I love rock’n’roll & Pembrokeshire

No więc odpoczęłam sobie ostatnio od podróżowania i strzelania widoczków, to prawda.  Dopisałam sobie za to do cv dwie mini sesje fotograficzne, i tak se myślę, że całkiem fajnie by było zarabiać tym na chlebek. Sesja z chłopakami z rock bandu Colours of One była bardzo pouczająca, nauczyłam się między innymi wznosić oczy ku górze dopraszając świętej cierpliwości oraz okazywać dezaprobatę poprzez ułożenie ust w ciup. Chłopaki, oprócz tego, że fajne, okazały się być równie energetyczne co ich muza, którą nawiasem mówiąc uważam za zdecydowanie rockującą na niedaleką przyszłość.

Teraz jednak znowu mi się chce wyrwać gdzieś w teren, i tak się szczęśliwie składa, że od soboty będziemy kolektywnie z rodziną zdobywać miasto pędzących ludzi – Londyn. Uwielbiam Londyn, daje mi kopa porównywalnego z odkryciem, że w trakcie brania kąpieli moja żółta gumowa kaczuszka zmienila się w Antonio Banderasa.  W Londynie człowiek staje się anonimowy, w jakiś sposób wolny, nieograniczony. Różne szemrane zaułki East Endu pozwolą twojemu aparatowi na kontakt z ciekawym elementem architektonicznym, a także innym, jak masz pecha. No, to ja sobie jadę do wielkiej cywilizacji, a tymczasem ty, Rodaku, a i ty, Ziomie, bocobynie, korzystajcie z lata, i z tego, co Walii zafundowała szczodra matka natura i też sobie pojedźcie, tylko w odwrotnym kierunku – do Pembokeshire.  Jakieś 15 minut na zachód od Tenby i tak już bardzo atrakcyjna linia brzegowa Gower przechodzi w przecudnej urody park narodowy o nazwie Pembrokeshire Coast National Park.  Czego tam nie ma, panie, szmaragdowo-turkusowa woda, zielone wzgórza, skaliste formacje klifowe wybiegające hen w linię morskiego horyzontu, no i ta przestrzeń, wielka, otwarta, wchechogarniająca – nie koloryzuję sobie, jak pewnie pomyślałeś niesympatycznie, nie muszę.  Pacz:

1 039

Pembrokeshire zawdzięczam wspomnienie zupełnego wyciszenia i naiwnego szczęścia, które sobie przywiozłam z naszej pierwszej wyprawy rok temu. Pogoda była piękna, słoneczna, ludzi niewielu, a ścieżki spacerowe wiodły szczytami klifów, jak na fotce powyżej, i było tak, jak mówi poeta Krzysztof Kamil:  znów wędrujemy ciepłą ziemią, malachitową łąką morza, a pejzaż w powieki miękko wsiąka i znów nie wiemy, co za rogiem, i nagle za rogiem jest tak:1 050

Barafundle Bay zaparła nam dech, taka jest ładna i dzika, i w stylu, ja wiem, południowowłoskim; oprócz urody krajobrazu cieszy się brakiem zainteresowania lokalnych wyznawców Św. Grilla, może dlatego, że trzeba pokonać pewien dystans od parkingu, i to musi być trochę niewygodnie tak iść i iść z całym tym żelastwem i kanistrem piwa na plecach. Więcej ludzi dociera tu w ścisłym sezonie, ale to wciąż jest stosunkowo mało popularna plaża – i całe szczęście. Dołącz Rodaku do wybranych, którzy perłę ową w koronie Pembrokeshire sobie wydłubali na użytek wspomnień własnych. A potem śmiało idź dalej, zgubić się raczej nie można.  Co najwyżej można wpaść w króliczą norę, i wtedy trzeba się rozejrzeć za jakąś butelką z napisam wypij mnie i wszystko powinno wrócić do właściwych wymiarów, tudzież wręcz przeciwnie, jeśli była to butelka zakupiona w dyskoncie spożywczym i niechcący upuszczona przez przypadkowego turystę po uprzednim częściowym opróżnieniu (co zdarza się, acz, prawda, nieczęsto).

rabbit hole perspective smaller

I jeszcze bonus dla wielbicieli ruinek. Wielbiciel ruinek wygląda tak: %~. No więc na samym koniuszku zachodniej Walii mają City. City to określenie, którego używa się dla wielkich miast typu Londyn, czy Cardiff; tymczasem city St. David’s liczy sobie niecałe 1800 dusz i jest w rzeczywistości niedużą sympatyczną wioską. Ale ma coś, co z historycznego punktu widzenia zapewnia mu status ‚city’ – olbrzymią katedrę, stanowiącą jedną z głównych atrakcji turystycznych regionu. Dodam, że święty David, którego doczesne acz nieco wybrakowane resztki spoczywają w katedrze, i który patronuje miejscowości, jest również patronem całej Walii i ma swoje święto 1 marca. Święto objawia się graniem na harfie (walijskim instrumencie narodowym) i ekspozycją żonkila. I już wiesz o co biega z tym wpinaniem tych żółtych kwiatków w klapy, przyklejaniem do kołnierzyków i obsadzaniem wszystkich klombów.  A sama katedra jest wielka, imponująca i wygląda tak:

Picture 036

No. To nie ma na co czekać, trzeba jechać, odkrywać i gdzieś się tam może na chwilę zapodziać.

Z przyjemnością zauważam, ze przerobiliśmy już – w skrócie – prawie całe południowe wybrzeże Walii; jak wrócę (jeśli wrócę) z szemranych zaułków Londynu, to sobie pojedziemy na zachodnie wybrzeże, bocobynie.




10 uwag do wpisu “I love rock’n’roll & Pembrokeshire

    1. Anna w Walii

      Nie sądzę, wybrzeże chyba jednak południowe, co do St. David’s to owszem, Walia zachodnia, ale wybrzeże chyba wciąż południowo-zachodnie. Zachodnie wybrzeże to dla mnie Fishguard, New Quoi, Aberystwyth i tak dalej w górę. Prawdopodobnie jest to jednakże dość umowne.

  1. papuas

    Obawiam się, że kierunki geograficzne nie są silną stroną niektórych pań, podobnie jak strony prawa-lewa, orientacja w terenie, w kuchni czy parę innych. Bez urazy.

  2. Po 1. Pierwsze i ostatnie zdjęcie – zajebistości.
    Po 2. Jestem zatem wielbicielką ruinek %-
    Po 3. Doczesne acz nieco wybrakowane szczątki – sama mam czasem wrażenie, że czuję się jak one, więc propsy dla św. Davida
    Po 4. Objawianie się ekspozycją żonkila – chwała Panu, że nie gerbery.

    Fajny post:) Zazdroszczę zobaczonego:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s