Historia pewnej wyprawy / Tadeusz

Osiągnęliśmy szczyty! Powiedział Tadeusz, teraz to Hymny i Laury, szczególnie Laury, tyle Laur ile się da! Szliśmy se po chodniku, żeby je znaleźć, te Laury, szósta trzydzieści rano, a niebo było granatowe i ociężałe jak wrześniowe winogrona i zobaczyliśmy falującą ścianę deszczu popylającą w naszym kierunku przez tunel ulicy z głośnym szumem. Potem za hymny robiła szpitalna radiostacja, grająca can’t buy me love Bitelsów na okrągło przez dwie godziny (awarię mieli powiedziała piguła) i Tadeusz powiedział, że nie wytrzyma tego dłużej, i uciekliśmy do Istambułu. Tam natychmiast zgubiłem wszystkie pieniądze, ale Tadeusz powiedział, że on to załatwi i żebym się nic nie martwił, bo on zna ludzi. Konkretnie to zna jedną ciotkę z Krawieckiej, której stryjeczna kuzynka wyszła za jednego łysego Turka z oczami i sklepem z kurkumą i u niej można przenocować i w ogóle. Nigdy nie widziałem Turka z oczami, to się zgodziłem. Potem się okazało, że Tadeusz nie może sobie przypomnieć adresu i musieliśmy spać pod takim jednym mostem z widokiem na Bosfor cieśninę, i znaleźliśmy butelkę wina, a potem jeszcze Tadeusz bzyknął jedną blond lasię, która potem powiedziała, że ma na imię Tarik, i Tadeusz się zdenerwował. Nie wiem czemu.  Przecież nikt sobie nie wybiera imion. W każdym razie, Tarik długo nie odpuszczała, łaziła za nami wszędzie i w końcu Tadeusz musiał jej przyłożyć. I sobie poszła. Wróciła z koleżankami i całe szczęście, że Tadeusz zobaczył ten wielki budynek z kolumienami, i tam wbiegliśmy i schowaliśmy się, bo wcale nam się nie chciało z nimi gadać. W tym budynku było pełno facetów w ręcznikach na głowach uprawiających jakieś grupowe ćwiczenia, głównie skłony, i zaraz nas wyrzucili, i Tadeusz powiedział, że to jest incydent międzynarodowy i on zaraz dzwoni do Ambasady. Potem wszyscy krzyczeli, a ja byłem już trochę głodny i trochę zły i powiedziałem do Tadeusza, żeby się przestał wygłupiać, i to wszystko jego wina, bo nie powinien sypiać z lasiami, o których nic nie wie, a on na to, że w takim razie umarłby jako dziewica a poza tym jestem głupi i mam siedzieć cicho.  Ci faceci w ręcznikach nagle się zrobili bardzo mili, poczęstowali nas herbatą, i to było nawet fajne, a potem przyjechała karetka z pigułą i podrzucili nas do domu. W samą porę, bo właśnie rozwozili drugie śniadanie, i jakby nas nie było, to Podrobek zeżarłby nasze croissanty z czekoladą. Trudno go winić. Przecież, nie?

__________

K.

Jedna uwaga do wpisu “Historia pewnej wyprawy / Tadeusz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s