i znowu o tych wodospadach, no ileż to można

Wracam uparcie do wodospadów w dolinie Neath, kilkakrotnie już opisywanych na tym blogu; uwielbiam tam jeździć o każdej porze roku, ale z fotograficznego punktu widzenia jesień jest szczególnie atrakcyjna, nie tylko ze względu na kolory upadłych liści, ale głównie z powodu deszczu (nie sądziłam, że to powiem) który zwiększa objętość wody w rzece Nedd Fechan i wzbudza furię w wodospadach.

Odkryłam ostatnio, że wodospady w Neath mają swoje komercyjne zastosowanie, służą mianowicie Zeskakiwaniu Ludzi Ze Skały w Głąb Wód Za Kasę, zwanemu w skrócie ‚waterfall jumping‚. Spacerując sobie cichutko ścieżką i nie wadząc nikomu moża zostać staranowanym przez grupę nabuzowanych adrenaliną skoczków, biegnącą kolektywnym truchtem od wodospada do wodospada; grupa biegnie, jak sądzę, głównie w celu przeciwdziałania zamarznięciu na skutek kontaktu z lodowatą wodą. Cool.

Rzecz jest profesjonalnie zorganizowana i pod opieką instruktorów; jeśli czujesz, że ten rodzaj lodowatej rozkoszy cię kręci, to w necie bez problemu znajdziesz stronki firm organizujących.  Są również tacy, którzy potrzebują więcej adrenaliny – i ci skaczą sobie bez instruktorów, ot, z doskoku, czego zdecydowanie nie polecam, bo po pierwsze, głębokość wodospadu zależy m.in. od opadów i może różnić się dramatycznie za każdym razem, a po drugie, i konsekutywne, życie z prespektywy wózka inwalidzkiego może być trochę uciążliwe. Nie wszędzie są rampy, rozumiesz.

Co by tu jeszcze pożytecznego napisać. O! W Pontneddfechan, które jest idealnym puktem wyjściowym do spaceru do wodospadów, znajduje się centrum informacji turystycznej zwane  „Waterfalls Centre„, w którym można skorzystać z informacji, nabyć drogą kupna mapkę, ewentualnie stosowny pamiątkowy magnes na lodówkę.

Poza tym chwilowo mnie nie ma bo wybiegłam w przyszłość.

Cium.

O cudzie w domu Pana, Trzech Zamkach i Jasiu Pawie Oczko

Dawno, dawno temu, tak dawno, że nie pamiętają najstarsze kadrowe, pracowałam w jednej fabryce. Nocne zmiany w fabrykach ciągną się jak Moda na sukces i są równie podniecające. Żeby przetrwać trzeba dużo gadać. Ja i Wektor dzieliliśmy razem stolik do macania konów na okoliczność dziur (nie pytaj, naprawdę). Przez kilka miesięcy dzielenia stolika do macania wyspowiada się człowiek z całego życiorysu trzykrotnie, rodzinę i znajomych rozmówcy zna jak samego siebie, łapie przekaz nadawany przy pomocy nieznacznego obniżenia poziomu powieki i zaczyna obcinać włosy u tego samego fryzjera. Anyway, w okolicach czwartej rano Wektor zazwyczaj przyznawał się do czegoś dramatycznego. Którejś nocy na fali melancholii wyznał, że jak był mały to kolektywnie prześladował jednego facecika o ksywce Jasiu Pawie Oczko. Jasiu miał garba, gadał do siebie, powłóczył nogą i uciekało mu oko; idealnie się nadawał, żeby rzucać w niego kamieniami i podrzucać psie kupki na wycieraczkę. Co, jak wiadomo, jest główną rozrywką małych chłopców i niektórych dziewczynek z patologiczną potrzebą równieśniczej akceptacji, zanim wykształci im się sumienie lub dostaną wpierdol od mamy. Ruskie czasem mówią na takich Jasiów jurodiwyj i nie rzucają w nich kamieniami.

Czemu o tym piszę? Bo mi sie wczoraj właśnie przypomniało. Siedze sobie na murku od jednego kościoła z cmyntorzem, z kubkiem w ręku, gdzieś w Walii południowo-wschodniej; obok S. przeklina kwieciście na okoliczność zsiadnięcia się mleka do herbaty (skutek nienotowanych w Walii tropikalnych tempertur +23). Śpiewają ptaszki, radośnie świeci słonko, szemrze ruczaj, bzyka pcioła; i oto w tych dramatycznych okolicznościach przyrody nagle zza nagrobka po prawej wyłania się Facet. Jakby przydepnięty, na grzbiecie kufaja, włos długi acz lichy, malowniczo rozburzony, wzrok rozogniskowany, wielopoziomowy, na łańcuszku dynda okular, któren niejedno już widział. Coś tam se mruczy, kreśląc ręką ósemki, i zaczyna kuśtykać przez cmyntorz, aby po chwili zniknąć we wnętrzu kościoła. Za Facetem przemyka obstrzępiony kot. Za kotem przelatuje kruk. Za krukiem dwa rozczochranych dziecka. Jeden dziecek rysuje coś kijkiem w piasku. Z kubkiem wpół drogi do rozdziawionych ust wychylam się, żeby zobaczyć co, ale nie widać, cholera. Podmuch wiatru porusza gwałtownie gałęzie drzew. Zapada cisza. S. przełyka głośno zsiadłe mleko. Z kościoła dobiega łoskot, miauk, słowa dezabrobaty oi! you little twat! kot ląduje za drzwiami, zza których po chwili słyszymy dźwięk organów. I śpiew. Le veau d’or z Fausta.. Patrzymy po sobie. Wow, panie. Idziemy! Dawaj! Kot łypie nieprzychylnie, rozczochrane gapią się zza płota wymachując leniwie kijkami. Chwytam za klamkę. Zamknęte. Rozczarowanie rozlewa się w nas jak ciepła oranżada w ciele Michała Aleksandrowicza Berlioza w parne moskiewskie przedpołudnie. I tyle po moich konszachtach z diabłem. Czy tam innym Jasiem Pawie Oczko.

Lecz jednak, jednak, zaświaty sprzyjały nam tego dnia. Dwie godziny później byliśmy już wściekle głodni; we wsi, do której akurat trafiliśmy na okoliczność jednego zamecka, nie było ani sklepu, ani pubu, nic. Ale Pan czuwa nad ubogimi i głodnymi, mówi Pismo; musieć to ręka pańska wskazała nam lokalny dom Boży; wahamy się, jesteśmy już zmęczeni, z drugiej strony żądza odkryć i kronikarski obowiązek napiera na sumienia.. wchodzimy. I oto stał się cud! Pan wlał otuchę w skapcaniałe ciała strudzonych wędrowców, otulił chłodnym cieniem, i co najważniejsze, zesłał z nieba strawę zaprawdę niebiańską. Almond tart – proporcja migdału do biszkoptu szlachetna, zawartość dżemu szczorda. Alleluja.. Podsumowując dzień, niebo: piekło – 1:0.

W kwestii Trzech Zamków: zapraszam na jednodniową wycieczkę po okolicy znajdującej się wpół drogi pomiedzy Newport a Monmouth (Walia południowo-wschodnia). Już leci do ciebie mapka (by nieocenione google), możesz sobie powiększyć klikając:

Co tam mamy. Mamy urocze wioseczki z domami skrytymi od słońca za kwitnącymi drzewami, kręte drogi przez sielskie lasy i łąki, ładne kościoły (otwarte!), kilka zamków w różnym stadium atrakcyjnego upadku, studnię z cudowna wodą, której początki giną w pogańskiej mgle i trzy kamienne penisy z epoki neolitycznej. Wiedziałam, że się ożywisz.

Zacznijmy od Skenfrith. To właśnie ta wioseczka z kościołem karmiącym głodnych. No dobra, czas obalać mity. Za to ciasto to se musieliśmy zapłacić :> Ale fajnie zobaczyć, że w ludziach jeszcze drzemie duch parafialnej wspólnoty i chce im się piec ciasta, które inni kupują, i w ten sposób zbierać fundusze np. na naprawę kościelnego okna. Kościół warto zobaczyć, jest stareńki, ma niesamowite drewniane drzwi przez które ja nie wiem, jak przechodzą te wszystkie babcie, bo próg jest wysoki na jakieś pół metra.

Kościół jest otoczony zielenią, i jak tak człowiek przysiądzie z kawałkiem tarty migdałowej pod gorejącym krzakiem w promieniach popołudniowego słońca, otoczony zewsząd pląskiem pticy, to się czuje całkiem bosko.

Wioska ładna, kościół ładny, za to zamek niespecjalnie okazały. Ale warto się wybrać do Skenfrith dla tej sielskiej miłej oku brytyjskości całości. No i tarty almondowej.

Za to już zdecydowanie bardziej warty obejrzenia jest zamek w Grosmont, również uroczej tylko większej wsi na północ od Skenfrith. trzeba zaparkować gdzieś na ulicy i pójść za znakami, to niedaleko. Nie ma opłat, co lubimy. Grosmont ma też ciekawy kościoł, ale go obecnie remontują.

A na deser, proszę państwa, oto zamek Biały, White Castle. Znajduje się na odludziu, i owszem, kasują za wstęp, ale nie zawsze, a na pewno nie po piątej po południu. Po piątej już nikogo tam nie ma i nikt cię na teren nie wpuści; pod żadnym pozorem oczywiście nie powinieneś ryzykować utraty nogawki na drucie kolczastym dla możliwości zrobienia o takich fotek. Nie, nie, to nie uchodzi, nie uchodzi…..

Jeśli jeszcze masz trochę czasu, to skocz do Trellech. Jak na taką małą mieścinę, to mają tam sporo atrakcji, np. bardzo stary zegar słoneczny w kościele, studnię życzeń z cudowną wodą, no i te neolityczne, pardon le mot, penisy. Studnia sięga głęboko w czasy pogańskie, a cudowna woda która w niej płynie podobno gotuje, prasuje, krawaty wiąże i usuwa ciąże, pisało w przewodniku.

Megalitycznych penisów wam nie pokażę, bo to jest porządny blog i chrześcijański oraz wręcz przeciwnie; poza tym ten wpis jest już i tak nieprzyzwoicie długi. A Annuszka i tak już rozlała olej.

Pa.

o jedynym geju we wsi, elan valley, i 50 tysiącach wyborczych kiełbas

W telegraficznym skrócie, to jest tak.

Dymi wulkan, ergo: nie poleciałam do Polski. Islandia już po raz drugi rujnuje gospodarkę północnej półkuli, sprawiając, że biedni nie mogą polecieć do mamy, a bogaci tracą wielką kasę; czas, żeby Ameryka zrobiła z tym porządek! Więcej mcdonaldsów na Islandię! To powinno ich skutecznie wykończyć.

W Brytanii za to trwa kampania wyborcza do parlamentu, którą po raz pierwszy w historii mają szansę wygrać liberalni demokraci (Lib Dem), co przerwie nudny cykl wymiany władzy pomiędzy konserwatystami (Tories) a partią pracy (Labour). Kampanii raczej nie wygra Brytyjska Partia Narodowa (BNP), a szkoda, bo ponoć obiecują 50.000 funtów każdemu obcokrajowcowi, który zdecyduje się dobrowolnie opuścić kraj. Jak się nie zdecyduje dobrowolnie i za kasę, to się go aresztuje za nielegalne posiadanie wykałaczek i deportuje pontonami do Francji.

Apropos, Rodaku, generalnie masz prawo głosować (zakładając, że cokolwiek Cię to interesuje), ale nie w wyborach parlamentarnych. Możesz głosować w wyborach lokalnych, lub wyborach do Parlamentu Europejskiego (wow). Musisz się uprzednio zarejestrować w spisie wyborców (electoral registrar), prowadzonym przez twój lokalny council (dział electoral services). Zazwyczaj przed wyborami rozsyłają po domach takie druczki do wypełnienia i odesłania (tak, tak, ten, który właśnie wyrzuciłeś do kosza nie wiedząc ki chuj), ale można też np. wysłać im maila z zapytaniem czy jesteś na tej liście, ewentualnie poprosić o umieszczenie.

Być może to zwykły zbieg okoliczności, ale z dymiącym wulkanem zbiegła nam się piękna pogoda, która ma, jak mówi telewizor, trwać. Więc nie ma co siedzieć na tyłku, trzeba podróżować i wzbogacać się wewnętrznie przez poznanie naoczne. I tak, zapraszam na cykl jednodniowych wycieczek po Walii środkowej (Mid Wales). Dziś będzie o Elan Valley i okolicach, tu proszę bardzo mapka orientacyjna (dziękujemy ci google), kliknąć, to się powiększy:

Co w menu: góry Cambrian Mountains, sztuczne jeziora zwane reservoirs, wymarła wioska, upadłe opactwo oraz Llanddewi Brefi, miejsce słynące z faktu posiadania jednego geja.

Cambrian Mountains i dolina Elan szczycą się krajobrazem niemalże nie przekształconym przez człowieka, pierwotnym, dzikim; jedyną ingerencją w naturę są sztuczne zbiorniki wodne, dostarczające wodę pitną dla Birmingham, ale jest to ingerencja korzystna dla krajobrazu i generalnie nieszkodliwa, chyba, że jesteś byłym mieszkańcem byłych okolicznych wsi zatopionych celem utworzenia zbiorników. Kwestia wciąż dość delikatna, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę kogo zalali, żeby kto miał wodę w kranie. Ci jednak, którzy wznoszą się, świadomie lub nie, ponad walijsko-angielskie historyczne i społeczne animozje dostrzegą jedynie fantastycznie możliwości spędzenia dnia na świeżym powietrzu w pięknych okolicznościach przyrody.

Ścieżki spacerowe są łagodne i każdy da radę, chyba, że ktoś nie ma nogi. Nie są szczególnie oblegane, więc można doświadczyć trochę tej samotności, której niektórzy szukają w naturze. Dobrym miejscem wypadowym jest centrum informacji turystycznej Elan Valley; posiada duży parking (opłata 1 funt), oferuje dużo przydatnych i nieprzydatnych informacji, oraz, co ważniejsze, kafeje i kibel. A jak już wrócisz ze spaceru, to wyjeżdżając z parkingu skręć ostro w lewo, i podaruj sobie przejażdżkę po okolicy, w trakcie której będziesz się zachwycał nie tylko wąskimi, krętymi drogami nad przepaściami, ale również dokonasz zaskakującego odkrycia, które nie będzie bardzo zaskakujące, bo zaraz ci o nim opowiem. UWAGA, SPOILER!

Była sobie kiedyś w tej okolicy bardzo ważna wieś, której egzystencja związana była z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec 19-go /początkiem 20-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Jestem byłym poetą, nie wiem, czy wspominałam. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani, co, jak się nad tym zastanowić, dodaje okolicy tego dziwacznego quasi mistycznego posmaczku, którym cieszy się np. wybudowany na trupach swoich budowniczych Petersburg. Wieś nazywała się Cwmystwyth (czyt. kumystłyf), część jej przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego, za co im chwała i bógzapłać.

Jednak jedyni żywi ludzie, których spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim.

Jadąc dalej ta samą drogą dotrzemy do wsi Devil’s Bridge, która ma jakieś wodospady, ale nie sprawdziłam jakie, bo mnie zdenerwowały wygórowane opłaty za wstęp na teren. Nabywszy ostatnimi czasy nawyku niepłacenia za wstępy (opowiem jak już mnie wypuszczą z aresztu po tym jak już mnie złapią) wzdrygnęłam się i pojechałam dalej, tym razem na południe. Albowiem przeczytałam w przewodniku, że w tamtych okolicach mają najstarsze opactwo w Walii, zwane Strata Florida, które kiedyś dawno było nawet większe od katedry w St. Davids. Z powodu nabytego ostatnio nawyku niepłacenia, o którym opowiem itd.  a z którym związane jest przełażenie przez dziury w płotach oraz zapasy z drutem kolczastym, stałam się szcześliwą posiadaczkę otarcia na łokciu i połowy nogawki. I nie wiem własciwie, na co całe to poświęcenie, bo na moje oko cały splendor budowli zawiera się nie w szczątkach doczesnych a w jej historii. Także można sobie darować i podążać dalej na południe, żeby zrobić sobie zdjęcie przy tablicy z napisem llanddewi Brefi (czytaj: chlandełi brewi). Dlaczego, powinni wiedzieć wszyscy fani Little Britain, do których, to wiem na sto procent, nie należy mój ojciec.

I tyle na razie, moje pszczółki. Hwyl fawr am nawr!

jeszcze o wodospadach, tłamszącej pogodzie i Ibizie

Pogoda nas ostatnio tłamsi, wichury zrywają mosty, deszcze podtapiają miasta, na północy straty szacuje się na 100mln funtów (swoją drogą, zawsze mnie fascynowało, skąd biorą się takie liczby..). Rząd już spieszy na ratunek, a jakże, przeznaczając na pomoc cały 1 milion funtów (..i takie). Jedyny pożytek z tych szaleństw pogody mają fotografowie, jeśli, oczywiście, posiadają przy sobie trzy zmiany odzieży i nie straszny im błotny ślizg na dupsku w dół zbocza, pięć czy sześć siniaków, statyw wbity w podudzie i sympatyczny kontakt lewej nogi z lodowatym strumieniem. Spełniwszy wymienione warunki i pozostawszy się wśród żywych, można sobie przywieźć np. taką oto fotkę:

Jakby jakieś Rivendell, nie? Wodospad nazywa się Henrhyd Falls, jest podobno najwyższym wodospadem w południowej Walii i jest do znalezienia w Neath Valley na północ od miejscowości Seven Sisters i Dyffryn Cellwen, na obrzeżu parku narodowego Brecon Beacons. Powinien być zaznaczony na każdej szanującej się mapie okolicy (papierowej). Uwaga, dojazd drogą lokalną, dość wąską, trzeba zachować ostrożność. Droga prowadzi do parkingu (bezpłatnego) z którego wychodzimy na ścieżkę biegnącą dookoła wodospadu; będzie trochę w dół i trochę pod górę, ale serio nic, z czym nie poradziłaby sobie mniej niż średnio wysportowana jednostka, dajmy na to, późny balzak.

Mapka orientacyjna (by google). Przyznaję się od razu do literówki w nazwie Henrhyd, ale założę się, że nie znajdzie się jedna osoba wolna od grzechu w kwestii walijskiego nazewnictwa (wliczając ludność rdzenną) aby rzucić we mnie kamieniem pedagogicznego potępienia.

Neath Valley to w ogóle raj dla łowców wodospadów. Sporo już o tym pisałam tu ale jest jeszcze conajmniej jedno miejsce, o którym nie wspomniałam – nazywa się Melincourt Falls (mapka). Łatwo je znaleźć; zostawiasz auto na bezpłatnym parkingu po drugiej stronie ulicy i idziesz sobie leśną ścieżką, niezbyt długo, a na końcu ścieżki jest takie coś:

Skala zjawiska jest nieco bardziej imponująca w rzeczywistości niż na tej fotce (plus oczywiście dochodzi huk). Właściwie są tam dwa wodospady, z tym, że ten drugi (po prawej) jest znacznie skromniejszy.

Najlepiej zaplanować sobie jednodniowy rajd po wodospadach zaczynając od Aberdulais Falls (jedyne miejsce z trzech, w którym trzeba płacić za wstęp, no ale tam są jeszcze inne atrakcyjne atrakcje), poprzez Melincourt i dalej do Henrhyd Falls, zrobić kółeczko, wrócić do domu, zmienić skarpety, odgrzać pomidorową i obejrzeć coś fajnego np. film, w którym Hugh Grant da się lubić nawet takim cynicznym babom jak ja, oraz padają takie wypowiedzi jak:  otworzysz drzwi dla jednej osoby, i potem każdy może wleść albo: dwoje to za mało, potrzebny jest backup, oraz moje ulubione: każdy człowiek jest wyspą. Ja lubię myśleć, że jestem Ibizą.

Wszystko razem do – pardon le mot – kupy to nienajgorszy sposób na przetrwanie paskudnej jesiennej soboty, uważam.

__________________

Zdjęcia na blogu są mojego autorstwa. Wszystkie prawa, zdecydowanie, zastrzeżone.

o polityce, Stephenie Fry’u i troszeczkę znowu o wodospadach

DSC_0070

Kręci się, pani. Kraj żyje telewizyjną debatą polityczną, do której po raz pierwszy w historii BBC zaproszono przedstawiciela nacjonalistów (BNP), Polonia żada kastracji Stephena Fry’a za niefortunną wypowiedź o Auschwitz, Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę a wodospady w Neath eksplodują wodą po ostatnich opadach. Plus Rob Cztery Żony twierdzi, że kiedyś w Amsterdamie spotkał prawdziwych Bonnie i Clyde’a; mogło mu się to jednakże tylko wydawać, bo w tamtych czasach w Amsterdamie sporo się wypalało tego i owego; zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Ale po kolei.

Lubimy Nicka Griffina, lidera BNP, oj lubimy. Głównie dlatego, że dostarcza nam tak rzadkiego w tym kraju, a wspominanego z łezką w oku jako element życia codziennego w ojczyźnie, folkloru politycznego. Przez niektórych zwanego prościej cyrkiem. Griffin jest politycznie niepoprawny, jest rasistą, często wygaduje straszne banialuki; scena polityczna traktuje go jak zgniłe jajo, większość społeczeństwa go nie trawi.. ale jego partia wygrała w tym roku 2 miejsca w parLamencie Europejskim. Pozostałe partie, nie wiedząc co z tym fantem zrobić, postanowiły go ignorować, mając chyba nadzieję, że się sam rozpuści w walijskim deszczu (mieszka na farmie w środkowej Walii); alternatywnie stosuje się taktykę wyśmiewania. Najwięksi prześmiewcy, tak rządowi jaki opozycyjni,  przegapiają jednak drobny fakt, mianowicie, że społeczeństwo jest zmęczone kryzysem, niewydolnością dotychczasowej sceny politycznej, dyplomatycznym bullshitem płynącym z ust polityków oraz byciem ignorowanym. Jedną rzecz trzeba przyznać Griffinowi: mimo, że jego poglądy są bardzo niepopularne, wręcz karalne, on ma odwagę je głosić z uczciwością kompletnie niedyplomatyczną, i czasem wśród banialuk zdarza mu się mówić wprost o tym, czego niektórzy zwykli zjadacze chleba nie mają odwagi wyartykułować, żeby nie być posądzonym o ciemniactwo i nietolerancję. I to właśnie może mu przysporzyć zwolenników.  Podobnie, jak traktowanie go jak nieszkodliwego przygłupa przez pozostałe siły polityczne. Ludzie są wściekli, że rząd nawala w wielu sprawach, m.in. w sprawie polityki imigracyjnej, udając już zbyt długo, że sprawa nie istnieje. Griffin mówi: wysłać wszystkich kolorowych do domów i po sprawie; i nagle niektóre białe jednostki myślą sobie, no tak, tak, może coś jest na rzeczy. I niedorzeczność tego postulatu nie ma tu znaczenia, bo Griffin proponuje Rozwiązanie, coś, czego nie oferuje żadna inna partia. Griffin mówi: islam to zagrożenie. I trafia do tych, którzy czują sie niepewnie w swoich własnych małych mieścinach, w których nagle pojawia się mnóstwo ludzi w dziwnych ubraniach.

Dostało się BBC za zaproszenie go do debaty. Niesłusznie moim zdaniem, bo w końcu od tego jest ta jakże obtrąbiana przez wszystkich cudowna demokracja, żeby każdy mógł głosić swój pogląd, i każdy mógł oceniać, w co chce wierzyć. Ale politycy boją się, że społeczeństwo nie jest dostatecznie mądre, i chcą upewnić się, że dokona właściwych wyborów. Niesłusznie również z innej przyczyny – potężni szefowie publicznej doskonale wiedzą co robią. Pomijając fakt, że oglądalność skoczyła astronomicznie, to upewniono się, że lidera BNP spotka odpowiednie przyjęcie ze strony pozostałych gości i publiczności. Cały program był tendencyjny i sprowadził się do atakowania typa, bez dania mu szansy skończenia jakiejkolwiek wypowiedzi; co wskazuje na to, jak bardzo ktoś obawia się, żeby Griffin nie zabrzmiał zbyt rozsądnie.

Umówmy się, mnie BNP wisi zasadniczo, raczej bawi, niż denerwuje; przyglądam się im jednak z pewną dozą ostrożności podyktowanej naszym doświadczeniem historycznym. Tak, powinniśmy być ostrożni, ale też jeśli mamy wierzyć w tę całą demokrację, to powinniśmy stosować jej zasady dla wszystkich jednakowo; i  jeśli obawiamy się BNP, to powinniśmy pojąć z nimi dyskusję opartą na argumentach. Logika jest bardzo skuteczną bronią w walce z nacjonalizmem, znacznie lepszą niż szydzenie, lekceważenie lub zaprzeczenie. Politycy nie wydają się uczyć na błędach przeszłości, chociaż kto jak kto, ale właśnie oni powinni, dla ogólnego dobra. Tylko, że do tego trzeba być politykiem odpowiedniego formatu, a tych dzisiaj nie ma wielu.

Jak ktoś życzy poświęcić godzinkę, ot, dla podszkolenia postawy obywatelskiej, tudzież pokłócenia się z moim odbiorem spraw, to może sobie debatkę obejrzeć tu.

Alem sie rozpolitykowała. To jeszcze krótko o S.F. i potem luzik. Stephen Fry jest niesamowicie łebskim facetem, intelektualną legendą w UK, gościem słynącym z erudycji i dowcipu. I oto w ferworze jakiejś telewizyjnej dyskusji o nacjonalizmach i euroośle Kamińskim, zdarzyło mu się chlapnąć o tym nieszczęsnym Auschwitz (..pamietajmy po której stronie granicy był Auschwitz..). Polonia natychmiast zagrzmiała; odbyły się protesty, w kościołach palono gromnice i  śpiewano Rotę a w okolicach Hyde Parku zorganizowano na prędce kilka oddziałów powstańczych. Znowu nas biją, krzyczeli naród; nie damy, nie pozwalamy, Bóg, Honor, Ojczyzna! Wielkie mózgi forum onetu określały Fry’a w najlepszym przypadku jako angielskiego analfabetę. Tymczasem Fry grzecznie przeprosił na swoim blogu (świetnym z resztą), przyznał się do palnięcia głupoty i bynajmniej nie próbował się rozgrzeszać. Zostałam fanką. Niecierpię pieniactwa i nierzetelnej dziennikarki, a to, co media typu onet nawyprawiały z tym drobnym incydentem, bez najmniejszej próby dowiedzenia się kim jest ten człowiek, i jakie są jego poglądy, pozostawia mnie w niesmaku.

No ale przynajmniej coś się dzieje, odrobina emocji w jesiennej stagnacji. Plus wodospady – taa, te co już znamy, w Pont Nedd Fechan (free kibel przy mini parkingu). Było mokro, szarawo, zimnawo; tradycyjnie wpadłam w błotko po kostki i zaliczyłam kontakt intymny z glebą; ale było warto.  Pacz:

DSC_0099

Co jeszcze.. Lars! Prawie zapomniałam o Larsie. Bianca wyjechała z miasta a Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę. Nawet nie czytaj opisów ani pseudo recenzji, wypożyczaj w ciemno, czy tam kupuj, mówię ci. Ryan Gosling zasługuje na Oscara, kilka linii w scenariuszu na nieśmiertelność a film na miejsce honorowe na półce, gdzieś pomiedzy pomiędzy Jak w niebie (szwedzkim) , Billy Elliot i Historiami Kuchennymi.

O Robie Cztery Żony będzie kiedy indziej, osobistość ta bowiem zasługuje na odrębną opowieść.

A Kuba ciągle w Azji. Chyba będzie się żenił.

DSC_0005

o wyliniałych dewolajach, Symonds Yat i cieżkiej zarazie

Pojechał by gdzie.

To może na północ od Newport, na walijsko-angielską granicę. ‚Granica’ jest oczywiście umowna, bo po pierwsze Walia nie jest niezależnym państwem, a po drugie, granica już w zamierzchłych czasach była dość płynna, z terenami i miasteczkami przynależnymi to jednej to drugiej stronie. Takim pogranicznikiem jest hrabstwo Herefordshire z bardzo atrakcyjną widokowo doliną Wye google map Jednodniową wycieczkę proponuje zacząć od Ross-on-Wye, bo to sympatyczne miasteczko z ładną architekturą, malowniczo usytuowane na brzegu rzeki, z daleka sobie wygląda tak:

ross

Spacerek warto zacząć od całkiem ładnego kościoła St. Mary’s (to jego wieża dominuje nad miasteczkiem na focie powyżej) z cmyntorzem, na którym znajduje się stary krzyż upamiętniający ofiary zarazy z 1637 r. (a to dla odmiany na focie poniżej). Tylko w ciągu jednej nocy zmarło ponad 300 obywateli Ross; zostali pogrzebani w zbiorowym grobie – nikt nie miał czasu na trumny.

St.Mary's church

Od cmyntorza już tylko dwa kroki co centrum miasteczka. Jego główną atrakcją jest zabytkowa zabudowa z perłą w koronie – nie wiem za bardzo, jak to przetłumaczyć, „market hall” – ratusz..? W niektóre weekendy mają tam jarmarki, na których babcie w wiktoriańskich kapeluszach sprzedają miód,  organizacje charytatywne kasety video z wczesnym dorobkiem gubernatora Kalifornii, a wróżki z krainy czarów w przebraniu akwizytorów BT darmowy roaming. I jeszcze parę takich tam. Ross ma jeszcze nieduży zamek, wygląda ładnie z daleka, i to mi wystarczyło, bo życzyli sobie fortuny za wstęp.

Nastepnie trzeba się koniecznie wybrać do Symonds Yat.  Symonds Yat wygląda m.in. tak:

sy

Są dwa Symondsy, wschodni i zachodni i znajdują się po dwóch stronach rzeki. Komunikacja między nimi (nie licząc objazdowej  samochodowej) odbywa się za pomocą ręcznie przeciąganego promu; bilecik kosztuje funta i przeliczając odległość brzegów przez ilość dzieciaków chętnych na tą atrakcję: złoty interes. Samo miejsce polecane jest wielbicielom wędrówek pieszych w leśnem ąturażu, fanom sportów wodnych ze szczególnym uwzględnieniem kajaków oraz ludziom, którzy nie mają nic przeciwko restauracjom serwującym wyliniałego devolaja, a kasującym jak za całą kurzą farmę. No ale ostatecznie, łupienie sezonowych turystów jest uważane za przejaw gościnności w większości cywilizowanych krajów.  Symonds Yat obfituje w ścieżki spacerowe, jedna z nich wiedzie na szczyt wzgórza, z którego rozpościera się taka oto sobie panoramka (ikona wśród widoczków z tej cześci kraju, bardzo charakterystyczna):

3452162783_b4dcc9c284

Na szczycie wzgórza często koczują sobie ochotnicy z RSPB (taka organizacja opierająca się na wolontariacie służąca ochronie dzikich ptaków) i mają teleskopy, przez które za darmo można sobie obejrzeć ptaszki siedzące na jajach i takie tam.

Drobny, acz istotny detal: SY dysponuje parkingiem, ale w weekendy i przy ładnej pogodzie można nie znaleźć wolnego miejsca, albo utknąć w korku na mikroskopijnej dróżce dojazdowej. Widziałam pana od kierowania ruchem, na którego wszyscy trąbili i który nie mogąc stawić czoła żądaniom zdenerwowanego społeczeństwa czmychnął do toalety, gdzie był pozostał, co wydatnie posłużyło sprawnemu rozładowaniu problemu komunikacyjnego. Tak czy inaczej, warto się wybrać do SY o relatywnie wczesnej porze.

A jak już jesteśmy przy jedzeniu. Od czasu do czasu mam atak na hamburgera z frytkami. Zdarza się najlepszym. Jest taki pub w B., O’Neill’s (trochę mu jedzie z rur, ale można wyrozumiale założyć, że to kształtuje atmosferę), gdzie robią smaczne hamburgery z dodatkami we wszystkie dni tygodnia z wyjątkiem poniedziałku. Jak pójdziesz tam w poniedziałek, to pamiętaj abyś uprzednio wszystkie grzechy wyznał i stosowną pokutę odbył, na wypadek, jakby w trakcie oczekiwania na konsumpcję, lub chwilę później, trafił cię szlag.

Szczegóły:  mija właśnie 35 minuta od kiedy złożyłeś zamówienie, zrobiłeś już wszystko, co w takiej sytuacji można zrobić: odwiedziłeś toaletę (trzykrotnie), obcykałeś towarzystwo na okoliczność fajnych lasek, usypałeś mandalę z soli i pieprzu i oblałeś się keczupem testując zestaw sosów. Wreszcie jest, jest, oto wjeżdża na stół twój hambuś, marzyłeś o nim cały nudny roboczy poniedziałek. Niesłusznie. Albowiem poniedziałkowy hamburger w O’Neil’s to sport tylko dla najtwardszych zlewaczy gastronomicznej rzeczywistości. Kelner znika zanim jeszcze postawi przed tobą talerz, i wie co robi. Oto bowiem przed głodnymi oczyma twoimi rozpościera się niesympatyczna wymięta buła, w której spoczywa osowiały kawałek krowy (nadgryziony, co prawda, i dzięki bogu, jedynie zębem czasu), otulony ramionami upadłej sałaty, która niejednego klienta już widziała. Obok dwie znudzone fryty brzdąkają na ukulele „Goniąc kormorany” na nute marsza pogrzebowego. Wytrzeszczasz oczy. Właśnie zapłaciłeś piątala za okazję do skutecznego przeczyszczenia organizmu.

Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

 

O wodospadach, rewolucji przemysłowej i świńskiej grypie

Będzie o wodospadach. Walia ma ich zatrzęsienie. Patrzymy na mapkę: pomiędzy miastami Neath i Merthyr Tydfil, nieco na północ,  rozciąga się dolina Neath Valley. Wodospadowe eldorado na krawędzi parku narodowego Brecon Beacons. Szlak którego szukamy nazywa się – nie zgadniesz –  The Waterfalls Walk. Mapka orientacyjna by nieocenione google (kliknij żeby powiększyć):

Dokładniejsza mapka terenu do obejrzenia o tutaj.

Waterfall Walk nie jest bardzo trudny, chociaż czasem może być troszkę pod górkę, a czasem ślisko (przy wodospadach), ale ogólnie nie trzeba być przesadnie wysportowanym (wszyscy wiedzą, że to niezdrowe). Widziałam nawet kobitkę na kulach. Trzeba za to na pewno mieć dobre wygodne buty, a i kalosz nie hańba.  Piękne miejsce na spacer, ścieżki biegną przez lasy wzdłuż rzeki, i jeśli to nie bank holiday, to cisza i spokój, jeno ruczaj szemrze i ptica pląska.  Mają tam conajmniej 4 różne ścieżki, ja póki co spróbowałam dwóch, obie bardzo ładne. Spacerek można rozpocząć z dwóch stron: od wsi Pont Nedd Fechen (bezpłatny nieduży parking koło pubu, trudno przeoczyć, kibelek też jest, którą to informację osobiście uważam za cenną) albo od płatnego parkingu w miejscowości Ystradfellte (jakieś 4 funty). Uwaga, nie warto pchać na wyżej położony parking leśny, też się płaci, a strażnik leśny ostrzegł nas, że mają plagę włamań do samochodów.  A jak już się zapuścisz w te ścieżki, to można zobaczyć takie zjawiska:

3

I takie:

1-146

Warto się wybrać w te rejony o każdej porze roku. Warto też nie przejmować się tym, że ścieżkę czasem zagradzają kamienie, bo jak się człowiek już wespnie, i odzyska przytomność, to zupełnie nieoczekiwanie zza skały może się wynurzyć taki widok:

wodospad-sepiaZ uwagi na wyjątkowo ostre światło tego dnia fota nie jest najlepsza, ale to jest bez wątpienia jeden z najpiękniejszych wodospadów jakie widziałam (a widziałam sporo) – wielopoziomowy, wysoki jak wieżowiec, rozłożysty – majestetyczny. Można siedzieć i gapić się. Magia.

Jest jeszcze takie miejsce niedaleko Neath, o które można zahaczyć w drodze do/z wodospadów. Nazywa się Aberdulais Falls i jest zaraz przy głównej drodze. Zasadniczo to jeszcze jeden wodospad, w towarzystwie takiej wielkiej turbiny wodnej i innych pozostałości po perłach słynnej rewolucji przemysłowej zapoczątkowanej w Anglii w końcu XIXw, która w odróżnieniu od październikowej wniosła coś do rozwoju społeczeństw, oraz w odróżnieniu od październikowej nie miała na celu zrównania klas społecznych.  Bardzo to wszystko ładnie wygląda, a duch rewolucji w ruinach wciąż żywy jak Lenin w Poroninie.

Aberdulais Falls

Opiekuje się tym wszystkim National Trust (instytucja oparta na wolontariacie i funduszach zebranych od członków i turystów), więc trzeba wyskoczyć z kasy żeby wejść na teren, ale warto, bo rzecz jest ciekawa, no i to zacnie wspomóc instytucję zajmującą się ochroną dziedzictwa narodowego, nawet innego narodu.  A wodospad tam mają taki (niekoniecznie w tej barwie):

Aberdulais Falls

_______________________________________________________________

Kuba mówi, że ma krasz na koleżankę z pracy i od tego ciągle boli go głowa.  Ja mówię, że może to tylko świńska grypa.

O bekonie, Breconie i sympatycznym Ziomie

Będąc młodą urzędniczką przyszedł raz do mnie Ziom. Dokładnie to Ziom przyszedł do Urzędu, ale jak na recepcji nie rozumiejo po polskiemu, to mnie wołajo.  Gotowa zawsze do pomocy jak Caritas biegnę co sił, szukam wzrokiem, jeeest, Ziom jak malowany, bezwłosy, koło w nosie, pardon, w uchu, wiek niesprecyzowanie średni, gustowny dresik z paseczkiem. Ja tam ludzi po wyglądzie nie oceniam, nie, nie, bo to nieładnie, mama mi powiedziała. No więc tak sobie grzecznie  rozmawiamy w ojczystej mowie, a to, a tamto, a nie wiedział, a co zrobić, a dlaczego i czemu aż tyle, i czy to prawda, że jak nie, to sąd, komornik i stonka. Prawda, panie, mówię, bo trzeba ludziom mówić prawdę. Idzie mu tik na powiece, myśli. Jest, wymyślił. Nachyla się konfidencjonalnie nad recepcją, otula mnie ciepłym uśmiechem po górną złotą piątkę (lewą) i szepcze (nie, nie, wcale nie ‚szpiryt, szpiryt, tanio, tanio’, jak napewno sobie pomyślałeś, niegodziwcze, matki nie miałeś, nie powiedziała ci, że nieładnie oceniać ludzi po pozorach..?) pani Aniu, ale ładne imię, możebyśmysię na kawusię wybrali, pani mi o tych zasiłeczkach opowie, i wogle, może coś się da zrobić (to ten tik na pewno, przecież nie mruga do mnie) taki świetny angielski, może papierek ze skarbowego pani pomoże wypełnić..

Ja jestem dobra kobieta, i zawsze pomogę, i to wcale nie prawda, że w takich sympatycznych przypadkach o wyraz mojej twarzy można się pokaleczyć. Złośliwą plotką jest również, jakoby ton mojego głosu zcinał białka w jajach kurzych przemysłowych w nieopodal położonym supermarkecie.  A już twierdzić, że nietolerancyjnie niecierpię cwaniactwa, to już haniebna potwarz.

Prawdą natomiast jest, i to okrutną biorąc pod uwagę zawartość kalorii, że uwielbiam Full English Breakfast. Takie śniadanko rozmiar king kong,  składowuje się ono z fasolki w sosie pomidorowym, tostów, kiełbasek, pieczarek, pomidorków ugotowanych lub obsmażonych, jajka sadzonego i smażonego boczusia. Można to i owo dorzucić, są różne warianty, a żaden z nich nie jest zaliczany do niskokalorycznych.  Pacz..

sniadanie

Taki full english wypas wystarcza spokojnie na kilka godzin biegania po takich różnych, np. po Parku Narodowym (jednym z trzech w Walii) BRECON BEACONS. Już leci do ciebie mapka orientacyjna (by google):

Z południowej Walii to nieco ponad godzinkę. Po prostu trzeba się wybrać. Jeśli lubisz pochodzić po górach (czy wzgórzach raczej), pojeździć na rowerze, albo chociażby wyciągnąć kocyk i spocząć na kilka godzinek w tych pięknych okolicznościach przyrody – to właściwe miejsce. Raj dla fotografów krajobrazu. Mają tam między innymi przy samej drodze do miasta Brecon zbiorniki wodne zwane reservoirs, pięknie wpisujące się w krajobraz niezależnie od pory roku. Tu foty zimowe, uzyskane kosztem odmrożenia siedmiu palców i nerki:

Co jeszcze tam mają: piękne otwarte przestrzenie, szerokie połoniny, troszkę jak bieszczadzkie, wodospady, jaskinie, lasy (nieczęste w Walii jak pewnie zauważyłeś, przemysł ciężki zużył wszystko zanim go pani Thatcher zlikwidowała w latach 80-tych), rzeki, małe wsie z otwartymi kościołami, i jeszcze kanały po których pływają takie wąskie i długie łodzie mieszkalne, które sobie można wypożyczyć np. na tydzień i cieszyć oko pięknymi okolicznościami przyrody i sielskim spokojem. To rozrywka bardzo tradycyjna i niezmiennie od stuleci popularna; w literaturze opiewana m.in. przez pana Jerome K. Jerome pod postacią znakomitych „Trzech panów  w łódce (nie licząc psa)”. Gdziekolwiek się zatrzymasz na trasie kanału Brecon-Abergavenny, będzie malowniczo. Zaleca się spacerki, jeśli już nie tydzień na łodzi.

Dla fotografów ptactwa za wykluczeniem drobiu hodowlanego:  w okolicy rezerwuarów moża spotkać masę sikor i rudzików. Wszędzie indziej też :> ale tam są szczególnie ciekawskie i jak zawsze fotogeniczne;  życzliwie dodadzą cię do swoich przyjaciół na facebooku zaledwie za kilka ziaren i suszoną glizdę. Prawie tak proste, jak w świecie ludzi.

rudzik / robin

_________________________________________________________________

Kuba mówi, że z brzegu jednego z rezerwuarów widać drogę na Ostrołękę.  Ja myślę, że to wariactwo. Wszyscy wiedzą, że to krajówka na Zgierz.