wiertarka

Korzystając z dnia wolnego poszłam sprawdzić czy mnie nie ma w rezerwacie Za Rogiem. I wyobraź sobie, byłam..! Mało tego, był również mój termos z gorącą herbatą z cytryną. Życie jest jednak pełne uroczych niespodzianek.

bl

Taka sytuacja. Na mojej ulubionej Drewnianej Ławie Koło Stawu rozsiadł się Rudy. Podchodzę bliżej. Zajęte, spadaj cieciu, informuje mnie Rudy życzliwie. Posuń się troszkę, przecież się zmieścimy, podejmuję próbę uprzejmej negocjacji. Nie, odburkuje z wnętrza Rudego, który jest znany ludziom od obserwacji ptaszorów ze swojego lwiego serca i oślego uporu. Siadam mimo wszystko, ignorując rzucane mi mordercze spojrzenia. Wyciągam termos. Rudy, lew i osioł przyglądają się tej czynności z widoczną rozterką. Po chwili lew podskakuje bliżej i dziobie w plecak. Dawaj tego batona energetycznego z ziarnem. Tu schowałaś. Przecież wiem. Wzdycham z rezygnacją i wyciągam batona, kładę ziarnko na dłoni. Wziął. Przełknął. Spojrzał na mnie z ukosa, ale jakby łagodniej. No dobra, możesz tu ewentualnie chwilę posiedzieć, mówi. I tak miałem wpaść do Cześka po wiertarkę. Ciao.

 rudy

Oswoić nieznane. Poradnik początkującego emigranta.

anna w walii

Początki są zawsze trudne. Wyjechałeś ze wszystkiego, co znasz. Wyjechałeś z domu, z przyjaciół, ze wspólnej płaszczyzny kulturowej. Nagle otacza cię nowa rzeczywistość, często przerażająco niedostępna, zwłaszcza, jeśli nie jesteś biegły w języku. Wszyscy tak zaczynamy; niektórzy z nas wchodzą w Nowe szybciej niż inni i świetnie się w nim odnajdują; niektórzy nigdy.

Kilka moich obserwacji, które mogą ci pomóc.

Nie zamykaj się w domu. Zacznij wychodzić, poznawać okolicę. Im częściej będziesz to robił, tym bardziej swobodnie będziesz się czuł.

Znajdź sobie jedno czy dwa specjalne miejsca, które będą tylko twoje. Chodź tam często, zawsze kiedy jest ci ciężko, kiedy potrzebujesz uciec, ale też kiedy jesteś szczęśliwy. Z czasem te miejsca staną się dla ciebie ważne, będą stanowić schronienie i jednocześnie punkt zaczepienia w Nowym. Im więcej będzie takich miejsc, tylko szybciej zauważysz, że właściwie nie czujesz się w Nowym już tak bardzo obco.

Wyciągnij rękę do ludzi z którymi przyjechałeś żyć. Oni też są ciebie ciekawi. Nawet jeśli wstydzisz się lub nie umiesz mówić w ich języku, powiedz ‚cześć’ i uśmiechnij się do kogoś na ulicy. Nikt w takiej sytuacji nie będzie wymagał od ciebie dyskusji politycznej; a życzliwość i uśmiech jest najskuteczniejszym orężem przeciwko lękom i uprzedzeniom. Wrzuć sąsiadce kartkę świąteczną przez dziurę na listy. Dzięki takim prostym gestom z czasem poczujesz się coraz bardziej włączony w Nowe.

Poczytaj trochę o Nowym. Spróbuj zrozumieć z jakiego punktu w historii i kulturze przychodzą ludzie, z którymi przyjechałeś żyć. Spróbuj się dowiedzieć, co jest dla nich ważne. Z czego się śmieją. Na kogo głosują. Oglądaj lokalne wiadomości.

Nigdy nie krytykuj głośno w chamski sposób kraju, do którego przyjechałeś żyć. Jesteś tu gościem.

Spróbuj zacząć wychodzić do kawiarni, restauracji. Nawet jeśli za pierwszym razem spocisz się cały jak mysz, bo nie będziesz mógł dogadać się z kelnerem, to za drugim razem będzie już lepiej, a za trzecim będziesz miał ‚swój’ stolik. Kolejna ‚swoja’ rzecz, która pomoże ci się oswoić z Nowym. Spróbuj lokalnego jedzenia, nawet jeśli uważasz połączenie rybki z octem za niedorzeczne.

Jeśli miałeś jakąś pasję w Polsce, spróbuj ją kontynuować. To prostsze niż myślisz.

Nie wstydź się tego kim jesteś, ale nie manifestuj w hałaśliwy sposób swojej odmienności, nie dawaj ludziom z którymi przyjechałeś żyć do zrozumienia, że wyświadczasz im łaskę zaszczycając ich swoim bezcennym towarzystwem. Nie bądź roszczeniowy.

Obserwuj. Ucz się języka. Miej otwarty umysł. Przyjmij inność z zaciekawieniem, nie z wystawionymi pazurami.

Czerp z Nowego. Kto wie, może przyjeżdżając tu podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu.

Jeśli mimo tego wszystkiego po kilku latach nadal będziesz czuł się w Nowym jak obcy, wróć do domu. Nie ma sensu się męczyć. Nie jesteś porażką. To po prostu nie dla ciebie.

still

Świat rzeczy małych

Żali się, bidul.

Czas ostatnio pędzi coraz szybciej, a ja z nim; możliwość zatrzymania się na chwilę urasta do rangi luksusu. Już dawno nigdzie nie byłam, za co odpowiada szereg niezależnych przyczyn; w rzadkich wolnych chwilach ja i rower wyskakujemy sobie co najwyżej na szybką randkę z czasem i przestrzenią. Pod wpływem okoliczności zmieniła się skala moich oczekiwań. Zamiast planować wycieczkę do Maroka zadowalam się (?) pół godziną na ławce z widokiem na wzgórze i wystawianiem twarzy do rzadko zaszczycającego nas w tym roku słońca. Szeroki świat za którym tęsknię zmienił się w świat rzeczy małych. Uśmiech przypadkowego przechodnia dodaje na chwilę sprężystości zaspanemu krokowi w drodze do pracy o siódmej rano. Zapach deszczu na betonowym chodniku. Wstążka aromatu świeżo skoszonej trawy przecinająca  drogę na stację. Pogawędka o dupie maryni z panem kawowym. Cenna rzecz. Ruszył Smok, i jest sporo pozytywnego odzewu. Świetnie. W pracy przedzieram się przez chaos i walczę z wybujałymi oczekiwaniami strukturalnych primabalerin; każde małe zwycięstwo popycha mnie jakoś do przodu.

I czekam na jakiś wschodni wiatr, czekam na coś.

still

wykluł się Smok

W imieniu własnym i kol. Marcina W. z dumą i dreszczem emocji przedstawiam wam… Smoka Walijskiego. Dopiero się wykluł, niebożątko, i wzruszenie wciąż jeszcze odbiera mi mowę.

No bo rozumiesz: coś trzeba było zrobić z faktem, że nie ma żadnego sensownego przewodnika po Walii w języku polskim. Rodacy tu mieszkający i chcący wyjść z domu nierzadko błąkają się po internecie jako te ćmy po zmroku, nie wiedząc co by tu rekreacyjnie przeskrobać  i gdzie szukać informacji. Wielokrotnie zgłaszały się do mnie osoby zamierzające odwiedzić Walię urlopowo; najczęściej korzystały z moich rad i były usatysfakcjonowane. Przyszedł czas na konkretne czyny.

Co jest ważne w Smoku: wszystko o czym piszemy zostało przez nas osobiście sprawdzone. Nie ma tu żadnej ściemy ani żadnych przedruków z tanich przewodników. Chcemy również generalnie poszerzyć wiedzę Polaków o tym małym a niezwykłym kraju.

Ta strona dopiero się rozwija; czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Startujemy dzisiaj z tym co mamy, ponieważ ostatecznie jest.. hm.. lato, i może już ci się na coś przydamy, poszukiwaczu walijskich przygód.

No to klik na obrazek.

Smok Walijski

adonis, psia jego mać

Zbliżały się urodziny R.; postanowiłyśmy pójść w jakąś wyższą kulturę. Kupiłam bilety na striptiz! Oznajmiła radośnie Dżo. Ehm. Na co kupiłaś..? Striptiz, kabaret, nazywają się Adonis i sama popatrz na tę ulotkę:

Adonis2B_2

To pojechałyśmy. Najpierw nie mogłyśmy znaleźć klubu; ostatecznie okazało się, że był to ten jedyny klub w Cardiff z drzwiami zamkniętymi na głucho i bez żadnych oznak życia nie tylko nocnego, ale w ogóle jakiegokolwiek. Idź, zapukaj delikatnie, czy coś. Weś, Ty idź.. Zamknięte, informuje nas odkrywczo pękaty ochroniarz z klubu obok. Ale jak zamknięte, my tu na striptiz przyszłyśmy, tzn. na kabaret. Aaaa, striptiz, a to nie tu, to musicie iść o’tam, do końca ulicy, dwa razy w lewo, potem w prawo i dalej w ciemny zaułek i tam będzie taki klub gejowski, to tam. Ke?? Weź, dzwoń do organizatora. Organizator ziewa i potwierdza; no sory, żeśmyzmieniliklub. Acha, to super. Dzięki za poinformowanie. Idziemy szukać. Nocny klub gejowski na Church Street? O tempora.

Trzy razy przeszłyśmy wskazaną ulicę wzdłuż i wszerz, nic. Drugi telefon do organizatora. Acha, naprzeciwko tego i tego.. ty patrz, drzwi tu są jakieś; no jak mogłyśmy przegapić ten neon wielkości złotówki?? Przy drzwiach witają nas dwa adonisy w dezabilu oraz niezidentyfikowany alkohol o posmaku migdałów w plastikowym kubeczku. Adonisy proszą, by nie filmować przedstawienia, a fotki to na ich stronie można sobie będzie pooglądać. Nie pękaj adonis, my tu na kulturę przyszłyśmy, a nie żeby nagrywać gorące ciała i wrzucać na fejsa, powiedziała R. ustawiając stosowne opcje video w telefonie.

Rozsiadłyśmy się w czwartym rzędzie w ciemnawej sali pełnej pań w wieku różnym, najczęściej uczestniczek nóc panieńskich i wszelkiej maści solenizantek. Na scenie królował już pan (pani) drag queen; żart był niewyszukany, i zasadniczo polegał na obrażaniu wszystkich dookoła z ilością wdzięku gwarantującą przy odpowiedniej ilości alkoholu mimo wszystko sympatyczną atmosferę, a nawet, prawda, pewien aplauz. Pan zapytał najpierw czy wszyscy tu zgromadzeni są walijskiego pochodzenia, co potwierdziłyśmy entuzjastycznie, a pan pokiwał głową z uznaniem; potem zapytał, czy jest ktoś z Anglii, i jedna pani powiedziała, ja, i pan jej na to odpowiedział fuckoff i wszyscy się strasznie śmiali.

Potem na scenę wkroczył gwóźdź programu, Adonis w wieku dalekim od poborowego i z wałeczkami. Zakręcił biodrem z wprawą zardzewiałego wieczka od ogórków małosolnych, niezbyt skutecznie pozachęcał panie do gorącego entuzjazmu, zdjął jeszcze to i owo, grzmotnął panią, która w desperacji postanowiła skoczyć po więcej alkoholu paskiem po plecach i poszedł sobie, zbierając po drodze porozrzucane po scenie skarpetki. Korzystając z przerwy w dzikich emocjach sprawnie skoczyłyśmy do darmowego wyszynku, i R. zjadła wszystkie te takie pikantne hinduskie; niestety z opcji wege w ofercie były głównie chusteczki papierowe. Potem na scenę wyskoczył drugi Adonis, pokręcił się troszkę, wyjął co tam miał, zaprosił na scenę panią z pierwszego rzędu, poocierał się troszeczkę, po czym złapał puszkę bitej śmietany pod ciśnieniem i zaczął rozprowadzać rzeczoną śmietanę po lewym sutku, zachęcając drugi rząd do konsumpcji. Wariując z pożądania R. ziewnęła dyskretnie; stwierdziłyśmy zgodnie, że już czas zwinąć się na jakieś wino i tańce.

Reszta wieczoru przebiegła w znakomitej atmosferze przy udziale sympatycznej muzyczki o korzeniach techno i wystarczającej ilości wina, żeby to nikomu nie przeszkadzało.

A na drugi dzień sprawdziłyśmy i wyszło nam, że trafiłyśmy na jakąś strasznie okrojoną wersję adonisów dla ubogich i że to nie tak miało być, zupełnie nie tak.

Story of my life.

11044569_733780710052718_6849465374934237673_n

o jednym słonecznym dniu

Good morning! – oznajmia radośnie z naciskiem na prześwietną jakość poranka Pan Biletowy – bileciki ze słonecznego T. proszę! Zziębnięci pasażerowie patrzą na Pana Biletowego szeroko otwartymi oczami. Ten i ów próbuje przeniknąć wzrokiem warstwę zaokiennej szarówy, jakby mając nadzieję, że czegoś nie zauważył. Pani na Pazia patrzy melancholijnie na swoją parasolkę, u stóp której właśnie tworzy się burawa kałuża. Pojawiają się życzliwe sugestie o wypadnięciu Pana Biletowego na głowę z kołyski w wieku niemowlęcym; ktoś kicha. Ale już po chwili zaraźliwy entuzjazm niezłomnego optymisty sprawia, że w oczach znękanych pasażerów 7:35 do M. wschodzi niewidziane od trzech dni słońce. Dzię-ku-je-my.

Mam zlecenie w M., jestem sporo za wcześnie, haaalo, macie tu jakąś kafeję otwartą w poniedziałek o ósmej rano..? Haaaalo.. Podążam rozsiąpionym hajstritem z szeregiem sklepów ‚wszystko za funta’. Chyba jest.. Jest? Jest. Tak jak lubię, kafeja bez muzyki, z gwarem rozmów. Wystrój wnętrza cokolwiek peerelowski; na ścianie kiczowate landszafty, na stolikach ceratowe obrusy w zgrabne, prawda, winorośle. Na obrusach okruchy, sól, pieprz i oczywiście ocet, podpora imperium. Średnia wieku konsumentów herbaty z mlekiem i kanapki z czipsami: 70. Co zawsze jest fajne, bo sprawia że czuję się młodo. Herbatę poproszę, czarną. Bez mleka, znaczy. No bez, bez.

Pani z Kuchni ma na głowie przemyślnie upiętą siatkę na motyle. Z każdej strony niesforne kosmyki wykradają się na wolność nadając pani sympatyczny wygląd ‚piorun w szczypiorek’. Kuchnia jest w piwnicy, a schody strome. Szczypiorek jest zmęczony, smętnie stawia przede mną herbatę z mlekiem, po czym melancholijnym krokiem zstępuje z powrotem do swojego podziemnego królestwa. Człap, Człap. Człap.

Znienacka od strony ulicy wpada do środka kilka przypadkowych promieni słońca. Musieć, zgubiły się, niebożątka; to pewnie przez tą pogodę. Świetlista łuna oplata obsypane mąką bochenki chleba na wystawie. Ktoś otwiera drzwi i powiew wiatru unosi mąkę w górę; drobiny wirują w słonecznym świetle. Czas wstrzymuje oddech; prawie peerelowski realizm organiczny zmienia się na moment w magiczny.

Trzy panie pod 80-tkę wspominają niedawne wakacje w Tenby i narzekają na muzułmanów, których, co prawda, nigdy na własne oczy nie widziały, ale słyszy się, prawda, różne rzeczy.

Po zleceniu wracam na stację; to koniec linii, o czym świadczy urywający się nagle tor i kupki śmieci na ‚ziemi niczyjej’. Zapyziała stacyjka z jednym torem wygląda jak wyrzut sumienia na tle malowniczych wzgórz. Dumna plakietka informuje, że stacyjka została uroczyście otwarta przez jego wysokość diuka Gloucestershire, członka rodziny królewskiej. Musieć nieszczęsny diuk nie stał za wysoko w hierarchii rodzinnej skoro przyszło mu odwalać takie fuchy.

Dalej mży. Bileciki ze słonecznego M proszę, dociera radośnie z przedziału obok, jak z innego wymiaru.

DSCN0725

jeszcze wszystkiego nie spieprzyliśmy

Dużo ostatnio o Grecji dookoła. Tymczasem u nas piękny weekend, zimowe słońce droczy się ze mną rozświetlając całe wnętrze domu. A ja nie mogę się nigdzie wyrwać, bo przez ostatnie dwa miesiące wszyscy na mnie kichali, więc wreszcie padłam. Sączę wściekle szesnasty kubek herbaty z sokiem z malin i czytam książkę o szpiegach. Terroryści spiskują, trup się ściele, bohaterski polski wywiad kolejny raz ratuje świat od zagłady. Zupełnie jak w telewizorze: ISIS to, imigranci tamto, Putin sramto, a koleś z miasteczka obok zatłukł żonę. Nie ogarniam, nawet nie życzę sobie ogarnąć. W głowie mam dziś tylko dwa wspomnienia z jednej wyspy. Słodka, gorąca i gęsta jak lawa kawa po grecku nad brzegiem lazurowego morza; morze leniwie opłukuje białe kamyki plaży. Od strony niedużego ogrodu dolatuje zapach kwitnącego tymianku. Ta kawa, przypalana kilka sekund w cynowym garnuszku, nie do podrobienia. To jedno. Drugie to z drogi na lotnisko. Dwie godziny jeszcze mamy, nie spieszmy się. Zatrzymajmy się na tym parkingu, patrz, wygląda na gaj oliwny. Próbuję wydłużyć każdą z tych ostatnich minut jakby była z gumy. Jeszcze przecież tu jestem. Lekka bryza przynosi zapach śródziemnomorskiej wiosny, porusza gałązkami oliwnymi; słońce wkrada się do wnętrza samochodu i otula mnie łagodnie. Przysypiam w stanie absolutnej błogości. W półśnie robię zdjęcie, żeby zapamiętać. Gdzieś przepadło. Ale i tak nie mogłabym zapomnieć.

Takie skradzione chwile sprawiają, że pod całą męczącą agresją świata i głupotą ludzką ciągle jeszcze można dostrzec bezpretensjonalną prostą i bezcenną urodę życia. Jeszcze tu jest, jeszcze wszystkiego nie spieprzyliśmy.

dfghNiekwestionowana zwycięzca w kategorii ‚ławka z widokiem’. Southerndown, południowa Walia.