie, przy rzeczce o tej:

i potem się rozejrzec dookoła, bo tam w krzakach jest sprytnie ukryte takie coś, zwane tutaj ‘well’, rodzaj studni życzeń, kapliczki, połączenie tradycji chrześcijańskiej z pogańską, twór w którym zasadniczo chodzi o to, żeby za coś podziękować, albo o coś poprosić. Widziałam takich już kilka w Walii; nie znajdziesz ich w większych miastach, gdzie społeczeństwo utraciło nie tylko jakąkolwiek więź z religią, ale i z własnymi celtyckimi korzeniami; ale ‘nawsi’ postęp idzie wolniej. Nie mają biedule tesco.

W intencji lub w podzięce ludzie zostawiają przy studni coś osobistego, co kto ma przy sobie: monetę, sznureczek, coś od dziecka, krzyżyk z patyczków, wstążkę, kolczyk, co bardziej kreatywni zawiązują na gałęzi skarpetę. Se wrzuciłam pieniążek na intencję grubszej gotówki, no i proszę, przedwczoraj znalazłam na ulicy pięć funtów. Zakładam życzliwie związek przyczynowo-skutkowy. Nie będziemy się czepiać, że studnię życzeń w Patrishaw odwiedziłam osiem miesięcy temu. Te sprawy rozwijają się powoli, czasem całe życie, albo i dłużej.

A na wzgórzu, za kamienną bramą, jest już kościół ze stareńką mini kapliczką i oczywiście cmentarzem. Widoki piękne, sielskie (ostatecznie to park narodowy), ludzi wcale, cisza i spokój. Na ścianach kościoła stare freski, 10 przykazań po staroangielsku, kościotrup ku pokrzepieniu serc oraz inne sympatyczne motywy chrześcijańskie. Bardzo to wszystko ładne, szczególnie, kiedy promienie słońca przeciskają się do środka i rozlewają po kamiennych płytach i bielonych ścianach.

 

Druga atrakcja dnia to Cwmyoy (czyt. Kumjoj). Znowu nieduża, uroczo położona wioseczka, ale kościółek, który do niej należy jest dość sławny i odwiedza go nieco więcej turystów. Z daleka wygląda tak:

A w środku tak:

Pierwsze, co rzuca się w oczy, poza sufitem i zielonkawą poświatą to główna atrakcja Cwmyoy: unikatowy koślawy ołtarz, podobno skutek ruchów tektonicznych, czy tam innych kopalnianych, dokładnie już nie pamiętam, które naruszyły strukturę wieży kościelnej; wygląda to uroczo i trzeba się przepychać, bo każdy chce mieć zdjęcie. Kościółek w Cwmyoy ma też kilka atrakcyjnych detali, jak starą pianolę (zakładam, że to pianola, nie  znam się, ale brzmi ładnie, fotka u góry) oraz takie różne, o:

 

No. Tyle turystyki, teraz jeszcze trochę kultury. Właśnie mija sto lat, od kiedy pan kapitan Robert Falcon Scott wyprawił się z Cardiff wraz z czterema innymi panami zdobywać po raz pierwszy biegun południowy. Wyprawa miała charakter naukowy i panowie się nie spieszyli, i może dlatego na biegunie zastali norweską flagę pana Amundsena zatkniętą tam kilka tygodni wcześniej. Ruszyli w drogę powrotną, lecz szczęście im nadal nie sprzyjało i koniec końców wszyscy zginęli na skutek głodu i zimna. Wyprawa nazywana jest jedna z największych brytyjskich heroicznych porażek, i jako dziedziczka wielu heroicznych porażek innego narodu rozumiem dumę z osiągnięcia. Anyway, cały ten wstęp po to, żeby cię rodaku zachęcić do odwiedzenia (darmowej!) wystawy na temat ekspedycji pana Scotta w muzeum w Cardiff. Tu proszę, więcej detali. Sama wystawa jest nieduża, ale ciekawa, zwłaszcza, że wyświetlany jest film nakręcony przez nieszczęsnych podróżników, na którym sobie biegają z pingwinami, wiecznie żywi, wiecznie szczęśliwi.

A legenda mówi, że kiedy już zdali sobie sprawę, że kończy się prowiant i mogą umrzeć jeden po drugim nie doczekając pomocy, kapitan Scott popatrzył na swoją rację żywnościową, na kolegów, z którymi związał się jak z rodziną, i powiedział, że musi ‘wyskoczyć coś załatwić’. I poszedł. Znaleziono go zamarzniętego niedaleko chaty, w której czekali na ratunek.

Taki bohater.

A jedzenia i tak nie wystarczyło.

Share this:

  • Email
  • Facebook

Walk like an Egyptian

Posted by Anna on 10/01/2012
Kategorie: wyprawy poza Walię. Tagi: anna w londynie, british museum, co zobaczyc w londynie, fajerwerki, karl pilkington, mumie i snickersy, nowy rok. 5 uwag

Telewizja nie kłamie! W Londynie naprawdę odpalają fajerwerki na Nowy Rok, sama widziałam. Całe 11 minut fajerwerek. Jest to oferta wiązana, w jej skład wchodzi też 2.5 godz. czekania z Mżawą W Twarz przed i jeszcze ogonek do metra po. Ponieważ metro było tuż za rogiem, policja sprytnie zorganizowała obchód, który obszedł stację dwa razy, zahaczając o Bristol i ostatecznie rozbił się z ulgą na różne perony w niecałe dwie godzinki.

Ale i tak miałam lepiej niż świeżo zapoznana rodzina Holendrów, która miała te wszystkie atrakcje minus fajerwerki, bo tłum wcisnął ich w wieżowiec i podziwiali głównie strukturę płyt betonowych.

W Londynie mają jeszcze British Museum i Dużo Mumii, podprowadzonych z Egiptu oraz innych krajów przyjaźnie eksploatowanych przez Imperium Brytyjskie na przestrzeni stuleci. Po obejrzeniu 75643-ej mumii S. zażądał jakiegoś dramatycznego przełomu w scenerii; no to pojechaliśmy do Harrodsa. Wyprzedaże mają, co nie, podobno można kupic torebkę z aligatora jedynie za roczną pensję średniego szczebla pracownika budżetówki. I co? Wchodzimy, a tam plastikowe piramidy i wielki sfinks z twarzą Mohammada Al Fayeda (takiego dzianego gościa z Egiptu, jak ktoś nie wie, właściciela Harrodsa, ojca Dodiego, tego, co zginął z Dianą). Klątwa jakaś, czy co? I teraz nie wiem, skoczyc do Lidla po mrożone snickersy, czy nie skoczyc?

Przypomniało mi się w temacie, jak Karl Pilkington targował się w Egipcie z lokalnym Sprzedawcą Suwenirów względem nabycia rzeźby Sfinksa. Trzeba oddac Lokalnemu Sprzedawcy sprawiedliwośc – zdołał zachowac kamienną twarz w obliczu żądania obniżki ceny rzeźby z powodu uszkodzonego nosa. Błogosławieni ubodzy na umyśle, albowiem ich będzie coś, nie wiem co, ale coś na pewno. W każdym razie nie mój sześciopak mrożonych snickersów.

Acha, w  Harrodsie mają jeszcze kaplicę poświęconą Dianie i Dodiemu, o proszę:

Zdjęcia trzaśnięte telefonem, wiec jakośc jest sprawą drugorzędną.

Plany na Nowy Rok? Zostac blogiem tysiąclecia na onecie. Przeczytac jakąś książkę. Zrobic karierę. Natrzaskac keszu. Nie jeśc snickersów. Zaprzyjaźnic się z Paris Hilton. Przestac chrzanic od rzeczy. Czyli to samo, generalnie. I już, kurde.

Niejako w temacie, z płytoteki red. Jakubka: fajne laski

.

Share this:

  • Email
  • Facebook

hu hu ha ha ha

Posted by Anna on 18/12/2011
Kategorie: Co w lokalnej trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość. Tagi: anna w walii, red. Jakubek, Rudy, wesołych świąt, zima w walii. 6 uwag

Zima w T. jaka jest, każdy widzi. Otępiały red. Jakubek całymi dniami przygląda się z okna jak Rudy przegania sikory z karmnika. Red. Jakubek spędził ostatnio sześc godzin w pobliskim centrum handlowym bo zapomniał kluczy od domu i to doświadczenie zupełnie go wyczerpało tak fizycznie jak i na umyśle. Nie jest więc w stanie wykazac się żadnym skoordynowanym ciągiem myślowym; z rzadka jeno upiecze muffina z jagodą i czeka na Jakąś Odmianę.

Zauważa mimochodem, że to już prawie sześc lat na tej emigracji i że okno brudne. Umyłby, ale mu się nie chce.  Sąsiedzi, z którymi nigdy nie zamienił słowa wrzucają mu kartki świateczne przez Dziurę w Drzwiach. To miłe, mówi, ale bez przekonania. Rudy wisi na słoninie i trzepie skrzydłami jak przerośnięty koliber. Zdanie o‘jakietoładne przebija się z trudem do mózgu red. przez skorupkę marazmu.

Lecz już za dwa tygodnie w życie red. wpadnie nareszcie Świeży Powiew. Red. jedzie bowiem witac kolejny nowy rok  do Londynu, miasta, w którym wszyscy dokąś biegną, ulice błyszczą od reklam i mówi się 2873 językami. I są mu-ze-a. Życie kulturalne red. kwitnie jak syberyjska tundra zimą; i teraz nie może się, niebożątko, zdecydowac, które muzeum odwiedzic, tyle tego dobra; lęka się też, czy będzie się jeszcze umiał Właściwie Zachowac i sprawiac odpowiednio Kulturalne Wrażenie na groźnie wyglądających paniach kustoszach.

Tymczasem, w imieniu swoim, red. Jakubka oraz Rudego życzę wszystkim miłym osobom, które tu zaglądają, oraz tobie zbłąkany wędrowcze, który trafiłeś na tego bloga wpisując w google taga „leczenie platfósa” wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku. Nadolig Llawen, jak mówią w języku tubylczym.

Share this:

  • Email
  • Facebook

o pieczeniu muffina, Afan Argoed i pożytku z wii sport

Posted by Anna on 03/12/2011
Kategorie: Tuptusia-oblatywacza przewodnik po Walii, Walia Południowa. Tagi: afan argoed, afan forest park, anna w lesie, co zobaczyc w maesteg, spacery w południowej walii, trasy dla rowerów górskich w walii. 11 uwag

Nie jest źle. Na 10 czekoladowych mufinów (z dżemem truskawkowym) tylko jeden przywarł na amen. I proszę mnie nie atakowac pytaniami, jak to możliwe, że z dwunastu dziur w blaszce wyszło dziesięc mufinów, bo nic nie mogę za to, że mam patologiczną potrzebę wyżerania surowego ciasta z makutry. Winię rodziców.

Anyway. W pociągu z pracy zwykle jest fajnie, można grac na komórce, obcykiwac towary z Maesteg i zapomniec wysiąśc na swojej stacji (dwa razy). A także zawiązywac przyjaźń z gadatliwym Kevynem, chcąc niechcąc. Przyjaźń z gadatliwym Kevynem, chcąc niechcąc, zawiązuje się oczekując na pociąg spóźniony 43 minuty. Gada się więc, chcąc niechcąc, o tym i owym, w tej liczbie o wspólnej miłości do spacerów, które Kevyn odbywa najchętniej w nieznanym mi wcześniej miejscu o nazwie Afan Forest Park.

AFP znajduje się 10 minut jazdy samochodem od centrum Maesteg, miasta ludzi o szczególnym akcencie. Konkretnie tutaj:

Afan Forest Park składa się z 14 ścieżek spacerowych różnej trudności, pewnej ilości tras dla spokojnych, niewadzących nikomu rowerzystów rodzinnych, oraz kilku tras dla rozszalałych cyklistów górskich ekstremalnych -  z czego podobno miejsce to słynie na cały kraj. Ja nie jestem cyklistą ekstremalną, ale czerpię ekstremalną satysfakcję z patrzenia jak inni się męczą.

No więc, w Afan Forest Park można sobie iśc na spacer przez las:

Można przejrzec się w kałuży, jak ktoś ma potrzebę:

Przejśc przez most nad rwącą rzeką:

Znaleźc sobie kijek, który ma pomóc we włażeniu pod górę, ale nie pomaga:

Ewentualnie pokontemplowac strugi deszczu siedząc sobie pod dachem byłej stacji kolejowej:

Romantycznie zwandalizowac własnośc państwową:

Albo rzucic okiem na dwustuletni zabytek przemysłu wydobywczego:

Można też ucieszyc się, że Afan Forest Park posiada swoje centrum informacji turystycznej z kafeją, w której można wypic herbatkę, zjeśc ciacho, nabyc magnes na lodówkę, wysikac się oraz zwiedzic mini muzeum górnictwa, jak już naprawdę nie ma nic lepszego do roboty. Acha, parking przy centrum kosztuje 3.25 za cały dzień. Nie patrz tak, też nie wiem skąd im się wzięło to niedorzeczne 5.

Opcjonalnie, zwłaszcza przy podłej pogodzie, można olac spacery, zostac w domu i dalej probowac upiec mufina kongenialnego ku czci Bree van de Kamp.

Jeśli zaś chodzi o pożytki z wii sport, to podejrzewam, że sąsiadka zza ściany może śmiało powiedziec, że polskie przekleństwa ma już przyswojone. NIENAWIDZĘ ping ponga kiedy nie wygrywam, czyli właściwie hm nieustannie. Wciąż nie mogę uwierzyc, jak bardzo potrafi mnie to wyprowadzic z równowagi. Ale przynajmniej przy tym się nieźle rozgrzewam, co jest bezcenne, gdyż, jak wykazały ostatnie badania, co czwarty dom w Walii jest mocno niedogrzany z powodu zbyt wysokich cen prądu i gazu. Że niby które to mamy to stulecie jeszcze raz..?

Share this:

  • Email
  • Facebook

dzień dobry, szukam polenty

Posted by Anna on 15/11/2011
Kategorie: Co w lokalnej trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość. Tagi: annawwalii, o pożytkach z grzyba, polenta, red. Jakubek. 12 uwag

Jednym z ulubionych zajęc red. Jakubka jest przeglądanie książek kucharskich ilustrowanych. Nieilustrowane go zupełnie nie interesują, gdyż red. jest estetą i jako taki lubi pożerac wzrokiem. Przetrząsnowszy ostatnio kuchenne szafki na okolicznośc podejrzanego zapaszku odkrył, że posiadamy (musiec jakaś klątwa) Grzybki. Red. trochę się zdenerwował, pokąsany wspomnieniem zmasowanego ataku komara towarzyszącego zbieraniu Grzybków w podszczecińskich lasach dwa lata temu, ale zaraz się otrząsnął, odrzucił demony przeszłości i postanowił podejśc do znaleziska w sposób profesjonalny.

Na zdjęciu poniżej: co jeszcze można znaleźc w podszczecińskich lasach (związek przyczynowo-skutkowy z Grzybkami i komarami możliwy acz niedowiedziony):

Wracając do rzeczy. Otworzywszy na chybił trafił ‘kuchnię włoską’ red. natrafił na kunsztownie ilustowany przepis na ‘polentę serową z grzybami’. Skonsultowaszy składniki z wikipedią udał się do Lidla, jedynego sklepu w naszej dziurze,  na poszukiwanie polenty. Dla tych, którzy jak red. nie do końca czają, polenta to rodzaj kaszki manny o prowieniencji włoskiej, którą się gotuje aż stwardnieje i potem np. griluje, albo wspomaga serkiem albo czymkolwiek innym; ma to teksturę ziarnistą, smak nijaki, i służy jako substytut dla tradycyjnego ziemnioka w funkcji puree.

Wchodzi red. do Lidla. Bezskutecznie przegląda wszystkie półki, te z ciachami dwa razy, wreszcie udaje się do Obsługi Kasy.

- Dzień dobry, szukam polenty.

Obsługa Kasy:

- Dzień dobry, niestety dzisiaj ma wolne.

Chwila konsternacji. Radaktor skupia się na prawidłowej wymowie i walijskim akcencie na właściwych sylabach.

- polenta, takie jedzenie, rodzaj kaszy, kasza, kaszka manna, no wiesz, żółtawe, ziarenka, tycie takie.. – brnie red.

- zagraniczne? – marszczy podejrzliwie brew Obsługa.

- to możliwe – odpowiada red. zachowawczo z niejasnym poczuciem winy.

- nie ma – kategorycznie kończy negocjacje Obsługa – next!

Każdy inny red. poddałby się zapewne wobec takich jawnych przeciwności losu, ale red. Jakubek przypomniał sobie, że w sąsiedniej dziurze nie tylko mają delikatesy, ale prowadzi je zagraniczna rodzina o azjatyckiej prowieniencji. Powinni się znac na zagranicznym jedzeniu.

Wchodzi red. do delikatesów. Bezskutecznie przegląda wszystkie półki, te z ciachami dwa razy, wreszcie udaje się do Obsługi Kasy.

- Dzień dobry, szukam polenty.

Obsługa Kasy:

- Tam w rogu, o tam.

Red. biegnie, cały szczęśliwy, dopada półki. Podniecenie uchodzi z niego jak powietrze z dziurawego pontonu.

- to puree ziemniaczane – mówi smętnie

- no! – cieszy się Obsługa.

- nie chcę puree, szukam polenty. Takie jedzenie, rodzaj kaszy, kasza, kaszka manna, no wiesz, żółtawe, ziarenka, tycie takie.. – brnie red.

- zagraniczne? – marszczy podejrzliwie brew Obsługa.

- skądże? – ostrożnie zapewnia red. adaptując się błyskawicznie do rozwoju sytuacji.

- to nie ma.

——–

A żeby był jakiś pożytek z tego wpisu, oprócz nie do końca jasnych wniosków socjologicznych, oto rada red. Jakubka co zrobic z Grzybkami jak akurat nie ma pod ręką świąt i żeby się za bardzo nie nagotowac.

Po uzbieraniu, ususzeniu i przypadkowym odkryciu w szafce po dwóch latach leżakowania, Grzybki należy chwilkę namoczyc. Na patelni rozpuścic masełko. Przez praseczkę przepuścic czosneczek. Nie wiem, dlaczego ludzie zawsze tak durnie zdrabniają jak mówią o jedzonku. Dorzucic kilka świeżych listeczków szałwi. Następnie Grzybki. Sól i pieprz. Kilka minut smażyc. Utopic w szklance wytrawnego wermutu. Następne 5-7 min. Wszystko razem spędza na patelni jakieś 10-12 min. Nie zawracac sobie ani Obsłudze Kasy głowy z polentami. Wylac na jeszcze gorący makaron. Posypac serkiem. Zakiziac. Gotowe. Zjeśc natychmiast, lecz nie nadmiernie łapczywie.

Ach, ach, wordpress, bless them, umieścił mnie na 47 miejscu w setce ‘growing polish blogs’.  Podejrzewamy z red. że chodzi  o długośc wpisów.

Share this:

  • Email
  • Facebook

to był dobry dzień

Posted by Anna on 12/11/2011
Kategorie: Brecon Beacons i Walia środkowa, góry, parki narodowe, Tuptusia-oblatywacza przewodnik po Walii. Tagi: annawwalii, park narodowy Brecon Beacons, walijskie parki narodowe, ścieżki w Brecon Beacons. 20 uwag

Piszę, bo dzisiaj był dobry dzień i chciałabym sobie go zapamiętac. Świeciło słońce (!), było ciepło i pojechałam w góry. Górki. Pagórki. Czyli znowu Brecon Beacons, gdzie można oddychac przestrzenią i cieszyc oko widokami. Dzisiaj mi się trochę przypomniało, że lubię Walię, i że czasem daje się życ w tej Krainie Deszczowców; chociaż wskaźniki, statystyki oraz prognozy często temu przeczą.

Zapraszam wszystkich z okolicy na jesienny relaks aktywny dla podładowania akumulatorów. Nie będzie ani ciężko, ani szczególnie pod górkę. Ale będzie ładnie. I cicho. Park narodowy Brecon Beacons jest obecnie moją ulubionym miejscem spacerowym; jest rozległy i zróżnicowany, i mieści w sobie góry, szlaki na każdą kondycję, dzikie pustkowia, wodospady, koślawe kościółki, rwące rzeki, ciacha z kremem w centrach informacji turystycznej i dużo innych rzeczy. Kto ma ochotę poczytac więcej, niech sobie zerknie na kategorię Brecon Beacons i Walia środkowa, dużo już pisałam o tej okolicy. Według mnie jest warta każdych pieniędzy wydanych na dojazd (czasem parking, i zazwyczaj ciacho).

Gdzie dokładnie jesteśmy: miejscowośc nazywa się Libanus i znajduje się o kilka mil od Brecon. Należy się kierowac na National Park Visitor Centre. Parking kosztuje 2.00 za 2 godziny albo 2.50 za cały dzień. Za parkingiem rozchodzi się w różnych kierunkach kilka ścieżek; dobry górski but to podstawa, a i kalosz nie hańba, bo bywa mokro.

A jak już się utrudzisz tym aktywnym relaksowaniem, to wróc do centrum, usiądź przy kawiarnianym stoliku i pozwól sobie na małe conieco:

Np. cream tea:

Albo ciasto marchewkowe do spółki z ptaszorem:

Ceny w kawiarni są nieco powyżej przeciętnych, ale ostatecznie każdy grosz idzie na utrzymanie centrum oraz parku i skoro całe to krajobrazowe dobro jest dla nas za darmo, to chyba możemy od czasu do czasu wypic herbatkę za 1.50 lub kawkę za 1.60.

A potem możesz sobie znowu pójśc np. w drugą stronę, albo jeszcze raz w tą samą. I znowu wrócic na herbatę. Prawda, że brzmi całkiem do rzeczy..?

Wspominałam, że to był dobry dzień? No.

I jeszcze chciałam zapytac, dlaczego prawie nikt nic nie pisze? Co ja mam, kurde, czytac? Do roboty, towarzysze. 5 czy 6 blogów wysycha w sieci na wiór. Dawac mi te okruchy dni, karmic mnie.

Share this:

  • Email
  • Facebook

o jesiennej zadumie, uprawie grzybów i Forest of Dean

Posted by Anna on 01/11/2011
Kategorie: Tuptusia-oblatywacza przewodnik po Walii, Uncategorized, wyprawy poza Walię. Tagi: 600m do lidla, anna w lesie, forest of dean anglia, hodowla grzybów, ogryzek i dr P.. 4 uwag

Po pierwsze, w bucie zimowym lewym odkryłam Grzyba. Wygląda na to, że mu się tam spodobało, bo postanowił osiąśc i sprowadzic rodzinę. Jak dotąd skolonizowali sandałek bez palca, buty do wędrówek prawie górskich na bardzo krótkie dystanse oraz pół kalosza w zeberkę. FASCYNUJĄCE.

Po drugie, na znak protestu przeciwko uciskowi struktur rządowych red. Jakubek wypalił ostatnio na przystanku autobusowym w T. półfajki . Kto żyje w UK wie, jakiej szaleńczej odwagi wymaga takie jawne złamanie prawa w tym kraju, i jak wielkie ponosi się ryzyko wydmuchując szyderczo dym prosto w twarz nalepki o kategorycznym zakazie palenia. OK, było już dawno po zmroku, wszyscy spali a red. miał na głowie kaptur po kolana, ale liczy się już sama intencja. Nie będzie (tu wstawic kto) pluł nam w twarz.

Poza tym red. jest niepocieszony, bo Ogryzek już nie będzie odwiedzał doktora P., bo dostał kupę kasy w spadku, natychmiast ozdrowiał, kupił wielką chatę na Podbeskidziu i zjeżdża do kraju czerpac zyski z agroturystyki i rolowania ZUSu. Życie red. będzie uboższe. Pod każdym względem. Spowodowało to u niego jesienną zadumę.

A poza  tym co, poza tym, to w Walii nie ma dużo lasów, a te co są, to są jakieś kaprawe. Kiedyś były duże i fajne, ale zjadł je Przemysł. A teraz nie ma już ani Przemysłu, ani lasów. Za to Anglia nadal ma jedno i drugie. Np. taki las zwany Forest of Dean rozpołożony w dolinie rzeki Severn (tej od mostu) i rzeki Wye (tej od Ross-on-Wye, Hay-on-Wye i innych) na granicy z Walią.  Przy okazji szybki konkurs: kto zna najdłuższą rzekę Wielkiej Brytanii? Nikt? Spoko, ja też nie. W każdym razie, teraz jest najlepszy czas na spacery po Forest of Dean; jest tam żółto i czerwono, a na parkingach mają budy z hot dogami i herbatą parzoną z torebek wielkrotnego zaparzu.

Na koniec dowcip tygodnia: bywszy zielonym z zazdrości względem gadżetów posiadanych przez Świeżo Zaprzyjaźnionych Holendrów, S. nabył drogą kupna nawigację satelitarną tomtom i niezwłocznie nastawił ją próbnie na drogę do Lidla (600m od domu). I co?! HA! HAHA! Zadziałało.

Całuski.

Share this:

  • Email
  • Facebook

obrazki z Algarve

Posted by Anna on 24/10/2011
Kategorie: wyprawy poza Walię. Tagi: Anna w Portugalii, kradnąc pomarańcze, przyjaźn polsko-walijsko-holenderska, wakacje w Algarve, zwiedzanie Portugalii. 5 uwag

A co tam, panie, w Algarve?

Słońce, dużo słońca. Atlantyk, miejscami szmaragdowy. Skałki w Atlantyku, w które jak się uderzy dużym palcem od nogi to on się rozpęka na pół, i broczy się krwią przyciągając rekiny (popularna atrakcja turystyczna ostatnio). Biały piasek,  brunatnawe klify, zgrilowane ciała. Sardynki wielkości słoni. Sok pomarańczowy o smaku soku pomarańczowego. Spalone słońcem gaje oliwno-migdałowe, w których samochody szukają schronienia przed skwarem:

a strudzeni podróżnicy posilają się własnoręcznie rozłupanymi  migdałami. Rozłupuje się sprytnie przy użyciu wszelkich dostępnych narzędzi, co pozwala na odkrycie w sobie głębokiej więzi z dalekimi przodkami:

Na wzgórzach królują blokowiska tanich mieszkań komunalnych:

Tubylcy są zawsze przyjaźnie nastawieni i otwarci na kontakt

Wołowina ma kolor niespotykany w innych częściach Unii

Co wzbudza zrozumiałe zainteresowanie w typowo rolniczo zorientowanych narodach, takich jak polski i holenderski:

Tu i ówdzie przemknie Pan na Motorku, pędząc tam, dokąd zwykle pędzą Panowie na Motorkach..

.. oby nie na cmyntorz, chociaż koniec końców, wszystkie drogi ostatecznie tam właśnie prowadzą:

Można popatrzeć na ładne budynki:

Alternatywnie skorzystać z okazji i skontrolować geopołożenie kiecki:

Złośliwie dorzucić ulotek z Lidla do skrzynek:

Na mostach można spotkać społeczność lokalną, w pocie czoła rujnującą produkt krajowy brutto poprzez aktywne nicnierobienie:

Jak człowiek spragniony, to prawie zawsze można się wszędzie czegoś napić:

Można iść do muzeum sztuki współczesnej sprytnie zakamuflowanego jako stara rudera, żeby przypadkiem za wiele osób do niego nie trafiło (nie z nami te numery), i krzyczeć do siebie przez tuby po holendersku:

Obcykać okazje na lokalnym rynku nieruchomości:

Se zatankować na mikrostacji benzynowej:

Za drobne cołaska można się przejechać motorówką wzdłuż wybrzeża (i nawet wpłynąć do jaskiń, ale to już za znacznie większą cołaskę):

.. i czuć się tam przez moment absolutnie szczęśliwie:

A wieczorem spacerować po plaży i złośliwie wylegiwać się za darmo na leżakach, za które w dzień chcą fortunę:

Można też, a nawet trzeba, grzebać w oceanie i znajdować afrykańskie muszle wielkie jak melony:

Na wakacjach w Portugalii można też: plumkać się w basenie, pić mrożoną herbatę przez słomkę, natrząsać się z sąsiadów, którym ukradli węgiel do grilla, denerwować się na psy szczekające codziennie o piątej rano, pić mikroskopijne espresso, bić komara, patrzeć w lewo na drzewo korkowe i w prawo na castelo, jak pani przewodnik karze, unikać piri piri jak nomen omen ognia, obryzgiwać radośnie motorówką cizie na rowerkach wodnych, kraść pomarańcze z sadu, dyskutować z Holendrami na temat ostatnich skandali w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, wspierając argumentację szklaneczką porto, a na koniec jeszcze dostać holenderski prezent na pamiątkę:

Nie mogło być lepiej. Mogło być dłużej, ale co zrobić. Dodatkowym bonusem był przedsmak mojego przyszłorocznego Maroka, które już prawie, prawie było widać po drugiej stronie cieśniny Gibraltarskiej; w każdym razie było czuć, coś w powietrzu, w słońcu, nawet w ludziach; coś na co czekam już z utęsknieniem.

Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć więcej o miejscu w którym mieszkaliśmy, a które z czystym sumieniem polecam (tanio, sympatyczne, spokojne, niedaleko do plaży i niedaleko od Faro) to tu sobie można obejrzeć i poczytać recenzje, w tym moją. Z dobrych rad: warto wypożyczyć samochód, chyba, że absolutnie, ale to absolutnie nie interesuje cię nic poza słońcem i plażą. Ja na pewno nie będę tą, która rzuci w ciebie kamieniem krajoznawczego potępienia.

A poza tym, to jak zwykle leje, panie. Back to square one, jak mówią tubylcy.

Share this:

  • Email
  • Facebook

Anna em Lisboa

Posted by Anna on 16/10/2011
Kategorie: wyprawy poza Walię. Tagi: anna w lizbonie, ciekawe miejsca w Portugalii, pionowo w poziomie, przyjaźn polsko-walijsko-holenderska, zwiedzanie Lizbony. 14 uwag

Lokalny Senegalski Sprzedawca Koralików na Szczęście. Jak nie kupisz, to ci da za darmo, pod warunkiem, że zapłacisz.

W Lizbonie (port. Lisboa, czytaj Liszboa) najważniejsza jest ulica ze sklepami, powiedziała pani przewodnik z firmy wycieczkowej. Zwłaszcza Prada, Prada, Prada, Prada, dodała, zakładając ciemne okulary aby ukryc błysk obiecanych prowizji w oku. Są też inne atrakcje, kontynuowała, np. Prada. Dla tych, których nie interesują zakupy, dodała sucho, z niesmakiem, mamy zamek, w języku lokalnym castelo (wym. kasztelo), Platformę z Widokiem, tramwaj Stromo Pod Górkę, i może jednak Pradę..?

Więc uciekliśmy natychmiast, wespół wzespół ze świeżo zaprzyjaźnioną parą Holendrów. Zaskakująco łatwo nawiązuje się przyjaźnie z Holendrami, bo: są miłymi ludźmi, mówią świetnie po angielsku, i nie lubią wydawac pieniędzy, w tym na czasochłonne wstępy do obiektów.  Z Holendrami można więc włóczyc się po uliczkach z kocimi łbami, robic śmichy-chichy w tramwaju, pokazywac sobie palcem i kupowac na migi plaszczaka z serem i pieczarką. To byli pierwsi Holendrzy w moim życiu z którymi jadłam plaszczaka i pozostaję się w zachwycie.

Lizbona to jest to, co lubię. Wąskie uliczki pod Górę oraz w Dół, na których autobus prawie ociera się o domy; kolory jak widac u góry, architektura śródziemnomorska z wpływami arabskimi (np. kafle). Różnokolorowy pulsujący tłum z wyraźnie zaznaczoną obecnością  Afrykanów i południowych Amerykanów przelewa się przez zalane słońcem ulice; Amerykanów Północnych, o dziwo, nie słyszałam w ogóle (nie żebym była jakoś zawiedziona). Podobnie jak Polaków, w co już naprawdę trudno uwierzyc w dzisiejszych czasach. Po raz pierwszy polska mowa usłyszec w busie wiozącym nas na lotnisko Faro w ostatnim dniu pobytu. No, pomyślałam z ulgą, wszystko w porządku. Świat nie stanął na głowie w trakcie mojego urlopu.

Portugalia nie ma ostatnio powodów do dumy narodowej na polu międzynarodowym; kryzys ekonomiczny dotknał ją bardzo mocno i może dlatego tym bardziej podkreśla się tu dokonania przeszłości. Kiedyś przecież ten malutki kraj odkrywał lądy, przemierzał oceany, zagrabiał kolonie i tworzył podstawy współczesnej nawigacji; wszyscy znają takie nazwiska jak Vasco da Gama (pierwsza podróż morska do Indii 1498) czy Ferdynand Magellan (pierwszy opłynął świat w XVIw. Och, och, właśnie przypomnialo mi się, że miałam w podstawówce strasznie fajną facetkę z gery, pozdrawiam serdecznie). A dziś, czy ktoś zna nazwisko prezydenta Portugalii? Jakiekolwiek nazwisko, oprócz Figo, Ronaldo i Eusebio..? No właśnie.

Wielkim odkryciom geograficznym Lizbona zawdzięcza swoje najświetniejsze dni;  odpłaca się im poprzez hodowlę pomników.



Jedną z atrakcji miasta jest wspomniany Tramwaj Pod Górkę. Podjazd jest stromy, a Tramwaj żółty; tym niemniej siedzi się w nim normalnie, w poziomie (czy w pionie? pionowym poziomie?) i wcale nie jest tylko dla turystów, ale głównie dla ludności lokalnej. Wygląda o tak:

Całkiem niedaleko jest też platforma widokowa, na którą wjeżdża się zabytkową windą; z platformy roztacza się Widok na miasto i kasztelo (jak się dobrze przyjrzysz, to zobaczysz tam na tej górce). Do kasztelo dotarliśmy autobusem, ale nie było czasu zwiedzac bo byliśmy zajęci zakupem plaszczaków.

A  w ogóle, to Lizbona leży sobie nad Atlantykiem i tu go trochę widac, o:

Biorąc pod uwagę, że spędziliśmy w tym mieście tylko 3 godziny, udało nam się całkiem sporo zobaczyc, ale pozostał ogromny niedosyt. Coś jak gdy po tygodniach knucia już już prawie zostac zaproszoną na przejażdzkę wózkiem widłowym boskiego Davida B., wysięg sześc metrów, po magazynie, i nagle usłyszec dzwonek na koniec dniówki. Co zrobic. Ale może uda mi się kiedyś tam wrócic na jakiś długi weekend.

Dobra rada, jak ktoś się wybiera: warto poruszac się dobrze zorganizowanym transportem miejskim. Wszystkie środki transportu, wliczając Tramwaj Stromo pod Górę i windę do Widoku obsługuje karta 7 Colinas, do dostania w informacji turystycznej. Opłaca się, zwłaszcza, jak masz mało czasu, a dużo do zobaczenia. Wiem, że jest też inna karta na wstępy do atrakcji itp. ale nie skorzystałam. Stare miasto nie jest przerażająco rozległe, ale leży na wzgórzach, można się zasapac, a pamiętajmy, że mówimy tu o pełnym słońcu i temperaturach znacznie powyżej średniej europejskiej, a już na pewno walijskiej (cudnie jest, znaczy). A taki tramwaik, proszę, stuk stuk, i kasztelo, stuk stuk, i winda z Widokiem, stuk, i Prada.

Spacerując po Lizbonie nie wiem czemu pomyślałam sobie, że podobnie musi byc na Kubie, coś w powietrzu, w bryzie od oceanu, ta postkolonialna atmosfera, ten inny stary świat; i poczułam ogromną ochotę, żeby się tam wybrac. Życia mi nie starczy na te wszystkie plany. Nie wspominajac już nawet o środkach płatniczych, he he..

Tyle na dziś. Od razu ostrzegam, że następny wpis będzie miał suchy i informatywny charakter; będzie o cud-plażach, kąpielach w ciepłym Atlantyku i zacieśnianiu więzów międzynarodowych ze szczególnym uwzględnieniem gastronomii, browarnictwa oraz holenderskiego papieru toaletowego. Obrigada.

Przydatna stronka: Visit Lisboa



Share this:

  • Email
  • Facebook

Nawigacja po wpisach

← Starsze wpisy
  • Subiektywny autoryzowany przewodnik po Walii i nie tylko, ku pożytkowi ogólnemu lub żadnemu tudzież dla mojej rozrywki.

    Dla rozeznania co w menu podróżniczym, najlepiej przeglądnij kategorie poniżej. Jeśli skorzytasz, zostaw ślad, będzie mi prawdopodobnie miło; jestem szeroko otwarta na opinie, zwłaszcza zgodne z moimi.
    Zawarte w blogu fotki (z dwoma wyjątkami) są moje, my own, my preciousss i są chronione prawem autorskim, amen.
    All images are copyrighted to me (unless stated otherwise). Using any of them without my written permission is a breach of copyright low.

    Kliknij, to nic nie kosztuje:
    PustaMiska - akcja charytatywna
  • kategorie, znaczy mniej więcej o czym to jest

    Brecon Beacons i Walia środkowa Co w lokalnej trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość góry ogrody parki narodowe plaże walii Polityka i takie tam Trochę kultury Tuptusia-oblatywacza przewodnik po Walii Uncategorized walia Walia Południowa Walia północna Walia zachodnia Wodospady Walii wyprawy poza Walię
  • Najczęściej czytane

    • Brecon Beacons
    • Przychodzi Ogryzek do doktora, cz.2
    • Walia Południowa i Gower
    • Walia Północna i Snowdonia
    • O wodospadach, rewolucji przemysłowej i świńskiej grypie
    • Walia środkowa
    • Pembrokeshire
    • o wyprawie na północ, włoskim kiczu w walijskim deszczu i Małej Polsce
  • Najnowsze komentarze

    • Anna o Przychodzi Ogryzek do doktora, cz.2
    • Anna o Przychodzi Ogryzek do doktora, cz.2
    • Elle o Przychodzi Ogryzek do doktora, cz.2
    • papuas o Przychodzi Ogryzek do doktora, cz.2
  • Archiwa

  • szukaj w blogu

  • Strony

    • Brecon Beacons
    • Pembrokeshire
    • Walia Północna i Snowdonia
    • Walia Południowa i Gower
    • Walia środkowa
  • Join 12 other followers

  • Flickr / foty

    cwmyoy

    soph, 2

    - 5



    More Photos
  • czytuję

    • 27b/6
    • Alyn in Nepal
    • bardal
    • bartusiowo
    • Charlie the librarian
    • futrzak
    • kapselki w brukselce
    • ludzik
    • Mirmiłowo
    • Pinezka w Pradze
    • polka w walii
    • Stephen Fry
    • tylko spokojnie
  • fotografia

    • Bartosz Sobanek
    • gosia janik
    • Krzysztof Ligęza
    • Maciek Dakowicz
  • przydatne

    • A może szukasz fotografa?
    • CADW
    • jobcentreplus
    • Muzeum narodowe w Cardiff
    • Old Bridgend
    • The Independent
    • trip advisor
    • Welsh Icons – serwis poświęcony Walii w języku ang.
    • z. Icons – co warto zobaczyć w Anglii po ang.
  • Blog Stats

    • 34,844 hits
Blog na WordPress.com. Theme: Parament by Automattic.
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Silnik: WordPress.com
loading Anuluj
Post was not sent - check your email addresses!
Email check failed, please try again
Sorry, your blog cannot share posts by email.