wsiąść do pciągu byle jakiego

8489298589_bd146d980e_o

6:57 do Jumy. Stacja Po Drodze. Otwierają się drzwi, wchodzi Fikuśny Obcasik, Mejkap, Zaspany Miś, Lubię Limahla i Sex on Legs. Te same drzwi, ta sama kolejność wchodzenia; najczęściej zajmują te same siedzenia. Kiedy trzy minuty później dosiada Łysy Makaronik wszyscy są już głęboko pogrążeni w codziennym rytuale. Obcasik wierci się fikuśnie, rzucając kokietujące spojrzenia w stronę Sexu on Legs, który dłubie w uchu. Mejkap wyjmuje kosmetyczkę i nakłada pełną tapetę, jednocześnie kontrolując pincetką geopołożenie krnąbrnego włoska w lewej brwi i malując pazury w pizgający róż. Zapach acetonu budzi na chwilę Misia; Miś marszczy zaspany nosek, po czym oddaje się bez zaangażowania gapieniu się w punkt za oknem. Lubię Limahla odgarnia długi włos ‚na enerdowca’, który w ostatnim porywie post-młodzieńczego buntu zbiegł z wytyczonych w latach 80-tych ścieżek i zapędził się nad łysiejące czoło. Stukpuk, stukpuk, mówi pciąg. Misiowi opadają powieki. Sex dalej dłubie w uchu. Obcasik wzdycha i z rezygnacją odpala fejsa. Kolej-ny dzień, dzień dobry.

5159332293_290b537014_o

A K. miał ostatnio więcej wolnego czasu i trochę się nudził. Ktoś opowiedział mu o trainspottingu, czyli tych różnych dziwakach, pardon, pasjonatach, fotografujących pciągi i dzielących się zdjęciami na forach. K. poczuł przypływ entuzjazmu jakiego nie czuł od kiedy odkrył pewne kasety WHS w sypialni rodziców dawno temu. Przez następne trzy dni koczował na wiadukcie kolejowym w T. fotografując jak oszalały, prowadząc szczegółowe notatki i czując ukłucie powołania życiowego. Kreatywne szaleństwo trwało do momentu, kiedy ktoś nieżyczliwie wyjaśnił mu, że nie chodzi o regularne pciągi podmiejskie ani tym bardziej towarowe, ale o stare parowe ciuchcie, i że to trzeba jeździć w specjalne miejsca o specjalnych, często niedorzecznych porach, jak również dużo moknąć, i w ogóle to proszę nie zaśmiecać forum. Z K. zupełnie zeszło powietrze. Zamknął się w sobie.

4452138726_8f435a490d_o

A w Cefn Cribwr stadko innych dziwaków, pardon, pasjonatów, opiekuje się społecznie emerytowaną budką dróżnika zwaną Cefn Junction Signal Box. Od 30 lat pieczołowicie zbierają i dbają o różne duperelki związane z nieczynną już koleją i historią okolicznego przemysłu. Od czasu do czasu organizują herbatkę dla odwiedzających; skromne bógzapłać idzie głównie na pokrycie kosztów ubezpieczenia budki. Kilka dni temu ktoś, prawdopodobnie kwiat lokalnej młodzieży, włamał się do budki i zakosił znaczną część zbiorów. Wśród pasjonatów zapanował Wielki Smuteczek, zachodzą w głowę, po co ktoś popełnił taki nierozumny akt barbarzyństwa, wszak zbiory miały wartość głównie sentymentalną. Może to te typy z sąsiedniej wsi, zazdrosne, że jedyną atrakcją turystyczną u nich jest tabliczka z napisem Tu Byłam, Atrakcja. Albo jakiś stuknięty kolekcjoner Z Zagranicy. Najprawdopodobniej jednak winna jest jakaś okoliczna moczymorda. Wystawi łupy na jibeju za parę groszy. I tak to już jest w życiu, pani. Jeden daje, drugi odbiera, a  wiara w ludzi się w piekle poniewiera.

cjbvg.jpg DSC_0048 DSC_0024bb cc.jpgcvb.jpg

A jak dobrze ucho przyłożyć do pordzewiałego toru, to prawie można usłyszeć słabe stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk. To odjeżdża pociąg historii.

tor.jpg

konkursik dla spikaczy

Proszę państwa, jest konkurs! O walorze edukacyjnym,  a nawet wręcz przeciwnie. Zwycięzca tradycyjnie nagrodzi się poczuciem ogromnej satysfakcji; kol. Marcin W. zadeklarował również, że chętnie nie nagrodzi zwycięzcy talonem na fiata 126P.

Generalnie chodzi o tłumaczenie na polski pewnych angielskich zwrotów. Główkowano już na fejsie (odstąp, szatanie) i nie udało się uzyskać satysfakcjonującego semantycznie polskiego odpowiednika angielskiego słówka walker. ‚Walker’ to wg. słownika oxfordzkiego osoba, która ‚dużo chodzi dla zdrowia i rozrywki, często w specyficzny sposób’ (np. na rękach i w szlafroku). Ta forma spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu jest dość popularna w Brytanii. Terminu ‚walker’ nie oddaje dobrze żaden z polskich ‚spacerowiczów’, ‚włóczęgów’, ‚chodziarzy’ itp.

Drugi termin z którym się zmagam: country lane – wąska utwardzona (często asfaltowa) droga, zazwyczaj z obu stron odgrodzona od pól wysokim żywopłotem, na której samochody mogą się mijać jedynie w wyznaczonych zatoczkach. Nie jest to to samo co nasza ‚droga wiejska’. 

Dwa terminy uwierające kol. Marcina W.: rolling hills (typowe angielskie lub walijskie niewysokie płożące się wzniesienia. Ja użyłabym określenia ‚falujące wzgórza’, ale kol. Marcin W. powiedział, że to strasznie dziewczyńskie, co jest ok, bo jestem dziewczyną, jakby nie patrzeć) oraz: remoteness, czyli typowe np. dla środkowej Walii ‚odludzie charakteryzujące się otwartą przestrzenią i pięknym dzikim krajobrazem i wywołujące rodzaj melancholii w patrzącym’ (definicja moja). ‚Odludzie’ i ‚pustkowie’ nie jest dość pojemne semantycznie.

I jeszcze jeden kwiatek ode mnie: visitor centre – budynek, np w parku narodowym, w którym można znaleźć wszelką informację na temat odwiedzanego miejsca, często również sklepik z magnesami na lodówkę, kafeję i kible. Żadne przyzwoite tłumaczenie na polski nie przychodzi mi do głowy.

Ktoś chciałby się wykazać, zabłysnąć, podać pomocną lingwistyczną dłoń? Zapraszam gorąco. Nie czekają liczne fantastyczne nagrody!

 

tabletka na fejsa

Facebook_like_thumb

W pewnym momencie zorientowałam się, że nie umiem się wyluzować. Wchodzę na jakąś, prawda, górkę, widok, że dech zapiera. Rozsiadam się w oczekiwaniu niebiańskiego spokoju, kubek herbaty, motylki, ptaszki, zen. Dwie minuty i już zaczyna mi wiercić dziurę w głowie. Chodź już. Chodź, no idziesz? Tyle masz do zrobienia. Ważnego. Tu zasięgu nie ma, a może ktoś ci maila przysłał? Godzinę temu wrzuciłaś ten wpisik na fejsa, może ktoś, coś.  No co, nie sprawdzisz? To jak mieć mrowisko w tyłku. Nie usiedzisz; twoja własna głowa toczy walkę przeciwko tobie.

Jesteśmy w decydującej fazie największego eksperymentu na ludzkości, jaki kiedykolwiek przeprowadzono. Wirtualizacji. Przy wszystkich niewątpliwych zaletach internetu, które doceniam (poznałam wiele fajnych osób, czytam wiele fantastycznych blogów, internet jest moją encyklopedią i słownikiem), coraz bardziej widoczne stają się wady. Widoczne na ulicy, w pociągu, gdzie ludzie już ze sobą nie gadają, bo są zajęci wymianą  wirtualnych plotek. Fejs jest jak każda inna używka. Uzależnia, stwarza złudzenie, daje posmak popularności, wszyscy dziś możemy być celebrytami. Błyskawicznie uzależniamy się od lajków i komci karmiących naszą miłość własną. Jeśli 60 osób nie zalajkuje nas w ciągu 10 minut od publikacji kolejnej słitfoci, łapiemy doła. Wydaje nam się, że mamy pełną kontrolę, że przecież zawsze możemy się wylogować na dobre. Brzmi znajomo..? Mam na imię, jestem uzależniona od fejsa.  I bardzo mi się to nie podoba. Kiedyś czytałam książki, słuchałam muzyki, dyskutowałam, kochałam kino. Dziś potrafię godzinami bezmyślnie przełączać taby w przeglądarce. Zuckelberg, oddaj mi moje życie.

Zaczynam zbierać siły żeby się wylogować na dobre. Dopiero po zniknięciu z fejsa można zobaczyć jasno jego rzeczywistą wartość.

A ty? Gdyby wynaleźli tabletkę na fejsa, wziąłbyś?

 

Rozsiąpiło się. Wpis przypadkowy.

2921973320_c1596658a2_o

Pani Z. miała ostatnio wizytę u lekarza. Miły głos z nienagannym angielskim akcentem tzw. wyedukowanym zaprasza przez megafonik do gabinetu. Otwierają się drzwi, Z. wchodzi pierwsza, ja za nią. I nagle jak mi się w tych drzwiach nie zaprze. I ani rusz. Co, myślę. Osochozi. Z. otwiera usta, zamyka, oczy w słup, generalnie wygląda jakby diabła zobaczyła. Miły głos w gabinecie rozmawia z pielęgniarką, pytam szybko co się stało. Z. milczy, trzyma się za ściśnięte gardło. Zaglądam do środka. Zaczynam się śmiać, zupełnie nieprofesjonalnie, nie mogę się powstrzymać. Pani lekarka piękna, szczuplutka, włos lśniący, elokwencja bije z każdego słowa, klasa z każdego ruchu.  Tak. Pierwsza Hinduska w życiu Z. Pierwsze razy bywają bolesne.

S. to nasz chłopak od niszczarki do dokumentów. S. ma jakąś odmianę autyzmu, czy czegoś tam; czasem gada jak najęty, a czasem nie odezwie się przez całe dnie i tylko przemyka po okolicy jak duch. Kiedyś ideą świetnego żartu dla S. było puścić bąka, a potem chichotać jak dziecko kiedy M., który uważa, że wszyscy ludzie na ziemi są tacy sami, krzyczał z udawanym świętym oburzeniem: Oi! S, you dirty bastard! Zawsze kiedy S. opróżnia kosz na śmieci za moimi plecami uśmiecham się i liczę: klap, klap, klap, dokładnie osiem klapów. Osiem razy zdejmuje i zakłada pokrywę od kosza, jak precyzyjna maszyna. S. jest bardzo oddany swojej pracy i nikt go nie przekona do żadnego odstępstwa od reguł. Idealny pracownik. Gdyby urodził się w Polsce mógłby sobie pomarzyć o zarabianiu na własne utrzymanie, własnym mieszkaniu i życiu całkiem normalnym życiem. Jak człowiek, a nie jak ‚człowiek niepełnosprawny’. Co to właściwie znaczy ‚niepełnosprawny’..?

A na dworcu znów wszystkie pciągi opóźnione. Szaro, w powietrzu wisi gęsta wilgoć, siąpi. Pan Kawowy jest na Teneryfie, dziewoja która go zastępuje jest mało zaangażowana intelektualnie w proces przyciskania guzików w maszynie; generalnie chyba w niewiele rzeczy jest zaangażowana. W rezultacie w mocce nie ma ani grama ratującej życie czekolady. Nawet mi się kłócić nie chce. Siadam na schodach z głową w dłoniach, znudzona, zmęczona, wkurzona. Jedyny plus: zepsuły im się megafony, więc nie mogą mnie przepraszać za wszelkie niedogodności, których mi ta sytuacja przysparza. Po lewej niecierpliwie przytupuje czarny lakierek. Dwa zmokłe mokasyny użalają się cicho na to życie, noskami do siebie. Skórzane executive trzewiki energicznie wydeptują mokrą przestrzeń przed moim nosem. Skłik-skłik, skłik-skłik.  Przywaliłabym komuś, gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce.

Takie buty.

u nas na karbucie

ggg.jpg

Nie znoszę zakupów.  A już łażenie po sklepach żeby sobie pooglądać przemawia do mnie na równi ze spożywaniem potłuczonego szkła.

Boski natomiast wręcz przeciwnie. Uwielbia wielogodzinne bezcelowe szwendanie się po hajstricie, w sklepach charytatywnych mógłby spędzać urlop. Miłością nad życie darzy wyprzedaż samochodową, car boot sale, bardzo popularną również wśród rodaków. To rodzaj targowiska, na którym każdy może handlować z bagażnika swojego samochodu, ewentualnie małego stoliczka przed. Na karbucie można za grosze kupić mydło i powidło, talerz z królową, kolekcję Dynastii na whs-ie i inne najróżniejsze niezbędne akcesoria, które już znudziły się dotychczasowym właścicielom. Rodzaj pchlego targu. Bardziej prestiżowe karbuty nazywane są Antique Fair, czyli targi antyków, i oferują dokładnie to samo, tylko o wiele drożej.

BeFunky_1 219.jpg

No więc, idzie Boski na karbut.

Idzie powoli, skanuje przestrzeń jak niemiecki u-boot. Coś przykuło jego uwagę, stanął. Stoi. Wyciąga rękę. Dwie minuty później dalej stoi. Z tą ręką wyciągniętą. Mija kolejna minuta, nie, jednak opuścił. A nie, sięga. Obraca osiem razy, szuka znaku producenta, uszkodzeń, uszczerbków, etykietek, sprawdza ile waży, patrzy pod światło, nadgryza, zadaje pytania, próbuje negocjować cenę, kręci głową z oburzeniem, odkłada, odchodzi. Nie, stój. Wraca. Sytuacja powtarza się jeszcze dwa razy; w końcu kupuje, kręcąc głową nad oczywistym zdzierstwem. Sprzedawca ociera pot z czoła. Boski prostuje plecy, jego krok nabiera sprężystości, rozpiera go duma neolitycznego myśliwego, który gołemi ręcami upolował mamuta. Ja jeszcze o tym nie wiem, ale właśnie stałam się szczęśliwą posiadaczką  dwudziestoletniego kieliszka do wódki za 25 pensów.

BeFunky_1 213.jpg

Kiedy się poznaliśmy, Boski miał w zwyczaju odwiedzać karbuty co tydzień. Dzięki temu obecnie na moim strychu rezyduje kempingowy zestaw chińskich pałeczek obiadowych, wiktoriański kosz piknikowy rozmiaru małego samochodu z zestawem 32 talerzy, 32 widelców i trzech łyżek, japoński bidon z czasów II wojny światowej, sześć długopisów z latarką, zestaw do obcinania psu paznokci (gdybyśmy kiedyś zdecydowali się na psa będzie jak znalazł), pudełko starych śrubek nieznanego zastosowania, trzy radia AM na pokrętło, zepsuty mikser, minikolekcja monet z b. Jugosławii oraz zestaw drewnianych cyrkli.

BeFunky_DSC_0260.jpg

Cztery lata temu odmówiłam kategorycznie udziału w tym procederze i zakazałam znoszenia do domu złomu. Teraz Boski wyskakuje na karbut tylko raz, góra dwa razy w roku, ot, dla zdrowia psychicznego; stara się kontrolować i zazwyczaj przynosi co najwyżej kilka dvd z dorobkiem byłego gubernatora Kalifornii. Wczoraj znów poczuł zew i poleciał do Swansea. Wrócił jak gdyby nigdy nic, ale podejrzanie pogwizdując; co tam przywlokłeś znowu, pytam jadowicie, nic nic, odpowiada, powodując, że natychmiast wstępuje we mnie duch radzieckiego oficera śledczego. A to co, zaglądam do bagażnika pod koło zapasowe. A, to, to okazja była, wiesz.. w zeszłym miesiącu wróciła z samego Afganistanu! Odrapana i wyszczerbiona wojskowa mini łopato-tasako-piła; gadżet jak wiadomo absolutnie niezbędny w każdym szanującym się nowoczesnym gospodarstwie domowym. Będzie w sam raz do odgarniania śniegu (sic!!).. broni się jeszcze Boski. Autentycznie płaczę ze śmiechu; Boski obraża się śmiertelnie i dożywotnio na całe dwie godziny.

Taki fun, pani.

BeFunky_1 198.jpg

 

 

nieczynne spowodu órlopu

Z dumą informuję, że zasadziłam brzozę. Którą uprzednio w pocie czoła wykopałam pod osłoną czarnej nocy z pola. Pod osłoną, bo to nigdy nic nie wiadomo; zaraz się podniesie krzyk, że łabędzie już zjedli, teraz drzewa z pola kradną. Z miłości do Sherlocka i ponieważ jestem wypas kreatywna, nadałam jej imię Cumberbirch; jeszcze nie wiem, co brzoza na to. Na razie skupia się na badaniu nowego terenu i podejmowaniu decyzji czy warto w tej okolicy zapuścić korzenie; to poniekąd zupełnie jak ja od paru lat.

 photo 1

 

Tymczasem jadę sprawdzić czy mnie nie ma gdzie indziej. Θα τα πoύµε!


photo 2

 

 

i znowu o seksie

DSC_0036

Wczoraj na chwilę przestało lać i nawet wyszło słońce. Zmaltretowana ludzkość natychmiast rzuciła się plażować.  W Walii plażowanie polega na okutaniu się szczelnie swetrem i kurtką, najlepiej z kapturem, i dopełnienie całości stylowym kaloszkiem. Potem można chodzić po chlupiącym błotku, grzebać czubkiem kaloszka w stertach pozostawionych przez odpływ muszel i zapadać się po kostkę w piaszczystych wydmach. Odklepać wreszcie dawno planowany spacer brzegiem morza z Porthcawl do ujścia rzeki w Ogmore By Sea. Desperacko wystawiać twarz do słońca; dokonać wespół wzespół z przebiegającą obok żwawym truchtem staruszeczką w nausznikach rewolucyjnego odkrycia, że dni są już coraz dłuższe, thankgoodness. Patrzeć z zazdrością, jak w oddali galopuje ktoś na koniu; umiejętnie omijać woreczki z psimi kupami.

DSC_0028

Ogólnie, to chciałabym coś mądrego napisać, ale za cholerę. Zgubiłam inspirację; uczciwego znalazcę czeka nagroda w postaci możliwości przeczytania czegoś do ładu i składu. O jakimś ciężarze gatunkowym. Może nawet zabawnego. Albo skandalicznego. Gdyby to nie wystarczyło, co w sumie zrozumiałe, to jestem skłonna dorzucić zestaw ciasteczek marchewkowych, w produkcji których przez tę cholerną pogodę zdążyłam się już niestety wyspecjalizować.

DSC_0099 (2)

Jeśli zaś chodzi o seks, to amerykański Narodowy Instutut Zdrowia odkrył, przy wykorzystaniu kilku rządowych grantów, że głodne chomiki laboratoryjne były mniej zainteresowane seksem od najedzonych.

Odkryto również, że szczurki, którym wszczepiono substancję powodującą artretym, zaczęły na skutek chronicznego bólu wykazywać mniejsze zainteresowanie ćwiczeniami fizycznymi, np. bieganiem w kołowrotku. A także, że poddawanie zwierząt eksperymentom medycznym w laboratorium wpływa na nie stresująco.

Przełom. Zaprawdę pytam się, gdzie byśmy dzisiaj byli jako ludzkość, gdyby nikt nie wynalazł amerykańskich naukowców?

DSC_0012

I dalej leje. Omatkobosko.

 

breaking news

DSC_0386

A co tam panie w Brytanii? Zanosi się od deszczu.

Poza tym w Anglii aresztowali pana za próbę seksu z owcą. Nie tylko aresztowali, ale jeszcze podali w gazecie jak się nazywa i że został zatrzymany na łące z gaciami wokół kostek. I że z owcą, bo krowa podobno nie okazała entuzjazmu. Przysięgam, w gazecie.

Walor kulturalno-oświatowy dzisiejszego wpisu: do słownika użytecznej angielszczyzny dorzucamy entuzjastycznie słówko sheepshagger. Jak coś, to znaczenie mogę zapodać mailem.

W tej samej gazecie napisali, że książę Karol popiera inicjatywę postulującą serwowanie zdrowszych posiłków w szpitalach; swoje poparcie uzasadnia tym, że walka z zatwardzeniem u pacjentów kosztuje szpitale tryliardy rocznie. A mówią, że z arystokracji nie ma żadnego pożytku.

W lokalnej społeczności też barwnie. Ostatnio pan D. podzielil sie ze mna informacja, ze pobili go uzbrojeni w proce policjanci i zostawili na mrozie bez okularów. Pan D. jest ogolnie trochę nerwowy.

Tymczasem ja poszłam sobie na spacer do rezerwatu Za Rogiem – i tu nastąpił, oczywiście, przewidywalny ciąg katastrof.  W kryjówce od ptaszorów przyczepił się do mnie Dzieciok; kazał mi wypatrywać  kaczki z czupkiem i kjujika,  a w międzyczasie zwinął mi pół mandrynki. Nie chciałam się awanturować, bo Dzieciok nie miał ajfona, więc najwyraźniej nienormalny jakiś. Potem lało, więc musiałam się schronić w Visitor Centre, gdzie obsługa kafei wykorzystała moment mojej slabosci i przemocą wcisnęła mi do gardła słodką bułeczkę z rodzynkami i masełkiem 1890 kcal. Ostatecznie po co mi to odchudzanie, i tak już jestem wiekowa.  Potem wyrżnęłam na mokrej ścieżce antypoślizgowej przez las i zczezło mi kolano.

Wróciłam do domu w znakomitym nastroju. Polecam.

feelgood

I jeszcze zaczął się trzeci sezon Stelli. To lubimy. Zwiastunik; poleca się zwrócić szczególną uwagę na niepowtarzalny akcent z Welsh Valleys. (Szeptem, drobnym drukiem) a ja wiem jak to oglądać i nie płacić za Sky (wink, wink), tzn. słyszałam, że są tacy co tak robią, i to jest bardzo brzydko, bardzo, fe, odradzam stanowczo.

Cmok.

język lata jak łopata

Ta to ciągle gdzieś jeździ, musi zarabiać kupę kasy. Nic tylko wakacje za wakacjami. Tak podsumowała mnie kiedyś jedna pani. Oczywiście za moimi plecami; ale życzliwy zawsze się znajdzie, żeby człowieka apdejtować w sprawie opinii publicznej.

Zezłościłam się, potem się uśmiałam. Zawsze mnie zaskakuje ludzka potrzeba wydawania autorytarnych opinii o innych, siedzenia w ich portfelach i rozliczania ich dochodów. Niemal stawiania wymogu, żebym się tłumaczyła ze swojego stylu życia, żebym się czuła winna, że ‚znowu’ (drugi raz w tym samym roku!)  gdzieś jadę, a tamta pani nie jedzie; że mam w sobie silną potrzebę dotknięcia świata, wlezienia w każdą dziurę i zrobienia jej zdjęcia, a tamta pani nie.

Tamta pani ma za to nieskazitelną fryzurę. W supermarkecie wydaje stówę tygodniowo. Posiada abonamentową telewizję satelitarną. Szesnaście par butów. Na zakupy jeździ taksówką. Prenumeruje kolorowy magazyn o dupie maryni. Robi pazury dwa razy w miesiącu. Nie chodzi do pracy w tych samych spodniach od czterech lat (wiem, przegięcie). Nie ma słoika z nabazgranym napisem ‚Fundusz Kretowy’ do którego upycha każdą znalezioną w kieszeni dychę. Nie wdzięczy się do pana kawowego żeby wyłudzić więcej stempelków rabatowych na karcie stałego klienta w kofiszopie. Nie lata z easyjetem. W ogóle nie lata.

Kwestia priorytetów, ot, co. Proszę pani. A na zgagę warto jeść mniej tłusto, tak słyszałam. I waszyfka, dużo waszyfkóf.

kk

drzewa cynamonowe

Bywa różnie, co nie.

Po przesadzeniu się z rodzimego gruntu na nowy, obcy, każdy emigrant musi znaleźć swój sposób na hodowanie nowych korzeni. U mnie korzenie rosną przez nogi. Schodziłam i zjeździłam Walię wszerz i wzdłuż, i chociaż nigdy nie będę ‚stąd’, to udało mi się nawiązać z tym krajem rodzaj związku partnerskiego opartego na zrozumieniu. Ja rozumiem kraj, a kraj pozwala mi się rozumieć. Mam sporo czułości do walijskiego krajobrazu, tak często smaganego podłymi okolicznościami pogody. Lubię język. I fakt, że gdziekolwiek się nie wybiorę, nie będzie tam tłumów. To ogromny plus Walii: nigdy nie została odkryta i zepsuta przez tę naprawdę masową turystykę (podejrzewam, że pogoda może mieć z tym coś wspólnego, hm). Łatwo tu znaleźć i zaadoptować ‚swoje’ miejsca, które z czasem mogą zastąpić te, które miało się kiedyś, w poprzednim życiu.

Najważniejsze, to znaleźć chwilę, żeby wpaść w jakąś kałużę, zjechać na tyłku z błotnistego pagórka, wypić herbatę pod drzewem. Złapać kilka minut zimowego słońca na twarzy. Odtruć codzienność. Ziemia, powietrze i słońce są wszędzie takie same (z tym słońcem to trochę poleciałam), i może nie trzeba trzymać się tak kurczowo wspomnień o Polsce, jak robi to wielu, ale tworzyć nowe, tutejsze. Tak jest po prostu łatwiej. Budować więzi. Safety net.

DSC_0017b

I tylko czasem myślę, że miło by było mieszkać gdzieś, gdzie słońce świeci cały rok a w donicach przed domem rosną drzewa cynamonowe. Albo pomarańczowe. Migdałowce. O.

Nadolig Llawen!

gw

Okazuje się, że brytyjskie kolędy nie tylko nie są okropnie nudne, jak dotąd myślałam, ale nawet można je śpiewać, najlepiej kolektywnie, i z zapałem.  Jadąc w piątek wieczorem do  skansenu St Fagans koło Cardiff (lubimy) na Christmas Carols byłam przekonana, że będzie chór, posiedzimy, posłuchamy, poziewamy i tyle. No co ty. Na dzień dobry wręczono mi grzane winko i mince pie (takie brytyjskie ciasteczko świąteczne, na zdjęciu u góry), potem śpiewnik dwujęzyczny walijsko-angielski, a następnie ustawiono mnie w długi wężyk i poprowadzono ciemną nocą do zabytkowej kapliczki. Chóru nigdzie nie było widać; sympatyczny pan dyrygent pożartował w dwóch językach, drugi pan z reniferem na blezerku odpalił hammonda i wszystko stało się jasne. To widzowie mieli być chórem. Odleciałam.

Śpiewać nie umiem, ale uwielbiam; wygląda na to, że całkiem nieźle nie umiem śpiewać również po walijsku. Na szczęście Walijczycy dookoła mnie też całkiem nieźle nie umieli, co dało się poznać po nasileniu mamrotania w wersach po walijsku i rekompensacie ile fabryka dała w wersach w języku Szekspira.  Kapliczka drżała w posadach od basów, a anielskie soprany łaskotały w uszko. Zrobiło się strasznie miło i ciapulkowato, i wszyscy się błogo uśmiechali, i poczułam, że ten śpiew połączył nas, przypadkowych nieznajomych, w nowy twór zwany byciem razem. Obrośliśmy w siłę i wznieśliśmy się ponad; nawet straszliwe walijskie łamacze języka w rodzaju bugeiliaid a doethion ddaethant a’u rhoddion i Grist albo ninnau oll nawr i Dduw rhown foliant am roi’i fab i’r byd nie złamały ducha w chórze Ludzie, śpiewajcie razem kolędy, obojętnie, czy tam wierzycie w coś, czy nie, bo to niesamowite jest. Telewizor nie zając, wódka też nie ucieknie.

Gdyby ktoś chciał, to proszę bardzo, tu można sobie posłuchać, jak po walijsku brzmi znany wszystkim klasyk Cicha Noc:

I jeszcze chciałam dodać, że po ponad dziesięciu latach zamieniam Legolasa na krasnoluda Kili. To nic, że będzie mi sięgał do łokcia; zawistnicy i ludzie o ciasnych umysłach nie zniszczą naszej miłości.

kinopoisk.ru

Nadolig Llawen. Wesołych Świąt. I nie przejadać się.

jadą wozy kolorowe taborami

DSC_0040n

Wczoraj wieczorem przy plaży w P. zaparkował sobie tabor irlandzkich Cyganów (Irish Travellers). Tabor był niewielki i składał się z czterech ubożuchnych wozów mieszkalnych marki Najnowszy Mercedes. I musiałam przecierać oczy ze zdumienia na widok grupki cygańskich dzieciaków, które – zamiast siedzieć przy plejstejszyn nabywając pracowicie skoliozy i tracąc wzrok, jak ich niecygańscy rówieśnicy – skakały kolektywnie przez skakankę, krzyczac i śmiejąc bez najmniejszych oznak bycia opóźnionymi w rozwoju społecznym. Nie sądziłam, że w dzisiejszych czasach wciąż jeszcze możliwe jest takie radosne vintage dzieciństwo.

httpwwwdzidziekpl[dzidziek.pl]

Travellers to bardzo zamknięta społeczność, która z dzisiejszego nowoczesnego świata wybiera sobie tylko to, co chce, na co dzień żyjąc po swojemu. Szczęściarze, poniekąd. Przypomniało mi się, jak kiedyś wybrałam się w podroż po Słowenii, kraju, o którym 10 lat temu mało kto w Polsce cokolwiek wiedział (nawiasem mówiąc cudo, polecam); zajeżdżamy na pole namiotowe, triumfalnie rozstawiamy namiot i orientujemy się, że jesteśmy w samym środku wielkiego cygańskiego taboru. Z.. Zielonej Góry.

Najpierw oczywiście odezwał się stereotyp: kurde, no, Cyganie, co teraz, przecież nie wypada się po prostu chamsko ewakuować.. a potem popatrzyłam na swój połatany namiot, i na ich rezydencje z satelitami na dachach i uśmiałam się z siebie wewnętrznie. Cyganie najpierw przyglądali sie nam z dystansu, ale jak się okazało, że też jesteśmy z Polski zrobili się bardzo przyjaźni. Zapewnili, że będą mieli na oku nasz namiot jak pojedziemy zwiedzać (yy, tego…), pozwolili (do pewnego wyczuwalnego stopnia) podpatrywać swoje zwykle strzeżone przed obcymi życie, a na koniec jeszcze podzielili się z nami jedzeniem. Chyba docenili brak uprzedzeń na naszych twarzach. Te kilka dni było bezcennym doświadczeniem.

Cygańska hierarchia rodzinna i społeczna nie zgrywa się kompletnie z moją. Świat cygańskich kobiet to coś, co jest mi tak obce jak radykalny islam. ‚Dzień kobiet’ wyglądał tak: rano robiły facetom śniadanie; potem faceci się ulatniali robić szemrane interesy z miejscowymi, a one jadły, sprzątały, prały i zaczynały gotować obiad. Faceci wracali, papu, i znowu znikali na resztę dnia, kobiety sprzątały, prały i zabierały się za kolację. Po kolacji nagle wszędzie było jeszcze więcej Cyganów, ognisko, skrzypce, roześmiane dzieciaki, śpiew. Jeden młody Cygan zbyt intensywnie przyglądał się moim szortom; został opieprzony przez biuściastą matronę i więcej go nie widziałam; pojawił się za to lekko wyczuwalny dystans ze strony kobiet. Młoda dziewczyna (może 13 lat) powiedziała mi, że nie umie czytać ani pisać i zapytała, czy mąż pozwala mi chodzić do szkoły. Dostała opieprz od tej samej matrony i jej też już więcej nie widziałam. Poczułam się jak wichrzyciel. Zwykle jestem w większościach: narodowych, blondynek, wyznawców startreka, i nie muszę sobie zawracać głowy tym, jak to jest być poza nawiasem; wtedy po raz pierwszy poczułam się jak outsider.

Wracając do Irish Travellers. Z tego co wiem, są oni rdzennymi mieszkańcami Irlandii, których nic oprócz stylu życia nie łączy z Romami z południowej Europy, znanymi głównie z żebrania, złodziejstwa i biedy. Wymykają się ‚normalnym’ strukturom społecznym, prawnym i podatkowym. Żyją jakby na marginesie  społeczeństwa, często przez to społeczeństwo odrzucani z powodu mniej lub bardziej zasłużonej reputacji. ‚Niestety’, w odróżnieniu od niewygodnych Romów nie można się ich ‚pozbyć’, bo są przecież u siebie.

Rewelacyjnym travellerem jest Ani pieszczoszek Brad Pitt w Snatch – tu można zmierzyć się z jego akcentem, ostrzegam, rzecz jest dla zaawansowanych, powodzenia. A to dobra seria dokumentów o społeczności travellerów:My big fat Gypsy wedding’ z Channel 4. Jakby ktoś miał jakieś doświadczenia w temacie (tu zwłaszcza oczko do dziewczyn z Irlandii), to proszę nie być nieśmiałym.

A w ogóle, to wczoraj był wyjątkowo piękny dzień, chyba z litości nade mną. W taki dzień można siedzieć na skałach dzikiej plaży w St Donat’s, o której mało kto słyszał, mrużyć oczy w słońcu i pić herbatę; z powyższych ulubionych czynności tworząc jedną, najulubieńszą. Tegoroczny Listopad w Walii był cudny i wyglądał tak:

mmm
Klify też ładne, nie?

wiktoriańskie krysmysy

Tradycyjnie, w listopadzie Walia tonie w szarówie i mżawce. Zwykłe wszechobecne ‚tut-tutanie’ na pogodę znacznie się nasila, wślizgując się po mokrych chodnikach do absolutnie każdej rozmowy. Ten stan rzeczy ma swoje plusy. Narzekanie na pogodę jest tematem bezpiecznym i uwalnia nas od obowiązku wykazania się jakąkolwiek głębią intelektualną; jest bezpartyjne i łączy wszystkich bez względu na wyznanie, kolor skóry, wiek i wspierany klub piłkarski. Wyjątkowo parszywej pogodzie nie są nawet winni imigranci, zwykle uważani za przyczynę wszelkich klęsk i katastrof; podejrzewam, że tylko dlatego, że żaden tabloid na to jeszcze nie wpadł. W ogóle myślę, że tylko zziębnięci i przemoczeni imigranci narzekają ‚naprawdę’. Brytyjczycy narzekają, bo to część ich codziennej rutyny, jak tost z marmoladą i herbata z mlekiem. Tak naprawdę wcale im ta pogoda nie przeszkadza.

Pod względem narzekania na pogodę czuję się bardziej niż zasymilowana.

Tymczasem  listopad  w tym roku zwariował i średnio w co drugi dzień świeci słońce. U mnie w ogrodzie nadal jeszcze kwitną róże, trochę wymięte i nie w nastroju, ale jednak; poziomki uparcie próbują dojrzewać. Niesłychane to zjawisko pogodowe wytrąciło mnie z mojej zwykłej listopadowej discomfort zone; nie mam na co narzekać. Nie mam wyjścia, muszę być w dobrym humorze. To straszne. To nie fair.

DSC_0148

Zaczęłam się nawet rozglądać co by tu sobie brytyjskiego przyswoić na nadchodzący okres świąteczny; nie licząc szaleństwa zakupów, które ogarnia narody wspólnoty w tym okresie i przypomina walkę o ogień, którego lada moment ma zabraknąć i wszyscy umrzemy. Tu wymiękam.

Brytania nie jest religijna. Pomijając podpalanie od czasu do czasu meczetów przez faszystów w imię ‚obrony chrześcijańskiej Europy przed zalewem islamu’, i sporadyczne informacje w wiadomościach, że królowa uczestniczyła w takiej a takiej mszy okolicznościowej, po której zaprosiła kogoś na herbatkę, religia właściwie nie istnieje w życiu publicznym. Mnie to pasuje. Natomiast tradycja to zupełnie co innego.

I tak w listopadzie  i grudniu masowo organizowane są tzw. victorian christmas, zazwyczaj na otwartym powietrzu, albo w przytulnych dworkach. Rzecz ma najróżniejszy rozmach, od kiczowatego jarmarku nastawionego na uwolnienie zwłaszcza rodziców od ciężaru jak największej ilości gotówki, po pięknie inscenizowane śpiewanie kolęd, picie grzanego wina i słuchanie wiktoriańskich opowieści. Oczywiście, burknie zaraz z wnętrza Polaka, te ich kolędy to weź, kurde. Takie przyśpiewki bez żadnej emocji, nikt nie płacze, że goły w tym żłobie, że mu zimno, a sianko osły zżarli. Fakt, to nie nasze kolędy. Są inne i nie mają aspiracji zadowalania polskich sierceszczypatielnych oczekiwań. Jedno je łączy z naszymi: tradycja ich śpiewania zanikła w domach. Na szczęście ciągle jeszcze ma się nieźle poza nimi.

hh

Gdyby ktoś chciał się wybrać, to wystarczy się rozejrzeć, na pewno gdzieś coś organizują. W takim np. dworku Llancaiach Fawr, położonym na północ od Pontypridd, który uwielbiam niezależnie od okoliczności, będzie śpiew, grzane wino i atmosfera z Dickensa. Coś się będzie działo w  Tredegar House koło Newport. CADW (organizacja do ochrony i promocji walijskiego dziedzictwa) patronuje serii wiktoriańskich krysmysów głównie w zamkach, np. Caerphilly. St Fagans, fantastyczny skansen niedaleko Cardiff, zaprasza do swojej zabytkowej kapliczki na wieczory z kolędami w towarzystwie grzanego wina i mince pies. A w Anglii to już  w ogóle wiktoriański krysmys na co drugiej ulicy.

Warto się wybrać, żeby zobaczyć, jak to się robi gdzie indziej, zwłaszcza, że to gdzie indziej to nasze tu i teraz, i wcale nie musi być gorsze. Po prostu inne.

Tylko uważaj, bo jeszcze ci się spodoba, uchowajbosh..

jeden z takich dni

To był jeden z tych rzadkich poranków, kiedy nagle znajdujesz się zupełnie przypadkowo w  miejscu pełnym jesiennych drzew a słońce zaczyna prześwitywać poprzez łyse gałęzie i przyjemnie ogrzewać ci twarz. Światło jest ostre, a powietrze niemal zimowe. Idziesz bez celu, z tym słońcem na twarzy, rozkopujesz stosy liści, przyglądasz się czarnemu kotu przemieszczającemu się z gracją po szynie kolejowej tam, dokąd zwykle przemieszczają się czarne koty na szynach kolejowych. Pewnie na kocie cmentarze. Jest cicho, i jest jakieś takie nieokreślone zamyślenie. Rzeczy niepokój, a może właśnie rzeczy spokój, parafrazując poetę.

Jeśli mokra i szara Walia czegoś mnie nauczyła, to cenić takie rzadkie dni.

DSC_0066