Anna w Walii

02/01/2010

crappy new year!

Zaszufladkowany do: Co w trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość — Anna w Walii @ 9:48 pm
Tags: , , ,

Postanowienie noworoczne: zostać najlepszą rumuńską przyjaciółką paris hilton.

Budujący fakt faktyczny z prasy lokalnej: kilka miesięcy temu parlament walijski (dla wtajemniczonych Welsh Assembly) przyznał bezrobotnej parze mieszkańców B. grant w wysokości 4,5 tysięca funtów na rozwój prywatnej inicjatywy. Inicjatywa nazywa się Akademia Mediumistyki, a celem jej jest pomaganie żywym w kontakcie z umarłymi. Pomaganie odbywa się poprzez międzywymiarowe pośrednictwo medium. Pośrednictwo międzywymiarowe ma wymiar dość wymierny -  60 funtów za sesję.

Plotka głosi, że w planach ambitnych przedsiębiorców jest rozszerzenie oferty o aspekt kynologiczny. Oprócz wyegzekwowania zwykłego siad i zdechł pies będzie można rzucić zmarłemu ulubieńcowi ukochaną piłeczkę, tudzież paczkę herbatników do czyszczenia zgryzu; podwójna stawka ma podobno nawet gwarantować usadzenie przez pieska interwymiarowej kupy w przedpokoju.

24/12/2009

last christmas I gave you my fart

Zaszufladkowany do: Co w trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość, Polityka i takie tam — Anna w Walii @ 1:01 pm

Śnił mi się facet unoszony z prądem rzeki na drzwiach od stodoły; nie nazywał się Dave Bunney. Facet palił tanią faję, na jego klacie stał nieśmiały żółty pies, na którym z kolei stała mewa z jedną nogą recytująca wiersz Dylana Thomasa don’t go gentle into that good night. OK, nie mogłam dobrze widzieć, czy rzeczywiście były to drzwi od stodoły, no ale przecież musiały być, nie bądźmy niedorzeczni.

Co poza tym: Francuzom zamarzł wlot do Eurotunelu, w związku z czym tłumy Brytyjczyków nie zdążą wziąć udziału w szale gromadzenia zapasów na wypadek okołoświątecznej zagłady nuklearnej. W biurze konkurs na popularność, czyli kto dostanie najwięcej kartek świątecznych, zwłaszcza z opozycyjnego obozu plotkarskiego. Brytania ogłasza stan klęski żywiołowej po opadach śniegu (3 mm /metr 2). W telewizji plebiscyty, przemowy, cmok cmok, klap klap, kiss kiss, bang bang. I Bruce Willis, bless.

Nastaje Czas Podsumowań i Bilansów. Wpisując się w ogólną tendencję i praktykując elektrowstrząs na własnej sklerozie sporządzam oto własne skrócone, subiektywne i stronnicze podsumowanie najważniejszych wydarzeń mijającego roku. I tak:

1. Hameryka wybrała pierwszego afrohamerykańskiego prezydenta. Już nie ‘czarnego’, nie, określenie ‘czarny’ jest oznaką ciemnoty, braku kultury, politycznej niepoprawności i rasizmu. Świat tarzał się w euforii, AfroHamerykanie poklepywali się po ramionach, ogłaszając ostateczny upadek niewolnictwa, część białej części populacji prężyła się z dumy, że taką mamy dojrzałą demokrację, a równość nasza jest równiejsza od wszystkich innych równości, fuck, yeah! Ku Klux Klan ogłosił koniec cywilizacji.. i co? I nic. Obama zrobił wszystkich w konia zmieniając się w kolejnego zwykłego gładkolicego polityka-bullshitera. Jeszcze na fali euforii mędrcy z komitetu noblowskiego przyznali mu pokojową nagrodę Nobla. Nie, jak zaraz złośliwie pomyślałeś, za kolor skóry, czy zdolności krasomówcze, ale za wkład w pokój na świecie poprzez nowatorskie podejście do zagadnienia. Podejście mówi, że pokój na świecie często można uzyskać jedynie poprzez prowadzenie wojen i zabijanie ludzi.

Wchodząc czasem na forum onetu myślę sobie, że może mieć częściowo rację.

2. Brytania tradycyjnie żyła rozmowami o pogodzie. Co jakiś czas społeczne ciśnienie podnosił kryzys, afera parlamentarna oraz Jedward. Jak również morderstwo Baby P, które obnażyło niewydolność i niekompetencję części systemu opieki społecznej. Dla tych, co nie słyszeli: 17-miesięczne dziecko było przez długi czas katowane we własnym domu, odnosząc około 50-ciu różnych urazów, (włączając złamany kręgosłup i żebra),  których nie dopatrzył się ani lekarz rodzinny, ani pracownicy socjalni. Udręczone dziecko zmarło, ludzie płakali, dziennikarze pytali, tok szoły dyskutowały, politycy wyrażali, policja aresztowała, głowy spadały. Tymczasem wiarygodne żródło doniosło, że mały Peter, siedząc na chmurze z lodem malinowym w garści, następująco skwitował całą tą nagłą sławę i zainteresowane: a weźcie się wszyscy odpierdolcie. Gdzieście byli wcześniej?

3. Polska – tu nie wiem, ale rodzina mówi, że to co zawsze.

4. Świat – tu nie wiem, bo żyję w Brytanii.

Kończę na razie, bo dym idzie z piekarnika. Życzę wszystkim przetrwania świąt oraz zdrowia, szczęścia i dystansu do otaczającej rzeczywistości w nowym roku. A sobie kasy i kariery.



01/12/2009

o potędze fotografii ulicznej, komiku transwestycie oraz o tym i owym

Trafił mnie szlag, nie ukrywam. W niedzielę pojechaliśmy do Cardiff, strzelać giga, znaczy, fotografować lokalną scenę muzyczną. Wszystko było ładnie-bosko, przy drugim bandzie ogłuchłam w 70% – znaczy, impreza rozwijała się płynnie i według planu. S. wrzucił kilka piwek żeby się lepiej  zintegrować z muzyką, i wyszło na to, że ja nas wiozę do domu. Nie znam dróg w Cardiff, ale se myślę, środek nocy, puste ulice, S. zapoda kierunki, dam radę. I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że jak się nie zna Cardiff, to się nie wie, że nastawiali tam w cholerę kamer z limitem 30; oczywiście S. mógłby mnie uprzedzić, gdyby nie był za bardzo zajęty opowiadaniem sobie dowcipów; on się upiera, że to zrobił, ale umknęło jego zachwianej czasoprzestrzeni, że to nie było ostrzeżenie prewencyjne, ale rubaszna refleksja na skutek drugiego błysku za naszymi plecami.

Co mnie wścieka najbardziej, to to, że nie masz drugiego tak przestrzegającego przepisów prędkości kierowcy jak ja. Naiwnie wydaje mi się, że jak będę grzecznie jeździć tak jak pan policja mi każe, to nic się nigdy nie wydarzy. I masz. Ten jeden raz przekroczyłam limit o całe 10 mil/h (!). Nie było ruchu na drodze, o pieszych nie wspominając. Nie było cienia zagrożenia. Przegapiłam znak kamery, bo się koncentrowałam, żeby znaleść drogę, plus S. radośnie beblał mi nad uchem a z podporządkowanej wyjeżdżał na drogę czołg. Nie ma większego sensu oczywiście wykłócanie się z systemem. Pytanie po co tyle tych kamer, po co te ograniczenia do 30 na głównej drodze co dwieście metrów? Zawsze się spierałam z S. że policja ma swoje powody. Aż  do niedzieli. Teraz uważam, że to wszystko nie dla bezpieczeństwa, ale dla łupienia kierowców, jest to rasistowski spisek na mój polski portfel, w którzy zaangażowani są rządzący, kościół anglikański oraz brytyjski związek rowerowy.

Może się mylę, może jest na świecie kraj z większą ilością kamer poustawianych dosłownie wszędzie, ale jakoś nie sądzę. Anyway. Oczekuję wyroku. Spodziewam się schudnąć o conajmniej 60 funtów.

Tymczasem, odrobinę kultury może. Komików ci w tym kraju prawie tyle co spidkamer, niektórzy nawet całkiem dobrzy; ja lubię m.in. Eddie’go Izzarda. Pan zasłynął ładnych kilka lat temu image’m transwestyty w połączeniu z inteligentnym dowcipem, zmysłem obserwacyjnym i zdolnością błyskotliwej improwizacji – nie wiem po prawdzie, czy wciąż nakłada obcasy i makijaż do swoich stand-up’ów (jak to będzie po polsku, halo, ktoś, bo to żenada), ale cała reszta się nie zmieniła. Kocha go Ameryka, bo śmieje się z niej – a Amerykanie lubią śmiać się z siebie tym dobrodusznym teksańskim rechotem mówiącym czule, tak, tak, wieeemy, wieeeemy; lubimy ludzi z poczuciem humoru, to tych bez poczucia nie lubimy i zwykle eksportujemy do nich nasze myśliwce i inne produkty przemysłu zbrojeniowego np. marines. Wracając do Eddiego – potrafi wyjść na scenę i mówić przez 1,5 godziny, skacząc między pozornie niezwiązanymi sprawami i wiążąc je w zaskakujące pointy, i jest w tym naprawde dobry, wręcz charyzmatyczny, ma fantastyczną mimikę i zdolności naśladowcze, a jego angielski jest bardzo przyjazny tym, dla których nie jest pierwszym językiem. Jak ktoś chciałby się zapoznać, to polecam dvd pt. “Dress to kill” – sukces Eddiego na światową skalę.

Czym tam ostatnio żyje kraj (to dla Ciebie Joanna:)) – kraj żyje niezwykle ważkimi wydarzeniami, jak wyeliminowanie Johna i Edwarda z X-Factora (brytyjski Idol, fenomen quasi muzyczny, który udowodnia tezę, że telewizja potrafi sprzedać absolutnie wszystko, nawet jeśli ‘wszystko’ jest kompletnym beztalenciem); a także historią kopciuszka – Susan Boyle, która właśnie wydała swój debiutancki krążek, od razu wskakując na pozycję najlepiej sprzedającego się debiutu wszechczasów. Kto zapadł na amnezję lub przez ostatnie miesiące przebywał na księżycu, może sobie przypomnieć jak to się wszystko zaczęło tu Na filmiku widać ładnie, jak Simonowi Cowellowi, gościowi który wymyślił tą wielką maszynę do produkcji kasy, zapalają się w oczach symbole funta. Nawet milionów funtów.  Historia Susan, jak pięknie by nie wyglądała w telewizji, ma drugie dno, raczej gorzkie.  Nasz prawie 50 letni Kopciuszek, samotny, brzydki i z trudnościami przystosowawczymi, wkręcony nagle w machinę szoł biznesu co prawda zrealizował swój wielki sen o sławie, ale okupił to załamaniem nerwowym – niby jest lepiej, ale kto wie, co będzie z nią dalej, np. kiedy szołbiz przestanie się nią już interesować.

Z wydarzeń mniej ważnych:  radykalny ‘działacz’ muzułmański obrzucił konserwatywną posłankę-muzułmankę Sayeedę Warsi (która w dodatku jest baronową) jajem spożywczem, wykrzykując obelgi o zdradzie islamu. Ojajowana baronowa stanęła dzielnie, gotowa do dyskusji teologiczno-kulturowej, lecz jaja leciały a pan krzyczał; to w końcu poszła sobie, otoczona opiekuńczym ramieniem służb porządkowych. Sęk w tym, że urodzona w Yorkshire z pakistańskich rodziców i wykształcona na prawniczkę baronowa uważana jest za najpotężniejszą muzułmankę w kraju, lecz nie nosi żadnych tego oznak zewnętrznych, i jest bardziej brytyjska w swojej postawie i politycznej wymowie niż BNP. Warto zapamietać to nazwisko, bardzo prawdopodobne, że pani baronowa, która obecnie jest ministrem do spraw społecznych (mniej więcej) w gabinecie cieni, wejdzie w skład nowego powyborczego gabinetu Davida Camerona (boże dopomóż, jak gościa niecierpię) i jeszcze nie raz będzie o niej głośno. A w ogóle to niebrzydka z niej kobitka. Foto by the Guardian:

Skoro już jesteśmy przy ‘kwestii muzułmańskiej’ – BNP uczyniła kolejny krok na drodze oczyszczenia imienia partii z rasistowsko-nazistowskich nalotów. Oto świat poznał pierwszego ciemnoskórego członka BNP – pan jest prowieniencji hinduskiej, wyznania Sikh i nienawidzi muzułmanów ekstremalnie, no choćby nie wiem, co, bij, zabij.. No co, rechocze Nick Griffin, zrobiliśmy jak kazaliście.. teraz każdy może wstąpić wstąpić do naszej partii..

He he..

Przegląd prasy:

Ciekawostka wyłowiona w Times’ie: Szwajcarzy w referendum narodowym (!) właśnie zdecydowali, że we współczesnym szwajcarskim świecie nie ma miejsca dla minaretów przy meczetach – nie ma dla nich żadnego teologicznego usprawiedliwienia, a stanowią najbardziej widoczny symbol celowej izolacji mniejszości muzułmańskiej od reszty społeczeństwa (obok burek, rzecz jasna). W odwecie radykalna część mniejszości muzułmańskiej ogłosiła dżihad względem zegarków i dziur w serze.

Była miss Argentyny zmarła podczas operacji kosmetycznej pośladków.

Powołano wielką komisję do zbadania, czy były Tony Blair spiskował z byłym Dablju Bushem w kwestii wywołania rozróby w Iraku na długo, zanim zaczęto oficjalnie przebąkiwać o rzekomej broni masowego rażenia, i czy to przebąkiwanie było oparte na faktach, a nie służyło jedynie obaleniu dyktatora suwerennego państwa celem ustanowienia w nim amerykańsko-brytyjskich rządów i czułej opieki nad zasobami naturalnymi. Przyszłymi ustaleniami komisji są żywotnie zainteresowane głównie rodziny żołnierzy zabitych w Iraku, trudno im się dziwić. W dzisiejszych czasach coraz trudniej wciskać ludziom patriotyczny kit i zachęcić ich do oddawania życia dla ojczyzny, ale rodziny zabitych muszą w coś wierzyć; inaczej, podejrzewam, można zwariować.  Jeśli tę wiarę się im odbierze, kto wie, jakie to będzie miało skutki dla przyszłej polityki obronnej (tak zwanej) kraju. Komisja na pewno zdaje sobie z tego sprawę, i dlatego wątpię, czy ‘uda’ im się odsłonić kulisy całej sprawy. Nawet, gdyby poprosili o pomoc posła (ex posła?) Ziobrę.

A poza tym chwilowo nie leje.

Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

24/11/2009

jeszcze o wodospadach, tłamszącej pogodzie i Ibizie

Pogoda nas ostatnio tłamsi, wichury zrywają mosty, deszcze podtapiają miasta, na północy straty szacuje się na 100mln funtów (swoją drogą, zawsze mnie fascynowało, skąd biorą się takie liczby..). Rząd już spieszy na ratunek, a jakże, przeznaczając na pomoc cały 1 milion funtów (..i takie). Jedyny pożytek z tych szaleństw pogody mają fotografowie, jeśli, oczywiście, posiadają przy sobie trzy zmiany odzieży i nie straszny im błotny ślizg na dupsku w dół zbocza, pięć czy sześć siniaków, statyw wbity w podudzie i sympatyczny kontakt lewej nogi z lodowatym strumieniem. Spełniwszy wymienione warunki i pozostawszy się wśród żywych, można sobie przywieźć np. taką oto fotkę:

Jakby jakieś Rivendell, nie? Wodospad nazywa się Henrhyd Falls, jest podobno najwyższym wodospadem w południowej Walii i jest do znalezienia w Neath Valley na północ od miejscowości Seven Sisters i Dyffryn Cellwen, na obrzeżu parku narodowego Brecon Beacons. Powinien być zaznaczony na każdej szanującej się mapie okolicy (papierowej). Uwaga, dojazd drogą lokalną, dość wąską, trzeba zachować ostrożność. Droga prowadzi do parkingu (bezpłatnego) z którego wychodzimy na ścieżkę biegnącą dookoła wodospadu; będzie trochę w dół i trochę pod górę, ale serio nic, z czym nie poradziłaby sobie mniej niż średnio wysportowana jednostka, dajmy na to, późny balzak.

Mapka orientacyjna (by google). Przyznaję się od razu do literówki w nazwie Henrhyd, ale założę się, że nie znajdzie się jedna osoba wolna od grzechu w kwestii walijskiego nazewnictwa (wliczając ludność rdzenną) aby rzucić we mnie kamieniem pedagogicznego potępienia.

Neath Valley to w ogóle raj dla łowców wodospadów. Sporo już o tym pisałam tu ale jest jeszcze conajmniej jedno miejsce, o którym nie wspomniałam – nazywa się Melincourt Falls (mapka). Łatwo je znaleźć; zostawiasz auto na bezpłatnym parkingu po drugiej stronie ulicy i idziesz sobie leśną ścieżką, niezbyt długo, a na końcu ścieżki jest takie coś:

Skala zjawiska jest nieco bardziej imponująca w rzeczywistości niż na tej fotce (plus oczywiście dochodzi huk). Właściwie są tam dwa wodospady, z tym, że ten drugi (po prawej) jest znacznie skromniejszy.

Najlepiej zaplanować sobie jednodniowy rajd po wodospadach zaczynając od Aberdulais Falls (jedyne miejsce z trzech, w którym trzeba płacić za wstęp, no ale tam są jeszcze inne atrakcyjne atrakcje), poprzez Melincourt i dalej do Henrhyd Falls, zrobić kółeczko, wrócić do domu, zmienić skarpety, odgrzać pomidorową i obejrzeć coś fajnego np. film, w którym Hugh Grant da się lubić nawet takim cynicznym babom jak ja, oraz padają takie wypowiedzi jak:  otworzysz drzwi dla jednej osoby, i potem każdy może wleść albo: dwoje to za mało, potrzebny jest backup, oraz moje ulubione: każdy człowiek jest wyspą. Ja lubię myśleć, że jestem Ibizą.

Wszystko razem do – pardon le mot - kupy to nienajgorszy sposób na przetrwanie paskudnej jesiennej soboty, uważam.

 

 

__________________

Zdjęcia na blogu są mojego autorstwa. Wszystkie prawa, zdecydowanie, zastrzeżone.

03/11/2009

O drugim Rzymie… część II

Poradzono mi ostatnio (serdeczne pozdrawiam), że dla podniesienia czytelnictwa względnie oglądactwa na blogu, warto zamieścić na stronie głównej Gołą Babę. Ja życzliwe głosy doradcze traktuję bardzo poważnie, i mam nadzieję, że poniższa Baba stanie na wysokości zadania w kwestii przyciągnięcia potencjalnego konsumenta wartości literackich.

najlatwiejszeciasta_d

Poza tym będzie znowu o Istambule, bo zauważyłam, że mi to i owo wylatuje z pamięci.

To na początek coś z zakresu wiedzy o rozwoju społeczeństw nabytej drogą doświadczenia bezpośredniego. No więc, udawszy się na spacer pewnego pięknego popołudnia, zachciało mi się siku (zdarza się). Nigdzie nie było widać stosownych przybytków, ale szczęśliwie przypomniało mi się, że każdy meczet posiada łazienkę (przed wejściem do domu modlitwy dobry muzułmanin powinien umyć nie tylko dłonie czy twarz, ale i stopy. Jak się zastanowić, to bardzo higieniczna religia). Meczetów w Istambule pełno, od potężnych, spektakularnych cudów architektury po tyciunie, tajniaczące się przed tłumami turystów w małych uliczkach, albo na półpiętrach odrapanych budynków. No to rozglądam się, uważnie, sokolim swym okiem uzbrojonem w okular śledząc szczegół topograficzny oraz ślady wydeptane  sandałami wiernych w kostce brukowej niesztukowanej. I oto jest, jest, malusie to to, nieśmiało przycupnięte za węgłem, i już widzę upragniony napis. Wchodzę do środka, omiatam spojrzeniem, raz, drugi, zaraz, coś mi tu nie gra, gdzie jest ten kibel. Wzrok pełznie w dół po kaflu ceramicznym, coraz niżej, sięga podłogi.. i jest, jest. Konkretnie, jest Dziura. Obłożona porcelanową ‘deską’. Jako osoba otwarta na inne kultury (i zdesperowana) biorę głęboki wdech, podwijam cztery warstwy odzieży, upycham dżinsy wokół kostek, i w końcu sapiąc i stękając zasadzam się w pozycji na kangura. Nie widzę dokładnie gdzie ta dziura, więc szanse oddania precyzyjnego strzału oceniam na 1:38. Plecak ciągle zsuwa mi się na głowę, aparat foto obija mi kolana, i wrzyna się w kark, włos przylepia się drwiąco do spoconego czoła;  nogawki od dżinsów ciągle wyrywają się spod kontroli i włażą na linię strzału. Horror.. No ale nic, człowiek jak musi, to wszystko przetrwa, survival nie jest mi obcy, widziałam w telewizji. Opanowawszy podstawową technikę w zaledwie 10 minut, dokonuję czynności. Po czym szukam papieru. I co?? I nie ma. Jest za to kranik i kubełek z wodą. CO PROSZĘ.. Że niby jak ja mam w takiej sytuacji, skąd mam se wytrzasnąć trzecią rękę, i w ogóle jak, co..  to spisek na moje życie jest, stęk, stęk, jeb, plecak po raz kolejny ląduje na mojej głowie, aparat wali o podłogę obiektywem na który mnie nie stać, pot zalewa oczy, zimna woda wlewa mi się do nogawki.. o do chuja wafla.. Armageddon. Przetrwałam, ale przysięgłam się, że już nigdy nie będzie mi się chciało siku. Przynajmniej nie za granicą.

Ale meczety w ogóle są bardzo fajne. Nie ma tam żadnych obrazków (islam zabrania) ale za to są pięknie zdobione kafle i mozajki. I  wygodne dywany na podłogach. Na takim dywanie człowiek sobie siada i paczy. Oczywiście poza godzinami modlitw. Nawiasem mówiąc, wiele osób odwiedzających kraje muzułmańskie narzeka na muezzinów i ich wezwania do modlitwy: że za głośno, że za często, że, że. Mnie tam się podobało, czuł się człowiek bardzo za granicą. Zanim wejdziesz do meczetu musisz zdjąć buty (zwykle zostawiasz ja albo na specjalnej półce, albo wsadzasz w worek i nosisz ze sobą) i jeśliś białogłową, powinnaś zakryć włosy. Jak nie masz ze sobą szala, no panic, panowie przy wejściu ci pożyczą, każdy meczet ma je na wyposażeniu z myślą o zachodnich turystkach. Ich kraj, ich prawo; szkoda, że wiele pań ostentacyjnie ma to gdzieś. No ale wszyscy w końcu rozumieją, że prawdziwa Amerykanka nie będzie się zniżać do poziomu kultury plemiennej, fuck, yeah!

poczto

Z rzeczy równie ciekawych: po pierwsze, zauważyłam sprytnie, że Turcja jest pełna Turków. Znaczy, jest na co popatrzeć. Oj, pani, jest. Bez szczegółów jednakże, wszak mogą to czytać osoby niepełnoletnie. Po drugie, Istambuł kocha bezpańskie psy i koty, z wzajemnością. Koty jedzą szczury. Turki się za bardzo nie przejmują oczyszczaniem miasta i stosy śmieci pietrzą się wszędzie; Klondike i szał ciał dla gryzonia. Psy przypuszczalnie zjadają nadmiar kotów; nadmiar psów zaś eliminowany jest również przypuszczalnie przez budy z kebabami. Idealna praca zespołowa, organiczna i co tam jeszcze. Powyższa uwaga o śmieciach nie powinna nikogo zniechęcić do tego miasta, zapewniam, że można to zjawisko sympatycznie podciągnąć pod koloryt lokalny. Z budami eliminującymi nadmiar psów to taki żarcie-k był niesmaczny. Prymitywny nawet. Dla pokrycia zapadłej nagle krępującej ciszy proszę, oto już leci do państwa ładny widoczek na miasto i Bosfor cieśninę:

bos

Męska część populacji Istambułu to mądre chłopaki, wiedzą, jak przeżyć w wielkiej aglomeracji przy niedostatecznym wsparciu struktur rządowych. Przeżycie w wielkiej aglomeracji przy nwsr odbywa się m.in. za pomocą łupienia turysty. Sposobów łupienia jest kilka. Np. w zależności od natężenia ruchu turystycznego jednego dnia butelka wody może kosztować 0.5 liry, drugiego całą lirę. Jak sprzedawca widzi, że formuje się kolejka chętnych, którzy właśnie wytoczyli się z francuskiego autokaru w stanie skrajnego odwodnienia, to cena potrafi wzrosnąć do 1.5 abo 2. Jeśli jesteś zachodnim turystą, lepiej zapomnij o grzeczności względem przechodzącego czyściciela butów, który właśnie ‘zgubił’ swoje narzędzie pracy akurat niedaleko twojej nogi. Jak zawołasz, albo co gorsza, weźmiesz upuszczone narzędzie w rękę żeby mu podać – przepadłeś. Raz złapany, będziesz miał spore problemy z oswobodzeniem się; na własne oczy widziałam niemiecką turystkę której po takim tricku polerowano japonki. Również nie pozwól się zaciągnąć do sklepu z dywanami pod pretekstem zadziergnięcia więzów przyjaźni turecko-… (tu wstaw jakiej), wypicia herbatki i pogadania o kulturze. Jak po herbatce nie kupisz chociażby ścierki, zostaniesz uznany za gbura. Nie wiem jak jest gbur po turecku, ale jestem pewna, że się zorientujesz. Na ceny wstępów do obiektów nic nie poradzisz, ale NIGDY nie jedz w restauracji hotelowej, chyba, że jesteś z Ameryki i jest ci w kwestii pieniężnej absolutnie wszystko jedno.

W kwestii jedzenia właśnie, to aż przyjemnie popatrzeć, jak Turcy dzielnie opierają się mcdonaldyzacji. Ok, mają ten przybytek w mieście, ale jest on odwiedzany raczej przez przedstawicieli kultur zachodnich, przestraszonych panoszącą się wszędzie bez szaconku dla norm unijnych zdrową, świeżą żywnością. Z moich obserwacji wynika, że tubylec jak głodny, to zje smażoną kolbę kukurydzy, pieczone kasztany, suszonego owoca, wciągnie smażoną rybkę właśnie wyłowioną z Bosforu i malowniczo wciśniętą w bułę, ewentualnie kebaba z mnóstwem zielska. Lubią owoce i soki. Generalnie jedzą znacznie zdrowiej niż my, zwłaszcza w kwestii przekąsek, i to widać na ulicach – gruby Turek jest jak Turek bez papierosa – trafia się jeden na 18,754.

pocztowka

Turcy uwielbiają herbatę, zwłaszcza jabłkową; piją ją wszyscy i wszędzie, na rogach ulic, w sklepach, przed sklepami; do normy należą malusie stoliczki i krzesełka wystawiane gdzie się da – służą za minicentra życia towarzyskiego oraz biznesowego. Życie toczy się leniwie i sympatycznie, ale z tego co da się zauważyć, sympatycznym herbacianym nicnierobieniem zajmują sie głównie panowie. Panie w tym czasie podejrzewam walczą na wszystkich frontach o przetrwanie własne i potomstwa. Nie bardzo wiem, jak tego dokonują, bo choć Turcja jest od ponad 60 lat państwem świeckim, a kobiety nie muszą nosić niczego na głowie, i teoretycznie mają równe prawa, to wciąż na moje oko niewiele kobiet pracuje np. w usługach czy handlu. Nie wiem jak jest w innych branżach. Na fotce tradycyjna szklanka caju z tradycyjnym spodkiem zdobionym w takie tam czerwone.

DSC_0535

Poza Istambułem turystycznym jest oczywiście i Miasto Rzeczywiste. Niewielu turystów się tam zaplątuje. 17mln ludzi, w tym mnóstwo przybyszów nielegalnych i wszelkiej maści uchodźców musi się gdzieś podziewać, i tak na mieście narastają slumsy; niektóre domki wydają się być posklejane z jakiejś dziwnej mieszaniny dykty i cegieł, bez szyb, ba, w ogóle bez okien, z otwartymi na oścież ścianami; niektóre wyglądają jak cuda techniki budowlanej – to cud, że jeszcze stoją. I mieszkają w nich ludzie. Często wielodzietne rodziny, ojcami których są zapewne czyściciele butów i wędkarze z mostu Galata. S. w swoim brytyjskim sumieniu nie mógł przejść do porządku dziennego nad obrazem nędzy i rozpaczy skontrastowanym z milionami euro ładowanymi w odnawianie zabytkowych budowli przez Unię Europejską – po to, aby miasto się pięknie prezentowało w 2010 roku, kiedy to zostanie europejską stolicą kultury.

pocztowka3

Co jeszcze, jasne, zabytki. Zabytków jest dużo. I są super. Wiele więcej nie będę pisać, bo ten wpis jest już i tak nieprzyzwoicie długi i coś czuję, że do końca wytrwa tylko moja mama bo mnie bardzo lubi. Wymienię tylko absolutny podróżniczy mus, kiedy masz tylko kilka dni na zwiedzanie: numer 1, oczywiście Hagia Sophia, chyba jedyne miejsce na ziemi, w którym spotyka się chrześcijaństwo z islamem, obecnie muzeum. Wstęp 20 TL (element łupienia turystów, ale warto). Więcej o tym fascynującym miejscu tu i kilka fotek:

hagia poczt

2. Pałac Topkapi, bywsza siedziba sułtanów; to stąd kierowali oni potężnym imperium ottomańskim i równie potężnym haremem. Więcej tu. Za wstęp do haremu (w którym niestety nie ma już ani żon, ani kochanek ani nawet jednego smutnego eunucha) trzeba zapłacić ekstra, ale warto – ostatecznie ile razy tu wrócisz? I pocztówka ciach:

topkapi pocztowka

Inne musy: oczywiście Błękitny Meczet, imponująca budowla; jeśli jednak masz więcej czasu, to warto poszukać sobie innych, mniejszych meczetów, bez tłumów turystów. Atmosfera gwarantowana. Warto zobaczyć podziemną cysternę bazyliki, wdrapać się na wieżę Galata i oczywiście zobaczyć bazary. W ogóle najlepiej – jak masz więcej czasu – po prostu wypuścić się w miasto, odejść od utartych ścieżek, zanurzyć się w to tętniące kolorowe życie, niby takie odmienne od naszego, a jednak bliskie, połączone z nami wielką wspólną płaszczyzną historyczno-kulturowo-religijną. I Janem III Sobieskim, he he..

pocztowka5

Na koniec trochę obrzydliwego sentymentalizmu. Ile ja się naczekałam, żeby to gdzieś, kiedyś usłyszeć, samoczynnie, przypadkowo, no i stało się; siedzę sobie wieczorem w pokoju hotelowym na Sultanahmet’cie, umęczona jak pies po całodziennym szwedaniu się, za oknem światła miasta, gwar głosów z kawiarnii, nocne powietrze wdziera się i oplata, i nagle słyszę to właśnie, Tajabone, i mam zjazd. Łzy w oczach. No, kurcze.  To ten moment z filmu kiedy Manuela jedzie do Barcelony, i patrzy na rozświetlone miasto, które kiedyś naznaczyło jej życie, w tle ta muza; zawsze mnie to rozkłada na łopatki. Teraz będzie mnie rozkładać podwójnie, pięknie mi się wpisało. Ja to jednak jestem roman-tycz-na.

Wiele rzeczy mi się zrealizowało podczas tej podróży. W ogóle, jak się człowiekowi spełnia marzenie, to czuje się, jakby mu ktoś nadmuchał w środku wielki balon, co mu naciska na spojówki. Tak mi naciskało, jak jechaliśmy z lotniska do hotelu i patrzyliśmy sobie po raz pierwszy na nocny Istambuł. O, na taki:

poczt noc

Taki pamiętam i za takim będę zawsze tęsknić.

Jeśli ktoś się wybiera do Istambułu (czy w sumie gdziekolwiek indziej), polecam dobre rady Trip Advisora. Bardzo użyteczna stronka tworzona przez podróżników dla podróżników. Polecają, przestrzegają i oceniają wszystko, od hoteli, przez restauracje, zabytki po lokalne obyczaje.

 

________________

photos by me, all rights copyrighted

27/10/2009

O filmowcu na ziarnku grochu, upgrade do historii powszechnej i wymarłym gatunku

Aj waj!

Rzecze Times online, iż piętnaście lat po nakręceniu Braveheart i zainkasowaniu kolekcji Oscarów Mel Gibson uderza się w pierś, mówiąc: Wallace wcale nie był taki fajowy jak go pokazałem,  ba! potworem był, ten Wallace, przesiąkniętym do cna smrodem dymu z tych wiosek, co je był palił wraz z mieszkańcami w ramach swojej działalności społecznej i wyzwoleńczej. I denerwuje się Mel poczciwina, bo Szkocka Partia Narodowa (SNP) wykorzystuje stworzony przez niego wizerunek bohatera do swoich celów statutowych – a to przecież nieprawda! Nie tak było.. Zaraz.. Co z Tobą Mel, chyba nie każesz nam uwierzyć, że nie przeczytałeś biografii swojego bohatera zanim nakręciłeś o nim film? Albo, że przeczytałeś, ale była za nudna lub za niewygodna i trzeba ją było prze-kręcić? Czy naprawdę twierdzisz.. mon dieu.. że Hollywood.. kłamie.. pardon, upgade’uje historię powszechną na własny użytek? I nieprawdaż to, że Wallace to postać kryształowo czysta jak ruska wódka, dobrzy Amerykanie walczą bohatersko za pokój na świecie, a w tej tam Polsce w czasie wojny ginęli jedynie Żydzi, czasem jeno uratowani przez jakiegoś Niemca? No, doprawdy. Co też. 

Mówią niektórzy: o co cały ten lament, przecież wystarczy być świadomym fikcji, kino to kino i ma swoje prawa, a jak ktoś chce poznać prawdę, to sobie poszuka. Tam di dam, tam di dam, la la la. Ilu, ja się pytam, procentowo kinomanów sięga do źródeł po obejrzeniu filmu opartego na prawdziwych wydarzeniach?? Mnie się nie zdarzyło. A nie, czekaj, przeczytałam Pianistę, dobra. Ale ciekawam, ilu członków SNP przedłożyło prawdziwą biografię Wallace’a nad filmową laurkę? Ludzkość (szczególnie ta zaangażowana  w Walkę o To czy Tamto) potrzebuje bohaterów, potrzebuje romantyzmu, robinhoodów i janosików, pięknych postaw i szlachetnych emocji; po cóż biczować się suchymi skrzeczącymi faktami, kiedy możemy słuchać jedwabistej pieśni barda? I tak wszyscy po trochu stajemy się częścią wielkiego powolnego fałszowania historii.  Nasz poczciwy Mel właśnie obudził się z 15-letniego snu z bólem w lewym półdupku, przetrząsnął wyro i pod setką materacy znalazł groszek prawdy. Swoja drogą, ciekawe, czy musimy czekać następne 10 lat, żeby uderzył się w piersi za Pasję? Jak coś, to ja chętnie pomogę, bom strasznie gościa po tym filmie znielubiła.

boxx78

Co jeszcze wpadło mi w oko: jak ktoś jest zainteresowany, to sympatyczna pyskówka na temat ‘rdzenności’  Brytyjczyków i Nicka Griffina wiedzy o rozwoju społeczeństw toczy się tutaj

I coś exclusive dla was, Dziewczynki, na jesienny wieczór:  make me thrill as only you know how..  Ach, gdzie te chłopy, orły, sokoły, herosy, johnywayne’y, casanovy, donjuany, fredyastairy.. Chyba se obejrzę jakiś film. Amerykański. Może nawet Braveheart.

:]


25/10/2009

o polityce, Stephenie Fry’u i troszeczkę znowu o wodospadach

DSC_0070

Kręci się, pani. Kraj żyje telewizyjną debatą polityczną, do której po raz pierwszy w historii BBC zaproszono przedstawiciela nacjonalistów (BNP), Polonia żada kastracji Stephena Fry’a za niefortunną wypowiedź o Auschwitz, Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę a wodospady w Neath eksplodują wodą po ostatnich opadach. Plus Rob Cztery Żony twierdzi, że kiedyś w Amsterdamie spotkał prawdziwych Bonnie i Clyde’a; mogło mu się to jednakże tylko wydawać, bo w tamtych czasach w Amsterdamie sporo się wypalało tego i owego; zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Ale po kolei.

Lubimy Nicka Griffina, lidera BNP, oj lubimy. Głównie dlatego, że dostarcza nam tak rzadkiego w tym kraju, a wspominanego z łezką w oku jako element życia codziennego w ojczyźnie, folkloru politycznego. Przez niektórych zwanego prościej cyrkiem. Griffin jest politycznie niepoprawny, jest rasistą, często wygaduje straszne banialuki; scena polityczna traktuje go jak zgniłe jajo, większość społeczeństwa go nie trawi.. ale jego partia wygrała w tym roku 2 miejsca w parLamencie Europejskim. Pozostałe partie, nie wiedząc co z tym fantem zrobić, postanowiły go ignorować, mając chyba nadzieję, że się sam rozpuści w walijskim deszczu (mieszka na farmie w środkowej Walii); alternatywnie stosuje się taktykę wyśmiewania. Najwięksi prześmiewcy, tak rządowi jaki opozycyjni,  przegapiają jednak drobny fakt, mianowicie, że społeczeństwo jest zmęczone kryzysem, niewydolnością dotychczasowej sceny politycznej, dyplomatycznym bullshitem płynącym z ust polityków oraz byciem ignorowanym. Jedną rzecz trzeba przyznać Griffinowi: mimo, że jego poglądy są bardzo niepopularne, wręcz karalne, on ma odwagę je głosić z uczciwością kompletnie niedyplomatyczną, i czasem wśród banialuk zdarza mu się mówić wprost o tym, czego niektórzy zwykli zjadacze chleba nie mają odwagi wyartykułować, żeby nie być posądzonym o ciemniactwo i nietolerancję. I to właśnie może mu przysporzyć zwolenników.  Podobnie, jak traktowanie go jak nieszkodliwego przygłupa przez pozostałe siły polityczne. Ludzie są wściekli, że rząd nawala w wielu sprawach, m.in. w sprawie polityki imigracyjnej, udając już zbyt długo, że sprawa nie istnieje. Griffin mówi: wysłać wszystkich kolorowych do domów i po sprawie; i nagle niektóre białe jednostki myślą sobie, no tak, tak, może coś jest na rzeczy. I niedorzeczność tego postulatu nie ma tu znaczenia, bo Griffin proponuje Rozwiązanie, coś, czego nie oferuje żadna inna partia. Griffin mówi: islam to zagrożenie. I trafia do tych, którzy czują sie niepewnie w swoich własnych małych mieścinach, w których nagle pojawia się mnóstwo ludzi w dziwnych ubraniach.

Dostało się BBC za zaproszenie go do debaty. Niesłusznie moim zdaniem, bo w końcu od tego jest ta jakże obtrąbiana przez wszystkich cudowna demokracja, żeby każdy mógł głosić swój pogląd, i każdy mógł oceniać, w co chce wierzyć. Ale politycy boją się, że społeczeństwo nie jest dostatecznie mądre, i chcą upewnić się, że dokona właściwych wyborów. Niesłusznie również z innej przyczyny – potężni szefowie publicznej doskonale wiedzą co robią. Pomijając fakt, że oglądalność skoczyła astronomicznie, to upewniono się, że lidera BNP spotka odpowiednie przyjęcie ze strony pozostałych gości i publiczności. Cały program był tendencyjny i sprowadził się do atakowania typa, bez dania mu szansy skończenia jakiejkolwiek wypowiedzi; co wskazuje na to, jak bardzo ktoś obawia się, żeby Griffin nie zabrzmiał zbyt rozsądnie.

Umówmy się, mnie BNP wisi zasadniczo, raczej bawi, niż denerwuje; przyglądam się im jednak z pewną dozą ostrożności podyktowanej naszym doświadczeniem historycznym. Tak, powinniśmy być ostrożni, ale też jeśli mamy wierzyć w tę całą demokrację, to powinniśmy stosować jej zasady dla wszystkich jednakowo; i  jeśli obawiamy się BNP, to powinniśmy pojąć z nimi dyskusję opartą na argumentach. Logika jest bardzo skuteczną bronią w walce z nacjonalizmem, znacznie lepszą niż szydzenie, lekceważenie lub zaprzeczenie. Politycy nie wydają się uczyć na błędach przeszłości, chociaż kto jak kto, ale właśnie oni powinni, dla ogólnego dobra. Tylko, że do tego trzeba być politykiem odpowiedniego formatu, a tych dzisiaj nie ma wielu.

Jak ktoś życzy poświęcić godzinkę, ot, dla podszkolenia postawy obywatelskiej, tudzież pokłócenia się z moim odbiorem spraw, to może sobie debatkę obejrzeć tu.

Alem sie rozpolitykowała. To jeszcze krótko o S.F. i potem luzik. Stephen Fry jest niesamowicie łebskim facetem, intelektualną legendą w UK, gościem słynącym z erudycji i dowcipu. I oto w ferworze jakiejś telewizyjnej dyskusji o nacjonalizmach i euroośle Kamińskim, zdarzyło mu się chlapnąć o tym nieszczęsnym Auschwitz (..pamietajmy po której stronie granicy był Auschwitz..). Polonia natychmiast zagrzmiała; odbyły się protesty, w kościołach palono gromnice i  śpiewano Rotę a w okolicach Hyde Parku zorganizowano na prędce kilka oddziałów powstańczych. Znowu nas biją, krzyczeli naród; nie damy, nie pozwalamy, Bóg, Honor, Ojczyzna! Wielkie mózgi forum onetu określały Fry’a w najlepszym przypadku jako angielskiego analfabetę. Tymczasem Fry grzecznie przeprosił na swoim blogu (świetnym z resztą), przyznał się do palnięcia głupoty i bynajmniej nie próbował się rozgrzeszać. Zostałam fanką. Niecierpię pieniactwa i nierzetelnej dziennikarki, a to, co media typu onet nawyprawiały z tym drobnym incydentem, bez najmniejszej próby dowiedzenia się kim jest ten człowiek, i jakie są jego poglądy, pozostawia mnie w niesmaku.

No ale przynajmniej coś się dzieje, odrobina emocji w jesiennej stagnacji. Plus wodospady – taa, te co już znamy, w Pont Nedd Fechan (free kibel przy mini parkingu). Było mokro, szarawo, zimnawo; tradycyjnie wpadłam w błotko po kostki i zaliczyłam kontakt intymny z glebą; ale było warto.  Pacz:

DSC_0099

Co jeszcze.. Lars! Prawie zapomniałam o Larsie. Bianca wyjechała z miasta a Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę. Nawet nie czytaj opisów ani pseudo recenzji, wypożyczaj w ciemno, czy tam kupuj, mówię ci. Ryan Gosling zasługuje na Oscara, kilka linii w scenariuszu na nieśmiertelność a film na miejsce honorowe na półce, gdzieś pomiedzy pomiędzy Jak w niebie (szwedzkim) , Billy Elliot i Historiami Kuchennymi.

O Robie Cztery Żony będzie kiedy indziej, osobistość ta bowiem zasługuje na odrębną opowieść.

A Kuba ciągle w Azji. Chyba będzie się żenił.

DSC_0005

19/10/2009

O drugim Rzymie, kolorze kurkumy i pięknych chłopakach / część 1

Zaszufladkowany do: Podróże małe i duże — Anna w Walii @ 1:49 pm
Tags: , , , ,

ist

Taaa… Za oknem złota walijska jesień (taki wybryk natury), BNP zmienia konstytucję (Ali i Parvati będą mogli wstąpić do partii i przyłączyć się do walki o białą Brytanię), J. spotkała mężczyznę, który zna wyrażenie summa summarum i zastanawia się czy to wystarcza do randki, Annę opanowała ogólna niemota, a Kuba wciąż siedzi w Azji i strzela oczami za kelnerkami. I próbuje pisać dramat społeczny o głębokim zabarwieniu emocjonalnym tudzież walorze poznawczym.

TŁO DRAMATU:

Istambuł, takie miasto

OSOBY DRAMATU:

Anna, Kuba, S., Piękny Boy Hotelowy, Życie, Pan z Wózeczkiem, Kilka Bezpańskich Psów, Szepleniący Po Rusku Kelner, Tkaczka Dywanów, Hasan Sprzedawca Wyrobów Skórzanych (głównie do Niemiec), Toaleta przy Meczecie, Ekrem Potencjalny Bypass, Czyściciel Sandała, Hagia Sophia, Kilka Meczetów, Łupienie Turystów i inni.

AKT PIERWSZY

.. 3,5 godziny lotu przelecieli jak sznur dzikich gęsi na wieczornym niebie, i oto są na lotnisku Ataturk, hala przylotów, ich wytresowana brytyjska mentalność doznaje szoku kulturowego na widok setek waliz walających się beztrosko po całej hali, którym nikt nie mówi, żeby się pilnowały właściciela, bo jak nie, to zostaną uznane za bombę i roztrzelane. Dookoła pląta się mnóstwo kobiet w burkach (poznać po rzęsach) i japońskich turystów w maskach na twarzy. Anna idzie się wysikać i odkrywa, że czuje się cokolwiek dziwnie będąc w kiblu jedyną nieoburkowaną blondynką. Zapewne dzieli to uczucie z  pierwszą kobitą w burce, która przyjechała do Birmingham 50 lat temu. W Annie biją się dwa sprzeczne poglądy na temat burek, ostatecznie wybiera wariant róbta co chceta. Kuba wpatruje się w podłogę, uśmiechając się mściwie za każdym razem, jak uda mu się zobaczyć nieoburkowany kawałek dużego palca u stopy, po pięciu minutach stwierdza, że zabija go to ciągłe wściekłe pożądanie i czy w związku z tym możemy się gdzieś napić herbaty z cytryną; a S. gapi się na  Japończyków w maskach, poprawia okulary i idzie mu tik na powiece. Napięcie rośnie: czy czeka na nich kierowca??

Jest, czeka. Nie mówi po angielsku, ale to nie przeszkadza mu to w nawiązaniu sympatycznej konwersacji. Po raz pierwszy widzą roziskrzone miasto i błyszczący Bosfor; Anna ma łzy w oczach, Kuba mówi, że zgubił swój ulubiony długopis z napisem Trafalgar Square a S. grzecznie bierze udział w rozmowie z kierowcą, wtrącając okej, ołrajt w momentach wyglądających na właściwe. Widzą po raz pierwszy rozświetlony Błękitny Meczet i Hagię Sophię, i jest to widok, który przez 6 nocy dobrze im się utrwali, raczej na zawsze.

DSC_0101

AKT PIERWSZY I PÓŁ

.. w hotelu już na nich czekają; Anna odkrywa pięknego boya hotelowego, w którego ustach język turecki brzmi jak vinyl z Cohenem; Kuba dostęp do internetu w lobby a S. pilota od klimy. Są zadowoleni, podnieceni, zaraz idą sobie na pierwszy spacer po okolicy. Jest ciepły wrześniowy wieczór, ulice błyszczą od świateł, gra muzyka, zew muezzinów niesie się po okolicy; jest pięknie, nawet powiedziałby, jest ok.

AKT DRUGI

Sympatyczne śniadania zjadają sobie zwykle na tarasie, obserwując, jak wokół leniwie toczy się Życie – Pan z Wózeczkiem transportuje co tam zwykle transportują panowie z wózeczkami, swobodnie przebiega Kilka Bezpańskich Psów; Anna zaprzyjaźnia się z Kelnerem Szepleniącym po Rusku. Pierwszego dnia Kelner jest żonaty i ma dwójkę dzieci, drugiego posiada dziewczynę, ale nie zamierza sie żenić, trzeciego dnia daje Annie w prezencie bransoletkę. Kuba mówi, że jakby kto jego pytał, to jemu to wygląda na poważne zobowiązanie.

No to zwiedzają, w końcu po to przyjechali. Pierwsza Hagia Sophia, jedna z najpiękniejszych budowli świata; przez tysiąc lat chrześcijańska świątynia, pięćset meczet, obecnie muzeum. W kolejce do kasy po raz pierwszy, lecz nie ostatni, spotykają Łupienie Turystów, po krótkiej wymianie uprzejmości kupują bilety i zwiedzają. Anna głównie się gapi, bo ma fiksację na punkcie tego miejsca od czasu jak miała jakieś 18 lat i zobaczyła je na filmie produkcji portugalskiej; Kuba próbuje nie dać się stratować tłumom kobiet wszelkiej prowieniencji kłębiących się wokół Kolumy z Dziurą Życzeń; w dziurę należy wsadzić palec i zakręcić, a jeszcze w danym roku szczęśliwie upoluje się męża. S. pstryka fotki wielkiego rusztowania na środku muzeum w nadziei, że szczęśliwie złapie efektowny Spad Robotnika Wysokościowego z Wysokości.

Pierwszy większy posiłek zjadają w hotelowej restauracji, obok leniwie toczy się Życie, swobodnie przebiega Kilka Bezpańskich Psów, Pan z Wózeczkiem transportuje co tam zwykle transportują panowie z wózeczkami; rachunek za rybę z frytkami, piwko i herbatkę przynosi Łupienie Turystów. Całe zgięte w uśmiechach, takie przecież sympatyczne, no i dzieci ma, dużo dzieci, głodne biedactwa, chora babka musi na leczenie do Stanów pojechać, przecież się nie będą wykłócać jak jakieś buraki, w końcu takie babki mają swoje prawa. Płacą. Ale więcej nie jedzą w hotelowej restauracji, szczęśliwie odkrywają, przy wydatnej pomocy Hasana Sprzedawcy Wyrobów Skórzanych (głównie do Niemiec) istnienie sypatycznej restauracyjki; restauracyjka ma swojego managera Ekrema Potencjalny Bypass, który szczuje Łupienie Turystów Kilkoma przebiegającymi Bezpańskimi Psami i jest chodzącą ikoną obsługi klienta. Nie dosyć, że ich karmi i poi poza ludzkie pojęcie (i poza zamówienie), to jeszcze wystawia rachunek wyłącznie za to co zamówili i jest to rachunek bardzo mały. Wracają tam przez 4 dni z rzędu, przyjaźń polsko-brytyjsko-turecka kwitnie, brzuchy rosną, Anna ćwiczy swój francuski (Ekrem preferuje język Voltaire’a), przy okazji dowiadując się, że właściwie nie ma już czego ćwiczyć. Są pełni podziwu dla swojego nowego przyjaciela, który pracuje 7 dni w tygodniu, bez większych przerw w ciągu dnia; z rzadka pośpiesznie udaje mu się zapalić faję. Mają nadzieję jeszcze go kiedyś spotkać, ale przy tym trybie życia potencjalny bypass może na długo nie wystarczyć.  Na koniec dadzą mu napiwek przewyższający rachunek o 150 procent (wciąż wszystko razem poniżej 20 funtów) i wyślą mu kartkę z Pembrokeshire. Porządny chłop z tego Ekrema.

Zanim pojechali do Istambułu prześledzili wszelkie dostępne fora turystyczne i poczuli się dostatecznie ostrzeżeni, głównie przed Łupieniem Turystów, które wykonuje różne zawody, ale głównie sprzedaje bilety wstępu tam i siam, czyści obuwie, sprzedaje dywany i przynosi już wspomniane rachunki w hotelowych restauracjach.  Z pewną podejrzliwością potraktowali więc swojego nowego przyjaciela Hasana Sprzedawcę Wyrobów Skórzanych (głównie w Niemczech), który w niezwykle sypatyczny sposób prawie zaciągnął ich do swojego sklepu, uprzednio oprowadziwszy po okolicy, wskazując na to i owo, które jest taniej lub drożej.  To jemu zawdzięczają restaurację z Ekremem i jego bypassem (polecił gorąco knajpę obok) oraz niemal skorzystanie z tureckiej łaźni. Dowiedzieli sie również, że populacja Istambułu dobija do 17 milionów, jest zasadniczo biednie i trzeba sobie radzić, i może chcą rzucić okiem na dywanik, dorzuci do skóry, niedrogo i Gardło Sobie Podrzynam, Hasan.

cdn DSC_0576

19/09/2009

Anna w Azji

Zaszufladkowany do: Co w trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość — Anna w Walii @ 5:44 pm

Nie mam na nic czasu, mówi Anna szpanersko. Kuba, ja i S.  jedziemy szukać inspiracji za górami, za lasami, za kontynentami. Stopy nasze ucałują Bosfor cieśninę; muezzina zew wywierci nam w czaszkach dziury, przez które spłyną na nas mozajki, latające dywany, Jednoocy Sprzedawcy Herbaty – i przerobią się na Poezję. Prozę. Haiku, psia jego mać. Cokolwiek. Och, ile ja się naczytałam, skwierczy Anna w oparach podniecenia, o tym Istambule, o Konstantynopolskich Turkach z Oczami, o Błękitnych Meczetach – i teraz, panie, to się dzieje. Jadę. Srał pies czterogodzinny lot. Dwie butle wina i jakoś to będzie.. I nie obchodzi mnie co będzie potem, jak trzeba to zostanę mnichem na środku jeziora.

Hasta la vista, babies.

cv

09/09/2009

abo tak.

Zaszufladkowany do: Uncategorized — Anna w Walii @ 2:06 pm

bullet2

Następna strona »

Blog na WordPress.com.