zmiana wystroju wnętrza

DSC_0082

Na wstępie mojego listu chciałam bardzo serdecznie podziękować za wszystkie życzenia urodzinowe, zwłaszcze te wieszczące rychłą karierę, sławę i pieniądz. Teraz to już tylko siedzieć i czekać na pomyślny rozwój spraw. To siedzę i czekam.

W przerwach w siedzeniu i czekaniu słucham szumu morza za oknem małego hotelu w New Quai, w zachodniej Walii (Cardigan Bay). Bo czasem trzeba sobie po prostu pozwolić. Zmienić wystrój wnętrz. Odzyskać perspektywę. Złazić nogi w jakichś ładnych okolicznościach przyrody. Potem dalej sobie pozwalać. Np. na Eton Mess. Już ci wszystko ładnie opisuję, no więc bierzesz gigantyczną bezę, kruszysz, kroisz truskawki/maliny na drobne i na wszystko zarzucasz bitą śmietanę. Zraszasz kropelką soku z truskawek/malin. W prostocie przepisu tkwi jego absolutny geniusz.

Wimbledon-Eton-Mess1

goodtoknow.co.uk

To moja trzecia wizyta w zatoce Cardigan. Jest wiele fajnych rzeczy związnych z tą zatoką, np. delfiny, które najczęściej widać z brzegu na zasadzie: o, tam, tam, delfin, patrz, patrz, no kurde, przecież mówię tam, nie widzisz, a dupa, już odpłynał. Albo miniaturowe wioseczki z portami. Bardzo ładne, ale w trochę smutny sposób. Większość kolorowych cottages należy do ludzi, którzy mieszkają w Anglii i zjeżdżają do Cardigan Bay raz do roku, na wakacje; taki stan rzeczy sprawia, że poza sezonem wioski przypominają atrakcyjne wydmuszki, ładnie odmalowane i puste w środku. Ponieważ zainteresowanie winduje w górę ceny nieruchomości, lokalni mieszkańcy nie mogą sobie pozwolić na kupno domu w swojej wsi. Rolnicy nie mają komu sprzedawać produktów, z wyjątkiem sezonu turystycznego. Lokalne społeczności kurczą się i zanikają. W eterze wybrzeża dominują setki angielskich akcentów; tu i ówdzie ktoś jeszcze wywiesza walijską flagę, ale nie wiem, czy na znak rozpaczliwego buntu wobec zachodzących zmian, czy po prostu jako atrakcję turystyczną. Smutne. A przecież Walia zachodnia to język walijski na codzień i chyba najlepiej zachowana kultura ‚prawdziwych’ Walijczyków.

DSC_0260

Z drugiej strony, jak bym miała kasę to też bym sobie taki domek kupiła. Wprowadziłabym się na stałe i pisała mrożące krew w żyłach thrillery o falach rozbijających się o murek.

nk

DSC_0048

I jeszcze, gdyby ktoś szukał imienia dla wioski, którą właśnie buduje, albo np. dla dziecka, to może skorzystać z już istniejących wzorów walijskich, np. z mojego osobistego faworyta właśnie z okolic Cardigan Bay: PLWMP (czytaj: plump). Wyobraź sobie jak wołasz do dziecka w supermarkecie: odłóż zaraz tego lizaczka Plump, nie ma mowy, zjadłeś już 17, mamusia już nie ma pieniążków, wstawaj z podłogi, ja najmocniej panią przepraszam, zwykle nie pluje na obcych.. Plumpeczku, nie gryź pana, przepraszam, ja za wszystko zapłacę, ojezu, gdzie te pie… lizaki..

1

Cardigan Bay to piękne miejsce, idealne, żeby się troche zgubić i trochę znaleźć. Gorąco polaca się czynną eksplorację. I jeszcze orientacja w terenie, dzięki uprzejmości nieocenionych google maps:

mapka

A gdyby kogoś interesowało więcej, to TU jest moja poprzednia relacja z Cardigan Bay. Enjoy.

Plwmp.

 

Reklamy

o spacerach wybrzeżem, indian summer i głuchocie selektywnej

Idzie jesień, co można poznać głównie po tym, że wszystkie pająki z południowej Walii wprowadziły się do mojej łazienki. Poza tym to właściwie jej nie widać, bo pogodę mamy lepszą niż przez całe lato. Tubylcy nazywają ten stan rzeczy indian summer i modlą się, żeby trwał jak najdłużej, najlepiej do świąt. Najważniejsze zaś jest to, że za dwa tygodnie wraca Dexter. Oglądanie Dextera jest odświeżające i terapeutyczne. Poza tym jestem zmęczona i pomieszali mi się klienci i zdrowego zapisałam do szpitala a Ogryzka do urzędu pracy; Ogryzek wpadł w panikę i natychmiast stracił słuch; poszliśmy do pani laryngolog i pani powiedziała dużo fajnych rzeczy o pracy mózgu, co ja nie wiem, o co chodziło, ale nic nie szkodzi, bo pani była bardzo ładna i nawet Ogryzek zapomniał nie tylko, że nie słyszy, ale nawet że nie rozumi po angielsku i ochoczo potakiwał z zaangażowaniem.

W międzyczasie byłam na półwyspie Gower w okolicy Langland Bay koło Swansea; Langland Bay może pochwalić się wielką piaszczystą plażą na której w słoneczne dni obozują przeciwnicy czynnego wypoczynku, posiadacze dzieci i wyznawcy św. Grilla.

Ostrzegam, jeśli wybierzesz się tam w weekend z ładną pogodą, możesz mieć problem ze znalezieniem miejsca parkingowego. Możesz jednak sprytnie pojechać pod stromę górkę ‚w miasto’ i zaparkować na ulicy za darmo; to kawałek od plaży, ale do przejścia. Chyba, że będziesz tachał ze sobą grilla. Ja wymiękam.

Jeżeli zaś jesteś zwolennikiem aktywnego wypoczynku, to z Langland Bay możesz się np. przespacerować się do sąsiedniej Caswell Bay; spacerek odbywa się bardzo ładnym fragmentem słynnej ścieżki spacerowej Wales Coast Path, biegnącej wdzięcznym zawijasem wzdłuż całego walijskiego wybrzeża. Na zdjęciu na górze. Polecam, bo idzie się bardzo przyjemnie, nie nadto długo i tylko momentami pod górkę, a na końcu zawsze czeka jakaś kafeja z herbatą i ciastem marchewkowym. To lubimy.

llantwit major

Szukam nowego hobby. Jeśli ktoś znajdzie, to proszę mi zaraz oddać.

Poza tym tylko krótko. Kto może, to niech sobie pojedzie do Llantwit (czyt. chlantłit) Major niedaleko Cardiff. Ładne to takie, zadbane, kościół mają bardzo sympatyczny, kilka starych pubów i dużą plażę z bezpłatnym parkingiem i kafeją; na plaży można przycupnąć na kamieniu, pijąc herbatę..

.. tudzież pójść na spacer ścieżką wzdłuż klifu np. do niedalekiego St. Donat’s:

Kościół pod wezwaniem świętego Illtyda (najwyraźniej był taki) jest stary i stoi na miejscu najstarszego centrum nauk w Walii, cokolwiek to oznacza. Jak będziesz miał pecha, to natrafisz na Gadatliwą Babcię Miłośniczkę Historii Regionu (co zwykle nie jest pechem, chyba, że akurat umierasz z głodu i rozpaczliwie musisz się wysikać. Taka Babcia łatwo nie odpuszcza, panie). Kościół ma bardzo przyjemną, niemal radosną atmosferę a w środku mieści m.in. kilka malowniczych kamieni o proweniencji celtyckiej, o takich:

A niedaleko kościoła znajduje się Llantwit Major Heritage Centre, z Drugą Gadatliwą Babcią Zaangażowaną Lokalnie, w którym można sobie obejrzeć historyczne fotki; np. o taką z 1934r, która bardzo ciekawa jest bo idealnie pokazuje rozmiar walijskich pływów (drugie pod względem wielkości na świecie). Zdjęcie zdjęcia dzięki uprzejmości DGBZL z LMHC.

I już. Mówiłam, że krótko będzie. I niech ktoś coś napisze, obojętnie co, bo usycham z chęci interakcji wirtualnej.

O odmowie zbliżenia w hrabstwie Surry, tropieniu skamielin i owsianym krzyżu

Cytat dnia, pochodzący z artykułu z prasy brytyjskiej, przedrukowanego przez onet, popełnionego wskutek ucisku kreatywnego geniuszu dziennikarskiego na zwoje mózgowe autora:

Dwa dni wcześniej, jak wyjaśniło się w czasie rozprawy, Pani Casey odmówiła zbliżenia intymnego z Lingiem w puszczy Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego w Wisley (hrabstwo Surrey).

Piękne, prawda? Serdecznie pozdrawiam, również autora przekładu.

Tączasą, w Walii pada. Znaczy, wracamy do normy; nie dla nas zmiany klimatyczne, ocieplenia globalne oraz indywidualne tudzież susze i pożary, trapiące odległy a mityczny świat zewnętrzny i kontynentalny. Jednak my, polskie tuptusie-oblatywacze, nie upadamy na duchu, o nie. Dzisiaj w menu coś dla Tropicieli Skamielinek, mieszkających w Południowej Walii. Tropiciel Skamielinek mieszkający w Południowej Walii wygląda tak jak ja, łatwo można więc rozpoznać; pod warunkiem oczywiście, że akurat nie podszywam się pod młodą, śliczną pasterkę kóz albo lokalną fabrykę głośników samochodowych wysokiej jakości (w upadłości) (pozdrawiam).

Anyway. Tropienie Skamielinek to zajęcie nieskomplikowane, acz, prawda, wymaga pewnego zacięcia. Czasem trzeba poskakać po kamcurkach, tudzież postukać czymś w coś, byle ostrożnie, żeby nie spowodować np. nagłego osuwu zdenerwowanego klifu, w konsekwencji – pewnego dyskomfortu dla Tropiciela. Być może nawet końca kariery.

Gdzie tropić? Prawie na każdej plaży Południowej Walii, zaczynając od tu opisanego Southerndown, w którym znalazłam największego amonita jakiego widziałam w życiu; niestety nie mogłam zabrać i położyć w ogródku, albowiem po pierwsze był wrośnięty w skałę, a po drugie, nie mam ogródka. Dzięki czemu możesz sobie go znaleźć i zobaczyć na własne oczy. Na zdjęciu zaznaczone gdzie szukać. Wszystko dla ciebie, kochany ziomuniunieczku.

Zdecydowanie rajem dla Tropicieli Skamielinek jest już uprzednio opisane St. Donat’s. Można tam spotkać okazy najróżniejszych kształtów i kolorków, również nawiązujące do prehistorycznej brytyjskiej tradycji kulinarnej ‚fish&chips”.

Tropić można też w uprzednio opisanym Nashpoint oraz jeszcze nie opisanym Llantwitt Major.

Ogólnie Tropienie Skamielinek fajne jest i satysfakcjonujące, a także inspirujące artystycznie :

Poza tym, chciałam jeszcze powiedzieć, że na skutek wyprzedaży w polskim sklepie posiadam obecnie 138 torebek płatków owsianych zwykłych ‚Kupiec’ oraz 36 paczek przeterminowanego kwasku cytrynowego o nazwie ‚kwasek cytrynowy’. Chętnych do uwolnienia mnie od tego krzyża uprasza się o kontakt feletoniczny lub jakikolwiek, prawdę mówiąc. Uprasza się nie pikietować przeciw ani za.

o pierdzącym morzu, Three Cliffs Bay i przemytniczym raju

Dowcip o kolorycie lokalnym: czy wiesz, jak się nazywa owca przywiązana do latarni w Cardiff? Centrum Rekreacyjne. Istota dowcipu dostępna wtajemniczonym oraz pewnej grupie baców z Podhala.

Do rzeczy jednak. Lato ma się ku końcowi, co widać, słychać i czuć, lecz nie upadajmy na duchu, jesień też piękna, a np. dla spaceru po klifach pora roku nie ma w ogóle większego znaczenia. Oczywiście, najefektowniejsze są późnym letnim popołudniem, kiedy słońce zaczyna pochylać się nad horyzontem, a światło przybiera taki ciepły, niemal złoty kolor; ale warto się wypuszczać na długie nadmorskie spacery o każdej porze roku, bo to dobre jest dla zdrowia, panie.

Naukowcy odkryli co nas tak pociąga w morzu. Chodzi o jego zapach, który kodujemy od najmłodszych lat, i który zawsze będzie nam się kojarzył z latem, wakacjami, zamkami z piasku, młodością, wakacyjną miłością itp. Zapach miłych wspomnień. Pochodzenie zapachu morza jest jednak raczej trywialne – okazuje się, że jest on efektem działania bakterii, które odżywiając się odpadami organicznymi np. martwymi glonami wytwarzają rozmaite gazy. Jednym zdaniem: morze pierdzi. Jak romantycznie.

No, to skoro nam to puszczające bąki morze tak dobrze robi na samopoczucie, to dawaj, jedziemy.  Konkretnie jedziemy na półwysep Gower, miejsce o outstanding natural beauty, jak to ładnie określają tubylcy. I tu mam dwie propozycje, a może nawet trzy. Pierwsza to zatoka Three Cliffs Bay (Trzech Klifów), na oko jakieś 40 minut jazdy na zachód od Swansea, oto już leci do ciebie mapka orientacyjna (kliknij żeby powiększyć) by nieocenione Google; zasadniczo chodzi o to, żeby się kierować po znakach na Gower, drogą A4118 i  w pewnym momencie zjechać w lewo do miejscowości Southgate. Tam sobie ładnie zaparkować na całkiem sporym nadmorskim i bezpłatnym (sic!) parkingu należącym do National Trust i puścić się wzdłuż wybrzeża, że tak powiem, w prawo.

Spacerek będzie całkiem przyzwoity, kilkugodzinny (łącznie wte i wewte), bardzo atrakcyjny widokowo; może być w dół i pod górkę po wydmach, polecam obuwie łatwe do zrzucenia. Jak się wdrapiesz na skałkę, to widok będzie m.in. taki (nie licząc sandałów):

Plaże Gower są bardzo rozległe, dobrze sie po nich chodzi; nigdy nie ma tam wielkich tłumów. Tytułowe trzy klify na fotkach służą m.in. amatorom wspinaczek skałkowych. Amatorom architektur służą ruinki zamku Pennard, wybudowanego dawno temu i znajdującego się bardziej w głębi zatoki przy polu golfowym (można dojść idąc wzdłuż rzeki na zdjęciu). Ruinki można sobie odwiedzić nieodpłatnie, co lubimy bardzo.

Gdyby ktoś chciał sobie zafundować dłuuuugi całodniowy spacer wybrzeżem, to po dotarciu do 3CB można sobie iść dalej i dojdzie się do propozycji drugiej, Zatoki Oxwich, której uroki opisałam już o tutaj.

Propozycja trzecia: Port Eynon. Żeby się tam dostać po prostu nie zjeżdżasz z drogi A4418 w Southgate, a jedziesz nią do końca. Parking przy morzu jest płatny, ale nie ździerają. Samo Port Eynon to taka sobie ot wioseczka, przyjemna, ale bez ekscytacji, natomiast posiada w swojej linii brzegowej dwie atrakcje, z których pierwszą jest tzw. Salt House z XVIII w, któren służył był za przemytniczą melinę paserską ukrytą pomysłowo pod szyldem zakładu do ekstrakcji soli z wody morskiej. Częściowo wyglądał tak:

Przemyt był jedną z bardziej rozpowszechnionych profesji w tych stronach kilka stuleci temu. Pomysłowość panów przemycających była nieograniczona jak głupota dziedziczki hilton; do dziś mamy okazję podziwiania przemytniczej ‚dziupli’ sprytnie wbudowanej w klif, skutecznie maskujący przed wścibskim zainteresowaniem służb oraz przypadkowych przechodniów. Dostęp wymaga pewnej akrobatyki, ale poradzisz sobie, chyba, że nie masz nogi. Trzeba iść od Port Eynon wzdłuż wybrzeża w prawo (górą klifu), i w pewnym momencie podążyć za ścieżką przecinającą klif mniej więcej w połowie. Będziesz skakał po skałkach, więc upewnij się, że twój sprzęt fotograficzny nie będzie się o nie radośnie obijał. Warto się potrudzić, bo satysfakcja ekploratorska gwarantowana. Nie każdy tam dochodzi, nie każdy umie to miejsce znaleźć. W trakcie maksymalnego odpływu podejrzewam – ale nie wiem na pewno – że można się tam też dostać idąc podnóżem klifu.

Intrygujące to miejsce nosi nazwę Culver Hole (prawdopodobnie od staroangielskiego słowa culufre, oznaczającego gołębia), i jak na prawdziwą przemytniczą dziuplę przystało posiada dziwną, mocno odczuwalną atmosferkę. Chętny może się – zachowując ostrożność – zmierzyć ze zwisającą liną i spróbować dostać do środka, w którym to środku są podobno cztery piętra, sporo gołębich gówienek i kto tam wi co jeszcze, panie.

To tyle na dziś.

Jeszcze coś z innej półki. Obejrzałam ostatnio dwa filmy godne uwagi: szwedzko-duński „Evil” o przystojnym chłopcu, który jedzie sobie do szkoły z internatem i tam napotyka piekło bully’ingu, i staje mężnie i wychodzi zwycięsko, oraz amerykański „Precious„, o grubej czarnej lasce, która ma w życiu przesrane, lecz mimo to staje mężnie i wychodzi zwycięsko. Plus Mariah Carey w epizodzie – o dziwo, nawet nie chce się na jej widok rzucić bigosem w telewizor. Polecam oba, odradzam zaś korzystanie z opinii użytkowników filmwebu, skądinąd profesjonalnego serwisu filmowego; mam wrażenie, że siedzi tam trzech dwunastolatków wypożyczonych z forum onetu, znanej wylęgarni tęgich mózgów, pali zioło i plecie sobie od rzeczy.

O dziurach ozonowych, makijażu perlamentnym i Nashpoint

Motto:

„Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Z dumą informuję, że w związku z …-tą rocznicą rewolucji kubańskiej udało nam się dokonać czynu o charakterze rewolucyjnym: przeciwni wszelkiej tyranii uwolniliśmy freon z ucisku lodówki. Oto metodologia uwalniania o sprawdzonym działaniu: bierzesz jednego Prawdziwego Mężczyznę, jedną oszronioną lodówkę, jeden nóż, następnie skrobiesz szron nożem przy użyciu Prawdziwego Mężczyzny, aż usłyszysz takie sympatyczne pyknięcie i  PSSSSSSSSSS SSSSSpsssssssssssss.. sss.. s. Gratulacje, właśnie sprytnie utworzyłeś swoją małą prywatną dziurę ozonową oraz inną, większą, w budżecie; następne rewolucyjne posunięcie to uwolnienie sporej gotówki z ucisku portfela celem zakupu nowej lodówki. I naprawdę, wierz mi, im bardziej będziesz zaglądał do starej lodówki w nadziei, że trochę freonu zostało i jednak chłodzi, tym bardziej go tam nie będzie.

Co do podróżowania zaś, to dziś zapraszam wszystkich tuptusiów-oblatywaczy na wykład z cyklu Bridgend i okolice, ładnie rozpoczęty o tutaj. Dzisiaj będę straszna, każę ci jechać do Nashpoint.  Nashpoint jest bardzo wysoko na mojej prywatnej liście najładniejszych miejsc w Walii, odkąd cztery lata temu R&N zabrali mnie tam w opasce na oczach, wtaszczyli po dziurach i kamcurach na klif (tłumacząc zdumionym osobom postronnym, że jestem niewidoma) i wzbogacili wewnętrznie widokiem nagłym a niezapomnianym. Szczególnie w przypadku osoby niewidomej.

Nashpoint znajduje się około 5 mil od Bridgend. Mapka orientacyjna by google, możesz sobie powiększyć klikając:

Zasadniczo chodzi o to, żebyś jechał z Bridgend drogą do Llantwitt Major, cały czas prosto, jeśli po prawej będziesz miał w pewnym momencie staw, znaczy, dobrze jedziesz. Z drogi skręcasz w prawo kiedy zobaczysz drogowskaz z napisem „Broughton 1 1/4” i dalej prosto, ostrożnie, bo droga bywa wąska i często dwa samochody muszą się mijać w zatoczkach; jeśli spotkasz traktór, hm, osobiście bym się wycofała. Kiedy dojedziesz do skrzyżowania z pubem na rogu, skręć znowu w prawo.

Stąd już niedaleko, spoko, nie zgubisz się, jest tylko jedna droga. Po dojechaniu do klifów prawdopodobnie się zdenerwujesz, bo przydrepta do ciebie dziadek parkingowy z żądaniem okupu za okupowanie kawałka parkingu, najlepiej więc pojechać tam po 5-tej, wtedy dziadek już sobie idzie gdzie tam sobie chodzą dziadki parkingowe, i masz to wszystko dla siebie za darmo.  Dziadek parkingowy jest częścią mafii obsługującej tyci sklepik i kibelek; w sklepiku możesz nabyć drogą kupna herbatę i loda, jeśli akurat masz przy sobie sześć tysięcy funtów; kibelek i sklepik zamykają o piątej. Czasem w dni powszednie mafia ma wolne i nie trzeba płacić. To lubimy.

Jedną z atrakcji Nashpoint jest zautomatyzowana latarnia morska (z niedużym hotelikiem). Jest możliwość pikniku oraz rozpalenia niedużego ogniska. Można też spaść z wysokiego klifu i wtedy napiszą o tobie w Gońcu Bridżendzkim na szóstej stronie pod reklamą okien UPVC, ale, jednakże, nad artykułem sponsorowanym o trymowaniu pudla. Nie bez znaczenia jest to, że bardzo rzadko spotyka się w Nashpoint tłumy. Stosunkowo niewielu tubylców w ogóle wie o tym miejscu, więc możesz się poczuć dodatkowo połechtany w swej podróżniczo-odkrywczej ambicji.

Przypominam uprzejmie, że w Nashpoint, jak i wokół całego wybrzeża Walii trzeba uważać na pływy, następują szybko są bardzo rozległe i potrafią zaskoczyć.

W drodze do/z Nashpoint napotkasz na swej drodze dwa kościóły, o dziwo, otwarte; jeśli masz potrzebę oddania się reflesji nad naturą wszechświata, zasadami zastosowania buraka w produkcji przemysłowej czy czymkolwiek innym, to tam sobie możesz.

To tyle, bo co tu sie nadmiernie rozpisywać, jedź i sam zobacz.

A, jeszcze miało być o tagu miesiąca.  Tag to – wyjaśniam niezorientowanym – to co wklepiesz w google i sprowadzi cię do mnie (już kiedyś o tym było o tu, polecam bo to fascynujące). Tag miesiąca wygląda tak:  jak usunac wadliwy makijaż perlamentny? Ludzka wiara w moją wchechwiedzę pochlebia mi, ale naprawdę nie wiem, może po prostu rycz, mała, rycz. Może się rozpuści.

o boskim Bridgend, klifach Southerndown i wioseczce ze strzechamy

W kwestii mundialu to oto proszę, kawał przytaszczony z pracy w zeszłym tygodniu: w następnej kolejce meczów Hiszpania spotka się z Portugalią w Pretorii, Paragwaj z Japonią w Cape Town, a Francja z Anglią – na lotnisku.. i oto słowo ciałem się stało i zamieszkało w Anglii, i bógzapłać, bo już mam tik na powiece od tych ciągłych radiowotelewizyjnych spejakulacji.

Tymczasem, od dawna przymierzam się do wpisu o Bridgend i okolicy – no to już.

Bridgend, bo nie wiem czy wiesz, to siedziba hrabstwa (county) o tej samej nazwie. Hrabstwem zostało po reformie administracyjnej przeprowadzonej kilka lat temu, kiedy to  podzielono na kilka części znacznie większe hrabstwo o nazwie Mid Glamorgan (nazwa wciąż spotykana w użyciu). Po prawdzie, to nie przepadam za samym miastem, jest jak ta śpiąca królewna, która się nigdy nie budzi plus ma pryszcze i – ostatecznie naturalne w tej sytuacji – kłopoty z higieną; ale ma to miasto też jedną niezaprzeczalną zaletę – o kilka minut jazdy samochodem od centrum znajduje się całkiem sporo pięknych okoliczności przyrody. Oto mapka (by google, bless) z miejscami, które trzeba a nawet można zobaczyć w bezpośredniej okolicy Bridgend, z czasem wszystkie zostaną ładnie opisane (niektóre już zostały). Jeśli ktoś chciałby coś dodać, to proszę nie być nieśmiałym.

Te opisane wcześniej miejsca to:  St.Donat’sPark  Margam, Porthcawl, Boys Village (dla wielbicieli dereliktów i trespassingu, nieco dalej od B.)

Zacznijmy od wysoko notowanego na mojej prywatnej liście ulubionych miejsc spacerowych Merthyr Mawr. Jedziesz z centrum B. drogą Ewenny Road i za dwiema ‚potteries‚ skręcasz w prawo (za drogowskazem). Dalej jedziesz prosto (uważaj bo droga jest miejscami wąska) i na skrzyżowaniu skręcasz w lewo (robi się jeszcze węziej i serio zwolnij, bo ruch jest mimo wszystko dwustronny).

Merthyr Mawr to mini wioska zamieszkała przez kosmicznych szczęściarzy. Po pierwsze, mieszkają w ślicznych chatach krytych prawdziwą strzechą i z bajkowymi ogrodami, po drugie żyją w otoczeniu pól, łąk, drzew, rzeki i kuni, czyli tego wszystkiego co czyni życie codzienne znacznie bardziej znośnym.

Zdjęcia nie oddają uroku miejsca, ale to dobrze, bo masz na co czekać. Anyway. Jadąc sobie powoli drogą i podziwiając chaty dojeżdżasz do mini skrzyżowania, i tu masz dwie opcje. Pierwsza to skręcić w prawo, dojechać do malutkiego parkingu (bez opłat) i pójść na spacer przez most do zamku w Ogmore by Sea (zdjęcie na samej górze i poniżej). To niedaleko; dodatkowa atrakcja to to, że możesz sobie przejść na drugą stronę rzeki po kamcurkach, opcjonalnie wpaść do wody, zwiedzić zamek (bez opłat) i wypić herbatkę w pubie przy drodze, bo piwka to nie polecam (względem drogi powrotnej po tych kamcurkach). Uwaga, w czasie przypływu kamcurki mogą być zakryte wodą, i wtedy czeka cię spacerek okrężny, o wiele dłuższy i przez zdrowo podmokłe łąki. Polecam jakiś przyzwoitszy but głównie z powodu końskich kupek oraz błotka które można napotkać tu i ówdzie, jak również tam i siam.

Jeśli zaś zechcesz wybrać opcję drugą i na skrzyżowaniu pojechać prosto, to za chwilę zobaczysz po prawej nieduży kościół (otwarty) z cmyntorzem, a na samym końcu drogi – wydmy (dunes). Takie prawdziwe, z piasku, po których można sobie iść i iść, aż dojdzie się do plaży w Ogmore by Sea. Jeśli masz szczęście, to będzie gorąco a okolicę spowije subtelna aroma gnojówki świeżo wylanej przez farmerów na okoliczne pola – i oto, za darmola masz posmak prawdziwego pustynnego survivalu. Obok parkingu (płatnego w sezonie) na niedużej górce stoi sobie ruinka (jakoby były minizamek), też można rzucić okiem.

A jakby tak jechać do Merthyr i nie skręcić w lewo, tylko jechać dalej prosto, to dojedzie się do takiego oto ładnego mostku, któren to mostek był używany przez sprytnych farmerów do prania owiec poprzez strącanie ich do wody przez dziury. O czym dowiedziałam się od ludności tubylczej, i to fajnie bardzo, i ciekawie, pomyślałam. Niestety dziury są obecnie zamurowane i nie można sobie nikogo przez nie strącić. Nawet tego gościa, który siedział koło mnie na koncercie Paul McCartneya i był właśnie w trakcie zapominania o zastosowaniach prysznica, spodziewam się, że zapominanie rozpoczęło się koło kwietnia. Przy mostku można za to zrobić sobie piknik oraz dość bezpiecznie umoczyć dziecko w rzece w gorący letni dzień. Nie jest głęboka. Zazwyczaj.

Jestem w stanie założyć się o każdy pieniądz, że jeśli mieszkasz w okolicach Bridgend to znasz plażę w Ogmore by Sea, dlatego daruję sobie jej opisywanie, powiem tylko, że to dobry punkt, żeby sobie z niego odbyć dłuższy spacerek wzdłuż wybrzeża np. do Southerndown. Wybrzeże w tej okolicy wchodzi w skład Glamorgan Heritage Coast (mniej więcej od Porthcawl do Cardiff) i charakteryzuje się piękną linią brzegową i olbrzymimi pływami, które należy koniecznie sprawdzić, jeśli planuje się iść dołem, plażami. Osobiście przestałam lubić Ogmore od kiedy council ustawił tam parkomaty, w dodatku niektóre zepsute – po olaniu zepsutego parkomatu zostaliśmy nagrodzeni przez Pana Parkomatowego główną wygraną w wysokości minus 50 funtów. Doradzam więc, chociaż niechętnie i ze zgrzytem zębów, poszukiwanie czynnego parkomatu. Nie mogę niestety zagwarantować, że znajdziesz taki, zanim ci wlepią mandat.

I teraz dochodzimy do mojego numeru jeden, Southerndown. Zauważyłam, ze rodacy mają często problemy z wypowiedzeniem tej nazwy (np. pan polski kierowiec w autobusie). Wymawia się to mniej więcej ‚sewerndaun‚, nie ‚souferndaun’, jak sama myślałam kilka lat temu. Dojazd z Bridgend przez Ogmore by Sea, w S. przy wielkim zakręcie w lewo zjeżdżasz z głównej drogi w prawo (‚to the beach‚, oh, yeah). Można zaparkować na górze, można pojechać drogą w dół do samej plaży przy zatoce. Zatoka nazywa się malowniczo Dunraven Bay (po hrabim Dunraven, synu starego Dunravena, znajomego Boczka, onegdaj szczęśliwego właściciela tych ziem). Szczerze polecam odwiedzić S. w tygodniu, a to z powodu zbójeckich cen za parkowanie, których tam żądają  głównie w weekendy i niektóre dni powszednie przy szczególnie ładnej pogodzie. Chyba, że pojedziesz po 5-ej albo jeszcze bezpieczniej po 6-ej, to już nie kasują. Ostatnio opłata wynosiła 3funty. Faktem jest, że pieniądz idzie częściowo na utrzymanie kibli, ogrodów i centrum informacji turystycznej (w głębi), ale to jest i tak zbrodnia w biały dzień.

Dobra wiadomość dla niezmotoryzowanych: autobusem z dworca w Bridgend też można, trwa to około 20 minut i kosztuje coś około 3. Wysiada się przy tym wielkim zakręcie.

Anyway. Idziesz sobie z parkingu i tam zaraz są takie drzwi w murze, wchodzisz i oto jesteś w ogrodach Southerndown; kiedyś należały do zamku, który stał sobie na klifie, i po którym pozostały skąpe ruinki. Ogrody lubię bardzo, bo fajne są, i czasem jest tam taka cisza, że aż coś eksploduje w człowieku. Duży plus to to, że ogrody są osłonięte od wiatru przez klif, mur i drzewa, więc zwykle jest tam bardzo przyjemnie. Można zrobić piknik, wypić herbatkę (jak się ma), powąchać kfiatka, obcykać półnagiego ogrodnika przy pracy (jeśli to twój szczęśliwy dzień), itp.

Po przejściu ogrodów dochodzisz do krawędzi klifu. Widziałam mnóstwo plaż w Walii, ale żadna nie pobija tego widoku, który wyłania się przed twoimi niczego nie spodziewającymi się oczyma. Na zdjęciu poniżej po lewej.

Jest kilka opcji spacerowych, polecam popróbować poodkrywać je samemu; na pierwszą wizytę najlepiej według mnie zejść w dół do plaży. Idziesz kawałek dalej za ścieżką i potem przez drewnianą bramkę do góry i potem w dół. Ścieżka cię poprowadzi. Potem nie wracaj tą samą drogą, a wróć do ścieżki i idź dalej wzdłuż wybrzeża. Zatoczysz ładne kółeczko i wrócisz na parking.

W Southerndown urządziliśmy sobie kiedyś w nocy klawe ognicho, była na nim połowa Polaków z B. i dwóch przedstawicieli ludności tubylczej, którzy w niemym podziwie obserwowali, jak niekończący się refren znanej pieśni o sokołach niesie się po wodach kanału bristolskiego, poruszając chłodne brytyjskie serca i czułe sonary straży przybrzeżnej. Wydaje mi się, że tamta noc miała coś wspólnego z faktem ogrodzenia tej części Southerndown drutem kolczastym :> Lecz cóż to była za noc, cóż. Cóż, tyle na razie o okolicach Bridgend; po prawdzie produkuję ten wpis już trzeci dzień, cóś nie idzie, pani, nie idzie. Ale może za to pójdzie do Southerndown.

Ogólnie to klawo jest, raczej.