kampingujemy

DSC_0076

Kamping w Rosebush w Mynydd Preseli jest kampingiem Tylko Dla Dorosłych. Czekaj, stój, gdzie lecisz. Nie chodzi o to, że robi się na nim jawnie Te Rzeczy, które zwykle robią dorośli (praca, rachunki, mycie naczyń, wkurw na skarpety wciśnięte za sofę itp), ale o to, że obowiązuje tam zakaz wwozu dzieci. Zakaz ustanowił pan Williams, lat 80, właściciel, woźny, sklepowy i gawędziarz w jednym. Pan Williams, jak przystało na właściciela pola namiotowego, nie lubi namiotów i robi co może, żeby cię zniechęcić do przyjazdu i pogwałcenia twoim niegodnym przybytkiem jego, pana Williamsa, wypieszczonej trawki. Ja tam się nie znam na biznesie, więc nie twierdzę, że jest w tym coś dziwnego, ale jednakowoż jakoś tego, nieprawdaż..?

Anyway, jak już przeskoczysz wszystkie kłody rzucane ci pod nogi (turniej futbolowy cały weekend? Nie ma sprawy, w nogę gram od kołyski. Boniek, Lato, słyszał pan? Ogólnokrajowa konwencja sprzedawców pras hydraulicznych w sobotę? Fantastycznie, właśnie myślę o zmianie zawodu), kamping w Rosebush okazuje się sielanką. Blok prysznicowo-kiblowy jest co prawda w wieku pana Williamsa; wrzuca się 20p i przez 8 minut spada akurat tyle wody, żebyś wiedział, że nie trafiłeś przez pomyłkę np. do biblioteki, ale możesz to spokojnie zakwalifikować jako część przygody. Lokalizacja jest piękna, kamping cichusi, a meszki i komary ze stawu szczerze złaknione kontaktu z człowiekiem. Łańcuszek górski Preseli rozpościera się u twoich stóp. Pan Williams szybko godzi się z faktem, że jednak przyjechałeś, i zmienia się w urocze walijskie gawędzidło. No i za płotem jest pub, co też ważne jest i lubimy.

DSC_0017

Równie jak meszka, złakniony kontaktu z ludźmi był Profesor z namiotu obok. Profesor ma wiele teorii i chętnie się nimi dzieli; argumentacja jest szeroka i zahacza o wszystkie znane ludzkości mity, systemy religijne i teorie naukowe. System łowiecki Profesora jest sprytny: zasadza się w cieniu namiotu i ‘spontanicznie’ wyskakuje na ofiarę próbującą przemknąć cichcem obok w drodze z kibelka; usidla ją w pełnym słońcu i w porze karmiernia meszek, czyli kiedy jest najbardziej osłabiona, i wbija w nią kły wiedzy. Nie można po prostu uciec zarzucajac byle wymówkę, bo Profesor nie zostawia przerw między wyrazami. Nawet jęk się nie wciśnie. Plus, Profesor to niestety miły człowiek. Książkę pisze, o.

Gdyby któraś z ofiar doznała samozapłonu z wyczerpania i przegrzania podczas prelekcji, zawsze można liczyć na ultranowoczesny system przeciwpożarowy:

DSC_0142

Bonusy. W nocy coś żuje namiot. Nie wychodzę, zapomnij. Sam se kurde idź. Druga w nocy, pobudka na siku; na zewnątrz niebo ze wszystkimi galaktykami wspiera się na dachu namiotu. Cudo.

DSC_0127 DSC_0123

Gdyby ktoś chciał podroczyć się z panem Williamsem w kwestii tymczasowego zagospodarowania kawałka jego wypieszczonej trawki, prosze bardzo, oto namiary. Więcej o Preseli Hills do znalezienia w poprzednim wpisie.

Poza tym, w UK trwa pierwsze od 5 lat lato. To lubimy, niezmiernie.

I co nie wleze, ja kurde nie wleze??

DSC_0069

walijski łikend idealny

DSC_0079

Przepis na idealny weekend: bierzesz kilka pagórków, jedno dobrej jakości b&b, kilka sympatycznych wiesiuniów z charakterkiem, garść nieznajomych wędrowców i wygodne buty; zalewasz wszystko szklanicą zimnej shandy i przypiekasz na słońcu. Poważnie, na słońcu. Takim zjawisku atmosferycznym, niezwykle rzadko występującym w Walii. Które właśnie nastąpiło i w związku z tym Walijczycy natychmiast zaczęli narzekać na upał.

DSC_0159

Wzgórza Preseli (walijskie Mynydd Preseli) są niewysokie, rozległe i łagodne jak krowie spojrzenie; od strony północnej przylegają do zatoki Cardigan a od południa łączą się z parkiem narodowym Pembrokeshire. To obecnie moje ulubione miejsce w Walii. Pierwsze na emigracji, z którym poczułam realną więź. Trudno żeby nie, skoro starłam na nim nogi po kolana.  Polski pot, krew i łzy wsiąkły w tę ciepłą ziemię.

Untitled

Kiedy byłam tu po raz pierwszy kilka lat temu, było mokro i ponuro i aż tak jakoś nienaturalnie cicho; miało się wrażenie, jakby lada moment zza kolejnej spowitej mgłą kupki skał miał wyskoczyć obłąkany morderca z maczetą krzycząc straszliwy brytyjski okrzyk wojenny: ‘would you like a cup of tea, dear?’

DSC_0411

Ja ogólnie jestem dość odporna na wodniste warunki pogodowe w terenie, ale sympatyczne walijskie zjawisko zwane Mżawa Poziomo w Twarz akceptuję jedynie w konfiguracji: wnętrze samochodu + termos + jakaś łagodna muza. Np. Eminem. No co..

DSC_0152

DSC_0166

Na wzgórzach Preseli trudno się zgubić, ale dla chcącego nic trudnego, jak zawsze twierdzę. Największego wzgórza w okolicy, widocznego ze wszystkich stron, szukaliśmy aż dwa razy. Za drugim razem, już po wystrzeleniu korków od szampana, dowiedziałam się od przebiegającej żwawym truchtem koło moich wykończonych zwłok grupy osiemdziesięciolatków że, a ha ha ha, to nie tu, kochanieńka. To tam, dalej, o taaaaaaaaaaaaaam, przez to mokradełko i do góry. Dalej, myślę, przez mokredełko, w które wpadnę po kosteczkę i omatko znowu do góry. Jakaś godzinka, dodaje radośnie krucha staruszeczka i popyla dalej z mocą taranu.

A w cholerę, ja tu na wakacjach jestem.

DSC_0275

Generalnie ludzie, których spotyka się na szlakach, lubią pogadać; wszyscy wiedzą, że znajomość, jakkolwiek zwykle miła, jest chwilowa, więc każdy chce powiedzieć jak najwięcej, głównie gdzie to nie chodził i na co to się nie wspiął. Próbowałam powiedzieć coś  przechwalczego o B., po którym ostatecznie chodzę codziennie, ale nikomu nie zaimponowałam, zupełnie nie wiem, dlaczego. Czasami na szlakach zdarzają się nieporozumienia w kwestii gdzie to my się tak naprawdę znajdujemy; do walki na palce wskazujace włączają się kompasy, mapy i telefony do przyjaciela; koniec końców wszyscy rozbiegają się po okolicy w absolutnym braku konsensusu,  gardząc ignorancją oponentów.

DSC_0186

Perfekcyjne b&b znajduje się w wiesiuniu o sympatycznej nazwie Maenclochog. Z perfekcyjnego b&b rozciąga się o, taki wieczorny widok, spowity ciszą absolutną:

DSC_0010

Za rogiem od perfekcyjnego b&b znajduje się sympatyczny wiesiuń Rosebush, w którym głodny wędrowiec dość szybko odkrywa Dwa Lokale. Jeden z nich to duży pizgająco czerwony pub z widokiem na Preseli i makietą stacji kolejowej wydającej odgłosy nadjeżdzającej ciuchci (fajowe przez pierwsze 8 minut). Pizgający pub z dumą oferuje walijską muzykę folkową oraz, jak głosi wieść gminna, to samo menu od 12 lat, pomimo wielu prób zamachu na tradycję popełnianych przez kolejnych zdesperowanych szefów kuchni. Menu Tafarn Sync szczyci się również bogatą ofertą wegetariańską. Długo nie mogłam się zdecydować czy wybrać lazanię czy lazanię; w końcu zdecydowałam się na lazanię, ale była taka sobie, więc myślę, że następnym razem spróbuję lazanii.

Poza tym, niewiele rzeczy przebija zimną shandy (piwo z lemoniadą) wypitą w pizgajacym ogródku Z Widokiem po zejściu ze wzgórz. Może tylko następna shandy.

DSC_0296

Drugi lokal o nazwie The Old Post Office jest nieduży, cudaczny i atmosferny, a przefajna landlady nie tylko życzliwie i od ręki zmontuje głodnemu posiłek poza oficjalnymi godzinami urzędowania, i to z uwzględnieniem najróżniejszych zboczeń dietowych, ale jeszcze dorzuci sto historyjek gratis; to lubimy.

DSC_0176

W Rosebush mają też farmę produkującą sery, która zachęca potencjalnego nabywcę tymi słowy:

DSC_0302

Okolica obfituje również w faunę i florę; np. żeby nie paść z głodu próbując znaleźć najwyższe wzgórze w okolicy można sobie nazbierać rosnących wszędzie masowo poziomek:

DSC_0062

Albo wydoić krówę, jak ktoś potrafi:

DSC_0363

Czy tam chociażby popatrzeć na roztańczone na wietrze roślinki:

DSC_0441

No.

Na koniec chciałam jeszcze powiedzieć, że nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, jeśli zachęcony tą relacją wybierzesz się do Preseli i będzie szaro, buro i do dupy. Deszcz pada w Walii przez 80% dni w roku i trzeba się z tym liczyć. Tym niemniej, jak już nie pada, to jest pięknie. namiary na idealne b&b, gdyby ktoś życzył; rzecz nie jest może tania (75 f za noc), ale idealna pod wieloma względami. Czasem czeba się trochę pozrozpieszczać.

DSC_0387

No. To lecę.

DSC_0131

zmiana wystroju wnętrza

DSC_0082

Na wstępie mojego listu chciałam bardzo serdecznie podziękować za wszystkie życzenia urodzinowe, zwłaszcze te wieszczące rychłą karierę, sławę i pieniądz. Teraz to już tylko siedzieć i czekać na pomyślny rozwój spraw. To siedzę i czekam.

W przerwach w siedzeniu i czekaniu słucham szumu morza za oknem małego hotelu w New Quai, w zachodniej Walii (Cardigan Bay). Bo czasem trzeba sobie po prostu pozwolić. Zmienić wystrój wnętrz. Odzyskać perspektywę. Złazić nogi w jakichś ładnych okolicznościach przyrody. Potem dalej sobie pozwalać. Np. na Eton Mess. Już ci wszystko ładnie opisuję, no więc bierzesz gigantyczną bezę, kruszysz, kroisz truskawki/maliny na drobne i na wszystko zarzucasz bitą śmietanę. Zraszasz kropelką soku z truskawek/malin. W prostocie przepisu tkwi jego absolutny geniusz.

Wimbledon-Eton-Mess1

goodtoknow.co.uk

To moja trzecia wizyta w zatoce Cardigan. Jest wiele fajnych rzeczy związnych z tą zatoką, np. delfiny, które najczęściej widać z brzegu na zasadzie: o, tam, tam, delfin, patrz, patrz, no kurde, przecież mówię tam, nie widzisz, a dupa, już odpłynał. Albo miniaturowe wioseczki z portami. Bardzo ładne, ale w trochę smutny sposób. Większość kolorowych cottages należy do ludzi, którzy mieszkają w Anglii i zjeżdżają do Cardigan Bay raz do roku, na wakacje; taki stan rzeczy sprawia, że poza sezonem wioski przypominają atrakcyjne wydmuszki, ładnie odmalowane i puste w środku. Ponieważ zainteresowanie winduje w górę ceny nieruchomości, lokalni mieszkańcy nie mogą sobie pozwolić na kupno domu w swojej wsi. Rolnicy nie mają komu sprzedawać produktów, z wyjątkiem sezonu turystycznego. Lokalne społeczności kurczą się i zanikają. W eterze wybrzeża dominują setki angielskich akcentów; tu i ówdzie ktoś jeszcze wywiesza walijską flagę, ale nie wiem, czy na znak rozpaczliwego buntu wobec zachodzących zmian, czy po prostu jako atrakcję turystyczną. Smutne. A przecież Walia zachodnia to język walijski na codzień i chyba najlepiej zachowana kultura ‚prawdziwych’ Walijczyków.

DSC_0260

Z drugiej strony, jak bym miała kasę to też bym sobie taki domek kupiła. Wprowadziłabym się na stałe i pisała mrożące krew w żyłach thrillery o falach rozbijających się o murek.

nk

DSC_0048

I jeszcze, gdyby ktoś szukał imienia dla wioski, którą właśnie buduje, albo np. dla dziecka, to może skorzystać z już istniejących wzorów walijskich, np. z mojego osobistego faworyta właśnie z okolic Cardigan Bay: PLWMP (czytaj: plump). Wyobraź sobie jak wołasz do dziecka w supermarkecie: odłóż zaraz tego lizaczka Plump, nie ma mowy, zjadłeś już 17, mamusia już nie ma pieniążków, wstawaj z podłogi, ja najmocniej panią przepraszam, zwykle nie pluje na obcych.. Plumpeczku, nie gryź pana, przepraszam, ja za wszystko zapłacę, ojezu, gdzie te pie… lizaki..

1

Cardigan Bay to piękne miejsce, idealne, żeby się troche zgubić i trochę znaleźć. Gorąco polaca się czynną eksplorację. I jeszcze orientacja w terenie, dzięki uprzejmości nieocenionych google maps:

mapka

A gdyby kogoś interesowało więcej, to TU jest moja poprzednia relacja z Cardigan Bay. Enjoy.

Plwmp.

 

czas hodowców kóz

Okazało się, że za rogiem od naszej wiochy jeden pan hoduje miniaturowe kozy pigmejki. 28 miniaturowych kóz hoduje, i są bardzo fajne, a jedna pani z pobliskiego osiedla kupiła sobie jedną w charakterze psa do domu i też się sprawdza podobno, i nawet lepiej, bo nie ujada na listonosza i jeszcze to wcale  nieprawda, że kozy śmierdzą, tzn. częściowo nieprawda, bo samce obsikują sobie nogi, żeby zwiększyć swoją atrakcyjność seksualną i tak, wtedy trochę capi, przyznaje John Hodowca Kóz. Wiem, że jest hodowcą, bo po pierwsze tak powiedział, a po drugie miał czapkę z napisem John Hodowca Kóz. I jeszcze jak masz kozę to nie potrzeba ci kosiarki do trawy, dodał, a jak nasra na chodnik to nawet zbierać nie musisz, bo to nie pies. Same plusy.

Red. Jakubkowi przypomniał się natychmiast pan z Jamajki, który ma kafeję w mieście i w menu curry z kozy, które zaczyna gotować o drugiej w nocy, jak się zarzeka z ręką na sercu i którego (curry, nie pana) red. jakoś nie mógł sobie wyobrazić na własnym talerzu i teraz już wie, dlaczego.

Tymczasem pojechaliśmy w nieznane, wykorzystując pogodę zwaną ‚zachmurzenie bez opadów’. Nieznane nazywało się Strumble Head i znaleźliśmy je w północnym Pembrokeshire, niedaleko od Fishguard, i wyglądało o tak:

Oprócz tego, co widać na obrazku, na Nieznane składa się jeszcze Jedna Foka oraz Irlandia po drugiej stronie morza, tzn. tak zakładam, bo nie było widać.

W tamtej okolicy mają jeszcze kilka dziwactw, np. Mnóstwo Starych Samochodów, jak na zdjęciu u góry, albo o, takie coś:

Najlepsze rzecz w Nieznanym to cisza, pustka i przestrzeń. Można sobie wynająć na tydzień domek i słuchać nocą morza, i patrzeć na gwiazdy tak bliskie, że wydaje się, że włażą ci na głowę, i mieć bardzo silne uczucie znalezienia się na końcu świata, na którym nikogo nie obchodzi kim jesteś. Czasem to wszystko, czego ci potrzeba. Czasem to więcej niż można sobie wymarzyć.

m.in. w kwestii kurzej

Chodzi o to, że nie było nic do roboty w sobotę, dla odmiany.  Odgrzebano więc listy z wszystkimi tymi miejscami, które ktoś kiedyś polecił, pożółkłe ze starości, i zdecydowano pojechac do zoo. Zasadniczo nie lubię; bądźmy szczerzy, zoo to jedna wielka klata dla zdołowanych byłych i niedoszłych dzikich zwierząt i żadne tam „Życie Pi” (jakkolwiek dobre by nie było) tego nie zmieni. Tym niemniej wycieczkę do Welsh Zoo pani Anny Ryder-Richardson w St. Florence/niedaleko Tenby/Pembrokeshire uważam za udaną. Jak się okazuje, można stworzyc zoo, w którym zwierzęta będą cieszyc się pewną dozą swobody w warunkach zbliżonych do naturalnych a jednocześnie zwiedzający mogą cieszyc się bezpośrednim kontaktem ze zwierzętami. Np. w fazie REM.

albo z lekkim niedowładem umysłowym

chcacymi zjeśc twoją nogę

o skłonnościach narcystycznych

zajęte oblizywaniem potomstwa

wyczekujące cierpliwie w deszczu, aż coś się poruszy

a jeszcze inne, takie jak ja, olewające to wszystko i udające się do kafei, gdzie można wypic herbatę fair trade i zjeśc yam, yam yam albo yam yam yam yam. Zdjęcie na dowód, żeby nie było, że konfabulacja.

Po prawdzie to miejsce jest najlepsze dla dzieciaków; jeśli takie macie, to dobre pół dnia z głowy, a po powrocie spanie bez marudzenia. Place zabaw, wybiegi na które można wejśc i pociągnąc kangurowatego za ogonek, dużo przestrzeni do biegania, wielki drewniany smok, na którego można się wspiąc i lody za bezcen (taki żarcik niesmaczny). Ogólnie jest dośc drogo (prawie 10 za wstęp od osoby), ale przecież w szczytnej intencji. Nie dla siebie zdzierają, ale dla zwierzątek przecież. Zima idzie. Wielbłądy trzeba obłożyc sianem, natapirowac tapira.

A jak już będziecie wracac z tego zoo, to przy drodze do Carmarthen mają taką kefeję, nazywa się „The Old Mill’, i tam mają najlepszą cream tea (dokładne wyjaśnienie dla niewtajemniczonych tutaj) jaką jadłam w życiu, a mam już bogate doświadczenie, idące w grube kilogramy. Mają również drzewo wyrosłe przez dach. Przed kafeją pan tnie sobie drewno na tartaku i chodzą kury i jest to wszystko ogólnie bardzo malownicze. Ja np. mam duży sentyment do kurów, bo jak byłam mała i jeździłam na wakacje do babci to lubiłam w nich rzucac kamyczkami i patrzec jak śmiesznie podskują i dostają megaturboprzyspieszenia, i jeszcze lubiłam wsadzac kijek przez siatkę od kurnika i dźgac wpienionego koguta. Zanim jednak rzucą się na mnie obrońcy praw drobiu hodowlanego szybko dodam, że po pierwsze, żaden kur nie ucierpiał na skutek moich poczynań, a po drugie, do diety włączam jedynie jajonosy wolnodrapaki organic wypasione na kukurydzy. Taka jestem uświadomiona. Przy okazji też od razu zastrzegę, w razie gdyby komuś zachciało się drążyc temat, że nigdy w życiu nie nadmuchałam żaby, jak co niektórzy, których znam, nawet osobiście.

Serdecznie dziękuję za uwagę,  i udaję się na wakacje w ciepłe kraje, kompetnie ignorując rząd, który obcina mi pensję dla ratowania złupionego przez banki kraju.

I klik na kura.

o chichocie historii, Bońku Zbigniewie i urokach Carmarthenshire

Tu gdzie stoisz, kiedyś płynęła szeroka rzeka mówi Meryl o smutnych oczach, czekająca na moście.

Zauważyłam sprytnie, że ostatnio brytyjska telewizja coraz więcej czasu antenowego poświęca Polakom, jakby kto dał odgórny przykaz: pokazujemy, że nie taki diabeł straszny, i nie każdy Polak łabędziowi Polakiem. I tak obejrzalam sobie ostatnio film dokumentalny, acz fabularyzowany, o losach dywizjonu 303, o którym co nieco się oczywiście słyszało, i Pani w szkole mówiła, ale to jednak co innego jak się posłucha relacji z nieco innej perspektywy. Chłopaki były, jak to nasze, brawurowe, Niemca się nie bały, bić się miały za co; Anglik był bardziej ostrożny, myślał strategicznie, jak było zbyt niebezpiecznie, to się wycofywał; dlatego statystyki zestrzeleń różniły się dość drastycznie, co budziło pewnie niesnaski w łonie RAFu (nie pomagał fakt, że nasi panowie byli szczególnie lubiani przez Brytyjki). Pomimo niesnasek nikt przy zdrowych zmysłach nie negował roli polskich lotników w bitwie o Anglię i ich wkładu w jej obronę przed niemiecką inwazją.

Ale nastał koniec wojny, Europę wschodnią alianci, przy wydatnym wkładzie samej Wielkiej Brytanii, przehandlowali Stalinowi, polscy piloci zamarli w niedowierzaniu; za niedowierzaniem przyszło rozgoryczenie, poczucie krzywdy i wściekłość. Nagle stali się bohaterami niewygodnymi, niechcianymi; kłującymi  w oczy świadkami politycznego świństwa, o którym rządy Brytanii nie chciały za dużo myśleć. Część pilotów w rozgoryczeniu wyjechała do kraju, często skazując się na więzienie lub Sybir, część wyemigrowała do Ameryki i innych krajów, część, mimo nieprzychylnej atmosfery pozostała w Wielkiej Brytanii i jakoś powoli, mozolnie zaczęła układać sobie życie. Film zamyka zdanie wypowiedziane przez jedną z Polek: ‚…nigdy nie czuliśmy się tu tak naprawdę chciani. Ja pytam: dlaczego..?’  Pytanie pozostaje otwarte, chyba.

(Czasem sobie myślę, że nas tak wpuścili tutaj w 2004 bo mieli poczucie winy (i teraz spłacają w benefitach, i tu rozlega się złośliwy chichot historii). Ale to pewnie nadinterpretacja. Faktem natomiast jest, że przynajmniej jeden Brytyjczyk zapłaci za Churchilla i Jałtę. Będzie zmywał gary do końca roku. U sąsiadów też).

Znalazłam tą fotkę na wikipedii, bardzo mi się podoba, ktoś złapał świety moment, rozluźnieni, nonchalant, fajne chłopaki, nic dziwnego, że się koło nich kręciły spódniczki.

Dzień po obejrzeniu filmu siedzę sobie w Toby’s (taka jadłodajnia w Bridgend, stoi się w ogonku i pan nakłada nam na talerzyk co tam sobie życzymy z obiadowego bufetu) i nagle patrzę, a na ścianie nad moją głową wisi sobie obrazek spitfire’a z polską flagą na nosie podpisany: polski pilot dywizjonu 303 w samolocie o nazwie Toby przelatuje nad klifami w Dover. Wicked!

Tyle o sprawach okołohistorycznych, teraz czas na lżejszy kaliber. Dziś na miłe spędzenie czasu zaprasza hrabstwo Carmarthenshire. Carmarthenshire jakie jest, każdy widzi.

Dla rozeznania co i gdzie, bardzo proszę, oto już leci do ciebie mapka by nieocenione google (se można powiększyć):

Dwie propozycje: albo całodniowa wycieczka do Ogrodów Botanicznych, albo całodniowa wycieczka trasą: ogrody Aberglasney, zamek Dryslwyn i wieża Paxton. W Ogrodach Botanicznych (National Botanic Gardens of Wales) byłam dawno temu, pamiętam, że był kwiecień i w sumie troszkę żałowaliśmy wydania sporej kasy, bo mało co kwitło, ale teraz na pewno jest odpowiednia pora.  Ogrody są wyjątkowe w skali kraju, posiadają m.in. niezwykłe botanarium w kształcie wielkiej szklanej kopuły, zwane The Great Glasshouse, w którym mają najprzeróżniejsze cuda roślinne z całego świata. OB są rozległe i dużo jest tam do zobaczenia, dlatego warto poświęcić na nie cały dzień. Więcej info plus ceny i godziny otwarcia można sobie znaleść o tu

Jak ktoś chce sobie bardziej zróżnicować dzień, może ma dzieci, które szybko sie nudzą, to polecam drugą opcję. Zacznij od ogrodów Aberglasney. Wstęp funtów 7, tak, wiem, rip-off, ale co zrobisz, pani. Ogrody nie są szczególnie duże, ale bardzo przyjemne dla oka; posiadają swoją oranżerię z palmami i orchideami, ścieżki spacerowe wśród najróżniejszych kwiatów, drzewka pomarańczowe z prawdziwymi pomarańczami (!), część warzywno-ziołową (zapaaaachy, mmm, lubić-kochać) oraz kafeję w której trzeba zjeść scona z pieca z dżemem i masłem. To takie jakby ciasteczko, bardzo brytyjskie, no i skoro już się jest w tej Brytanii, to trzeba się, prawda, zapoznać. Po dogłębnym zapoznaniu się dowiemy się, że oprócz wiedzy o obcych kulturach zmagazynowaliśmy również zapas kalorii, który wystarczy nam do stycznia. Jak to się człowiek musi poświęcać dla wiedzy, czasem jestem naprrrawdę przerażona.

Po tych traumatycznych doświadczeniach przychodzi czas eksploracji zabytka – zamku Dryslwyn. Zaparkuj na bezpłatnym parkingu (będącym też znakomitym miejscem piknikowym) po czym wespnij się na wzgórze i zamrzyj na widok piękna pól, usianych krówami, malowniczo meandrującej rzeki (rzadkość w Walii), oraz błękitu nieba, oprócz którego nic nam więcej nie potrzeba, jak mówi artysta. Osobiście uważam, że Dryslwyn jest jednym z najpiękniej położonych walijskich zamków.

Zamek został prawdopodobnie zbudowany gdzieś koło XIII wieku, i cieszył się burzliwą historią, na skutek której dzisiaj możemy obcować jedynie z jego ruinami, ale są to ruiny całkiem, nie powiem, sympatyczne.

Dzień warto zakończyć wizytą na wieży Paxton, którą, jak się przypatrzysz, zobaczysz z wzgórza zamku Dryslwyn. Dojeżdża się do niej małymi lokalnymi drogami, samochód zostawia na małym bezpłatnym parkingu i idzie przez pole, względnie biegnie, bo pan farmer parkuje tam byki, takie zwierzątka sympatyczne łaknące kontaktu z człowiekiem.

Wieża posiada pięterko, które kiedyś służyło panu właścicielowi wieży za pokój bankietowy, obecnie pozwala nam cieszyć się widokiem Carmarthenshire z jeszcze wyższej wysokości.

I fajnie jest.

Przy okazji rozmów o futbolu, niemal tak popularnych ostatnio w pracy, jak rozmowy o tej okropnej słonecznej pogodzie, jeden pan inspektór śledczy od przestępstw b-ych zapytał mnie wczoraj: a ty wiesz, kto to był Boniek? Facet od penicyliny? – ryzykuję. Patrzy na mnie jak na oślizgłego przestępcę b-ego i oddala się z godnością. Ciągle zapominam, że niektórzy nie wierzą, że cudzoziemcy też mogą posiadać poczucie humoru i odrobinę inteligencji (czasem nawet jedzą swoje jedzenie przy użyciu noża i widelca!). Za każdym razem jak parkuję swojego osiołka w podziemnym garażu pod pracodawcą powtarzam sobie: bądź poważna. Życie to nie żart.

O brzuchatych wyznawcach Czarnej Śmierci, Porthgain i przebłysku lata

Haaalo, panie! Lato w Walii! Korzystajmy, bo zaraz się skończy, zaprawde powiadam wam, skończy się dokładnie z rozpoczęciem kalendarzowego lata, lub jeszcze przed, prawdopodobnie w poniedziałek przed południem, więc brać kanapki, termos, mapkę i jeździć, zwiedzać, eksplorować, nieść dumnie a godnie sztandar pielgrzyma polskiego na uchodźctwie.

Gdziekolwiek się wybierzesz, będzie Coś. W dzień taki jak dziś, Pembokeshire czy Gower zwali Cię z nóg swoją urodą, zachłyśnie przestrzenią; miasteczka takie jak Tenby czy Newport oczarują Cię swoim kurortowym gwarem i pastelowym urokiem, Brecon Beacons zadowoli na pewno miłośnika górskich spacerów w quasibieszczadzkich okolicznościach przyrody. O wszystkim tu piszę, poszukaj sobie w kategorii „podróże małe i duże”. Nie najatrakcyjniejszy czas na wodospady, bo mało padało ostatnio, do wodospadów najlepiej wybrać się po kilku dniach deszczu, wtedy są spektakularne. Ja się dzisiaj wybieram gdzieś na wybrzeże, czuje, że padnie znów na południowe Pembrokeshire.

Tymczasem polecam wycieczkę na północne wybrzeże parku narodowego Pembrokeshire, do małej wioseczki Porthgain. Można połączyć z wycieczką do uroczego  Newport bo to niedaleko, ewentualnie można sobie zaplanować rajd po całej okolicy trasą Porthgain – Fishguard – Newport, wszystkie są warte odwiedzenia. Oto mapka orientacyjna dzięki bezwiednej uprzejmości nieocenionego Google.

W wioseczce Porthgain można znaleźć: podtatusiałych księgowych, próbujących w niedzielne popołudnie oszukać rzeczywistość prężąc okazałe brzuchy opięte czarna błyszczącą skórą z napisem Black Death i popijając coca colę przy swoim wypolerowanym Harleyu; uroczy porcik, malowniczo wpisane w skały pozostałości przemysłu wydobywczego rozmaitego, objęte kolczastym protektoratem Parku Narodowego, ładne widoczki i mniej niż umarkowane ceny na świeżą rybkę.

To, co prawdopodobnie uderzy Cię po przybyciu na miejsce i zaparkowaniu na darmowym (sic!) parkingu, to właśnie ruinki przemysłu wydobywaczego różnego, malowniczo wpisane w klify na podobieństwo jakiejś prastarej twierdzy. Przez lata miejsce to służyło m.in. bogatym przemysłowcom do stawania się jeszcze bogatszymi, a biednym robotnikom do nabywania chronicznego artretyzmu i spadania z klifów na skutek braku behape. Wydobywano tu łupki, wytwarzano cegły, produkowano kamienie do budowy dróg; wszystko to  zamknieto mniej więcej przed drugą wojną światową. Dziś całość objęta jest ochoroną jako element dziedzictwa narodowego; to bardzo atrakcyjne miejsce przyciągające sporo turystów, w tej liczbie zachwyconych fotografów i wspomnianych już niedzielnych wyznawców podtatusiałej czarnej śmierci.

A przy okazji, czy ktoś ma pomysł, jak pozbyć się z głowy piosenki ‚bang, bang..’?

Tyle na razie, albowiem nie mam czasu do stracenia. Pamiętaj, że ostrzegałam w kwestii tego lata.