O cudzie w domu Pana, Trzech Zamkach i Jasiu Pawie Oczko

Dawno, dawno temu, tak dawno, że nie pamiętają najstarsze kadrowe, pracowałam w jednej fabryce. Nocne zmiany w fabrykach ciągną się jak Moda na sukces i są równie podniecające. Żeby przetrwać trzeba dużo gadać. Ja i Wektor dzieliliśmy razem stolik do macania konów na okoliczność dziur (nie pytaj, naprawdę). Przez kilka miesięcy dzielenia stolika do macania wyspowiada się człowiek z całego życiorysu trzykrotnie, rodzinę i znajomych rozmówcy zna jak samego siebie, łapie przekaz nadawany przy pomocy nieznacznego obniżenia poziomu powieki i zaczyna obcinać włosy u tego samego fryzjera. Anyway, w okolicach czwartej rano Wektor zazwyczaj przyznawał się do czegoś dramatycznego. Którejś nocy na fali melancholii wyznał, że jak był mały to kolektywnie prześladował jednego facecika o ksywce Jasiu Pawie Oczko. Jasiu miał garba, gadał do siebie, powłóczył nogą i uciekało mu oko; idealnie się nadawał, żeby rzucać w niego kamieniami i podrzucać psie kupki na wycieraczkę. Co, jak wiadomo, jest główną rozrywką małych chłopców i niektórych dziewczynek z patologiczną potrzebą równieśniczej akceptacji, zanim wykształci im się sumienie lub dostaną wpierdol od mamy. Ruskie czasem mówią na takich Jasiów jurodiwyj i nie rzucają w nich kamieniami.

Czemu o tym piszę? Bo mi sie wczoraj właśnie przypomniało. Siedze sobie na murku od jednego kościoła z cmyntorzem, z kubkiem w ręku, gdzieś w Walii południowo-wschodniej; obok S. przeklina kwieciście na okoliczność zsiadnięcia się mleka do herbaty (skutek nienotowanych w Walii tropikalnych tempertur +23). Śpiewają ptaszki, radośnie świeci słonko, szemrze ruczaj, bzyka pcioła; i oto w tych dramatycznych okolicznościach przyrody nagle zza nagrobka po prawej wyłania się Facet. Jakby przydepnięty, na grzbiecie kufaja, włos długi acz lichy, malowniczo rozburzony, wzrok rozogniskowany, wielopoziomowy, na łańcuszku dynda okular, któren niejedno już widział. Coś tam se mruczy, kreśląc ręką ósemki, i zaczyna kuśtykać przez cmyntorz, aby po chwili zniknąć we wnętrzu kościoła. Za Facetem przemyka obstrzępiony kot. Za kotem przelatuje kruk. Za krukiem dwa rozczochranych dziecka. Jeden dziecek rysuje coś kijkiem w piasku. Z kubkiem wpół drogi do rozdziawionych ust wychylam się, żeby zobaczyć co, ale nie widać, cholera. Podmuch wiatru porusza gwałtownie gałęzie drzew. Zapada cisza. S. przełyka głośno zsiadłe mleko. Z kościoła dobiega łoskot, miauk, słowa dezabrobaty oi! you little twat! kot ląduje za drzwiami, zza których po chwili słyszymy dźwięk organów. I śpiew. Le veau d’or z Fausta.. Patrzymy po sobie. Wow, panie. Idziemy! Dawaj! Kot łypie nieprzychylnie, rozczochrane gapią się zza płota wymachując leniwie kijkami. Chwytam za klamkę. Zamknęte. Rozczarowanie rozlewa się w nas jak ciepła oranżada w ciele Michała Aleksandrowicza Berlioza w parne moskiewskie przedpołudnie. I tyle po moich konszachtach z diabłem. Czy tam innym Jasiem Pawie Oczko.

Lecz jednak, jednak, zaświaty sprzyjały nam tego dnia. Dwie godziny później byliśmy już wściekle głodni; we wsi, do której akurat trafiliśmy na okoliczność jednego zamecka, nie było ani sklepu, ani pubu, nic. Ale Pan czuwa nad ubogimi i głodnymi, mówi Pismo; musieć to ręka pańska wskazała nam lokalny dom Boży; wahamy się, jesteśmy już zmęczeni, z drugiej strony żądza odkryć i kronikarski obowiązek napiera na sumienia.. wchodzimy. I oto stał się cud! Pan wlał otuchę w skapcaniałe ciała strudzonych wędrowców, otulił chłodnym cieniem, i co najważniejsze, zesłał z nieba strawę zaprawdę niebiańską. Almond tart – proporcja migdału do biszkoptu szlachetna, zawartość dżemu szczorda. Alleluja.. Podsumowując dzień, niebo: piekło – 1:0.

W kwestii Trzech Zamków: zapraszam na jednodniową wycieczkę po okolicy znajdującej się wpół drogi pomiedzy Newport a Monmouth (Walia południowo-wschodnia). Już leci do ciebie mapka (by nieocenione google), możesz sobie powiększyć klikając:

Co tam mamy. Mamy urocze wioseczki z domami skrytymi od słońca za kwitnącymi drzewami, kręte drogi przez sielskie lasy i łąki, ładne kościoły (otwarte!), kilka zamków w różnym stadium atrakcyjnego upadku, studnię z cudowna wodą, której początki giną w pogańskiej mgle i trzy kamienne penisy z epoki neolitycznej. Wiedziałam, że się ożywisz.

Zacznijmy od Skenfrith. To właśnie ta wioseczka z kościołem karmiącym głodnych. No dobra, czas obalać mity. Za to ciasto to se musieliśmy zapłacić :> Ale fajnie zobaczyć, że w ludziach jeszcze drzemie duch parafialnej wspólnoty i chce im się piec ciasta, które inni kupują, i w ten sposób zbierać fundusze np. na naprawę kościelnego okna. Kościół warto zobaczyć, jest stareńki, ma niesamowite drewniane drzwi przez które ja nie wiem, jak przechodzą te wszystkie babcie, bo próg jest wysoki na jakieś pół metra.

Kościół jest otoczony zielenią, i jak tak człowiek przysiądzie z kawałkiem tarty migdałowej pod gorejącym krzakiem w promieniach popołudniowego słońca, otoczony zewsząd pląskiem pticy, to się czuje całkiem bosko.

Wioska ładna, kościół ładny, za to zamek niespecjalnie okazały. Ale warto się wybrać do Skenfrith dla tej sielskiej miłej oku brytyjskości całości. No i tarty almondowej.

Za to już zdecydowanie bardziej warty obejrzenia jest zamek w Grosmont, również uroczej tylko większej wsi na północ od Skenfrith. trzeba zaparkować gdzieś na ulicy i pójść za znakami, to niedaleko. Nie ma opłat, co lubimy. Grosmont ma też ciekawy kościoł, ale go obecnie remontują.

A na deser, proszę państwa, oto zamek Biały, White Castle. Znajduje się na odludziu, i owszem, kasują za wstęp, ale nie zawsze, a na pewno nie po piątej po południu. Po piątej już nikogo tam nie ma i nikt cię na teren nie wpuści; pod żadnym pozorem oczywiście nie powinieneś ryzykować utraty nogawki na drucie kolczastym dla możliwości zrobienia o takich fotek. Nie, nie, to nie uchodzi, nie uchodzi…..

Jeśli jeszcze masz trochę czasu, to skocz do Trellech. Jak na taką małą mieścinę, to mają tam sporo atrakcji, np. bardzo stary zegar słoneczny w kościele, studnię życzeń z cudowną wodą, no i te neolityczne, pardon le mot, penisy. Studnia sięga głęboko w czasy pogańskie, a cudowna woda która w niej płynie podobno gotuje, prasuje, krawaty wiąże i usuwa ciąże, pisało w przewodniku.

Megalitycznych penisów wam nie pokażę, bo to jest porządny blog i chrześcijański oraz wręcz przeciwnie; poza tym ten wpis jest już i tak nieprzyzwoicie długi. A Annuszka i tak już rozlała olej.

Pa.

Reklamy

9 uwag do wpisu “O cudzie w domu Pana, Trzech Zamkach i Jasiu Pawie Oczko

  1. papuas

    1. Następnym razem wejdźcie do tego kościółka przed Jasiem. Może się nie zorientuje i koncercik będzie wasz.
    2. Do Greci: ja mam Miszcza w wersji filmowej z Holoubkiem. Cymesik. Możemy ponegocjować.

  2. Grecia

    1. Do Papuasa- O, ja….to ja negocjuję:)bardzo bych chciała.
    2. Do Anny-zdjęcia strasznie zachęcające, żeby wsadzić d..ę w fiestę i pognać w nieznane. Tylko paliwo taaaakie drogie, że chyba na razie będę odkrywać coraz to nowe kształty liści na trasie: Bryngarw Park-Pontycymer. Wektor statusiał, serio. Ale córunię ma śliczną:)I wiesz, co jeszcze? Kiedyś się ładnie ubierzemy i pojedziemy sobie do stolycy na jakiś fajny koncert poważnej muzy. Tylko dzieć mi musi zacząć wcinać marchewkę. Zostawimy chłopców pod opieką Małej i pojedziemy. Szykuj się;)A teraz do Rzymu, panienko, bom ciekawa opinii.

  3. papuas

    Do Greci – Film podeślę, zaryzykuję jeszcze raz z pocztą. Dostaniesz jak ogórki – nomen omen – szatańskie (jeśli dojdzie).

  4. papuas

    Do Greci – Szefowa tego bloga twierdzi, że już ma fen film, tylko nie wie gdzie. Musisz go od niej wymusić. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s