Anna w Walii

03/11/2009

O drugim Rzymie… część II

Poradzono mi ostatnio (serdeczne pozdrawiam), że dla podniesienia czytelnictwa względnie oglądactwa na blogu, warto zamieścić na stronie głównej Gołą Babę. Ja życzliwe głosy doradcze traktuję bardzo poważnie, i mam nadzieję, że poniższa Baba stanie na wysokości zadania w kwestii przyciągnięcia potencjalnego konsumenta wartości literackich.

najlatwiejszeciasta_d

Poza tym będzie znowu o Istambule, bo zauważyłam, że mi to i owo wylatuje z pamięci.

To na początek coś z zakresu wiedzy o rozwoju społeczeństw nabytej drogą doświadczenia bezpośredniego. No więc, udawszy się na spacer pewnego pięknego popołudnia, zachciało mi się siku (zdarza się). Nigdzie nie było widać stosownych przybytków, ale szczęśliwie przypomniało mi się, że każdy meczet posiada łazienkę (przed wejściem do domu modlitwy dobry muzułmanin powinien umyć nie tylko dłonie czy twarz, ale i stopy. Jak się zastanowić, to bardzo higieniczna religia). Meczetów w Istambule pełno, od potężnych, spektakularnych cudów architektury po tyciunie, tajniaczące się przed tłumami turystów w małych uliczkach, albo na półpiętrach odrapanych budynków. No to rozglądam się, uważnie, sokolim swym okiem uzbrojonem w okular śledząc szczegół topograficzny oraz ślady wydeptane  sandałami wiernych w kostce brukowej niesztukowanej. I oto jest, jest, malusie to to, nieśmiało przycupnięte za węgłem, i już widzę upragniony napis. Wchodzę do środka, omiatam spojrzeniem, raz, drugi, zaraz, coś mi tu nie gra, gdzie jest ten kibel. Wzrok pełznie w dół po kaflu ceramicznym, coraz niżej, sięga podłogi.. i jest, jest. Konkretnie, jest Dziura. Obłożona porcelanową ‘deską’. Jako osoba otwarta na inne kultury (i zdesperowana) biorę głęboki wdech, podwijam cztery warstwy odzieży, upycham dżinsy wokół kostek, i w końcu sapiąc i stękając zasadzam się w pozycji na kangura. Nie widzę dokładnie gdzie ta dziura, więc szanse oddania precyzyjnego strzału oceniam na 1:38. Plecak ciągle zsuwa mi się na głowę, aparat foto obija mi kolana, i wrzyna się w kark, włos przylepia się drwiąco do spoconego czoła;  nogawki od dżinsów ciągle wyrywają się spod kontroli i włażą na linię strzału. Horror.. No ale nic, człowiek jak musi, to wszystko przetrwa, survival nie jest mi obcy, widziałam w telewizji. Opanowawszy podstawową technikę w zaledwie 10 minut, dokonuję czynności. Po czym szukam papieru. I co?? I nie ma. Jest za to kranik i kubełek z wodą. CO PROSZĘ.. Że niby jak ja mam w takiej sytuacji, skąd mam se wytrzasnąć trzecią rękę, i w ogóle jak, co..  to spisek na moje życie jest, stęk, stęk, jeb, plecak po raz kolejny ląduje na mojej głowie, aparat wali o podłogę obiektywem na który mnie nie stać, pot zalewa oczy, zimna woda wlewa mi się do nogawki.. o do chuja wafla.. Armageddon. Przetrwałam, ale przysięgłam się, że już nigdy nie będzie mi się chciało siku. Przynajmniej nie za granicą.

Ale meczety w ogóle są bardzo fajne. Nie ma tam żadnych obrazków (islam zabrania) ale za to są pięknie zdobione kafle i mozajki. I  wygodne dywany na podłogach. Na takim dywanie człowiek sobie siada i paczy. Oczywiście poza godzinami modlitw. Nawiasem mówiąc, wiele osób odwiedzających kraje muzułmańskie narzeka na muezzinów i ich wezwania do modlitwy: że za głośno, że za często, że, że. Mnie tam się podobało, czuł się człowiek bardzo za granicą. Zanim wejdziesz do meczetu musisz zdjąć buty (zwykle zostawiasz ja albo na specjalnej półce, albo wsadzasz w worek i nosisz ze sobą) i jeśliś białogłową, powinnaś zakryć włosy. Jak nie masz ze sobą szala, no panic, panowie przy wejściu ci pożyczą, każdy meczet ma je na wyposażeniu z myślą o zachodnich turystkach. Ich kraj, ich prawo; szkoda, że wiele pań ostentacyjnie ma to gdzieś. No ale wszyscy w końcu rozumieją, że prawdziwa Amerykanka nie będzie się zniżać do poziomu kultury plemiennej, fuck, yeah!

poczto

Z rzeczy równie ciekawych: po pierwsze, zauważyłam sprytnie, że Turcja jest pełna Turków. Znaczy, jest na co popatrzeć. Oj, pani, jest. Bez szczegółów jednakże, wszak mogą to czytać osoby niepełnoletnie. Po drugie, Istambuł kocha bezpańskie psy i koty, z wzajemnością. Koty jedzą szczury. Turki się za bardzo nie przejmują oczyszczaniem miasta i stosy śmieci pietrzą się wszędzie; Klondike i szał ciał dla gryzonia. Psy przypuszczalnie zjadają nadmiar kotów; nadmiar psów zaś eliminowany jest również przypuszczalnie przez budy z kebabami. Idealna praca zespołowa, organiczna i co tam jeszcze. Powyższa uwaga o śmieciach nie powinna nikogo zniechęcić do tego miasta, zapewniam, że można to zjawisko sympatycznie podciągnąć pod koloryt lokalny. Z budami eliminującymi nadmiar psów to taki żarcie-k był niesmaczny. Prymitywny nawet. Dla pokrycia zapadłej nagle krępującej ciszy proszę, oto już leci do państwa ładny widoczek na miasto i Bosfor cieśninę:

bos

Męska część populacji Istambułu to mądre chłopaki, wiedzą, jak przeżyć w wielkiej aglomeracji przy niedostatecznym wsparciu struktur rządowych. Przeżycie w wielkiej aglomeracji przy nwsr odbywa się m.in. za pomocą łupienia turysty. Sposobów łupienia jest kilka. Np. w zależności od natężenia ruchu turystycznego jednego dnia butelka wody może kosztować 0.5 liry, drugiego całą lirę. Jak sprzedawca widzi, że formuje się kolejka chętnych, którzy właśnie wytoczyli się z francuskiego autokaru w stanie skrajnego odwodnienia, to cena potrafi wzrosnąć do 1.5 abo 2. Jeśli jesteś zachodnim turystą, lepiej zapomnij o grzeczności względem przechodzącego czyściciela butów, który właśnie ‘zgubił’ swoje narzędzie pracy akurat niedaleko twojej nogi. Jak zawołasz, albo co gorsza, weźmiesz upuszczone narzędzie w rękę żeby mu podać – przepadłeś. Raz złapany, będziesz miał spore problemy z oswobodzeniem się; na własne oczy widziałam niemiecką turystkę której po takim tricku polerowano japonki. Również nie pozwól się zaciągnąć do sklepu z dywanami pod pretekstem zadziergnięcia więzów przyjaźni turecko-… (tu wstaw jakiej), wypicia herbatki i pogadania o kulturze. Jak po herbatce nie kupisz chociażby ścierki, zostaniesz uznany za gbura. Nie wiem jak jest gbur po turecku, ale jestem pewna, że się zorientujesz. Na ceny wstępów do obiektów nic nie poradzisz, ale NIGDY nie jedz w restauracji hotelowej, chyba, że jesteś z Ameryki i jest ci w kwestii pieniężnej absolutnie wszystko jedno.

W kwestii jedzenia właśnie, to aż przyjemnie popatrzeć, jak Turcy dzielnie opierają się mcdonaldyzacji. Ok, mają ten przybytek w mieście, ale jest on odwiedzany raczej przez przedstawicieli kultur zachodnich, przestraszonych panoszącą się wszędzie bez szaconku dla norm unijnych zdrową, świeżą żywnością. Z moich obserwacji wynika, że tubylec jak głodny, to zje smażoną kolbę kukurydzy, pieczone kasztany, suszonego owoca, wciągnie smażoną rybkę właśnie wyłowioną z Bosforu i malowniczo wciśniętą w bułę, ewentualnie kebaba z mnóstwem zielska. Lubią owoce i soki. Generalnie jedzą znacznie zdrowiej niż my, zwłaszcza w kwestii przekąsek, i to widać na ulicach – gruby Turek jest jak Turek bez papierosa – trafia się jeden na 18,754.

pocztowka

Turcy uwielbiają herbatę, zwłaszcza jabłkową; piją ją wszyscy i wszędzie, na rogach ulic, w sklepach, przed sklepami; do normy należą malusie stoliczki i krzesełka wystawiane gdzie się da – służą za minicentra życia towarzyskiego oraz biznesowego. Życie toczy się leniwie i sympatycznie, ale z tego co da się zauważyć, sympatycznym herbacianym nicnierobieniem zajmują sie głównie panowie. Panie w tym czasie podejrzewam walczą na wszystkich frontach o przetrwanie własne i potomstwa. Nie bardzo wiem, jak tego dokonują, bo choć Turcja jest od ponad 60 lat państwem świeckim, a kobiety nie muszą nosić niczego na głowie, i teoretycznie mają równe prawa, to wciąż na moje oko niewiele kobiet pracuje np. w usługach czy handlu. Nie wiem jak jest w innych branżach. Na fotce tradycyjna szklanka caju z tradycyjnym spodkiem zdobionym w takie tam czerwone.

DSC_0535

Poza Istambułem turystycznym jest oczywiście i Miasto Rzeczywiste. Niewielu turystów się tam zaplątuje. 17mln ludzi, w tym mnóstwo przybyszów nielegalnych i wszelkiej maści uchodźców musi się gdzieś podziewać, i tak na mieście narastają slumsy; niektóre domki wydają się być posklejane z jakiejś dziwnej mieszaniny dykty i cegieł, bez szyb, ba, w ogóle bez okien, z otwartymi na oścież ścianami; niektóre wyglądają jak cuda techniki budowlanej – to cud, że jeszcze stoją. I mieszkają w nich ludzie. Często wielodzietne rodziny, ojcami których są zapewne czyściciele butów i wędkarze z mostu Galata. S. w swoim brytyjskim sumieniu nie mógł przejść do porządku dziennego nad obrazem nędzy i rozpaczy skontrastowanym z milionami euro ładowanymi w odnawianie zabytkowych budowli przez Unię Europejską – po to, aby miasto się pięknie prezentowało w 2010 roku, kiedy to zostanie europejską stolicą kultury.

pocztowka3

Co jeszcze, jasne, zabytki. Zabytków jest dużo. I są super. Wiele więcej nie będę pisać, bo ten wpis jest już i tak nieprzyzwoicie długi i coś czuję, że do końca wytrwa tylko moja mama bo mnie bardzo lubi. Wymienię tylko absolutny podróżniczy mus, kiedy masz tylko kilka dni na zwiedzanie: numer 1, oczywiście Hagia Sophia, chyba jedyne miejsce na ziemi, w którym spotyka się chrześcijaństwo z islamem, obecnie muzeum. Wstęp 20 TL (element łupienia turystów, ale warto). Więcej o tym fascynującym miejscu tu i kilka fotek:

hagia poczt

2. Pałac Topkapi, bywsza siedziba sułtanów; to stąd kierowali oni potężnym imperium ottomańskim i równie potężnym haremem. Więcej tu. Za wstęp do haremu (w którym niestety nie ma już ani żon, ani kochanek ani nawet jednego smutnego eunucha) trzeba zapłacić ekstra, ale warto – ostatecznie ile razy tu wrócisz? I pocztówka ciach:

topkapi pocztowka

Inne musy: oczywiście Błękitny Meczet, imponująca budowla; jeśli jednak masz więcej czasu, to warto poszukać sobie innych, mniejszych meczetów, bez tłumów turystów. Atmosfera gwarantowana. Warto zobaczyć podziemną cysternę bazyliki, wdrapać się na wieżę Galata i oczywiście zobaczyć bazary. W ogóle najlepiej – jak masz więcej czasu – po prostu wypuścić się w miasto, odejść od utartych ścieżek, zanurzyć się w to tętniące kolorowe życie, niby takie odmienne od naszego, a jednak bliskie, połączone z nami wielką wspólną płaszczyzną historyczno-kulturowo-religijną. I Janem III Sobieskim, he he..

pocztowka5

Na koniec trochę obrzydliwego sentymentalizmu. Ile ja się naczekałam, żeby to gdzieś, kiedyś usłyszeć, samoczynnie, przypadkowo, no i stało się; siedzę sobie wieczorem w pokoju hotelowym na Sultanahmet’cie, umęczona jak pies po całodziennym szwedaniu się, za oknem światła miasta, gwar głosów z kawiarnii, nocne powietrze wdziera się i oplata, i nagle słyszę to właśnie, Tajabone, i mam zjazd. Łzy w oczach. No, kurcze.  To ten moment z filmu kiedy Manuela jedzie do Barcelony, i patrzy na rozświetlone miasto, które kiedyś naznaczyło jej życie, w tle ta muza; zawsze mnie to rozkłada na łopatki. Teraz będzie mnie rozkładać podwójnie, pięknie mi się wpisało. Ja to jednak jestem roman-tycz-na.

Wiele rzeczy mi się zrealizowało podczas tej podróży. W ogóle, jak się człowiekowi spełnia marzenie, to czuje się, jakby mu ktoś nadmuchał w środku wielki balon, co mu naciska na spojówki. Tak mi naciskało, jak jechaliśmy z lotniska do hotelu i patrzyliśmy sobie po raz pierwszy na nocny Istambuł. O, na taki:

poczt noc

Taki pamiętam i za takim będę zawsze tęsknić.

Jeśli ktoś się wybiera do Istambułu (czy w sumie gdziekolwiek indziej), polecam dobre rady Trip Advisora. Bardzo użyteczna stronka tworzona przez podróżników dla podróżników. Polecają, przestrzegają i oceniają wszystko, od hoteli, przez restauracje, zabytki po lokalne obyczaje.

 

________________

photos by me, all rights copyrighted

27/10/2009

O filmowcu na ziarnku grochu, upgrade do historii powszechnej i wymarłym gatunku

Aj waj!

Rzecze Times online, iż piętnaście lat po nakręceniu Braveheart i zainkasowaniu kolekcji Oscarów Mel Gibson uderza się w pierś, mówiąc: Wallace wcale nie był taki fajowy jak go pokazałem,  ba! potworem był, ten Wallace, przesiąkniętym do cna smrodem dymu z tych wiosek, co je był palił wraz z mieszkańcami w ramach swojej działalności społecznej i wyzwoleńczej. I denerwuje się Mel poczciwina, bo Szkocka Partia Narodowa (SNP) wykorzystuje stworzony przez niego wizerunek bohatera do swoich celów statutowych – a to przecież nieprawda! Nie tak było.. Zaraz.. Co z Tobą Mel, chyba nie każesz nam uwierzyć, że nie przeczytałeś biografii swojego bohatera zanim nakręciłeś o nim film? Albo, że przeczytałeś, ale była za nudna lub za niewygodna i trzeba ją było prze-kręcić? Czy naprawdę twierdzisz.. mon dieu.. że Hollywood.. kłamie.. pardon, upgade’uje historię powszechną na własny użytek? I nieprawdaż to, że Wallace to postać kryształowo czysta jak ruska wódka, dobrzy Amerykanie walczą bohatersko za pokój na świecie, a w tej tam Polsce w czasie wojny ginęli jedynie Żydzi, czasem jeno uratowani przez jakiegoś Niemca? No, doprawdy. Co też. 

Mówią niektórzy: o co cały ten lament, przecież wystarczy być świadomym fikcji, kino to kino i ma swoje prawa, a jak ktoś chce poznać prawdę, to sobie poszuka. Tam di dam, tam di dam, la la la. Ilu, ja się pytam, procentowo kinomanów sięga do źródeł po obejrzeniu filmu opartego na prawdziwych wydarzeniach?? Mnie się nie zdarzyło. A nie, czekaj, przeczytałam Pianistę, dobra. Ale ciekawam, ilu członków SNP przedłożyło prawdziwą biografię Wallace’a nad filmową laurkę? Ludzkość (szczególnie ta zaangażowana  w Walkę o To czy Tamto) potrzebuje bohaterów, potrzebuje romantyzmu, robinhoodów i janosików, pięknych postaw i szlachetnych emocji; po cóż biczować się suchymi skrzeczącymi faktami, kiedy możemy słuchać jedwabistej pieśni barda? I tak wszyscy po trochu stajemy się częścią wielkiego powolnego fałszowania historii.  Nasz poczciwy Mel właśnie obudził się z 15-letniego snu z bólem w lewym półdupku, przetrząsnął wyro i pod setką materacy znalazł groszek prawdy. Swoja drogą, ciekawe, czy musimy czekać następne 10 lat, żeby uderzył się w piersi za Pasję? Jak coś, to ja chętnie pomogę, bom strasznie gościa po tym filmie znielubiła.

boxx78

Co jeszcze wpadło mi w oko: jak ktoś jest zainteresowany, to sympatyczna pyskówka na temat ‘rdzenności’  Brytyjczyków i Nicka Griffina wiedzy o rozwoju społeczeństw toczy się tutaj

I coś exclusive dla was, Dziewczynki, na jesienny wieczór:  make me thrill as only you know how..  Ach, gdzie te chłopy, orły, sokoły, herosy, johnywayne’y, casanovy, donjuany, fredyastairy.. Chyba se obejrzę jakiś film. Amerykański. Może nawet Braveheart.

:]


25/10/2009

o polityce, Stephenie Fry’u i troszeczkę znowu o wodospadach

DSC_0070

Kręci się, pani. Kraj żyje telewizyjną debatą polityczną, do której po raz pierwszy w historii BBC zaproszono przedstawiciela nacjonalistów (BNP), Polonia żada kastracji Stephena Fry’a za niefortunną wypowiedź o Auschwitz, Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę a wodospady w Neath eksplodują wodą po ostatnich opadach. Plus Rob Cztery Żony twierdzi, że kiedyś w Amsterdamie spotkał prawdziwych Bonnie i Clyde’a; mogło mu się to jednakże tylko wydawać, bo w tamtych czasach w Amsterdamie sporo się wypalało tego i owego; zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Ale po kolei.

Lubimy Nicka Griffina, lidera BNP, oj lubimy. Głównie dlatego, że dostarcza nam tak rzadkiego w tym kraju, a wspominanego z łezką w oku jako element życia codziennego w ojczyźnie, folkloru politycznego. Przez niektórych zwanego prościej cyrkiem. Griffin jest politycznie niepoprawny, jest rasistą, często wygaduje straszne banialuki; scena polityczna traktuje go jak zgniłe jajo, większość społeczeństwa go nie trawi.. ale jego partia wygrała w tym roku 2 miejsca w parLamencie Europejskim. Pozostałe partie, nie wiedząc co z tym fantem zrobić, postanowiły go ignorować, mając chyba nadzieję, że się sam rozpuści w walijskim deszczu (mieszka na farmie w środkowej Walii); alternatywnie stosuje się taktykę wyśmiewania. Najwięksi prześmiewcy, tak rządowi jaki opozycyjni,  przegapiają jednak drobny fakt, mianowicie, że społeczeństwo jest zmęczone kryzysem, niewydolnością dotychczasowej sceny politycznej, dyplomatycznym bullshitem płynącym z ust polityków oraz byciem ignorowanym. Jedną rzecz trzeba przyznać Griffinowi: mimo, że jego poglądy są bardzo niepopularne, wręcz karalne, on ma odwagę je głosić z uczciwością kompletnie niedyplomatyczną, i czasem wśród banialuk zdarza mu się mówić wprost o tym, czego niektórzy zwykli zjadacze chleba nie mają odwagi wyartykułować, żeby nie być posądzonym o ciemniactwo i nietolerancję. I to właśnie może mu przysporzyć zwolenników.  Podobnie, jak traktowanie go jak nieszkodliwego przygłupa przez pozostałe siły polityczne. Ludzie są wściekli, że rząd nawala w wielu sprawach, m.in. w sprawie polityki imigracyjnej, udając już zbyt długo, że sprawa nie istnieje. Griffin mówi: wysłać wszystkich kolorowych do domów i po sprawie; i nagle niektóre białe jednostki myślą sobie, no tak, tak, może coś jest na rzeczy. I niedorzeczność tego postulatu nie ma tu znaczenia, bo Griffin proponuje Rozwiązanie, coś, czego nie oferuje żadna inna partia. Griffin mówi: islam to zagrożenie. I trafia do tych, którzy czują sie niepewnie w swoich własnych małych mieścinach, w których nagle pojawia się mnóstwo ludzi w dziwnych ubraniach.

Dostało się BBC za zaproszenie go do debaty. Niesłusznie moim zdaniem, bo w końcu od tego jest ta jakże obtrąbiana przez wszystkich cudowna demokracja, żeby każdy mógł głosić swój pogląd, i każdy mógł oceniać, w co chce wierzyć. Ale politycy boją się, że społeczeństwo nie jest dostatecznie mądre, i chcą upewnić się, że dokona właściwych wyborów. Niesłusznie również z innej przyczyny – potężni szefowie publicznej doskonale wiedzą co robią. Pomijając fakt, że oglądalność skoczyła astronomicznie, to upewniono się, że lidera BNP spotka odpowiednie przyjęcie ze strony pozostałych gości i publiczności. Cały program był tendencyjny i sprowadził się do atakowania typa, bez dania mu szansy skończenia jakiejkolwiek wypowiedzi; co wskazuje na to, jak bardzo ktoś obawia się, żeby Griffin nie zabrzmiał zbyt rozsądnie.

Umówmy się, mnie BNP wisi zasadniczo, raczej bawi, niż denerwuje; przyglądam się im jednak z pewną dozą ostrożności podyktowanej naszym doświadczeniem historycznym. Tak, powinniśmy być ostrożni, ale też jeśli mamy wierzyć w tę całą demokrację, to powinniśmy stosować jej zasady dla wszystkich jednakowo; i  jeśli obawiamy się BNP, to powinniśmy pojąć z nimi dyskusję opartą na argumentach. Logika jest bardzo skuteczną bronią w walce z nacjonalizmem, znacznie lepszą niż szydzenie, lekceważenie lub zaprzeczenie. Politycy nie wydają się uczyć na błędach przeszłości, chociaż kto jak kto, ale właśnie oni powinni, dla ogólnego dobra. Tylko, że do tego trzeba być politykiem odpowiedniego formatu, a tych dzisiaj nie ma wielu.

Jak ktoś życzy poświęcić godzinkę, ot, dla podszkolenia postawy obywatelskiej, tudzież pokłócenia się z moim odbiorem spraw, to może sobie debatkę obejrzeć tu.

Alem sie rozpolitykowała. To jeszcze krótko o S.F. i potem luzik. Stephen Fry jest niesamowicie łebskim facetem, intelektualną legendą w UK, gościem słynącym z erudycji i dowcipu. I oto w ferworze jakiejś telewizyjnej dyskusji o nacjonalizmach i euroośle Kamińskim, zdarzyło mu się chlapnąć o tym nieszczęsnym Auschwitz (..pamietajmy po której stronie granicy był Auschwitz..). Polonia natychmiast zagrzmiała; odbyły się protesty, w kościołach palono gromnice i  śpiewano Rotę a w okolicach Hyde Parku zorganizowano na prędce kilka oddziałów powstańczych. Znowu nas biją, krzyczeli naród; nie damy, nie pozwalamy, Bóg, Honor, Ojczyzna! Wielkie mózgi forum onetu określały Fry’a w najlepszym przypadku jako angielskiego analfabetę. Tymczasem Fry grzecznie przeprosił na swoim blogu (świetnym z resztą), przyznał się do palnięcia głupoty i bynajmniej nie próbował się rozgrzeszać. Zostałam fanką. Niecierpię pieniactwa i nierzetelnej dziennikarki, a to, co media typu onet nawyprawiały z tym drobnym incydentem, bez najmniejszej próby dowiedzenia się kim jest ten człowiek, i jakie są jego poglądy, pozostawia mnie w niesmaku.

No ale przynajmniej coś się dzieje, odrobina emocji w jesiennej stagnacji. Plus wodospady – taa, te co już znamy, w Pont Nedd Fechan (free kibel przy mini parkingu). Było mokro, szarawo, zimnawo; tradycyjnie wpadłam w błotko po kostki i zaliczyłam kontakt intymny z glebą; ale było warto.  Pacz:

DSC_0099

Co jeszcze.. Lars! Prawie zapomniałam o Larsie. Bianca wyjechała z miasta a Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę. Nawet nie czytaj opisów ani pseudo recenzji, wypożyczaj w ciemno, czy tam kupuj, mówię ci. Ryan Gosling zasługuje na Oscara, kilka linii w scenariuszu na nieśmiertelność a film na miejsce honorowe na półce, gdzieś pomiedzy pomiędzy Jak w niebie (szwedzkim) , Billy Elliot i Historiami Kuchennymi.

O Robie Cztery Żony będzie kiedy indziej, osobistość ta bowiem zasługuje na odrębną opowieść.

A Kuba ciągle w Azji. Chyba będzie się żenił.

DSC_0005

19/10/2009

O drugim Rzymie, kolorze kurkumy i pięknych chłopakach / część 1

Zaszufladkowany do: Podróże małe i duże — Anna w Walii @ 1:49 pm
Tags: , , , ,

ist

Taaa… Za oknem złota walijska jesień (taki wybryk natury), BNP zmienia konstytucję (Ali i Parvati będą mogli wstąpić do partii i przyłączyć się do walki o białą Brytanię), J. spotkała mężczyznę, który zna wyrażenie summa summarum i zastanawia się czy to wystarcza do randki, Annę opanowała ogólna niemota, a Kuba wciąż siedzi w Azji i strzela oczami za kelnerkami. I próbuje pisać dramat społeczny o głębokim zabarwieniu emocjonalnym tudzież walorze poznawczym.

TŁO DRAMATU:

Istambuł, takie miasto

OSOBY DRAMATU:

Anna, Kuba, S., Piękny Boy Hotelowy, Życie, Pan z Wózeczkiem, Kilka Bezpańskich Psów, Szepleniący Po Rusku Kelner, Tkaczka Dywanów, Hasan Sprzedawca Wyrobów Skórzanych (głównie do Niemiec), Toaleta przy Meczecie, Ekrem Potencjalny Bypass, Czyściciel Sandała, Hagia Sophia, Kilka Meczetów, Łupienie Turystów i inni.

AKT PIERWSZY

.. 3,5 godziny lotu przelecieli jak sznur dzikich gęsi na wieczornym niebie, i oto są na lotnisku Ataturk, hala przylotów, ich wytresowana brytyjska mentalność doznaje szoku kulturowego na widok setek waliz walających się beztrosko po całej hali, którym nikt nie mówi, żeby się pilnowały właściciela, bo jak nie, to zostaną uznane za bombę i roztrzelane. Dookoła pląta się mnóstwo kobiet w burkach (poznać po rzęsach) i japońskich turystów w maskach na twarzy. Anna idzie się wysikać i odkrywa, że czuje się cokolwiek dziwnie będąc w kiblu jedyną nieoburkowaną blondynką. Zapewne dzieli to uczucie z  pierwszą kobitą w burce, która przyjechała do Birmingham 50 lat temu. W Annie biją się dwa sprzeczne poglądy na temat burek, ostatecznie wybiera wariant róbta co chceta. Kuba wpatruje się w podłogę, uśmiechając się mściwie za każdym razem, jak uda mu się zobaczyć nieoburkowany kawałek dużego palca u stopy, po pięciu minutach stwierdza, że zabija go to ciągłe wściekłe pożądanie i czy w związku z tym możemy się gdzieś napić herbaty z cytryną; a S. gapi się na  Japończyków w maskach, poprawia okulary i idzie mu tik na powiece. Napięcie rośnie: czy czeka na nich kierowca??

Jest, czeka. Nie mówi po angielsku, ale to nie przeszkadza mu to w nawiązaniu sympatycznej konwersacji. Po raz pierwszy widzą roziskrzone miasto i błyszczący Bosfor; Anna ma łzy w oczach, Kuba mówi, że zgubił swój ulubiony długopis z napisem Trafalgar Square a S. grzecznie bierze udział w rozmowie z kierowcą, wtrącając okej, ołrajt w momentach wyglądających na właściwe. Widzą po raz pierwszy rozświetlony Błękitny Meczet i Hagię Sophię, i jest to widok, który przez 6 nocy dobrze im się utrwali, raczej na zawsze.

DSC_0101

AKT PIERWSZY I PÓŁ

.. w hotelu już na nich czekają; Anna odkrywa pięknego boya hotelowego, w którego ustach język turecki brzmi jak vinyl z Cohenem; Kuba dostęp do internetu w lobby a S. pilota od klimy. Są zadowoleni, podnieceni, zaraz idą sobie na pierwszy spacer po okolicy. Jest ciepły wrześniowy wieczór, ulice błyszczą od świateł, gra muzyka, zew muezzinów niesie się po okolicy; jest pięknie, nawet powiedziałby, jest ok.

AKT DRUGI

Sympatyczne śniadania zjadają sobie zwykle na tarasie, obserwując, jak wokół leniwie toczy się Życie – Pan z Wózeczkiem transportuje co tam zwykle transportują panowie z wózeczkami, swobodnie przebiega Kilka Bezpańskich Psów; Anna zaprzyjaźnia się z Kelnerem Szepleniącym po Rusku. Pierwszego dnia Kelner jest żonaty i ma dwójkę dzieci, drugiego posiada dziewczynę, ale nie zamierza sie żenić, trzeciego dnia daje Annie w prezencie bransoletkę. Kuba mówi, że jakby kto jego pytał, to jemu to wygląda na poważne zobowiązanie.

No to zwiedzają, w końcu po to przyjechali. Pierwsza Hagia Sophia, jedna z najpiękniejszych budowli świata; przez tysiąc lat chrześcijańska świątynia, pięćset meczet, obecnie muzeum. W kolejce do kasy po raz pierwszy, lecz nie ostatni, spotykają Łupienie Turystów, po krótkiej wymianie uprzejmości kupują bilety i zwiedzają. Anna głównie się gapi, bo ma fiksację na punkcie tego miejsca od czasu jak miała jakieś 18 lat i zobaczyła je na filmie produkcji portugalskiej; Kuba próbuje nie dać się stratować tłumom kobiet wszelkiej prowieniencji kłębiących się wokół Kolumy z Dziurą Życzeń; w dziurę należy wsadzić palec i zakręcić, a jeszcze w danym roku szczęśliwie upoluje się męża. S. pstryka fotki wielkiego rusztowania na środku muzeum w nadziei, że szczęśliwie złapie efektowny Spad Robotnika Wysokościowego z Wysokości.

Pierwszy większy posiłek zjadają w hotelowej restauracji, obok leniwie toczy się Życie, swobodnie przebiega Kilka Bezpańskich Psów, Pan z Wózeczkiem transportuje co tam zwykle transportują panowie z wózeczkami; rachunek za rybę z frytkami, piwko i herbatkę przynosi Łupienie Turystów. Całe zgięte w uśmiechach, takie przecież sympatyczne, no i dzieci ma, dużo dzieci, głodne biedactwa, chora babka musi na leczenie do Stanów pojechać, przecież się nie będą wykłócać jak jakieś buraki, w końcu takie babki mają swoje prawa. Płacą. Ale więcej nie jedzą w hotelowej restauracji, szczęśliwie odkrywają, przy wydatnej pomocy Hasana Sprzedawcy Wyrobów Skórzanych (głównie do Niemiec) istnienie sypatycznej restauracyjki; restauracyjka ma swojego managera Ekrema Potencjalny Bypass, który szczuje Łupienie Turystów Kilkoma przebiegającymi Bezpańskimi Psami i jest chodzącą ikoną obsługi klienta. Nie dosyć, że ich karmi i poi poza ludzkie pojęcie (i poza zamówienie), to jeszcze wystawia rachunek wyłącznie za to co zamówili i jest to rachunek bardzo mały. Wracają tam przez 4 dni z rzędu, przyjaźń polsko-brytyjsko-turecka kwitnie, brzuchy rosną, Anna ćwiczy swój francuski (Ekrem preferuje język Voltaire’a), przy okazji dowiadując się, że właściwie nie ma już czego ćwiczyć. Są pełni podziwu dla swojego nowego przyjaciela, który pracuje 7 dni w tygodniu, bez większych przerw w ciągu dnia; z rzadka pośpiesznie udaje mu się zapalić faję. Mają nadzieję jeszcze go kiedyś spotkać, ale przy tym trybie życia potencjalny bypass może na długo nie wystarczyć.  Na koniec dadzą mu napiwek przewyższający rachunek o 150 procent (wciąż wszystko razem poniżej 20 funtów) i wyślą mu kartkę z Pembrokeshire. Porządny chłop z tego Ekrema.

Zanim pojechali do Istambułu prześledzili wszelkie dostępne fora turystyczne i poczuli się dostatecznie ostrzeżeni, głównie przed Łupieniem Turystów, które wykonuje różne zawody, ale głównie sprzedaje bilety wstępu tam i siam, czyści obuwie, sprzedaje dywany i przynosi już wspomniane rachunki w hotelowych restauracjach.  Z pewną podejrzliwością potraktowali więc swojego nowego przyjaciela Hasana Sprzedawcę Wyrobów Skórzanych (głównie w Niemczech), który w niezwykle sypatyczny sposób prawie zaciągnął ich do swojego sklepu, uprzednio oprowadziwszy po okolicy, wskazując na to i owo, które jest taniej lub drożej.  To jemu zawdzięczają restaurację z Ekremem i jego bypassem (polecił gorąco knajpę obok) oraz niemal skorzystanie z tureckiej łaźni. Dowiedzieli sie również, że populacja Istambułu dobija do 17 milionów, jest zasadniczo biednie i trzeba sobie radzić, i może chcą rzucić okiem na dywanik, dorzuci do skóry, niedrogo i Gardło Sobie Podrzynam, Hasan.

cdn DSC_0576

19/09/2009

Anna w Azji

Zaszufladkowany do: Co w trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość — Anna w Walii @ 5:44 pm

Nie mam na nic czasu, mówi Anna szpanersko. Kuba, ja i S.  jedziemy szukać inspiracji za górami, za lasami, za kontynentami. Stopy nasze ucałują Bosfor cieśninę; muezzina zew wywierci nam w czaszkach dziury, przez które spłyną na nas mozajki, latające dywany, Jednoocy Sprzedawcy Herbaty – i przerobią się na Poezję. Prozę. Haiku, psia jego mać. Cokolwiek. Och, ile ja się naczytałam, skwierczy Anna w oparach podniecenia, o tym Istambule, o Konstantynopolskich Turkach z Oczami, o Błękitnych Meczetach – i teraz, panie, to się dzieje. Jadę. Srał pies czterogodzinny lot. Dwie butle wina i jakoś to będzie.. I nie obchodzi mnie co będzie potem, jak trzeba to zostanę mnichem na środku jeziora.

Hasta la vista, babies.

cv

09/09/2009

abo tak.

Zaszufladkowany do: Uncategorized — Anna w Walii @ 2:06 pm

bullet2

07/09/2009

o ślepocie analnej /konkurs

Zaszufladkowany do: Co w trawie piszczy albo komentarz na rzeczywistość — Anna w Walii @ 9:17 am

Dzwoni Anna do szefa:
- nie mogę przyjść dzisiaj do pracy, jestem chora
- a co ci jest? – pyta szef
- mam atak ślepoty analnej
- oj, to nie dobrze, a co to takiego?
- po prostu nie widzę możliwości przytargania dziś swojej dupy do pracy.

To prototyp, teraz ogłasza się konkurs na tłumaczenie na język Szekspira. W tłumaczeniu generalnie obowiązują dwie szkoły: pierwsza wyznaje wierność oryginałowi, druga wierzy w twórcze piękno przekładu. Pogodzić obie trudno. My na użytek konkursu stwórzmy trzecią szkołę: taką, żeby brytyjski szef złapał dowcip i nie przypisał nam nagłego zidiocenia, lub, co gorsza, kompletnej utraty zdolności porozumienia się w naszym języku obcym.

Anna (chwilowo oślepła)

berryr

28/08/2009

Traktat o wiedzy tajemnej / część 2

Otwieram zebranie wodzów starszych i nie tylko. Dzisiaj będę straszna. Opowiem wam o housing beneficie, czyli kasie od rządu, którą w ściśle określonych okolicznościach możesz otrzymać, jeśli masz kłopot z płaceniem rentu (wynikający z utraty pracy lub drastycznego zmniejszenia dochodu).

Zacznijmy jednak od kilku generalnych uwag, których treść przysparza rodakom nieco kłopotu.

Po pierwsze: różne instytucje przyznają różne zasiłki i niekoniecznie są ze sobą w kontakcie. Niektóre są, lub mogą być na życzenie, ale zawsze lepiej załatwić wszystko w instytucji właściwej zasiłkowi/problemowi. Dwa razy spytać, sześć razy zadzwonić, jak przyślą list, to odpowiedzieć poleconym, prosić o pokwitowania, zawsze zapytać, z kim się rozmawiało i zapisać wszystko, co się robi w kajeciku. Możesz się bowiem znaleźć w sytuacji, w której będziesz musiał udowodnić, że zrobiłeś coś (np. dostarczyłeś informację), po czym nie ma śladu w systemie. Albowiem instytucje państwowe po pierwsze charakteryzują się sporą dawką chaosu w swoich poczynaniach, a po drugie niekoniecznie są przygotowane na właściwą obsługę klienta, którego angielski jest, powiedzmy, wątpliwy. Trudno im się w tej sprawie dziwić. To do nas należy dowiedzenie się wszystkiego, zwłaszcza poznanie swoich praw i obowiązków,  i zadbanie, żebyśmy potem nie musieli zwracać kupy szmalu. W kwestii zwracania szmalu bowiem chaos działania instytucji jest znacznie mniejszy, i sieje zarazę i pomór w emigracyjnym portfelu.

Teraz będzie odnośnie różnych instytucji, z którymi możesz się zetknąć.

Zasiłkiem dla bezrobotnych JSA, co na pewno wiesz, zajmuje się Job Centre, które jest częścią Departamentu Pracy i Emerytur, w skrócie DWP.  Ten sam departament zajmuje się przyznawaniem rent inwalidzkich, zasiłków dla tymczasowo chorych, dopłat dla osób o niskim przychodzie, emerytur i wcześniejszych emerytur itp. To oni żadzą twoimi składkami ubezpieczeniowymi. O JSA było więcej tutaj

HM Revenue & Customs, czyli skarbówka, może przyznać ci Working Tax Credit (WTC) i Child Tax Credit (CTC). Te dwa są nie tyle benefitami, ile ulgami podatkowymi dla namniej zarabiających, które rząd płaci tobie, żebyś miał z rodziną zapewnione minimum socjalne. Brzmi dziwnie, wiem. Rząd płaci ludziom kasę, he he. Rzecz bardzo popularna wśród młodej polskiej emigracji, której duża część, myśląc, że złapała pana boga za nogi, i nie zawracając sobie głowy z dowiedzeniem się, o co właściwie chodzi i przeczytaniem formularza (plus miała pecha i trafiła na niekompetentną obsługę) narobiła sobie nadpłat i ma do zwrotu sporo pi. Więcej po angielskupo polsku

Council, czyli twój lokalny urząd admnistracji państwowej, najczęściej hrabstwa (jednostka podziału adm., jak województwo, czy powiat) może przyznać dwa zasadnicze zasiłki: Housing Benefit / Local Housing Allowance oraz Council Tax Benefit. O tychże będzie dalsza częsć pogadanki.

Wróćmy do naszego Pawełka. Pawełek pomyślnie zainstalował się jako bezrobotny/poszukujący pracy i zaczął otrzymywać pieniędz. Pieniądz to jednak niewielki, a przecież ma Pawełek do płacenia rachunki, no i przede wszystkim czynsz/rent. Popadnięcie w zaległości z płaceniem rentu jest początkiem wielkich problemów, które mogą skończyć się eksmisją na bruk w stosunkowo niedługim czasie, a w krótkim czasie, nieprzyjemnościami ze strony landlorda (który najczęściej wciąż spłaca kredyt za chatę, którą Pawełkowi wynajmuje i nie życzy sobie aby bank mu tę chatę odebrał).

I tutaj znowu wkracza rząd, z Brownem Gordonem w stroju dobrej wróżki, i oferuje Pawełkowi pomoc w płaceniu rentu. Są conajmniej dwa sposoby aplikowania do Councilu o taką pomoc. Po pierwsze, Pawełek może zażyczyć sobie takiej opcji, podczas swojej rejestracji telefonicznej w Job Centre. Wtedy JC powinno wysłać odpowiednią informację do councilu, który z kolei powinien przysłać Pawełkowi formularzyk oraz listę żądań względem wymaganej dokumentacji. Jeżeli jednak Pawełek chce rzecz przyspieszyć, oraz przede wszytskim upewnić się, że jego wniosek dotrze, powinien skorzystać ze sposobu drugiego, czyli przejść się do councilu i samemu złożyć aplikację.

Druga opcja dotyczy szczególnie tych, którzy nie pobierają zasiłku dla bezrobotnych, ale ich dochód jest bardzo niski (np. właśnie obcięto im godziny, albo urodziło się dziecko, i żona nie pracuje i nie dostaje kasy itp).

Cała procedura aplikacji wygląda następująco: po pierwsze, wypełniamy formularz. Po drugie, przedstawiamy dwa dowody tożsamości (paszport, prawo jazdy, akt urodzenia – może być po polsku), papiery rejestracyjne  z Home Office’u, kartę z numerem NI (lub jakiś dokument, na którym taki numer jest umieszczony), wyciągi bankowe z ostatnich dwóch miesięcy (z wszystkich posiadnych kont), payslipy (pięć ostatnich, jesli płacą nam tygodniowo, lub dwa, jeśli miesięcznie), dowody wszystkich pobieranych zasiłków i tax credit’ów. Może się przydać akt małżeństwa. Wszystkie dokumenty muszą być oryginalne. W councilu sobie skserują i oddadzą. Wymagania względem dokumentów mogą nieco różnić się w zależności od danego councilu.

Bardzo ważne jest, żebyśmy mogli udokumentować, że w momencie składania aplikacji żyliśmy i pracowaliśmy nieprzerwanie w Brytanii ponad 12 miesięcy. Jeśli pracowaliśmy mniej, nic nam się nie należy.

Po złożeniu w councilu wypełnionego formularza i wymaganych papierów, czekamy. Teoretycznie, tydzień, dwa, w praktyce może być dłużej. Jak mamy pecha, mogą wysłać do nas list z prośbą o dodatkowe informacje. Co sprawę przedłuży o kolejne tygodnie.

Cdn trochę później bo tera musze lecieć.

________________________

Jeśli uważasz ten wpis za użyteczny, nie bądź taki, zostaw mi jakiś feedback.

24/08/2009

Historia pewnej wyprawy / Tadeusz

Zaszufladkowany do: Uncategorized — Anna w Walii @ 1:36 pm
Tags:

Osiągnęliśmy szczyty! Powiedział Tadeusz, teraz to Hymny i Laury, szczególnie Laury, tyle Laur ile się da! Szliśmy se po chodniku, żeby je znaleźć, te Laury, szósta trzydzieści rano, a niebo było granatowe i ociężałe jak wrześniowe winogrona i zobaczyliśmy falującą ścianę deszczu popylającą w naszym kierunku przez tunel ulicy z głośnym szumem. Potem za hymny robiła szpitalna radiostacja, grająca can’t buy me love Bitelsów na okrągło przez dwie godziny (awarię mieli powiedziała piguła) i Tadeusz powiedział, że nie wytrzyma tego dłużej, i uciekliśmy do Istambułu. Tam natychmiast zgubiłem wszystkie pieniądze, ale Tadeusz powiedział, że on to załatwi i żebym się nic nie martwił, bo on zna ludzi. Konkretnie to zna jedną ciotkę z Krawieckiej, której stryjeczna kuzynka wyszła za jednego łysego Turka z oczami i sklepem z kurkumą i u niej można przenocować i w ogóle. Nigdy nie widziałem Turka z oczami, to się zgodziłem. Potem się okazało, że Tadeusz nie może sobie przypomnieć adresu i musieliśmy spać pod takim jednym mostem z widokiem na Bosfor cieśninę, i znaleźliśmy butelkę wina, a potem jeszcze Tadeusz przespał się z jedną blond lasią, która potem powiedziała, że ma na imię Tarik, i Tadeusz się zdenerwował. Nie wiem czemu.  Przecież nikt sobie nie wybiera imion. W każdym razie, Tarik długo nie odpuszczała, łaziła za nami wszędzie i w końcu Tadeusz musiał jej przyłożyć. I sobie poszła. Wróciła z koleżankami i całe szczęście, że Tadeusz zobaczył ten wielki budynek z kolumienami, i tam wbiegliśmy i schowaliśmy się, bo wcale nam się nie chciało z nimi gadać. W tym budynku było pełno facetów w ręcznikach na głowach uprawiających jakieś grupowe ćwiczenia, głównie skłony, i zaraz nas wyrzucili, i Tadeusz powiedział, że to jest incydent międzynarodowy i on zaraz dzwoni do Ambasady. Potem wszyscy krzyczeli, a ja byłem już trochę głodny i trochę zły i powiedziałem do Tadeusza, żeby się przestał wygłupiać, i to wszystko jego wina, bo nie powinien sypiać z kobietami, o których nic nie wie, a on na to, że w takim razie umarłby jako prawiczek a poza tym jestem głupi i mam siedzieć cicho.  Ci faceci w ręcznikach nagle się zrobili bardzo mili, poczęstowali nas herbatą, i to było nawet fajne, a potem przyjechała karetka z pigułą i podrzucili nas do domu. W samą porę, bo właśnie rozwozili drugie śniadanie, i jakby nas nie było, to Podrobek zeżarłby nasze croissanty z czekoladą. Trudno go winić. Przecież, nie?

__________

K.

23/08/2009

idziemy w kulturę

Ha! :

3847136774_75ba4e2360

Tak, tak, te figurki na owianej mgłą scenie Cardiff Millennium Stadium to czwórka z Dublina. Z wielką przyjemnością optaszkowuję “zobaczyć U2 live” na mojej liście rzeczy do zrobinia zanim umrę (spoko, na liście jest też “być nieprzyzwoicie bogatą” więc długie życie przede mną). Świetnie zorganizowany koncert, stadion cudnej urody, muza jaka jest, każdy wie (chociaż mogliby grać więcej starszych kawałków), piwko łatwo dostępne – czego chcieć więcej od sobotniego wieczoru w Stolycy.

Bo to już tak jest, że jak ktoś złakniony kultury wyższej niż xbox, xfactor i festyny ludowe, to musi sobie pojechać co najmniej do Cardiff. W B. przejawem najwyższej kultury jest wysoki budynek biblioteki głównej, odwiedzany głównie przez babcie szukające ofiar do pogadania o tym, jak to drzewiej bywało, panie (taki bibliotekarz osaczony przez wytrenowane babcie nie ma żadnych szans) i emigrantów bez dostępu do internetu (w bibliotekach mogą dostąpić za darmola, tylko trzeba się zarejestrować, posiadając dowód na posiadanie stałego adresu, np. list zaadresowany do siebie).

Ale w Cardiff mają to i owo. Po pierwsze, mają muzeum narodowe z galeriami, które często goszczą interesujące wystawy fotograficzne, takie jak ta: No such thing as society . Polecam gorąco, oczywiście jeśli takie rzeczy kogoś kręcą; używając suchych faktów, wystawa prezentuje ogrom zmian w społeczeństwie brytyjskim za ‘panowania’ Margaret Thatcher. Jak Polaka zapytać o panią T. to coś mu się będzie kołatało o żelaznej damie, pierwszej (i ostatniej jak dotąd) kobiecie-premierze, co starsi wspomną strajki górnicze i pałowanie ludu pracującego walczącego o swoje miejsca pracy (brzmi znajomo..? No patrz, a inny system polityczny); no i brytyjski dobrobyt, który nastał za jej czasów. I międzynarodowy szacunek.

Natomiast jak zapytać o panią T. statystycznego Walijczyka, to prawdopodobnie zrobi sie zielony na twarzy i wypowie się niecenzuralnie; jest bowiem pani T. uważana za odpowiedzialną nie tylko za praktyczne zlikwidowanie górnictwa i całej związanej z nim struktury przemysłowej w Walii, a co za tym idzie, wysłanie całych miasteczek na zasiłki na pograniczu nędzy; ale przede wszystkim wini się ją za stworzenie kultury życia na zasiłku, obejmującej całe pokolenia, która jest wielkim kłopotem dla dzisiejszych rządów zarówno ze względów finansowych, jak i społecznych (postępująca degradacja lokalnych społeczności w całem i jednostkowo). No i jeszcze ten dobrobyt, stworzony m.in. przez preferencyjne traktowanie banków i zachęcanie ludzi do wydawania pieniędzy, których nie mieli, legł u podstaw dzisiejszego wielkiego kryzysu.

Tytuł wystawy jest cytatem z wypowiedzi pani minister, zaserwowanym, jak sądzę, z delikatną nutką ironii. Wystawa czynna jest do 31 października, wstęp darmowy (jak i do całego muzeum, pełnego różnych bohomazów i takich tam). W przerwie od tego ukulturalniania się można napić się herbatki w kawiarni w holu muzeum, ale odradzałabym ciasta, wyglądają kusząco, ale są zazwyczaj drugiej świeżości (поздравляю Вас, Михаил Афанасьевич, мне здесь без Вас ужасно скучно ). Muzeum:

museum

Przy okazji, jak kto lubi dobry film, to nie mogę nie polecić conajmniej dwóch brytyjskich filmów usytuowanych w omawianej epoce: Billy Elliot (znakomity, jeden z moich ukochanych filmów) i Full Monty, znany u nas jako Goło i wesoło. Oprócz dobrej zabawy dostajemy jeszcze cenny rzut oka na realia nieodległej historii kraju, w którym sobie postanowilismy zamieszkać. W Full Monty warto zwrócic uwagę na Roberta Carlyre, któren uznaną gwiazdą brytyjskiego filmu jest. Jamie Bell jako Billy jest wart Oscara i rozpościera się przed nim świetlana aktorska przyszłość. Billy Elliot, nawiasem mówiąc, świeci wielkie triumfy jako spektakl muzyczny w Londynie od conajmniej dwóch sezonów.

Apropos kina. Żadko, panie dzieju, można w multipleksie w B. zobaczyć coś, co nie jest pop papką. Jako była pracownica małego kina studyjnego w Ojczyźnie cierpię na syndom Braku Filmu Nieanglojęzycznego w oficjalnej brytyjskiej dystrybucji kinowej. Ale w Cardiff mają takie kino, gdzie grają rzeczy z całego świata; byłam tam tylko dwa razy, bo zawsze mi brakuje czasu na taką wyprawę, ale miałam bardzo pozytywne wrażenia. Oprócz indywidualnych filmów mają przeglądy, cykle i takie tam.  Nazywa się to Chapter i jest czymś więcej, niż kinem, mają tam i galerię, i scenę teatralną, i takie tam różne.

To tyle tej kultury na razie, bo ileż to można.

______________________

PS. Zabawna ironia losu: pani T. zamykała brytyjskie kopalnie, bo taniej było importować wegiel.. z Polski (między innymi). 20 lat później zamknięto większość polskich kopalni, bo taniej było sprowadzać węgiel z Chin. Money rules the world, panie.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.