o jednym słonecznym dniu

Good morning! – oznajmia radośnie z naciskiem na prześwietną jakość poranka Pan Biletowy – bileciki ze słonecznego T. proszę! Zziębnięci pasażerowie patrzą na Pana Biletowego szeroko otwartymi oczami. Ten i ów próbuje przeniknąć wzrokiem warstwę zaokiennej szarówy, jakby mając nadzieję, że czegoś nie zauważył. Pani na Pazia patrzy melancholijnie na swoją parasolkę, u stóp której właśnie tworzy się burawa kałuża. Pojawiają się życzliwe sugestie o wypadnięciu Pana Biletowego na głowę z kołyski w wieku niemowlęcym; ktoś kicha. Ale już po chwili zaraźliwy entuzjazm niezłomnego optymisty sprawia, że w oczach znękanych pasażerów 7:35 do M. wschodzi niewidziane od trzech dni słońce. Dzię-ku-je-my.

Mam zlecenie w M., jestem sporo za wcześnie, haaalo, macie tu jakąś kafeję otwartą w poniedziałek o ósmej rano..? Haaaalo.. Podążam rozsiąpionym hajstritem z szeregiem sklepów ‚wszystko za funta’. Chyba jest.. Jest? Jest. Tak jak lubię, kafeja bez muzyki, z gwarem rozmów. Wystrój wnętrza cokolwiek peerelowski; na ścianie kiczowate landszafty, na stolikach ceratowe obrusy w zgrabne, prawda, winorośle. Na obrusach okruchy, sól, pieprz i oczywiście ocet, podpora imperium. Średnia wieku konsumentów herbaty z mlekiem i kanapki z czipsami: 70. Co zawsze jest fajne, bo sprawia że czuję się młodo. Herbatę poproszę, czarną. Bez mleka, znaczy. No bez, bez.

Pani z Kuchni ma na głowie przemyślnie upiętą siatkę na motyle. Z każdej strony niesforne kosmyki wykradają się na wolność nadając pani sympatyczny wygląd ‚piorun w szczypiorek’. Kuchnia jest w piwnicy, a schody strome. Szczypiorek jest zmęczony, smętnie stawia przede mną herbatę z mlekiem, po czym melancholijnym krokiem zstępuje z powrotem do swojego podziemnego królestwa. Człap, Człap. Człap.

Znienacka od strony ulicy wpada do środka kilka przypadkowych promieni słońca. Musieć, zgubiły się, niebożątka; to pewnie przez tą pogodę. Świetlista łuna oplata obsypane mąką bochenki chleba na wystawie. Ktoś otwiera drzwi i powiew wiatru unosi mąkę w górę; drobiny wirują w słonecznym świetle. Czas wstrzymuje oddech; prawie peerelowski realizm organiczny zmienia się na moment w magiczny.

Trzy panie pod 80-tkę wspominają niedawne wakacje w Tenby i narzekają na muzułmanów, których, co prawda, nigdy na własne oczy nie widziały, ale słyszy się, prawda, różne rzeczy.

Po zleceniu wracam na stację; to koniec linii, o czym świadczy urywający się nagle tor i kupki śmieci na ‚ziemi niczyjej’. Zapyziała stacyjka z jednym torem wygląda jak wyrzut sumienia na tle malowniczych wzgórz. Dumna plakietka informuje, że stacyjka została uroczyście otwarta przez jego wysokość diuka Gloucestershire, członka rodziny królewskiej. Musieć nieszczęsny diuk nie stał za wysoko w hierarchii rodzinnej skoro przyszło mu odwalać takie fuchy.

Dalej mży. Bileciki ze słonecznego M proszę, dociera radośnie z przedziału obok, jak z innego wymiaru.

DSCN0725

Reklamy

góry niewysokie, co im z wami walczyć każe

DSCN1097

Postanowiłam nie iść do pracy. Taki niespodziewany dzień wolny; skradziony czas tylko dla siebie. Czas, w którym powinnam być gdzieś indziej, robiąc Obowiązek, ale zrobiłam codzienność w konia i jestem – no właśnie.

Ułożyłam Zuchwały Plan. Tour de Maesteg*. Natychmiast zaczęłam wdrażać w życie. O’matkobosko.

Widzisz, tę górkę, tam, o, z tym długim na tysiąc kilometrów katorżniczym podjazdem z licznymi dziurami? I to stworzenie, zgięte wpół, zawieszone na kierownicy, z sercem wyskakującym uszami? Co rusz wpadające kołem w dziurę? Z potem zalewającym oczy, omdlałymi łydkami? To ja. Pomachałabym ci, ale nie dam rady.

Nic z tego. Zsiadam. Ruszam. Powoli. Pcham przed sobą rower jak lodołamacz. Z daleka na pewno wyglądam jak Syzyf w zielonej kamizelce odblaskowej. Albo wiadomy żuk popychający wiadomą kulkę, z uporem, niezłomnie, do celu.

Nadludzkim wysiłkiem woli osiągam szczyt. Ale jeśli myślisz, że z tego szczytu to teraz już tylko popędzić w dół, z wiatrem we włosach i pieśnią na ustach – jesteś w błędzie. Górki w tej okolicy przypominają leniwe morskie fale; to taki morderczy system, nastawiony na jak największą liczbę moralnych i fizycznych ofiar wśród cyklistów. Kto jeździ, ten wie, że nie krótki intensywny podjazd odbiera cykliście chęć do życia, ale właśnie taka długa, łagodna, niekończąca się perfidna udręka.

BeFunky_null_6.jpg BeFunky_DSCN1076.jpg

Na szczęście nawet najbardziej mordercze podjazdy kiedyś się kończą. I wtedy można skupiać się już tylko na słońcu, intensywnie rozmrażającym kałuże. Na panoramie Llynfi Valley zanurzonej w porannej ciszy. Szumiących delikatnie drzewach. Szmaragdowym stawie ukrytym w lesie. Można pogadać ze świeżo zaprzyjaźnionym Rudym, pooglądać goniące się po całym niebie rozamorowane pustułki. To lubimy. Nawiasem mówiąc, nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek użyję tego wtłukiwanego nam do głowy w podstawówce wyjątku: ‚pustułka’. Musiałam dopiero wyjechać do Walii. Dla tych, którzy nie wiedzą, legendarna ‚wyjątkowa’ pustułka to ta sympatyczna ptaszka poniżej.

DSCN1070 DSCN1184 DSCN1183birdiee.jpg DSCN1148

DSCN1098

DSCN1165 kaa BeFunky_null_8.jpg

A na deser, proszę bardzo, z okazji Dnia Naleśnika – naleśnik. Rezultat niestety taki sam jak w zeszłym roku, ale nie upadam na duchu.

pan

* taki miasteczek w środku jednej malowniczej doliny o częściowo podłej reputacji, częściowo zasłużonej. Otoczony morderczymi pagórkami.

Koparka

cf.jpg

Nad rzeczką opodal krzaczka mieszka sobie Koparka. Konkretnie to na górce sobie mieszka; zaczepiła się łychą o krawędź, śpi. Lata już śpi; wszystkie stawy jej zesztywniały. Przejeżdżam obok, chrobocząc kołami po zmarzniętej ścieżce. Koparka otwiera jedno oko. How do you do, pytam, Koparka rozpromienia się, widać dawno nikt nie pytał. Patrzymy, jak na błękitnym zimowym niebie przekomarzają się dwie pustułki. Piękny dzień, wzdycha Koparka. Piękny, zgadzam się. Kiwamy głowami jak chińskie pieski. Nie potrzebujesz przypadkiem wykopać pod kimś dołka..? pyta Koparka z nadzieją w głosie. Przykro mi, nie mam wrogów. Nikt nie jest idealny.. Koparka wzdycha z rezygnacją. Tak pytam. Po człowieku to nigdy nie widać, czy lubi kopać dołki, czy nie. Co innego koparki. Wyciągam termos w różowe tetakie, gestem pytam, czy napije się kawy. Poproszępięćcukrów, odpowiada natychmiast. Pijemy sobie. Słońce grzeje. Pustułki znikają za lekko przyprószonymi śniegiem wzgórzami.

Jest dobrze.

kop.jpgDSCN0832

DSCN0822 DSCN0725DSCN0820

umb.jpg

kolorowych jarmarków

1.jpg

Położone niedaleko Cardiff Caerphilly [czyt. kafyli] to średniej wielkości miasteczko z ogromniastym zamkiem, malowniczo usadzonym w samym centrum. W trakcie swojej 800-letniej historii zamek służył głównie do nawalanek z Anglikami, po których pozostała mu m.in. krzywa wieża. Podobno krzywsza od tej w Pizie. Obecnie zamek służy głównie jako lądowisko dla gęsi kanadyjskich, jak również skupia wokół siebie życie społeczne hrabstwa, co rusz pomagając łatać budżet jakąś, prawda, ymprezką o charakterze kulturalno-oświatowym, jak również turystyczno-łupieżczym. Np. organizują tam spektakularne fajerwerki z okazji kolejnych rocznic nieudanej niestety próby wysadzenia parlamentu przez Guya Fawkesa (tzw. bonfire night, 5 listopada).

12

Z innych ciekawych rzeczy odnośnie Caerphilly warto odnotować, że wytwarzają tam swój własny ser. Ser nazywa się… <werble, napięte oczekiwanie>.. ‚Caerphilly’ i ma nawet w lecie swój festiwal (Big Cheese).

Co zaś się tyczy tzw. jarmarków bożonarodzeniowych, to jestem zawsze sceptyczna. Świąteczne mydło i powidło, grzaniec, bouncy castle dla dzieciaków i niemieckie kiełbaski, wszystko okraszone po chrześcijańsku podwójną świąteczną marżą – nigdy specjalnie do mnie nie przemawiały. Ale sobotni jarmark w Caerphilly był miłą odmianą. Przede wszystkim był całkiem spory i zróżnicowany. Były tłumy. Były lokalne wyroby. Wreszcie skosztowałam słynnego bread&butter pudding. Było mnóstwo rzeczy ładnych i kompletnie nieużytecznych poza sezonem świątecznym, zwanych ‚rękodziełem’, próby chóralnych śpiewów ulicznych (czyli każdy może się dołączyć, chociaż nie każdy może powinien) i inne takie tam. O, proszę bardzo, żeby nie być gołosłowną:

2.jpgodpustowy koszmar wegetarianki

7.jpgczy chce Pani potrzymać mój czosnek?

18.jpgbratwurst w ogniu

22.jpgpanika..!!

16.jpgobowiązkowy grzaniec z cydru, mm

3.jpgWhite Christmas, nie da się ukryć

6.jpgtzw. rękodzieło

8.jpgtypowe brytyjskie ‚pies’, ugh, ale ciekawy, prawda, dizajn

20.jpgpani Hinduska, matka cudownej zupy z soczewicy dla zziębniętych

sd.jpg

ptaszek z Australii, powiązania ze świętami niejasne

9…i teraz wszyscy razem: bum talala cyk cyk, rudolf the red-nosed reeeeeindeeeeeer…

11.jpg widoczek o charakterze, prawda, ogólnym

Podsumowując, w piątek śpiewałam kolędy w St Fagans, w sobotę jarmarkowałam w Caerphilly, a tydzień temu heroicznie i własnoręcznie ubrałam w biurze choinkę. Budzi powszechną sensację, co napawa mnie dumą. Niestety na nic więcej mnie w tym sezonie świątecznym chyba już nie stać. Tymczasem bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

22

iść ciągle iść w stronę słońca

3.jpg

Mam tarczycę. Big dil, powiesz, każdy ma. Ale mojej się wydaje, że jest psem pasterskim. Albo karabinkiem uzi. Ma jakąś nadczynność, czy niedoczynność, kto by spamiętał; w każdym razie głupie to, że szkoda słów. Czasem chce siedzieć cały dzień w łóżku i użalać się nad sobą. Innym razem próbuje wydłubać współpracownikowi oko i napluć do środka. Muszę się nieźle naszarpać żeby jej przetłumaczyć, że to zachowanie niegodne damy i może zostać źle odebrane w środowisku zawodowym. Innym razem kryje się po kątach przed jakąkolwiek formą ludzkiej interakcji, maże świecówkami po ścianach punk not dead i odpala zapałki pod alarmem przeciwpożarowym. Ciągle zapomina po co polazła na górę. Kociokwik. Nie wspominając już o tym, że jej dieta i diety skutki (u)boczne pozostawiają wiele do życzenia.

Jakiś czas temu odkryłam, co najlepiej pacyfikuje rozhisteryzowany organ: słońce, miły oku widoczek, błękitne niebo. Szwędanie. Podczas szwędania wydzielają się endorfiny – wiem, odkrycie epokowe. Zrozumienie tego mechanizmu zajęło mi chwilę, bo tarczyca lubi dla fanu rozłączać ciągi myślowe w nieskoordynowane przypadkowe słowa i stać potem jak ten baran z otwartymi ustami rozkładając ręce. Anyway. Szwędanie jest szczególnie skuteczne w połączeniu z kubkiem herbaty i tymi takimi czekoladowymi. Pomagają też różne małe objawienia w rodzaju dzikie słoneczniki w dzikim polu (bo widzisz, w UK nic nie prawa sobie tak sobie dziko rosnąć, a polne kwiaty spotykane są głównie w starych podręcznikach do dendrologii). Albo świeże osypisko klifowe, które uwalnia porcję skamielinek liczących sobie miliony lat. Pogrzebanie kijkiem w mokrym piasku. Goły młodzian pluskający się we falach kanału Bristolskiego. Tak, tak. Młodzian. Goły. We falach.

2.jpg

4.jpg 66.jpg

11.jpg

Wszystkim ofiarom tarczyc serdecznie polecam przetestowanie tej strategii. Doczłapać gdzieś na ostatnich nogach, zrzucić buty, usadowić się w wysokiej trawie, pozwolić pająkom zrobić z siebie trampolinę. Zamknąć oczy, posłuchać morza, poczuć słońce na twarzy. Podobno nie ma tego złego.

Jak to mawiał słynny filozof egzystencjalny Tytus De Zoo, ‚ja działam na baterie słoneczne’.

12.jpg

A ostatnia, 14-to kilometrowa wielce przyjemna i satysfakcjonująca klifowo-plażowa trasa w południowej Walii już niedługo na Walijskim Wędrowaniu. Dla prenumeratorów zdjęcie gołego młodziana we falach gratis.

nikt nie wie, że tu jestem

BeFunky_P1090025.jpg

Jak często możesz pozwolić sobie na luksus całkowitego odcięcia się od cywilizacji? Zniknięcia z wszystkich radarów, poczucia tej szczególnej wyższości nad resztą świata: oto nikt nie ma pojęcia gdzie jesteś. Jesteś jedynym tymczasowym posiadaczem jakiegoś skrawka ziemi.

Wzgórza Llynfi Valley porosła wysoka trawa, szumią drzewa, dzicy ptacy krzyczą na przedeszczowym niebie. Siedzę na korzeniu, ogryzam długopis w oczekiwaniu na szał weny twórczej i popijam herbatę z termosu; z przykrością stwierdzam, że ostatnią. Wierny towarzysz termos odchodzi niniejszym do krainy Wiecznej Szczelności. Dookoła nie ma żywej duszy, nie licząc paru owiec. Nie licząc, bo jak powszechnie wiadomo owce nie mają duszy, tylko szczęki, wełnę i kupy. Jest tak cicho, że aż sama ze sobą zaczynam się czuć niezręcznie. I nagle czuję, że ktoś się na mnie gapi. Znasz to uczucie, kiedy nagle unoszą ci się włosy na głowie..? Odwracam powoli głowę i zamieram. O metr ode mnie siedzi Wiewiór. Przekrzywia łebek i taksuje mnie, zastanawiając się, co z tym dziwem zrobić, do czego to to się nadaje. Czy można zaciągnąć do dziupli, albo zakopać na zimę? Orzech jest? Pyta wiewiórcze spojrzenie. Jest, jest, w plecaku mam, fistaszki z tymi takimi jogurtowymi. Nie przepadam, mówi spojrzenie a zauważyłaś, że fistaszków w paczce zawsze jest mnóstwo, a tych takich jogurtowych dwa? Kiwamy głowami nad takim jawnym oszustwem, jak dwie babciny nad stanem dzisiejszej młodzieży, po czym Wiewiór traci zainteresowanie, przeskakuje nad moją głową i oddala się niespiesznie. Na wszelki wypadek rozsypuję dookoła kilka fistaszków. Kiedyś wróci. Zawsze wracają. Może będzie wystarczająco głodny na fistaszka, może wspomni z czułością.

BeFunvvky_Chromatic_1.jpg

Ja przepraszam, ale muszę przerwać pisanie, odstawić herbatę i wstać, bo jakieś żukopodobne domaga się drogi dojazdowej do swojego korzenia. Pcha się gówienko małe jakby nie widziało, że tu Wyższa Inteligencja siedzi. Ruszam dalej, pod górę, wzrokiem przeczesuję okolicę. Mojemu sokolemu spojrzeniu nic nie umknie, myślę z dumą, po czym ładuję się centralnie w kolczaste krzaczory. Pogratulować, minął już wszak dłuższy czas od kiedy wpadłam z tyłkiem w podobny ciernisty gąszcz. Rekonwalescencja trwała 2 tygodnie i wymagała zaangażowania osób trzecich. Natychmiast przestań sobie to wyobrażać, arajt?? Bramka, jest bramka; po drugiej stronie siedzi Królik. Nie widzi mnie, zastygam nad tą bramką z nogą w powietrzu. Dzisiaj jest jakiś dzień miłości świata zwierzęcego do mnie, czy co..? Tymczasem Królik wykonuje słupek, strzyże wąsem i daje nogę. Gramolę się przez bramkę i z jakiejś przyczyny biegnę za nim. Królik znika w norce, przy której niestety nie ma żadnej buteleczki z napisem ‚wypij mnie’. Buteleczki nie ma, ale jest Krowa. Dwie Krowy. Duże Krowy. Bardzo duże. Na szczęście okazuje się, że nie mają ochoty na żadne interakcje ze mną. W zasadzie to chyba powinnam się poczuć dotknięta, ale brak krowiego zainteresowania jest mi akurat na rękę; wystarczy mi obrażeń na ten jeden dzień.

BeFunky_P1090070.jpg

Wspominałam, że w tej okolicy nie spotyka się ludzi..? Za to spotyka się ślady po nich. Hamak, siatka z czymś, nawet nie chcę wiedzieć z czym. Wygasłe palenisko. Ciekawa jestem, gdzie jest lokator. Mam nadzieję, że nie przygląda mi się zza krzaków z Zamiarem mrożącym krew w żyłach. Urodziłam się z bardzo bujną wyobraźnią, co ma na pewno również jakieś plusy dodatnie.

hamak.jpg

wodaa.jpg

Buty całe w błocie. Krokomierz wskazuje 4 km. Czas zawracać. Wtłoczyć się z powrotem w cywilizację. Oczywiście zaczyna siąpić. I pewnie będzie siąpić przez te całe powrotne 4 km. Na twoim miejscu bym się pospieszył, dobiega z norki, w telewizji mówią, że na południu możliwe burze i lokalne podtopienia, zwłaszcza na terenach wiejskich.

BeFunky_null_1.jpg

 

______________

PS. Nowy projekcik: zapraszam do rzucenia okiem wszystkich z Walii, zwłaszcza południowej, którzy lubią się powłóczyć, albo jeszcze nie wiedzą czy lubią i chcieliby spróbować. W ofercie sprawdzone osobiście trasy na każdą kondycję, a nawet jej brak. Walijskie wędrowanie.

kromka z dżemem

BeFunky_P1080920.jpg

Mieszkam w Not Much. To nie jest oficjalna nazwa, ale za to bardzo adekwatna; wpadłam na nią podróżując po Anglii, gdzie często spotyka się położone po sąsiedzku Much Cośtam i Little Cośtam. Np. Much Wenlock i Little Wenlock. Much w tym przypadku tłumaczy się raczej jako duży, a nie dużo; chociaż mnie osobiście idea z Dużo Wenlocka i Troszkę Wenlocka urzeka. Ale ja jestem byłą językoznawcą, a językoznawcy to dziwni ludzie, nawet byli.

Zasadniczym minusem Not Much jest to, że nic się tu nie dzieje. Zasadniczym plusem jest to, że nic się tu nie dzieje.

DSC_0074

Ale kiedyś, dawno, się działo. Węgiel wydobywano, żelazko wytapiano, cegły.. ehm.. cegłowano. W latach 80-tych pani Thatcher, zwana w tych okolicach pieszczotliwie fucking bitch, zlikwidowała nierentowny jej zdaniem przemysł (ktoś pamięta te słynne strajki górników pacyfikowane przez policję pokazywane w polskiej telewizji szczególnie chętnie jako przykład opresji robotniczej?) i tym samym wiele miejscowości w tej okolicy zmieniło się w podupadłe dziury na zasiłkach borykające się z masą problemów społecznych. Niektóre niewiele się od tego czasu zmieniły. Buzujące niegdyś życiem Not Much składa się obecnie z dwóch wyjątkowo przeciętnych ulic, kilkuset domów, dwóch pubów, Stacji Pciągowej z wiecznie zepsutą tablicą informacyjną i high street w postaci Lidla. Stacja Pciągowa była kiedyś ważnym węzłem kolejowym obsługującym dziesiątki, jeśli nie setki pciągów dziennie, obecnie posiada jeden czynny tor i dwie destynacje: Tam i Zpowrotem. Liczba mieszkańców wynosi coś około 1500 głów całych, plus kilku półgłówków wąchających klej w okolicznych lasach oraz mój sąsiad Gryf, który ma keszu jak lodu, ale ciuchy pierze w rzece, bo tak się nauczył jako dziecko w czasie wojny (Gryf jest jednym z tych słodkich gawędziarzy, którzy używają mnóstwa słów żeby przekazać absolutnie nic, i jestem nim głęboko zafascynowana). Wiesiuń nie posiada nawet, o zgrozo, własnego sklepu z rybą z frytami, co w Wielkiej Brytanii jest synonimem ostatecznego zaniku statusu społecznego. Tak jak mówię. Not Much.

station

Stacja Pciągowa kiedyś, photo courtesy of Adrian King..

P1080889c.. i dziś, courtesy of me.

We wsi nie ma śladu po burzliwej industrialnej przeszłości, ale za to lasy dookoła niej obfitują w różne Malownicze Ruinki, Tajemnicze Stawiki, Schody Do Nikąd i inne Ślady PoCzymś, np. po kopalni. Kopalnia weszła do historii światowych nieszczęść eksplozją z 1892 r, która zabiła 112 mężczyzn i chłopców, czyli ponad 80% pracowników, produkując w rezultacie 60 wdów i 153 półsieroty i prawie unicestwiając lokalną społeczność. Na zdjęciu skromny pomnik upamiętniający katastrofę; kamieni jest dokładnie tyle, ile było ofiar. BHP w tamtych czasach należało do sfery science-fiction.

P1080882

DSC_0452

Niedługo potem kopalnia została zamknięta. Otwarto ją ponownie na chwilę w latach 60-tych; po czym definitywnie zamknięto (fucking bitch) i utworzono na jej miejscu rezerwat Za Rogiem. Utworzono go dla mnie, żebym mogła radośnie odkrywać nowe ścieżki i eksplorować tajemnicze zakamarki. I właściwie to się egoistycznie cieszę, że cały ten buzujący zadymiony przemysł sobie poszedł dokąd tam sobie chodzą buzujące zadymione przemysły. Prawdopodobnie do Chin. I niech sobie tam zostanie.

BeFunky_P1080867

Acha, w czasie drugiej wojny światowej produkowano tu coś ważnego dla losów świata, ale nie do końca wiem co, bo się nie znam na wojnach.

Ale żeby nie było, że okolice Not Much to same krzaki bez żadnej wartości kulturalno-oświatowej. W sąsiedniej wsi mają tzw. private shop, czyli stary poczciwy sex shop, ze szczelnie zasłoniętymi oknami i wywieszką tylko dla dorosłych. Rzadkość w tym kraju. Przez kilka lat sklep szczycił się posiadaniem swojej własnej Grupy Protestu w liczbie jednej babci. Grupa z zaangażowaniem pikietowała sklep w każdy dzień roboczy przez dwie, trzy godzinki, dzierżąc w ręku teksturowy baner z napisem ban the filth (zakazać tego plugastwa). Czasem podobno przy tym szydełkując. W co zimniejsze poranki panie sklepowe wynosiły Grupie Protestu herbatkę i herbatniczek; oddawano się radosnemu narzekaniu na pogodę i krytykowaniu poczynań rządu, po czym panie wracały do sklepu, a Grupa do Protestu.

Niestety Grupa zmarła kilka lat temu, przechodząc tym samym do panteonu lokalnych legend; wieść niesie, że jej odejście paradoksalnie przyczyniło się to do spadku popularności sklepu.

Ogólnie, nawet trochę lubię tę swoją wieś. It’s Not Much, but it’s enough.

BeFunky_Chromatic_1s

A w kwestii kromki z dżemem? Dawno nie jadłam, ot co.

DSC_0068