lato, deszcz, Kijek

Niebo

Żwirowo-kamienista ścieżka błyszczy w deszczu. Wokół takie lato-nielato walijskie, dalekie od kontynentalnych upałów, mokre, zielone jak młody groszek, rozpachnione rozmokłą ziemią.

Jest coś w tej letniej mokrości, co podnosi na duchu i poprawia nastrój (w przeciwieństwie do opadów jesienno-zimowych, które wpływają na człowieka przybijająco w stopniu porównywalnym do wpływu młotka na gwóźdź). Nie wiem, może to wrażenie przebywania w zielonej dżungli, może czystość kropel wody na paprociach, może trudności piętrzące się na śliskich kamienisto-błotnistych ścieżkach, często owocujące zjazdem z górki na tyłku. Może zwariowany łomot nabrzmiałych od ciągłych ulew wodospadów. A może wszystko razem.

wodospad

Nie zrozum mnie źle, jestem ogromną fanką słońca i skwierczących temperatur ‚powyżej 16 stopni’, które czasem nam się tu zdarzają. Odżywam, nabieram pędu, biegam po okolicznych wzgórzach, wystawiam twarz na to straszliwe promieniowanie UV.  Wywietrzam z siebie smutek i zmęczenie materiału. Coraz trudniej o ciszę wewnętrzną ostatnimi czasy, ale przedwczoraj znalazłam kijek, ot, niespecjalnie przystojny, ale za to z charakterem, i od tej pory posiadłam tajemną sztukę opróżniania się z wszelkiej zbędnej myśli. Otóż skupiam się teraz głównie na kijku. Wszystko inne się we mnie wycisza. Wygodnie ci, kijku? Chcesz odpocząć? Ja bym siadła, rozumiesz.. Pacz jaki widok. Pomacham se tobą, arajt? Hej, ale nie możesz być takim bezimiennym kijkiem, już wiem, nazwę cię Kijek.

Kijek

Ale deszcz, zwłaszcza ten ponury, zimny i padający dosłownie z każdego kierunku, jest tak częsty w tej krainie, że musiałam nauczyć z nim żyć. Kiedyś wymyśliłam nawet, że pogoda jest tak naprawdę jedynie stanem umysłu, więc spoko, jesteśmy w stanie się przekonać, że tak naprawdę jest po prostu za-je-biś-cie i nie będzie deszcz pluł nam w twarz. Cała spęczniałam z dumy, że takie coś cool wymyśliłam, sama, i natychmiast spróbowałam tę myśl głęboką sprzedać koledze z pracy, z którym przedzieram się przez poranne ulewy z parasolem w jednej i kawą w drugiej ręce, najczęściej pod wiatr. Kolega już otworzył usta, żeby skomentować bez wątpienia w pełnym szacunku zachwycie, ale zwrotny wiatr walnął go parasolem w twarz i  rozlał mu kawę na całą marynarkę i sporą część spodni. Zamknęliśmy temat.

woda

Jeszcze jedno z tym deszczem letnim. Najlepsze jest to, jak czasem zasępione chmury się rozstąpią, i nagle całą tę zieloną mokrość zalewa jasność niebiańska. Odbija się w rzece, w kroplach wody na liściach, w kałuży na ścieżce, w oczach tej małej, co jak dwa błękity. Ta mała zbliża się do 40 i zupełnie się do tego nie poczuwa. To jakiś błąd jest w kalkulacjach, 40 to dla ludzi starych jest, a ja jestem dzieckiem w skarpetkach w paski i z watą cukrową na patyku. Na Kijku.

priorytety

 

 

 

 

Idzie po mnie

kawa

Idzie po mnieKiedy codzienność mnie trochę przyciska do ziemi, czerpię pewnego rodzaju pociechę z przyglądania się odpływom i przypływom, które są niczym innym, jak gwarantowanymi, nieuchronnie po sobie następującymi totalnymi zwrotami akcji.

Przyzwyczaiłam się do porannych spacerów nad morzem. O świcie tam zwykle nikogo nie ma, nie licząc jakiegoś szczególnie oddanego sprawie wędkarza. Świat szumi i otula człowieka rześkim powietrzem; w skałach zawsze można wypatrzeć jakąś sympatyczną miejscówkę do kontemplacji wkurzonych fal przypływu rozbijających się z furią o brzeg.

Czasem podczas tych wypraw coś się zdarzy, uśmiech, krótka rozmowa, zwyczajna propozycja. Podzielę się z panią kawą, skoro pani nie ma. Ale przecież. Nie mogę. Muszę. Muszę jechać. Dwie minuty z panem rozmawiałam i już zdążyliśmy wybudować dom Z Widokiem Na Morze i Kominkiem. Muszę jechać, zdecydowanie, przecież, poważni, dorośli, odpowiedzialni, spętani. Często pani tu przychodzi? Proszę pana, ja tu mieszkam. Co tydzień w sobotę o wschodzie słońca tu mieszkam. W międzyczasie mieszkam gdzie indziej, ale tu mi się bardziej podoba. A pan? Tak? To kawał drogi. Że nie tak daleko..? Proszę natychmiast zgasić ten uśmiech. Dorośli, spętani. Jechać. Muszę. Miłego dnia. Miłego życia.

Czasem przez drogę przebiega rudy lis, i znów nie wiem czy to na szczęście, czy na zmianę pogody, nie znam się za dobrze na oczywistych znakach od losu. Czasem z pobocza wyfrunie niespiesznie kania ruda. To taki ptaszek drapieżny z rudym ogonem w kształcie latawca (jej angielska nazwa to red kite, czyli rudy latawiec). Patrzę zahipnotyzowana, jak się wznosi majestatycznie, powoli, aż zmienia się w rdzawą plamkę i znika w zamglonej tarczy wstającego słońca.

Czasem zatrzymuję się na tę kawę, co jej z tamtym panem nie wypiłam. Kojarzysz ten moment kiedy kupujesz kawę w kafejce, i jest to najgorsza kawa w historii kawy, i wstajesz od stolika i idziesz do sprzedawczyni i syczysz z wściekłością co to jest piłaś to to kiedyś wiedźmo rogata, a ona patrzy Ci w oczy tym szyderczym tonem głosu i wskazuje na plakietkę z napisem nie obrażać obsługi, po czym sięga za kantorek i wyciąga agresywnie wyglądający plastikowy widelec; ale ty jesteś szybsza i chwytasz za butlę keczupu i rozlewasz ją na głowie wiedźmy z szaleńczą satysfakcją… I w tym momencie zdajesz sobie sprawę, że nadal siedzisz przy stoliku, ściskając w ręce butlę keczupu, który spływa sobie radośnie na obrus, a cała kafeja się na ciebie gapi. Tego. Ostrożnie odstawiasz keczup, kurczysz się odrobinę w sobie, heroicznie dopijasz najgorszą kawę w historii kawy, dziękujesz sprzedawczyni z uśmiechem i wychodzisz obiecując sobie, że następnym razem na pewno im pokażesz, kurde, no.

I takie buty.

Spacerem

Miasto z belgijskiej koronki / Gent

W motelu w stylu amerykańskim koleś w kowbojkach całą noc chodził wte i wewte po moim suficie, nie pospałam, ale za to napisałam w głowie krwawy horror o motelu w stylu amerykańskim, w którym niewyspana Polka morduje gości w kowbojkach i sprzedaje na organy. I jeszcze napisałam 64 haiku. Czy haiki? O wiośnie. Nie wiem, czemu o wiośnie. One chyba wszystkie są o wiośnie, tylko jedno znałam, co było o miksowaniu cementu, ale podejrzewam, że to nie było prawdziwe haiku, tylko ktoś sobie robił niesmaczne żarty, bo ludzie dzisiaj nie mają za grosz szacunku dla rzeczy wzniosłych.

Pan śniadaniowy w obskurnej kafei przymotelowej patrzy na mnie nieprzytomnie. C’est frois, zimne, powtarzam z odcieniem dumy, bo to już przecież 15 lat minęło od ostatniego lektoratu z francuskiego. Jajecznica, cieciu, zimna. W lodówce ją trzymacie? Oczy jak spodki patrzą na mnie bezradnie. Może źle wypowiad.. zaczyna Boski, ale przytomnie nie kończy.  Frois, pokazuję palcem na podgrzewacz. Pan śniadaniowy ufnie wtyka w podgrzewacz palec, ah, oui, froid! Rozpromienia się w ogromnym karaibskim uśmiechu,  po czym znika w kuchni, gdzie zostaje niechybnie porwany przez kosmitów, wniosek ten wyciągam na podstawie faktu, że już go więcej nie zobaczymy.

A Za Rogiem – w pierwszych promieniach porannego słońca, jeszcze świeże od nocnej ulewy – stare miasto. Kamienice, mosty, kanały. Takie tam te, rozumiesz, starokontynentalne. Uśmiech rozrasta się we mnie jak bańka mydlana, na te dwie godziny wyrwane z codzienności, na ten przypadkowy postój w drodze, bo przecież nie cel się liczy, a droga, to po drodze zbierasz kolory, kształty, zapachy, budynki Oper do Których Nigdy, sklepy z Prawdziwą Czekoladą dla Turystów, handlarzy rybą o poranku, średniowieczne fasady, przepraszam zgubiliście się? Nie mówicie po flamandzku? Inglisz? Spoko. Pokazać mapa. Prawy lewy zakręcony wtrójnasób potem i zaraz. Prosty, widzi? Uśmiecham się międzynarodowym uśmiechem bezgranicznej wdzięczności, myśląc, przerąbane, nigdy nie znajdziemy tego parkingu, a właśnie skończył się opłacony czas parkowania.

Możemy się w związku z tym nie spieszyć, w sumie. Patrz jakie fajne Schody Do Wody. Siędę. Będę tak tu siędzieć, aż mi tyłek przymarznie. W kokonie chwilowej szczęśliwości.

Gent

Człowiek w kapeluszu przemierza pospiesznie ulice starówki; stukot obcasów na kocich łbach jeszcze długo unosi się w powietrzu. Ciekawe, czy spał w moim motelu.

Miasto jak stara flamandzka koronka budzi się do życia.

Gent

Gent

Gent

idziesz?

sen o dolinie / niemodny ucisk w sercu

idziesz?

Czasem czuję, jakbym była zamknięta we wspomnieniu pewnego miejsca o nazwie Nevis Gorge. Cudowne więzienie, które w mojej głowie obrosło warstwami fantazyjnych dodatków, jak brytyjskie wybrzeże skorupkami ostryg.

To dolina z wodospadem w środku szkockich gór. Jestem tam prawie codziennie przed snem; siadam na kocu niedaleko od wodospadu, ze słońcem na twarzy, z plecami opartymi o drewniany schodek małej chaty. Jest wino, też, czemu nie. Czasem nawet zaszaleję z deską serów z oliwkami; ostatecznie to moja fantazja, co, kurde. Przede mną rozciąga się szerokie, płaskie dno doliny zamknięte ze wszystkich stron koroną gór; meandrująca cokolwiek leniwie rzeka błyszczy w popołudniowym słońcu. Jak to komuś wytłumaczyć, że czasem w tym zawalonym idiotycznymi nagłówkami i ludzkim szumem świecie widzisz coś tak pięknego, że stajesz w miejscu i ryczysz.

Jak wytłumaczyć komuś rozmiłowanemu w akrylowych pazurach i sztucznych rzęsach co robi z człowiekiem zapach mokrej ziemi w środku podeszczowego lasu? Jaki opisać komuś z nosem w ajfonie balon emocji, ten ucisk w sercu, kiedy patrzy się na wyzłocone późnowieczornym słońcem góry? Opowiedzieć o tym, jak już niczego więcej się dziś nie spodziewasz, i nagle za rogiem obezwładnia cię widok krystalicznie czystej rzeki wypływającej niemal z wnętrza góry; góry brunatnej, pooranej jasnymi żlebami, z czapą śniegu na głowie.

Dolina

Trudno jest pisać o miłości do krajobrazu i natury bez ryzyka ugrzęźnięcia w lingwistycznym kiczowisku. Poza tym, to niemodne. Nie na czasie. Nikogo to już nie interesuje. Zupełnie. Zupełnie..?

Popatrz tam – Alun wskazuje na horyzont ponad dachami budynków college’u – my tu w słońcu, a tam ściana deszczu. Uwielbiam patrzeć na takie ściany deszczu. Iść w ich kierunku. Nie boję się deszczu. Mógłbym tak bez końca.

Uśmiecham się pod nosem. Już dawno przypadkowa osoba nie powiedziała do mnie czegoś równie cudownie nieużytecznego.

Niemodny ucisk w sercu.

Dolina

wyspa rajskich ptaków

dscn9087-2

Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Mogę być w Azji, sądząc po tarasach uprawnych. Albo w Andach, sądząc po tych samych tarasach, bujnej zieleni i skalistych górach zachodzących błyskawicznie mgłą. To znaczy tak zakładam, bo nigdy nie byłam w Andach. Ani w Azji.  Przez cały pobyt na Maderze nie mogę się oprzeć uczuciu, że tak wiele wielkiego pięknego świata skumulowało się w tej jednej malutkiej wyspie.

Mieszkając w kraju zbudowanym głównie z mżącego deszczu doceniam każdy wyjazd w ciepłe i suche okoliczności przyrody. Ten moment, kiedy wysiadając z samolotu stawiasz pierwszy krok na dostawionych schodach i wpadasz wprost w ramiona wytęsknionego, wymarzonego słońca – i już wiesz, że tak będzie przez cały pobyt. Że to gwarantowane. Że będziesz to kochać dramatycznie, i snuć wizje wygranych w totka, które pozwolą ci się teleportować na wyspy szczęśliwe na zawsze, zbudować luksusową chatę z dachem z liści bananowca przy plaży pod klifem i heeej, la dolce vita..

dsc_1232dsc_0926

Madera to wyspa wiosny i lata. Jest ciepła, czasem upalna, ale z bryzą. Jak się nieco oddalisz od wybrzeża to i popada, i ochłodzi. Idealne warunki do wędrówek. Jest też niesamowicie górzysta; góry schodzą praktycznie do oceanu. Stąd te wszechobecne tarasy. Człowiek walczy o każdą potencjalną płaską przestrzeń na której można zasadzić bananowca. Albo dom. Góry zapewniają też deszcz; deszcz zapewnia wodę, a woda nasyca wyspę życiem. Madera jest obłędnie zielona, w odróżnieniu np. od pobliskich Kanarów albo wysp greckich.

To zielona wyspa tropikalna, oblana ze wszystkich stron niebieskim Atlantykiem, i upstrzona białymi domami z czerwonymi dachami.  To prawdziwa uczta dla zmysłów.
dsc_1264

dscn9548

Góry skrywają w sobie drzewa laurowe, wilgoć, gekony, wodospady, tajemnicze ścieżki biegnące wzdłuż levad. Levady to sekret tej wyspy.

O tym niezwykłym systemie irygacji pisałam już wcześniej, dodam tylko, że spacery ścieżkami biegnącymi wzdłuż levad to najlepszy sposób zaprzyjaźnienia się z wyspą. Szczególnie kuszące są szlaki towarzyszące levadom górskim. Prowadzą cię wijącymi się urwiskami w głąb wyspy, do jej serca, pozwalając poczuć jej rytm, zrozumieć, nawiązać kontakt.

 dsc_1033dscn9604

Stworzyć system komunikacji dla takiej górzystej wyspy nie jest łatwo. Dopiero gęsta sieć tuneli umożliwiła sprawne i w miarę szybkie przemieszczanie się nie tylko między krańcami tej niedużej wyspy, ale nawet między sąsiednimi wsiami. Tunele wprowadzają za to kompletny chaos w życie gps-ów. Przykłady instrukcji otrzymywanych od starego poczciwego tomtoma:

  • Skręć w lewo. Najprawdopodobniej.
  • Jest co najmniej 50% szans, że za tym tunelem będziesz skręcać w prawo.
  • Jezusmaria, widziałaś to??
  • Za sto metrów dojechałaś na miejs.. taaak, hm, tego..
  • Czy to Niemcy??
  • Zwariowałaś, nie jadę tam.
  • Skręć w lewo. W lewo. W lewo, cieciu!! Oj, sori, miałem na myśli to drugie lewo.
  • Wydaje mi się, że byliśmy już dziś w tym tunelu. Dwa razy.
  • Wiedziałem, że to Niemcy!

Obecnie nawigacja twierdzi, że cierpi na zespół stresu pourazowego i odmawia wychodzenia z domu.

Na szczęście Madera jest tak mała, że trudno się tak naprawdę zgubić.

1
Kilka innych rzeczy typowych dla Madery.

To Portugalia, więc oczywiście kraj drzew korkowych. Od kiedy wina zamyka się zakrętkami, główny produkt eksportowy tego kraju stracił na wartości. Trzeba było coś wymyślić, więc wymyślono produkcję gadżetów na potrzeby turystów (Madera w ogóle dopiero przysposabia się do masowej turystyki, co jest kolejnym z jej atutów. Mam nadzieję, że ten stan wpółdrogi pozostanie jak najdłużej). Drugi produkt flagowy Madery to banan. Drzewa bananowe są wszędzie; z banana, w odróżnieniu od korka, nie da się zrobić sandałów i magnesu na lodówkę, ale jako owoc eksportowy nie traci na popularności. Co jeszcze; ciacha tu lubią. Kawę. Ich leżakujące przez dekady wino jest słynne na cały świat. Lubią poncz, mocny jak diabli. Mają drugi najwyższy klif na świecie, Cabo Girão, bagatelka, 580m. Można sobie popatrzeć w dół przez przeszkloną podłogę, jak kto, prawda, ma chęć.

dscn9653dsc_1271

Ciekawostka: Madera ma niewiele piaszczystych plaż, więc kompensuje to kompleksami basenów z wodą morską. Bardzo fajny pomysł; piscinas można spotkać głównie na północy wyspy, a wstęp na nie jest tani jak przysłowiowy barszcz.

dscn9196 dscn9797

Nie będę tu pisała o tzw. atrakcjach, must-see itp. Znam siebie, wyszłyby z tego kilometry tekstu. Wychodzę z założenia, że każdy kto planuje wyjazd jest w stanie zaopatrzyć się w przewodnik albo pogrzebać w internecie.  Wyspę można objechać w jeden dzień. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ale nie o to chodzi przecież. Zamiast, jak nakazują przewodniki, spędzać cenny dzień czy dwa w stolicy, Funchal, podążaj za levadami, gekonami, dzikimi kamienistymi plażami, kup owoce od przydrożnego sprzedawcy, wetrzyj w nadgarstki olejek wyciśnięty z liścia przydrożnego eukaliptusa. Zamieszkaj gdzieś w hotelu na końcu drogi, otoczonym szumem Atlantyku i śpiewem cykad. Pozwól tej wyspie zamknąć się w ramionach i odpędzić od ciebie wszelki stres życia codziennego.

I wypatruj rajskich ptaków.

dsc_1280

I nie ma tu komarów. Serioserio.

przed tobą ekscytująca podróż

dsc_1139

*

Hotel ze śladami dawnej świetności znajduje się na końcu drogi, w małej wiosce przykrytej płaszczem drzew bananowych. Wielkie okna wychodzą na Atlantyk; mężczyzna w białym ma wschody i zachody słońca tylko dla siebie. Jedyne dźwięki jakie słyszy w nocy to szum oceanu i cykady. Niebo ugina się od gwiazd; podziwia niekończące się konstelacje leżąc na plecach na zaciemnionym tarasie widokowym, z papierosem w jednej i zapalniczką z drzewa korkowego w drugiej dłoni. Przypomina mu się film, w którym stara cyganka stawia komuś tarota; widząc śmierć, uśmiecha się i mówi ‚przed tobą ekscytująca podróż’.

Któregoś wieczoru wracając z lokalnego casa de vinhos zauważa tę parę idącą kilkadziesiąt metrów przed nim. Latarnie otaczają ich ciepłym światłem, ale w nich samych jest chłód. Nie trzymają się za ręce, nie rozmawiają; utrzymują dystans, może bezwiednie. Ona idzie lekko kołysząc biodrami, jakby tańczyła; zahipnotyzowany nie może oderwać oczu od białej spódnicy prześwitującej w światłach przejeżdżających od czasu do czasu samochodów. Mógłbym tak iść za nią latami. W jej rytmie.

 *

Te dwie rano, tamte trzy po południu, ta na noc i proszę pamiętać, żeby porządnie popić. Nie wolno sobie lekceważyć. Proszę być w kontakcie.

*

Przygląda się Drodze Mlecznej, kątem oka dostrzegając spadającą gwiazdę. Taki paradoks. Wszyscy cię widzą, ale tak naprawdę ciebie już dawno nie ma. Podmuch wiatru znad Atlantyku unosi w dal popiół z papierosa.

 ‚Przed tobą ekscytująca podróż’.

___________

Dla M.N.

 

Levady na wyspie szczęśliwej

dsc_1232

Obracam w palcach srebrzysto-zielony listek eukaliptusa. Zgniatam w kulkę i wcieram w nadgarstki. Przybliżam dłonie do twarzy i wdycham głęboko zapach znany dotąd tylko z cukierków na kaszel.

Jest problem z eukaliptusami. Są bezkonkurencyjne w walce z komarami, więc wszyscy je kochają. Nasadzono ich tu setki tysięcy. Eukaliptusy również wyjątkowo łatwo płoną. Stąd szalejące pożary buszu. Po których pozostają poczerniałe kikuty drzew, domów i planów życiowych.

dsc_1064

Znów wędrujemy ciepłą ziemią, mówi poeta, śpiewa bard, a ja wprowadzam w życie. Tym razem wędrujemy wzdłuż levadas, wyjątkowych kanałów irygacyjnych, którymi woda spływa z serca mglistych gór na obrzeża tej tropikalnej wyspy; niektóre levadas mają kilkaset lat i budowali je niewolnicy. Autentyczni kolesie z łańcuchami na nogach, rozumiesz. Przesuwam dłonią po kamiennym murku trzystuletniej levady, zamykam oczy. Jesteś tam gdzieś? Echo z przeszłości? Jak tyś te kanały budowało nad tymi przepaściami, w tych łańcuchach..?

Jak zamajtasz ręką to dowiesz się, że woda w levadach jest bystra i zimna. Czasem wpadnie do niej liść, czasem nerwowy gekon, a czasem sześć zielonych jabłek, jedno po drugim; i tak mkną w dół jak kajakarze górscy na torze, w regularnym odstępie, przepisowo, zdyscyplinowane. Zdecydowanie bardziej zdezorganizowane są gekony. Często przysypiają na ścieżkach na słońcu, tracąc czujność, i w ostatniej chwili rozstępują się przez człowiekiem w chaotycznym popłochu jak fale morza Czerwonego przed Izraelitami. Bezcenne.

dscn9640

dscn9630

dsc_1163

Levady biegnące zalesionymi łańcuchami górskimi, nierzadko nad sympatycznymi urwiskami, wymagają pewnego samozaparcia i przynajmniej minimalnej kondycji, którą ja akurat zostawiłam w hotelu, więc hm letko nie było. Ale za to pięknie nad życie. Dobry but trekkingowy to tutaj raczej konieczność. W hotelu co rusz natykałam się na skręconą kostkę, najczęściej niemiecką. Inne levady biegną po płaskich krawędziach klifów, bardzo przyjaznych niewytrenowanemu użytkowniku, ale z kolei z niewielką ilością cienia. Jeszcze inne prowadzą przez zagajniki eukaliptusowe przeplatane prastarymi drzewami laurowymi (z listy światowego dziedzictwa Unesco). Są też takie, które najzupełniej przypadkowo przebiegają koło sklepów z pamiątkami. Słowem: każdemu wedle potrzeb.

dscn9587

dscn9359

dscn9362

Levad i biegnących wzdłuż nich ścieżek jest na wyspie niezliczona ilość. Kiedyś ścieżki służyły głównie panom levadowym do prowadzenia niezbędnych prac, np. wyciągania z levady martwych zwierzątek, albo przekierowywaniu wody wedle potrzeb; obecnie odkrywają je również wielbiciele aktywnego wypoczynku (ci stuknięci maniacy co nie usiedzą na tyłku przy basenie), poszukiwacze samotności w pięknych okolicznościach przyrody oraz niemieccy emeryci. Levady są zazwyczaj dobrze oznaczone i trudno się zgubić – zasadniczo należy podążać za rynną z wodą. Niektóre levady są popularniejsze od innych, już zdążyły sobie wyrobić renomę na rynku turystycznym; na innych nie spotkasz człowieka. To lubimy.

dsc_1174

dsc_1057

dscn9346

Ale co..? Że gdzie? Na Maderze, oczywiście. Wyspie ubranej w zieleń, góry i bananowce, ukołysanej Atlantykiem i ciepłej od słońca, które wystarczająco często pozwala od siebie odpocząć. Wyspie szczęśliwej, zrelaksowanej, chociaż wcale nie najbogatszej. Gdyby jakiś, prawda, totolotek się trafił, to Madera byłaby miejscem na której spędziłabym następne trzy miesiące myśląc co dalej. A potem prawdopodobnie następne trzy.  I jeszcze.

No sori Kreto. Spadłaś na drugie.

dscn9603