o jedynym geju we wsi, elan valley, i 50 tysiącach wyborczych kiełbas

W telegraficznym skrócie, to jest tak.

Dymi wulkan, ergo: nie poleciałam do Polski. Islandia już po raz drugi rujnuje gospodarkę północnej półkuli, sprawiając, że biedni nie mogą polecieć do mamy, a bogaci tracą wielką kasę; czas, żeby Ameryka zrobiła z tym porządek! Więcej mcdonaldsów na Islandię! To powinno ich skutecznie wykończyć.

W Brytanii za to trwa kampania wyborcza do parlamentu, którą po raz pierwszy w historii mają szansę wygrać liberalni demokraci (Lib Dem), co przerwie nudny cykl wymiany władzy pomiędzy konserwatystami (Tories) a partią pracy (Labour). Kampanii raczej nie wygra Brytyjska Partia Narodowa (BNP), a szkoda, bo ponoć obiecują 50.000 funtów każdemu obcokrajowcowi, który zdecyduje się dobrowolnie opuścić kraj. Jak się nie zdecyduje dobrowolnie i za kasę, to się go aresztuje za nielegalne posiadanie wykałaczek i deportuje pontonami do Francji.

Apropos, Rodaku, generalnie masz prawo głosować (zakładając, że cokolwiek Cię to interesuje), ale nie w wyborach parlamentarnych. Możesz głosować w wyborach lokalnych, lub wyborach do Parlamentu Europejskiego (wow). Musisz się uprzednio zarejestrować w spisie wyborców (electoral registrar), prowadzonym przez twój lokalny council (dział electoral services). Zazwyczaj przed wyborami rozsyłają po domach takie druczki do wypełnienia i odesłania (tak, tak, ten, który właśnie wyrzuciłeś do kosza nie wiedząc ki chuj), ale można też np. wysłać im maila z zapytaniem czy jesteś na tej liście, ewentualnie poprosić o umieszczenie.

Być może to zwykły zbieg okoliczności, ale z dymiącym wulkanem zbiegła nam się piękna pogoda, która ma, jak mówi telewizor, trwać. Więc nie ma co siedzieć na tyłku, trzeba podróżować i wzbogacać się wewnętrznie przez poznanie naoczne. I tak, zapraszam na cykl jednodniowych wycieczek po Walii środkowej (Mid Wales). Dziś będzie o Elan Valley i okolicach, tu proszę bardzo mapka orientacyjna (dziękujemy ci google), kliknąć, to się powiększy:

Co w menu: góry Cambrian Mountains, sztuczne jeziora zwane reservoirs, wymarła wioska, upadłe opactwo oraz Llanddewi Brefi, miejsce słynące z faktu posiadania jednego geja.

Cambrian Mountains i dolina Elan szczycą się krajobrazem niemalże nie przekształconym przez człowieka, pierwotnym, dzikim; jedyną ingerencją w naturę są sztuczne zbiorniki wodne, dostarczające wodę pitną dla Birmingham, ale jest to ingerencja korzystna dla krajobrazu i generalnie nieszkodliwa, chyba, że jesteś byłym mieszkańcem byłych okolicznych wsi zatopionych celem utworzenia zbiorników. Kwestia wciąż dość delikatna, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę kogo zalali, żeby kto miał wodę w kranie. Ci jednak, którzy wznoszą się, świadomie lub nie, ponad walijsko-angielskie historyczne i społeczne animozje dostrzegą jedynie fantastycznie możliwości spędzenia dnia na świeżym powietrzu w pięknych okolicznościach przyrody.

Ścieżki spacerowe są łagodne i każdy da radę, chyba, że ktoś nie ma nogi. Nie są szczególnie oblegane, więc można doświadczyć trochę tej samotności, której niektórzy szukają w naturze. Dobrym miejscem wypadowym jest centrum informacji turystycznej Elan Valley; posiada duży parking (opłata 1 funt), oferuje dużo przydatnych i nieprzydatnych informacji, oraz, co ważniejsze, kafeje i kibel. A jak już wrócisz ze spaceru, to wyjeżdżając z parkingu skręć ostro w lewo, i podaruj sobie przejażdżkę po okolicy, w trakcie której będziesz się zachwycał nie tylko wąskimi, krętymi drogami nad przepaściami, ale również dokonasz zaskakującego odkrycia, które nie będzie bardzo zaskakujące, bo zaraz ci o nim opowiem. UWAGA, SPOILER!

Była sobie kiedyś w tej okolicy bardzo ważna wieś, której egzystencja związana była z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec 19-go /początkiem 20-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Jestem byłym poetą, nie wiem, czy wspominałam. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani, co, jak się nad tym zastanowić, dodaje okolicy tego dziwacznego quasi mistycznego posmaczku, którym cieszy się np. wybudowany na trupach swoich budowniczych Petersburg. Wieś nazywała się Cwmystwyth (czyt. kumystłyf), część jej przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego, za co im chwała i bógzapłać.

Jednak jedyni żywi ludzie, których spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim.

Jadąc dalej ta samą drogą dotrzemy do wsi Devil’s Bridge, która ma jakieś wodospady, ale nie sprawdziłam jakie, bo mnie zdenerwowały wygórowane opłaty za wstęp na teren. Nabywszy ostatnimi czasy nawyku niepłacenia za wstępy (opowiem jak już mnie wypuszczą z aresztu po tym jak już mnie złapią) wzdrygnęłam się i pojechałam dalej, tym razem na południe. Albowiem przeczytałam w przewodniku, że w tamtych okolicach mają najstarsze opactwo w Walii, zwane Strata Florida, które kiedyś dawno było nawet większe od katedry w St. Davids. Z powodu nabytego ostatnio nawyku niepłacenia, o którym opowiem itd.  a z którym związane jest przełażenie przez dziury w płotach oraz zapasy z drutem kolczastym, stałam się szcześliwą posiadaczkę otarcia na łokciu i połowy nogawki. I nie wiem własciwie, na co całe to poświęcenie, bo na moje oko cały splendor budowli zawiera się nie w szczątkach doczesnych a w jej historii. Także można sobie darować i podążać dalej na południe, żeby zrobić sobie zdjęcie przy tablicy z napisem llanddewi Brefi (czytaj: chlandełi brewi). Dlaczego, powinni wiedzieć wszyscy fani Little Britain, do których, to wiem na sto procent, nie należy mój ojciec.

I tyle na razie, moje pszczółki. Hwyl fawr am nawr!

8 uwag do wpisu “o jedynym geju we wsi, elan valley, i 50 tysiącach wyborczych kiełbas

  1. Grecia

    No właśnie, jak było spacerowane (tydzień temu?), to mówiłaś o mnejszej kwocie, a tak, to ja się sama zastanawiam…
    Pees. Patrzę w niebo i widzę,że coś już lata, może to Twoje?

    1. Tak, ale kampania wyborcza nabiera rozpędu, to i stawki rosną, najwyraźniej BNP paradoksalnie walczy o głosy imigrantów. Może ta kwota to jedynie pogłoska sprzedana mi w pracy, ale jaka smakowita..

  2. papuas

    Piękne zdjęcia. Może jakiś albumik by się z tego uzbierał? A jakieś „Towarzystwo Ochrony Walii” by to wydało? Jak nie, to może ja…

    1. Walia posiada chyba największą ilość fotografów krajobrazów na metr kwadratowy, znaczna część z nich wykonuje, niestety, dobrą robotę.. znaczy, mało realne. Ale ostatecznie kto to tam wi, panie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s