o wyliniałych dewolajach, Symonds Yat i cieżkiej zarazie

Pojechał by gdzie.

To może na północ od Newport, na walijsko-angielską granicę. ‚Granica’ jest oczywiście umowna, bo po pierwsze Walia nie jest niezależnym państwem, a po drugie, granica już w zamierzchłych czasach była dość płynna, z terenami i miasteczkami przynależnymi to jednej to drugiej stronie. Takim pogranicznikiem jest hrabstwo Herefordshire z bardzo atrakcyjną widokowo doliną Wye google map Jednodniową wycieczkę proponuje zacząć od Ross-on-Wye, bo to sympatyczne miasteczko z ładną architekturą, malowniczo usytuowane na brzegu rzeki, z daleka sobie wygląda tak:

ross

Spacerek warto zacząć od całkiem ładnego kościoła St. Mary’s (to jego wieża dominuje nad miasteczkiem na focie powyżej) z cmyntorzem, na którym znajduje się stary krzyż upamiętniający ofiary zarazy z 1637 r. (a to dla odmiany na focie poniżej). Tylko w ciągu jednej nocy zmarło ponad 300 obywateli Ross; zostali pogrzebani w zbiorowym grobie – nikt nie miał czasu na trumny.

St.Mary's church

Od cmyntorza już tylko dwa kroki co centrum miasteczka. Jego główną atrakcją jest zabytkowa zabudowa z perłą w koronie – nie wiem za bardzo, jak to przetłumaczyć, „market hall” – ratusz..? W niektóre weekendy mają tam jarmarki, na których babcie w wiktoriańskich kapeluszach sprzedają miód,  organizacje charytatywne kasety video z wczesnym dorobkiem gubernatora Kalifornii, a wróżki z krainy czarów w przebraniu akwizytorów BT darmowy roaming. I jeszcze parę takich tam. Ross ma jeszcze nieduży zamek, wygląda ładnie z daleka, i to mi wystarczyło, bo życzyli sobie fortuny za wstęp.

Nastepnie trzeba się koniecznie wybrać do Symonds Yat.  Symonds Yat wygląda m.in. tak:

sy

Są dwa Symondsy, wschodni i zachodni i znajdują się po dwóch stronach rzeki. Komunikacja między nimi (nie licząc objazdowej  samochodowej) odbywa się za pomocą ręcznie przeciąganego promu; bilecik kosztuje funta i przeliczając odległość brzegów przez ilość dzieciaków chętnych na tą atrakcję: złoty interes. Samo miejsce polecane jest wielbicielom wędrówek pieszych w leśnem ąturażu, fanom sportów wodnych ze szczególnym uwzględnieniem kajaków oraz ludziom, którzy nie mają nic przeciwko restauracjom serwującym wyliniałego devolaja, a kasującym jak za całą kurzą farmę. No ale ostatecznie, łupienie sezonowych turystów jest uważane za przejaw gościnności w większości cywilizowanych krajów.  Symonds Yat obfituje w ścieżki spacerowe, jedna z nich wiedzie na szczyt wzgórza, z którego rozpościera się taka oto sobie panoramka (ikona wśród widoczków z tej cześci kraju, bardzo charakterystyczna):

3452162783_b4dcc9c284

Na szczycie wzgórza często koczują sobie ochotnicy z RSPB (taka organizacja opierająca się na wolontariacie służąca ochronie dzikich ptaków) i mają teleskopy, przez które za darmo można sobie obejrzeć ptaszki siedzące na jajach i takie tam.

Drobny, acz istotny detal: SY dysponuje parkingiem, ale w weekendy i przy ładnej pogodzie można nie znaleźć wolnego miejsca, albo utknąć w korku na mikroskopijnej dróżce dojazdowej. Widziałam pana od kierowania ruchem, na którego wszyscy trąbili i który nie mogąc stawić czoła żądaniom zdenerwowanego społeczeństwa czmychnął do toalety, gdzie był pozostał, co wydatnie posłużyło sprawnemu rozładowaniu problemu komunikacyjnego. Tak czy inaczej, warto się wybrać do SY o relatywnie wczesnej porze.

A jak już jesteśmy przy jedzeniu. Od czasu do czasu mam atak na hamburgera z frytkami. Zdarza się najlepszym. Jest taki pub w B., O’Neill’s (trochę mu jedzie z rur, ale można wyrozumiale założyć, że to kształtuje atmosferę), gdzie robią smaczne hamburgery z dodatkami we wszystkie dni tygodnia z wyjątkiem poniedziałku. Jak pójdziesz tam w poniedziałek, to pamiętaj abyś uprzednio wszystkie grzechy wyznał i stosowną pokutę odbył, na wypadek, jakby w trakcie oczekiwania na konsumpcję, lub chwilę później, trafił cię szlag.

Szczegóły:  mija właśnie 35 minuta od kiedy złożyłeś zamówienie, zrobiłeś już wszystko, co w takiej sytuacji można zrobić: odwiedziłeś toaletę (trzykrotnie), obcykałeś towarzystwo na okoliczność fajnych lasek, usypałeś mandalę z soli i pieprzu i oblałeś się keczupem testując zestaw sosów. Wreszcie jest, jest, oto wjeżdża na stół twój hambuś, marzyłeś o nim cały nudny roboczy poniedziałek. Niesłusznie. Albowiem poniedziałkowy hamburger w O’Neil’s to sport tylko dla najtwardszych zlewaczy gastronomicznej rzeczywistości. Kelner znika zanim jeszcze postawi przed tobą talerz, i wie co robi. Oto bowiem przed głodnymi oczyma twoimi rozpościera się niesympatyczna wymięta buła, w której spoczywa osowiały kawałek krowy (nadgryziony, co prawda, i dzięki bogu, jedynie zębem czasu), otulony ramionami upadłej sałaty, która niejednego klienta już widziała. Obok dwie znudzone fryty brzdąkają na ukulele „Goniąc kormorany” na nute marsza pogrzebowego. Wytrzeszczasz oczy. Właśnie zapłaciłeś piątala za okazję do skutecznego przeczyszczenia organizmu.

Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

 

Jedna uwaga do wpisu “o wyliniałych dewolajach, Symonds Yat i cieżkiej zarazie

  1. papuas

    1.na wypadek przypadków jak powyższy z hamburgerem niektórzy maja jeszcze zwyczaj zabierania tzw suchego prowiantu. chroni to skutecznie portfel i żołądek. warte przypomnienia!
    2 tereny jak zwykle wydają się czarowne, zdjęcia są, a opowieść kusi by tam być. wciąga mnie twoje pisanie. dzięki, że ci się chce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s