wiktoriańskie krysmysy

Tradycyjnie, w listopadzie Walia tonie w szarówie i mżawce. Zwykłe wszechobecne ‚tut-tutanie’ na pogodę znacznie się nasila, wślizgując się po mokrych chodnikach do absolutnie każdej rozmowy. Ten stan rzeczy ma swoje plusy. Narzekanie na pogodę jest tematem bezpiecznym i uwalnia nas od obowiązku wykazania się jakąkolwiek głębią intelektualną; jest bezpartyjne i łączy wszystkich bez względu na wyznanie, kolor skóry, wiek i wspierany klub piłkarski. Wyjątkowo parszywej pogodzie nie są nawet winni imigranci, zwykle uważani za przyczynę wszelkich klęsk i katastrof; podejrzewam, że tylko dlatego, że żaden tabloid na to jeszcze nie wpadł. W ogóle myślę, że tylko zziębnięci i przemoczeni imigranci narzekają ‚naprawdę’. Brytyjczycy narzekają, bo to część ich codziennej rutyny, jak tost z marmoladą i herbata z mlekiem. Tak naprawdę wcale im ta pogoda nie przeszkadza.

Pod względem narzekania na pogodę czuję się bardziej niż zasymilowana.

Tymczasem  listopad  w tym roku zwariował i średnio w co drugi dzień świeci słońce. U mnie w ogrodzie nadal jeszcze kwitną róże, trochę wymięte i nie w nastroju, ale jednak; poziomki uparcie próbują dojrzewać. Niesłychane to zjawisko pogodowe wytrąciło mnie z mojej zwykłej listopadowej discomfort zone; nie mam na co narzekać. Nie mam wyjścia, muszę być w dobrym humorze. To straszne. To nie fair.

DSC_0148

Zaczęłam się nawet rozglądać co by tu sobie brytyjskiego przyswoić na nadchodzący okres świąteczny; nie licząc szaleństwa zakupów, które ogarnia narody wspólnoty w tym okresie i przypomina walkę o ogień, którego lada moment ma zabraknąć i wszyscy umrzemy. Tu wymiękam.

Brytania nie jest religijna. Pomijając podpalanie od czasu do czasu meczetów przez faszystów w imię ‚obrony chrześcijańskiej Europy przed zalewem islamu’, i sporadyczne informacje w wiadomościach, że królowa uczestniczyła w takiej a takiej mszy okolicznościowej, po której zaprosiła kogoś na herbatkę, religia właściwie nie istnieje w życiu publicznym. Mnie to pasuje. Natomiast tradycja to zupełnie co innego.

I tak w listopadzie  i grudniu masowo organizowane są tzw. victorian christmas, zazwyczaj na otwartym powietrzu, albo w przytulnych dworkach. Rzecz ma najróżniejszy rozmach, od kiczowatego jarmarku nastawionego na uwolnienie zwłaszcza rodziców od ciężaru jak największej ilości gotówki, po pięknie inscenizowane śpiewanie kolęd, picie grzanego wina i słuchanie wiktoriańskich opowieści. Oczywiście, burknie zaraz z wnętrza Polaka, te ich kolędy to weź, kurde. Takie przyśpiewki bez żadnej emocji, nikt nie płacze, że goły w tym żłobie, że mu zimno, a sianko osły zżarli. Fakt, to nie nasze kolędy. Są inne i nie mają aspiracji zadowalania polskich sierceszczypatielnych oczekiwań. Jedno je łączy z naszymi: tradycja ich śpiewania zanikła w domach. Na szczęście ciągle jeszcze ma się nieźle poza nimi.

hh

Gdyby ktoś chciał się wybrać, to wystarczy się rozejrzeć, na pewno gdzieś coś organizują. W takim np. dworku Llancaiach Fawr, położonym na północ od Pontypridd, który uwielbiam niezależnie od okoliczności, będzie śpiew, grzane wino i atmosfera z Dickensa. Coś się będzie działo w  Tredegar House koło Newport. CADW (organizacja do ochrony i promocji walijskiego dziedzictwa) patronuje serii wiktoriańskich krysmysów głównie w zamkach, np. Caerphilly. St Fagans, fantastyczny skansen niedaleko Cardiff, zaprasza do swojej zabytkowej kapliczki na wieczory z kolędami w towarzystwie grzanego wina i mince pies. A w Anglii to już  w ogóle wiktoriański krysmys na co drugiej ulicy.

Warto się wybrać, żeby zobaczyć, jak to się robi gdzie indziej, zwłaszcza, że to gdzie indziej to nasze tu i teraz, i wcale nie musi być gorsze. Po prostu inne.

Tylko uważaj, bo jeszcze ci się spodoba, uchowajbosh..

Advertisements

8 uwag do wpisu “wiktoriańskie krysmysy

  1. Ech. Zawsze chciałam odwiedzić Anglię (no, Wielką Brytanię) w okresie przedświątecznym, widać mam w sobie dużo z dziecka, bo uwielbiam to oczekiwanie, cała atmosferę, nawet kiczowate ozdoby. I cóż, kolejny punkt do listy urlopowej mi dodałaś, w tym roku chyba już nie, ale w przyszłym to nam chyba ze trzy urlopy na Wyspach przyjdzie spędzić, by te wszystkie plany zrealizować.
    A w Polsce tymczasem też już świątecznie, część sklepów dumnie opiera się współczesnej tradycji handlowej, ale inne już zaczęły wyścig, już sprzedają Glogg w szwedzkiej Duce, bombki w markecie budowlanym a sztuczne choinki na ryneczki koło mojej pracy. I idą im jak ciepłe bułki te choiny.

    1. Ja już w sumie nie mam żadnych oczekiwań względem świąt, to wszystko się już gdzieś rozmyło, zwłaszcza tu. Ale lubię takie drobnostki, cokolwiek, na zaznaczenie, na odróżnienie tych dni od innych. Wybieram się na to wino i kolędy-niekolędy w tym roku, zobaczymy jak będzie..

  2. dar_k

    U mnie w tesco pierwsza choinka pokazala sie natepnego dnia po halloween. lekka przesada. Ale takiego winka grzanego bym sie napil

  3. Rzeczywiście, pogoda na wyspach powariowała. Na naszym zachodniu wybrzeżu Irlandii drzewa okryte kolorowymi liśćmi, a u mnie groszki pachnące jeszcze kwitną (choć powinny zniknąć już w sierpniu! według zapewnień producenta). Chętnie bym sie na takie wiktoriańskie Christmas wybrała, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że miły akcent w kalendarzu. Poza tym tak ładnie to opisałaś…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s