dwa wodospady

wodospad-sepia

Taka sprawa. Kiedy kilka lat temu pierwszy raz pojechałam na wodospady wiedziałam o nich niewiele, a ponieważ mapy są generalnie poniżej mojej godności włóczykija, oczywiście natychmiast się zgubiłam. Temu faktowi, oraz tradycyjnemu już zawracam bo umęczyłam się jak norka, tylko jeszcze zerknę co tam za rogiem zawdzięczam niezwykłe spotkanie. Wyjątkowo przystojny rozłożysty wodospad lśniący w ostrych promieniach wczesnozimowego słońca wyłonił się przed moimi oczami zupełnie niespodziewanie; i nie był to żaden tam zen-poszumek w tle, ale regularna ogłuszająca kaskada wkurzonej wody. Magia. Fotka na górze niestety nie oddaje zjawisku sprawiedliwości.

Przez kilka następnych lat próbowałam tam wrócić, ale nigdy nie udało mi się odnaleźć drogi. Wiedziałam tylko, że trzeba było wejść do rzeki, obedrzeć skórę na tyłku przełażąc przez skałę, prawie skręcić nogę w kostce na wertepach; ogólnie mało pomocna wiedza w krainie, która składa się prawie wyłącznie z takich atrakcji.

W końcu znalazłam sobie innego ulubieńca w zastępstwie i przyjęłam, że tamten mi się przewidział. Zastępczy ulubieniec nazywał się wdzięcznie Sgwd Isaf Clun-Gwyn i wyglądał o tak:

dsc_0299

Ten wodospad poruszył we mnie czułą strunę z kilku powodów. Po pierwsze, stosunkowo niewiele osób tam dociera. Wymaga to pewnego wysiłku. W dodatku wodospad jest tak schowany, że nie każdy podejmujący ten wysiłek go zauważy. Po drugie, jest jakoś tak elegancko ‚zaprojektowany’, że wraz z otaczającą go zielenią tworzy obraz idealny, ten z kategorii przysiądźmy i posiedźmy bez słowa, pozwalając się ugłaskać i ukoić.

I tak sobie chodziłam do niego trzy, cztery razy w roku, wciąż gdzieś tam podskórnie marząc, że może kiedyś odnajdę ten pierwszy.

DSCN0181DSCN0204

Któregoś dnia grzebałam za czymś w archiwum i znalazłam kilka zdjęć z tamtego pamiętnego przypadkowego spotkania. Jeden szczegół przykuł moją uwagę, i nagle poczułam jakbym dostała między oczy i jednocześnie uniosła się w górę. Głaz, wypatrzyłam ten głaz, który wyglądał tak znajomo. O’matko.. Jak ja mogłam tego nie skojarzyć przez tyle lat..?

Okazało się, że moje dwie miłości to jeden i ten sam wodospad. Tylko widziany z innej perspektywy i przez to wyglądający inaczej.

Życie ma swoje momenty.

Happy days!

wod

Bonus: na drugą stronę Sgwd Isaf Clun-Gwyn dociera bardzo niewiele osób, a dopiero z drugiej strony można zobaczyć i docenić rozmiar i kształt wodospadu. Włóczykij dwa razy bardziej usatysfakcjonowany.

Króciutki wytwór amatorskiej kinematografii dokumentujący spotkanie po latach.

żeby się tak chciało jak się nie chce

nm.jpgNajważniejsze w życiu to żeby nie stracić entuzjazmu. Dbać, żeby nie zmarzło niebożątko, dokarmiać, wyciągać za uszy z łóżka, zapewniać rozrywki, dopalać inspiracją, bo jak sobie pójdzie, to zostaje ci głównie oglądanie tokszołów o ludziach, którzy są dla siebie jednocześnie bratem i stryjecznym dziadkiem. Nie próbuj tego ogarnąć, szkoda czasu.

Z upływam lat walka o entuzjazm jest coraz trudniejsza. Coraz mniej ci się chce, coraz mniej cię inspiruje, coraz łatwiej włączyć telewizor, robisz się zmęczony od zarabiania na rachunki, wyblakły od monitora, znudzony. Nagle twoja tarczyca próbuje cię zabić, a wejście na piętro kończy się masażem serca. Przytłaczają cię współpracownicy wiecznie pławiący się w życiowym niezadowoleniu; coraz częściej dla świętego spokoju idziesz z tłumem zamiast pod prąd. Zaczynasz kolekcjonować te wszystkie złote maksymy o tym jaką to bitch jest życie, i ani się nie obejrzysz, a zaczynasz kiwać głową nad dzisiejszą młodzieżą.

Stajesz się w jakiś sposób nieprzepuszczalny, odizolowany, emocje odbijają się od ciebie nie przebijając się do środka. Chcesz coś poczuć, żeby sobie przypomnieć, że jeszcze żyjesz, ale nie masz czasu.

Znajdź czas.

DSC_0254Od kilku dni chodzę po ścianach. Setki lat nigdzie nie byłam. Powtarzalność każdego dnia doprowadza mnie do szewskiej pasji, na wszystkich warczę. Muszę przełamać rutynę, musi mi się znowu zachcieć tak jak mi się nie chce. Więc wyjeżdżamy rano. Wodospady. Kiedyś się zgubiłam i brocząc rzeką i obijając tyłek na skałach wylazłam wprost na Cudo. Wodospad wielki, rozłożysty (jak na walijskie warunki; Walia to jest w ogóle taka Nowa Zelandia w wersji skompresowanej). Od tamtej pory usiłuję go odszukać, ale zawsze coś mi staje na przeszkodzie. Zaczęłam nawet myśleć, że padłam wtedy z wysiłku i mi się zamajaczył. Ale M. ostatnio znalazł i napisał entuzjastycznie. Poruszył moją ambicję. To jedziemy.

DSC_0237DSC_0267

Tymczasem ścieżkę mi zamknęli. ‚Dla bezpieczeństwa’. Co, ja nie pójdę..? Cholera, croissanty zostały w samochodzie. Świeżutkie, z almondami. Nie bądź dzieckiem. Albo bądź, kurde. Co ja nie pójdę tą ścieżką? Przecież wiadomo, że oni tu maja kuku na punkcie BHP, a ja ostatecznie pochodzę z narodu, który z szablami leciał na czołgi. Idziemy. Ścieżka wije się wzdłuż rzeki, biegnie pod nerwowo wyglądającymi ścianami klifów, wszędzie wystają korzenie. Ślisko; tu trzeba się wspiąć, tam podeprzeć, tu zjechać na tyłku; rewelacja. Zaczynam czuć, że jestem. Oddycham. Walia jest krajem typu ‚właściwie to już wracam, no dobra, to jeszcze zerknę co za rogiem’ a za rogiem jest zazwyczaj nieoczekiwany gwóźdź programu. Taki jak ten właśnie wodospad o wdzięcznej nazwie Sgwd Isaf Clun-Gwyn. Nie ten, którego szukałam. Oczywiscie kompletnie pomyliłam parkingi i punkty wyjścia. Znowu się nie uda. Ale nic nie szkodzi.

DSC_0299Przypadkowość odkrycia wprawia w osłupienie na równi z jego urodą. Do tego dookoła nie ma żywej duszy. Możesz siedzieć tak długo jak chcesz, popijać przytaszczoną herbatę, kłócić się, kto był odpowiedzialny za zapomniane croissanty. Oddychać, odczyniać uroki. Dać się wypełnić znośnej lekkości bytu. Potem iść dalej, bo skoro jedno cudo było, to czemu nie następne? Schodzić wciąż dość ostro w dół (odsuwając od siebie myśli o powrocie). Kilkaset metrów dalej, proszę bardzo, cała seria. Są większe niż wyglądają na zdjęciu, bo uparcie używam obiektywu szerokokątnego który lubi zakłamywać rzeczywistość.  Za to go kocham, chociaż akurat nie w tym przypadku.

wodosPotem można odkryć jeszcze jeden wodospad i jeszcze jeden, a potem zamknąć kółeczko i zacząć powrót, który oczywiście będzie ciął stromo pod górę. I tu mogłabym spokojnie paść i zadzwonić pod zapodawany wszędzie numer alarmowy, ale mi duma nie pozwala. Poza tym to zmęczenie jest fajnym zmęczeniem. Innym niż to codzienne. No i mam te croissanty w samochodzie; zdumiewające, że taka mała rzecz może człowieka zmobilizować, i to na odległość.

wodospPrzybyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam. Nie to co planowałam, ale nie szkodzi. Życie to jest to co ci się przytrafia kiedy jesteś zajęty robieniem innych planów. Jestem usatysfakcjonowana, bardzo. Na jakiś czas.

11

 PS. Opis trasy pojawi się wkrótce na „Wędrowaniu’, gdyby ktoś chciał się zmierzyć.

masz doła? wleź na górę.

DSC_0267

Jak tylko nie leje, to w Walii można robić fajne rzeczy. Można pojechać do wodospadów Blaen-Y-Glyn, przedzierać się przez las pełen pospadanych drzew i podejrzanych trzasków i wpaść lewą nogą do lodowatej wody; tachać cały sprzęt do herbaty w plecaku, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że torebki od herbaty zostały w kuchni na stole. Pić z obrzydzeniem ciepławą wodę z mlekiem i cukrem i kłócić się, czyja to do chuja wafla wina; przy okazji wypominać sobie wszystkie zapomniane torebki od wszystkich zapomnianych herbat świata od zarania dziejów.

DSC_0148

Potem można siedzieć w kafei, odmrażać się zupą ze stiltona i kalafiora, błogosławiąc Panią Zupową, a na deser wreszcie wypić herbatę z filiżanki w różyczki bone china (nie mylić z made in china) zaparzoną z prawdziwych liści, we prawdziwym dzbanku.

DSC_0188

A  potem stanąć u podnóża góry Craig-Y-Fan Ddu z zamiarem Zdobycia, nie zważając na już nieco sflaczały Zapał; wyglądać przy tym jak prawdziwa La Faszynista, albo skrzyżowanie rybaka z krabem polarnym.

tam sie wlazlo

Potem wwlec się na Górę przy pomocy siły woli już prawie umierając z wycieńczenia i natychmiast odzyskać ostrość umysłu i sprężystość kroku na skutek temperatury sub-zero i arktycznego wiatru; pospiesznie zniknąć za horyzontem.

stuarcik

Potem wrócić, znaleźć metr kwadratowy wolny od wiatru, zmieszać miękkość podłoża torfowego z chrupotem zmrożonych traw, ciszą i przestrzenią i odnaleźć spokój ducha, który gdzieś tu właśnie sobie wymościł gniazdko razem z duchem Gretowym i kurczyli się ze zgryzoty i zimna od paru miesięcy.

DSC_0285
W drodze powrotnej jeszcze można przeganiać z drogi nieprzesadnie mądre kuce, które przelazły przez płot i nie umieją przeleźć z powrotem; do kobiet w wielkich gumowych spodniach mają stosunek ostrożny; co jest poniekąd zrozumiałe i prawie nie chowam urazy.

DSC_0209

I jeszcze parę innych fajnych rzeczy można robić w Walii, tylko trzeba się ruszyć z domu.

I jeszcze chciałam powiedzieć, że to bardzo smutne, że nasi alpiniści znowu zginęli w górach; ale z drugiej strony jak umierać alpiniście, jak nie na Górze?

o plagach walijskich, jednym wodospadzie i grubej kasie

Dotknęła nas plaga wichur i ulew. Horror jakiś, panie. Płot wygiął się w malowniczy pałąk. Pergola trzyma się w kupie wyłącznie z sympatii dla oplatającego ją wiciokrzewu. Starszy Wróbelski pilnie potrzebował gdzieś polecieć, walczył, walczył, w końcu rąbnęło nim o sąsiadki komin i uznał, że pierdoli, aż tak mu się nie spieszy. Nawet nasiona wywiało z doniczek. Trudno w takich warunkach myśleć o czymkolwiek innym niż koc, herbata i oglądanie seriali. Chyba, że właśnie nabyto drogą kupna nowe Buty do Wędrówek domagające się testów pogodowych. Dzięki czemu dziś mogę zaoferować coś dla miłośników kąpieli błotnych, ukrytych wodospadów i mżawy w twarz. Miłośnik ukrytych wodospadów i mżawy w twarz wygląda tak:

Miłośnik kąpieli błotnych nie wygląda, bo utkwił w błocie i nikt go od tej pory nie widział.

Do rzeczy. Wytropiłam kolejny wodospad. Znajduje się w parku Narodowym Brecon Beacons, w Górach Czarnych, w miejscowości Talgarth, o, tu (mapka by nieocenione google):

Po dojechaniu do Talgarth należy się kierować na rezerwat leśny Pwll-Y-Wrach i zaparkować na mini parkingu przy uschłym dębie. Jak nie ma miejsca, to zaparkować w Talgarth i sobie dotuptać.

A potem tuptać dalej bagienną ścieżką przez las usiany niebieskimi i białymi dzwonkami, i w konsekwencji znaleźć wodospad o taki:

Usiąść i zamyślić się. Pogrzebać kijkiem w błotku. Przeczytać w przewodniku, że Pwll-Y-Wrach oznacza ‚sadzawkę czarownic’, co podobno ma związek z sympatycznym  średniowiecznym obyczajem wrzucania bab do głębokiej wody. Jeśli po wrzuceniu baba utonęła to świetnie, znaczy, niewinna była, nie przez nią krówy przestały dawać mleko; jak wypłynęła, to szybko należało wytłuc z niej szatana razem z życiem przy użyciu długich drągów. Paragraf 22, panie. Ale wodospad bardzo ładny. Koneserzy gatunku na pewno docenią. Błotko też.

Był jeszcze jeden cel wyjazdu: znaleźć poleconą w jednym z komentarzy plantację żonkili, i NAPRAWDĘ nie wiem jak to się stało, że w zamian znaleźliśmy kafeję. Ale nie żałuję, bo z okien kafei można było zobaczyć m.in. jak koń z panią przewraca się na dżipa, a gromada owłosionych harleyowców z Albionu popija w deszczu popołudniową herbatkę z filiżanek w różyczki. Kafeja składała się głównie z książek i sosów:

.. oraz grubej kasy na stare pieniądze..

.. które były absolutnie obłąkane i całe szczęście, że je zmienili. No bo tak. Teraz mamy funta i pensy. Przed 1971 r było tak: 1 funt (pound, zwany też sovereign, czyli suwerenem ) to było 20 szylingów (shilling, zwany alternatywnie bobem); 1 szyling to było 12 pensów (penny). Pens dzielił się na: dwa półpensy (halfpenny)  albo cztery ćwierćpensy (quarter penny). Jeden półpens składał się z dwóch farthings. Były trzypensówki, sześciopensówki (sixpense); dwa szylingi nazywały się alternatywnie two bobs, pięć szylingów tworzyło crown czyli koronę; 1 funt i jeden szyling tworzyły 1 gwineę.. zgubiłeś się i ziewasz, nic nie szkodzi, ja też, a to jeszcze wcale nie koniec, ale chyba już sobie darujemy, thank you very much. Podążanie tą ścieżką przyniesie nam jedynie finansowy ból głowy.

No i wygląda ostatecznie na to, że na łikendzie będę stawiać nowy płot, co jest na pewno fascynujące a nawet wręcz przeciwnie. Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

i znowu o tych wodospadach, no ileż to można

Wracam uparcie do wodospadów w dolinie Neath, kilkakrotnie już opisywanych na tym blogu; uwielbiam tam jeździć o każdej porze roku, ale z fotograficznego punktu widzenia jesień jest szczególnie atrakcyjna, nie tylko ze względu na kolory upadłych liści, ale głównie z powodu deszczu (nie sądziłam, że to powiem) który zwiększa objętość wody w rzece Nedd Fechan i wzbudza furię w wodospadach.

Odkryłam ostatnio, że wodospady w Neath mają swoje komercyjne zastosowanie, służą mianowicie Zeskakiwaniu Ludzi Ze Skały w Głąb Wód Za Kasę, zwanemu w skrócie ‚waterfall jumping‚. Spacerując sobie cichutko ścieżką i nie wadząc nikomu moża zostać staranowanym przez grupę nabuzowanych adrenaliną skoczków, biegnącą kolektywnym truchtem od wodospada do wodospada; grupa biegnie, jak sądzę, głównie w celu przeciwdziałania zamarznięciu na skutek kontaktu z lodowatą wodą. Cool.

Rzecz jest profesjonalnie zorganizowana i pod opieką instruktorów; jeśli czujesz, że ten rodzaj lodowatej rozkoszy cię kręci, to w necie bez problemu znajdziesz stronki firm organizujących.  Są również tacy, którzy potrzebują więcej adrenaliny – i ci skaczą sobie bez instruktorów, ot, z doskoku, czego zdecydowanie nie polecam, bo po pierwsze, głębokość wodospadu zależy m.in. od opadów i może różnić się dramatycznie za każdym razem, a po drugie, i konsekutywne, życie z prespektywy wózka inwalidzkiego może być trochę uciążliwe. Nie wszędzie są rampy, rozumiesz.

Co by tu jeszcze pożytecznego napisać. O! W Pontneddfechan, które jest idealnym puktem wyjściowym do spaceru do wodospadów, znajduje się centrum informacji turystycznej zwane  „Waterfalls Centre„, w którym można skorzystać z informacji, nabyć drogą kupna mapkę, ewentualnie stosowny pamiątkowy magnes na lodówkę.

Poza tym chwilowo mnie nie ma bo wybiegłam w przyszłość.

Cium.

jeszcze o wodospadach, tłamszącej pogodzie i Ibizie

Pogoda nas ostatnio tłamsi, wichury zrywają mosty, deszcze podtapiają miasta, na północy straty szacuje się na 100mln funtów (swoją drogą, zawsze mnie fascynowało, skąd biorą się takie liczby..). Rząd już spieszy na ratunek, a jakże, przeznaczając na pomoc cały 1 milion funtów (..i takie). Jedyny pożytek z tych szaleństw pogody mają fotografowie, jeśli, oczywiście, posiadają przy sobie trzy zmiany odzieży i nie straszny im błotny ślizg na dupsku w dół zbocza, pięć czy sześć siniaków, statyw wbity w podudzie i sympatyczny kontakt lewej nogi z lodowatym strumieniem. Spełniwszy wymienione warunki i pozostawszy się wśród żywych, można sobie przywieźć np. taką oto fotkę:

Jakby jakieś Rivendell, nie? Wodospad nazywa się Henrhyd Falls, jest podobno najwyższym wodospadem w południowej Walii i jest do znalezienia w Neath Valley na północ od miejscowości Seven Sisters i Dyffryn Cellwen, na obrzeżu parku narodowego Brecon Beacons. Powinien być zaznaczony na każdej szanującej się mapie okolicy (papierowej). Uwaga, dojazd drogą lokalną, dość wąską, trzeba zachować ostrożność. Droga prowadzi do parkingu (bezpłatnego) z którego wychodzimy na ścieżkę biegnącą dookoła wodospadu; będzie trochę w dół i trochę pod górę, ale serio nic, z czym nie poradziłaby sobie mniej niż średnio wysportowana jednostka, dajmy na to, późny balzak.

Mapka orientacyjna (by google). Przyznaję się od razu do literówki w nazwie Henrhyd, ale założę się, że nie znajdzie się jedna osoba wolna od grzechu w kwestii walijskiego nazewnictwa (wliczając ludność rdzenną) aby rzucić we mnie kamieniem pedagogicznego potępienia.

Neath Valley to w ogóle raj dla łowców wodospadów. Sporo już o tym pisałam tu ale jest jeszcze conajmniej jedno miejsce, o którym nie wspomniałam – nazywa się Melincourt Falls (mapka). Łatwo je znaleźć; zostawiasz auto na bezpłatnym parkingu po drugiej stronie ulicy i idziesz sobie leśną ścieżką, niezbyt długo, a na końcu ścieżki jest takie coś:

Skala zjawiska jest nieco bardziej imponująca w rzeczywistości niż na tej fotce (plus oczywiście dochodzi huk). Właściwie są tam dwa wodospady, z tym, że ten drugi (po prawej) jest znacznie skromniejszy.

Najlepiej zaplanować sobie jednodniowy rajd po wodospadach zaczynając od Aberdulais Falls (jedyne miejsce z trzech, w którym trzeba płacić za wstęp, no ale tam są jeszcze inne atrakcyjne atrakcje), poprzez Melincourt i dalej do Henrhyd Falls, zrobić kółeczko, wrócić do domu, zmienić skarpety, odgrzać pomidorową i obejrzeć coś fajnego np. film, w którym Hugh Grant da się lubić nawet takim cynicznym babom jak ja, oraz padają takie wypowiedzi jak:  otworzysz drzwi dla jednej osoby, i potem każdy może wleść albo: dwoje to za mało, potrzebny jest backup, oraz moje ulubione: każdy człowiek jest wyspą. Ja lubię myśleć, że jestem Ibizą.

Wszystko razem do – pardon le mot – kupy to nienajgorszy sposób na przetrwanie paskudnej jesiennej soboty, uważam.

__________________

Zdjęcia na blogu są mojego autorstwa. Wszystkie prawa, zdecydowanie, zastrzeżone.

o polityce, Stephenie Fry’u i troszeczkę znowu o wodospadach

DSC_0070

Kręci się, pani. Kraj żyje telewizyjną debatą polityczną, do której po raz pierwszy w historii BBC zaproszono przedstawiciela nacjonalistów (BNP), Polonia żada kastracji Stephena Fry’a za niefortunną wypowiedź o Auschwitz, Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę a wodospady w Neath eksplodują wodą po ostatnich opadach. Plus Rob Cztery Żony twierdzi, że kiedyś w Amsterdamie spotkał prawdziwych Bonnie i Clyde’a; mogło mu się to jednakże tylko wydawać, bo w tamtych czasach w Amsterdamie sporo się wypalało tego i owego; zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Ale po kolei.

Lubimy Nicka Griffina, lidera BNP, oj lubimy. Głównie dlatego, że dostarcza nam tak rzadkiego w tym kraju, a wspominanego z łezką w oku jako element życia codziennego w ojczyźnie, folkloru politycznego. Przez niektórych zwanego prościej cyrkiem. Griffin jest politycznie niepoprawny, jest rasistą, często wygaduje straszne banialuki; scena polityczna traktuje go jak zgniłe jajo, większość społeczeństwa go nie trawi.. ale jego partia wygrała w tym roku 2 miejsca w parLamencie Europejskim. Pozostałe partie, nie wiedząc co z tym fantem zrobić, postanowiły go ignorować, mając chyba nadzieję, że się sam rozpuści w walijskim deszczu (mieszka na farmie w środkowej Walii); alternatywnie stosuje się taktykę wyśmiewania. Najwięksi prześmiewcy, tak rządowi jaki opozycyjni,  przegapiają jednak drobny fakt, mianowicie, że społeczeństwo jest zmęczone kryzysem, niewydolnością dotychczasowej sceny politycznej, dyplomatycznym bullshitem płynącym z ust polityków oraz byciem ignorowanym. Jedną rzecz trzeba przyznać Griffinowi: mimo, że jego poglądy są bardzo niepopularne, wręcz karalne, on ma odwagę je głosić z uczciwością kompletnie niedyplomatyczną, i czasem wśród banialuk zdarza mu się mówić wprost o tym, czego niektórzy zwykli zjadacze chleba nie mają odwagi wyartykułować, żeby nie być posądzonym o ciemniactwo i nietolerancję. I to właśnie może mu przysporzyć zwolenników.  Podobnie, jak traktowanie go jak nieszkodliwego przygłupa przez pozostałe siły polityczne. Ludzie są wściekli, że rząd nawala w wielu sprawach, m.in. w sprawie polityki imigracyjnej, udając już zbyt długo, że sprawa nie istnieje. Griffin mówi: wysłać wszystkich kolorowych do domów i po sprawie; i nagle niektóre białe jednostki myślą sobie, no tak, tak, może coś jest na rzeczy. I niedorzeczność tego postulatu nie ma tu znaczenia, bo Griffin proponuje Rozwiązanie, coś, czego nie oferuje żadna inna partia. Griffin mówi: islam to zagrożenie. I trafia do tych, którzy czują sie niepewnie w swoich własnych małych mieścinach, w których nagle pojawia się mnóstwo ludzi w dziwnych ubraniach.

Dostało się BBC za zaproszenie go do debaty. Niesłusznie moim zdaniem, bo w końcu od tego jest ta jakże obtrąbiana przez wszystkich cudowna demokracja, żeby każdy mógł głosić swój pogląd, i każdy mógł oceniać, w co chce wierzyć. Ale politycy boją się, że społeczeństwo nie jest dostatecznie mądre, i chcą upewnić się, że dokona właściwych wyborów. Niesłusznie również z innej przyczyny – potężni szefowie publicznej doskonale wiedzą co robią. Pomijając fakt, że oglądalność skoczyła astronomicznie, to upewniono się, że lidera BNP spotka odpowiednie przyjęcie ze strony pozostałych gości i publiczności. Cały program był tendencyjny i sprowadził się do atakowania typa, bez dania mu szansy skończenia jakiejkolwiek wypowiedzi; co wskazuje na to, jak bardzo ktoś obawia się, żeby Griffin nie zabrzmiał zbyt rozsądnie.

Umówmy się, mnie BNP wisi zasadniczo, raczej bawi, niż denerwuje; przyglądam się im jednak z pewną dozą ostrożności podyktowanej naszym doświadczeniem historycznym. Tak, powinniśmy być ostrożni, ale też jeśli mamy wierzyć w tę całą demokrację, to powinniśmy stosować jej zasady dla wszystkich jednakowo; i  jeśli obawiamy się BNP, to powinniśmy pojąć z nimi dyskusję opartą na argumentach. Logika jest bardzo skuteczną bronią w walce z nacjonalizmem, znacznie lepszą niż szydzenie, lekceważenie lub zaprzeczenie. Politycy nie wydają się uczyć na błędach przeszłości, chociaż kto jak kto, ale właśnie oni powinni, dla ogólnego dobra. Tylko, że do tego trzeba być politykiem odpowiedniego formatu, a tych dzisiaj nie ma wielu.

Jak ktoś życzy poświęcić godzinkę, ot, dla podszkolenia postawy obywatelskiej, tudzież pokłócenia się z moim odbiorem spraw, to może sobie debatkę obejrzeć tu.

Alem sie rozpolitykowała. To jeszcze krótko o S.F. i potem luzik. Stephen Fry jest niesamowicie łebskim facetem, intelektualną legendą w UK, gościem słynącym z erudycji i dowcipu. I oto w ferworze jakiejś telewizyjnej dyskusji o nacjonalizmach i euroośle Kamińskim, zdarzyło mu się chlapnąć o tym nieszczęsnym Auschwitz (..pamietajmy po której stronie granicy był Auschwitz..). Polonia natychmiast zagrzmiała; odbyły się protesty, w kościołach palono gromnice i  śpiewano Rotę a w okolicach Hyde Parku zorganizowano na prędce kilka oddziałów powstańczych. Znowu nas biją, krzyczeli naród; nie damy, nie pozwalamy, Bóg, Honor, Ojczyzna! Wielkie mózgi forum onetu określały Fry’a w najlepszym przypadku jako angielskiego analfabetę. Tymczasem Fry grzecznie przeprosił na swoim blogu (świetnym z resztą), przyznał się do palnięcia głupoty i bynajmniej nie próbował się rozgrzeszać. Zostałam fanką. Niecierpię pieniactwa i nierzetelnej dziennikarki, a to, co media typu onet nawyprawiały z tym drobnym incydentem, bez najmniejszej próby dowiedzenia się kim jest ten człowiek, i jakie są jego poglądy, pozostawia mnie w niesmaku.

No ale przynajmniej coś się dzieje, odrobina emocji w jesiennej stagnacji. Plus wodospady – taa, te co już znamy, w Pont Nedd Fechan (free kibel przy mini parkingu). Było mokro, szarawo, zimnawo; tradycyjnie wpadłam w błotko po kostki i zaliczyłam kontakt intymny z glebą; ale było warto.  Pacz:

DSC_0099

Co jeszcze.. Lars! Prawie zapomniałam o Larsie. Bianca wyjechała z miasta a Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę. Nawet nie czytaj opisów ani pseudo recenzji, wypożyczaj w ciemno, czy tam kupuj, mówię ci. Ryan Gosling zasługuje na Oscara, kilka linii w scenariuszu na nieśmiertelność a film na miejsce honorowe na półce, gdzieś pomiedzy pomiędzy Jak w niebie (szwedzkim) , Billy Elliot i Historiami Kuchennymi.

O Robie Cztery Żony będzie kiedy indziej, osobistość ta bowiem zasługuje na odrębną opowieść.

A Kuba ciągle w Azji. Chyba będzie się żenił.

DSC_0005