trochę o polityce, gospodarce i prawie o seksie

Miałam dzisiaj sen proroczy prawdopodobnie. Śnił mi się Mike z łzami jak grochy uczepionymi drżąco powiek jego niewinnych niebieskich ócz,  zwalniany przez naszą szefową podczas team meetingu w kościele katolickim zresztą.  Źródeł snu upatruję w dwóch zdarzeniach. Kilka dni temu po raz pierwszy zjadłam passion fruit. Jak już zjadłam, cała zadowolona, to przeczytałam w internecie, że nazwa nie ma nic wspólnego z seksem, ale z męką Chrystusa na krzyżu.* No i masz. Drugie zdarzenie to cięcia budżetowe, którymi żyje kraj, a które serwuje nam Cameron David, szef rządu, człowiek o charyzmie zapiekanki z keczupem i niewielkim związku z rzeczywistością zwykłego zjadacza ryby z frytami.

Bo tak to już jest, że kiedy do władzy dostaną się konserwatyści, to chcą zrobić dobrze głównie prywatnej inicjatywie, gospodarce, bankierom, nieziemskim bogaczom oraz pozostałym konserwatystom (wszystkim trzem, którzy się nie załapali do powyższych kategorii). W przeciwieństwie oczywiście do partii pracy, która chciała zrobić dobrze biednym i średnio biednym, rozbujała socjał do poziomu absurdu, w którym niektórym nie opłaca się pracować i wyprodukowała conajmniej dwupokoleniowe kaleki społeczne, niezdolne do wyrwania się z kręgu kultury zasiłku (benefits culture, termin oficjalny).

I tak buja się Brytania od skrajności w skrajność. Pani baronowa Thatcher, znienawidzona szczerze w Walii i części postprzemysłowej Anglii, zamordowała przemysł cieżki, wysłała policję na strajkujących, przestawiła gospodarkę z produkcji na usługi i finanse, dała bankom wolną rękę rozpoczynając boom kredytowy;  zapoczątkowała również zjawisko biedy i bezrobocia, które szybko objęło całą rzeszę małych lokalnych społeczności. Partia pracy poddźwinęła pułap biedy, poniżej którego nikt w społeczeństwie nie mógł zejść, i korzystała z boomu gospodarczego, nie kontrolując, dokąd to wszystko zmierza, radośnie uczestnicząc w konsumpcyjnym trybie życia, który opanował społeczeństwo i jak ono wydając pieniądz ponad stan, nie robiąc żadnych oszczędności. Kiedy to wszystko pieprzło, i przyszedł z Ameryki credit crunch, odbyły się wybory, wygrali minimalnie konserwatyści do spółki z liberałami, i zabrali się do naprawiania gospodarki i obcinania wydatków, w tym benefitów, bo tu jest według nich pies pogrzebany. Poniekąd słusznie. Ale.

Już wiadomo, że prawie każde ministerstwo (w tym moja skromna osoba jako część budżetówki), musi się liczyć z drakońskimi cięciami personalnymi.  Rząd chce, aby ciężar zatrudnienia prawie pół miliona osób, które planuje zwolnić, przejął sektor prywatny. Tylko, że sektor prywatny też ledwie ciągnie, pozwalniał już kogo mógł, poupadał, gdzie się dało i kwiczy, a rząd póki co nie robi nic, żeby tworzyć nowe miejsca pracy. Podnoszą się głosy ekonomistów, w tym brytyjskiego noblisty od ekonomii, że drakońskie cięcia zamordują raczkującą odnowę gospodarczą. Rząd nie słucha. Rząd ma wizję. W statystyce. W cyferce. Wyliczył sobie.

Więc może być zabawnie.

Bo jak zwykle kto poniesie największe koszty napraw gospodarczych? A taki ktoś jak ja, dobry prawie-obywatel, uczciwy podatnik, ciężko pracująca nisko opłacana komórka społeczna, nie otrzymująca żadnych benefitów, nie posiadająca nawet debetu w banku, bo szczerze nienawidząca wszelkich długów; nie chciwy bankier, nie krótkowzroczny polityk, nie  beneficjent systemowy (ten se zawsze jakoś poradzi) ale ja. I Mike, który jest na tyle młody, idealistyczny i naiwny, że zrozumie, jak go wywalą z pracy, bo to dla dobra kraju i tak trzeba.

Ciekawy artykuł w The Independent, tylko odrobinę przesadzony.

A tu, żeby nie było tak pogrzebowo, o tym, jak to jest być nienawidzonym przez Daily Mail kiedy się jest inteligenckim gejem.

_____________________________

* co wiedziałabym, gdybym znała polską nazwę, męczennica jadalna, którą gdybym znała, to nie zjadłabym, bo jakoś tak nie tego, nie?

O nie-meczecie nie w Strefie Zero

Dzisiaj trochę z innej beczki.

Niektórzy Polacy do ostatniej kropli krwi bronić będą krzyży, a niektórzy Amerykanie tzw. Strefy Zero. Wychodzi na to, że ostatecznie tak bardzo się od siebie nie różnimy.

W kwestii tzw. meczetu w strefie zero: polecam zabawny i głęboko sensowny artykuł Charlie’go Brookera z „Guardian”, z którego pozwalam sobie przetłumaczyć kilka fragmentów.

„Amerykę trawi ogień. Jest tak gorąco, że prawdopodobnie mógłbyś upiec kiełbaskę jedynie poprzez skierowanie kijka w kierunku Atlantyku.  Miliony wiją się w histerii na wieść, że oto banda triumfujących muzułmańskich ekstremistów ma zamiar wybudować „Meczet Zwycięstwa” w samym środku nowojorskiej Strefy Zero.

Planowany ‚ultra-meczet’ będzie miał oszałamiającą wysokość 2000 m – pięć razy większą niż największy budynek na świecie, na szczycie będzie miał  kopułę ze szczerego złota, wypolerowaną na wysoki połysk i pieczołowicie umieszczoną tak, aby odbijała światło słoneczne w kierunku chodnika, gdzie będzie oślepiać przechodniów i zwęglać małe pieski.  Główny budynek będzie składał się z 600 minaretów, każdy w formie środkowego palca; każdy z nich będzie miał wmontowany potężny wzmacniacz; zsynchronizowane będą produkować wezwanie do modlitwy tak potężne, że będzie je słychać w górach Afganistanu, gdzie tysiące terrorystów w szalikach na twarzach będą strzelać na wiwat ze swoich  AK47 i krzyczeć ‚zwycięstwo!’ w swoim zagranicznym języku.

Przesadzam. Ale w sumie  tylko trochę w porównaniu z tym, co wygadują niektórzy ‚profesjonalni’ przesadzacze wnoszący swój gwałtowny sprzeciw wobec „meczetu w Strefie Zero”. Tak go nazywają, bo przecież jest to nazwa chwytliwa, z miejsca budująca silnie negatywnie nacechowany obraz.

[…]Problem polega na tym, że po pierwsze: meczet nie będzie wcale w Strefie Zero. Po drugie – to nie będzie meczet.

Potem robi się już tylko nudniej. Nie będzie nawet zbudowany przez ekstremistów. ‚Cordoba House’ – jak ma sie nazywać budowla – ma być w zamierzeniu islamskim centrum kultury, które oprócz pokoju do modlitwy będzie składało się z boiska do koszykówki, basenu i restauracji. Prawdopodobnie również z wygodnych krzeseł i ludzi uśmiechających się do ciebie kiedy wchodzisz. Potwory.

[…] Według ostatnich badań opinii publicznej, 1/5 Amerykanów wierzy, że Barack Obama jest muzułmaninem, chociaż nie jest. Czwarta część z tej jednej piątej twierdzi, że prezydent za dużo mówi o swojej (muzułmanskiej!) wierze. Amerykanie nie są głupi, więc albo wskazana jedna piąta została dotknięta nagłym porażeniem mózgowym, albo została umiejętnie wprowadzona w błąd. Przez kogo?

60% twierdzi, że zdobyło wiedzę o prezydenckich praktykach religijnych poprzez media.

Co oznacza, że może czas dać se siana. Serio, dziennikarze, media, dajcie już spokój. […] Obama jako okropny Gargamel zabijający smerfy? Spadać, naprawdę. „

Obama wypowiada sie w kwestii ‚meczetu’ ostrożnie, lecz jednocześnie zdecydowanie, broniąc ‚tradycyjnych  amerykańskich wartości’, do których należy prawo każdego obywatela do praktykowania swojej religii.

Początkowo byłam sceptyczna wobec Obamy. nadal trochę jestem. Ot, kolejny gładkolicy polityk, i cóż, że ciemniejszy, jak taki sam bullshitter jak inni. Ale patrzę sobie na to co robi – a robi wszystko to, co obiecał w kampanii, włączając trzęsienie ziemi związane z reformą zdrowotną – i jak na każdym kroku spotyka się z wściekłym oporem nie tylko możnych amerykańskiego świata, którzy wietrzą zmniejszenie swych fortun, ale i przez zwykłych zjadaczy hamburgerów, umiejętnie przez możnych manipulowanych – i myślę se, szacuneczek, gościu. Pewnie go nie wybiorą na drugą kadencję, i ostatecznie zniszczą – ale po czasie docenią. Urośnie w legendę jak jaki Kennedy. Tak se trochę myślę.

o jedynym geju we wsi, elan valley, i 50 tysiącach wyborczych kiełbas

W telegraficznym skrócie, to jest tak.

Dymi wulkan, ergo: nie poleciałam do Polski. Islandia już po raz drugi rujnuje gospodarkę północnej półkuli, sprawiając, że biedni nie mogą polecieć do mamy, a bogaci tracą wielką kasę; czas, żeby Ameryka zrobiła z tym porządek! Więcej mcdonaldsów na Islandię! To powinno ich skutecznie wykończyć.

W Brytanii za to trwa kampania wyborcza do parlamentu, którą po raz pierwszy w historii mają szansę wygrać liberalni demokraci (Lib Dem), co przerwie nudny cykl wymiany władzy pomiędzy konserwatystami (Tories) a partią pracy (Labour). Kampanii raczej nie wygra Brytyjska Partia Narodowa (BNP), a szkoda, bo ponoć obiecują 50.000 funtów każdemu obcokrajowcowi, który zdecyduje się dobrowolnie opuścić kraj. Jak się nie zdecyduje dobrowolnie i za kasę, to się go aresztuje za nielegalne posiadanie wykałaczek i deportuje pontonami do Francji.

Apropos, Rodaku, generalnie masz prawo głosować (zakładając, że cokolwiek Cię to interesuje), ale nie w wyborach parlamentarnych. Możesz głosować w wyborach lokalnych, lub wyborach do Parlamentu Europejskiego (wow). Musisz się uprzednio zarejestrować w spisie wyborców (electoral registrar), prowadzonym przez twój lokalny council (dział electoral services). Zazwyczaj przed wyborami rozsyłają po domach takie druczki do wypełnienia i odesłania (tak, tak, ten, który właśnie wyrzuciłeś do kosza nie wiedząc ki chuj), ale można też np. wysłać im maila z zapytaniem czy jesteś na tej liście, ewentualnie poprosić o umieszczenie.

Być może to zwykły zbieg okoliczności, ale z dymiącym wulkanem zbiegła nam się piękna pogoda, która ma, jak mówi telewizor, trwać. Więc nie ma co siedzieć na tyłku, trzeba podróżować i wzbogacać się wewnętrznie przez poznanie naoczne. I tak, zapraszam na cykl jednodniowych wycieczek po Walii środkowej (Mid Wales). Dziś będzie o Elan Valley i okolicach, tu proszę bardzo mapka orientacyjna (dziękujemy ci google), kliknąć, to się powiększy:

Co w menu: góry Cambrian Mountains, sztuczne jeziora zwane reservoirs, wymarła wioska, upadłe opactwo oraz Llanddewi Brefi, miejsce słynące z faktu posiadania jednego geja.

Cambrian Mountains i dolina Elan szczycą się krajobrazem niemalże nie przekształconym przez człowieka, pierwotnym, dzikim; jedyną ingerencją w naturę są sztuczne zbiorniki wodne, dostarczające wodę pitną dla Birmingham, ale jest to ingerencja korzystna dla krajobrazu i generalnie nieszkodliwa, chyba, że jesteś byłym mieszkańcem byłych okolicznych wsi zatopionych celem utworzenia zbiorników. Kwestia wciąż dość delikatna, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę kogo zalali, żeby kto miał wodę w kranie. Ci jednak, którzy wznoszą się, świadomie lub nie, ponad walijsko-angielskie historyczne i społeczne animozje dostrzegą jedynie fantastycznie możliwości spędzenia dnia na świeżym powietrzu w pięknych okolicznościach przyrody.

Ścieżki spacerowe są łagodne i każdy da radę, chyba, że ktoś nie ma nogi. Nie są szczególnie oblegane, więc można doświadczyć trochę tej samotności, której niektórzy szukają w naturze. Dobrym miejscem wypadowym jest centrum informacji turystycznej Elan Valley; posiada duży parking (opłata 1 funt), oferuje dużo przydatnych i nieprzydatnych informacji, oraz, co ważniejsze, kafeje i kibel. A jak już wrócisz ze spaceru, to wyjeżdżając z parkingu skręć ostro w lewo, i podaruj sobie przejażdżkę po okolicy, w trakcie której będziesz się zachwycał nie tylko wąskimi, krętymi drogami nad przepaściami, ale również dokonasz zaskakującego odkrycia, które nie będzie bardzo zaskakujące, bo zaraz ci o nim opowiem. UWAGA, SPOILER!

Była sobie kiedyś w tej okolicy bardzo ważna wieś, której egzystencja związana była z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec 19-go /początkiem 20-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Jestem byłym poetą, nie wiem, czy wspominałam. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani, co, jak się nad tym zastanowić, dodaje okolicy tego dziwacznego quasi mistycznego posmaczku, którym cieszy się np. wybudowany na trupach swoich budowniczych Petersburg. Wieś nazywała się Cwmystwyth (czyt. kumystłyf), część jej przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego, za co im chwała i bógzapłać.

Jednak jedyni żywi ludzie, których spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim.

Jadąc dalej ta samą drogą dotrzemy do wsi Devil’s Bridge, która ma jakieś wodospady, ale nie sprawdziłam jakie, bo mnie zdenerwowały wygórowane opłaty za wstęp na teren. Nabywszy ostatnimi czasy nawyku niepłacenia za wstępy (opowiem jak już mnie wypuszczą z aresztu po tym jak już mnie złapią) wzdrygnęłam się i pojechałam dalej, tym razem na południe. Albowiem przeczytałam w przewodniku, że w tamtych okolicach mają najstarsze opactwo w Walii, zwane Strata Florida, które kiedyś dawno było nawet większe od katedry w St. Davids. Z powodu nabytego ostatnio nawyku niepłacenia, o którym opowiem itd.  a z którym związane jest przełażenie przez dziury w płotach oraz zapasy z drutem kolczastym, stałam się szcześliwą posiadaczkę otarcia na łokciu i połowy nogawki. I nie wiem własciwie, na co całe to poświęcenie, bo na moje oko cały splendor budowli zawiera się nie w szczątkach doczesnych a w jej historii. Także można sobie darować i podążać dalej na południe, żeby zrobić sobie zdjęcie przy tablicy z napisem llanddewi Brefi (czytaj: chlandełi brewi). Dlaczego, powinni wiedzieć wszyscy fani Little Britain, do których, to wiem na sto procent, nie należy mój ojciec.

I tyle na razie, moje pszczółki. Hwyl fawr am nawr!

last christmas I gave you my fart

Śnił mi się facet unoszony z prądem rzeki na drzwiach od stodoły; nie nazywał się Dave Bunney. Facet palił tanią faję, na jego klacie stał nieśmiały żółty pies, na którym z kolei stała mewa z jedną nogą recytująca wiersz Dylana Thomasa don’t go gentle into that good night. OK, nie mogłam dobrze widzieć, czy rzeczywiście były to drzwi od stodoły, no ale przecież musiały być, nie bądźmy niedorzeczni.

Co poza tym: Francuzom zamarzł wlot do Eurotunelu, w związku z czym tłumy Brytyjczyków nie zdążą wziąć udziału w szale gromadzenia zapasów na wypadek okołoświątecznej zagłady nuklearnej. W biurze konkurs na popularność, czyli kto dostanie najwięcej kartek świątecznych, zwłaszcza z opozycyjnego obozu plotkarskiego. Brytania ogłasza stan klęski żywiołowej po opadach śniegu (3 mm /metr 2). W telewizji plebiscyty, przemowy, cmok cmok, klap klap, kiss kiss, bang bang. I Bruce Willis, bless.

Nastaje Czas Podsumowań i Bilansów. Wpisując się w ogólną tendencję i praktykując elektrowstrząs na własnej sklerozie sporządzam oto własne skrócone, subiektywne i stronnicze podsumowanie najważniejszych wydarzeń mijającego roku. I tak:

1. Hameryka wybrała pierwszego afrohamerykańskiego prezydenta. Już nie ‚czarnego’, nie, określenie ‚czarny’ jest oznaką ciemnoty, braku kultury, politycznej niepoprawności i rasizmu. Świat tarzał się w euforii, AfroHamerykanie poklepywali się po ramionach, ogłaszając ostateczny upadek niewolnictwa, część białej części populacji prężyła się z dumy, że taką mamy dojrzałą demokrację, a równość nasza jest równiejsza od wszystkich innych równości, fuck, yeah! Ku Klux Klan ogłosił koniec cywilizacji.. i co? I nic. Obama zrobił wszystkich w konia zmieniając się w kolejnego zwykłego gładkolicego polityka-bullshitera. Jeszcze na fali euforii mędrcy z komitetu noblowskiego przyznali mu pokojową nagrodę Nobla. Nie, jak zaraz złośliwie pomyślałeś, za kolor skóry, czy zdolności krasomówcze, ale za wkład w pokój na świecie poprzez nowatorskie podejście do zagadnienia. Podejście mówi, że pokój na świecie często można uzyskać jedynie poprzez prowadzenie wojen i zabijanie ludzi.

Wchodząc czasem na forum onetu myślę sobie, że może mieć częściowo rację.

2. Brytania tradycyjnie żyła rozmowami o pogodzie. Co jakiś czas społeczne ciśnienie podnosił kryzys, afera parlamentarna oraz Jedward. Jak również morderstwo Baby P, które obnażyło niewydolność i niekompetencję części systemu opieki społecznej. Dla tych, co nie słyszeli: 17-miesięczne dziecko było przez długi czas katowane we własnym domu, odnosząc około 50-ciu różnych urazów, (włączając złamany kręgosłup i żebra),  których nie dopatrzył się ani lekarz rodzinny, ani pracownicy socjalni. Udręczone dziecko zmarło, ludzie płakali, dziennikarze pytali, tok szoły dyskutowały, politycy wyrażali, policja aresztowała, głowy spadały. Tymczasem wiarygodne żródło doniosło, że mały Peter, siedząc na chmurze z lodem malinowym w garści, następująco skwitował całą tą nagłą sławę i zainteresowane: a weźcie się wszyscy odpierdolcie. Gdzieście byli wcześniej?

3. Polska – tu nie wiem, ale rodzina mówi, że to co zawsze.

4. Świat – tu nie wiem, bo żyję w Brytanii.

Kończę na razie, bo dym idzie z piekarnika. Życzę wszystkim przetrwania świąt oraz zdrowia, szczęścia i dystansu do otaczającej rzeczywistości w nowym roku. A sobie kasy i kariery.



o polityce, Stephenie Fry’u i troszeczkę znowu o wodospadach

DSC_0070

Kręci się, pani. Kraj żyje telewizyjną debatą polityczną, do której po raz pierwszy w historii BBC zaproszono przedstawiciela nacjonalistów (BNP), Polonia żada kastracji Stephena Fry’a za niefortunną wypowiedź o Auschwitz, Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę a wodospady w Neath eksplodują wodą po ostatnich opadach. Plus Rob Cztery Żony twierdzi, że kiedyś w Amsterdamie spotkał prawdziwych Bonnie i Clyde’a; mogło mu się to jednakże tylko wydawać, bo w tamtych czasach w Amsterdamie sporo się wypalało tego i owego; zupełnie inaczej niż dzisiaj.

Ale po kolei.

Lubimy Nicka Griffina, lidera BNP, oj lubimy. Głównie dlatego, że dostarcza nam tak rzadkiego w tym kraju, a wspominanego z łezką w oku jako element życia codziennego w ojczyźnie, folkloru politycznego. Przez niektórych zwanego prościej cyrkiem. Griffin jest politycznie niepoprawny, jest rasistą, często wygaduje straszne banialuki; scena polityczna traktuje go jak zgniłe jajo, większość społeczeństwa go nie trawi.. ale jego partia wygrała w tym roku 2 miejsca w parLamencie Europejskim. Pozostałe partie, nie wiedząc co z tym fantem zrobić, postanowiły go ignorować, mając chyba nadzieję, że się sam rozpuści w walijskim deszczu (mieszka na farmie w środkowej Walii); alternatywnie stosuje się taktykę wyśmiewania. Najwięksi prześmiewcy, tak rządowi jaki opozycyjni,  przegapiają jednak drobny fakt, mianowicie, że społeczeństwo jest zmęczone kryzysem, niewydolnością dotychczasowej sceny politycznej, dyplomatycznym bullshitem płynącym z ust polityków oraz byciem ignorowanym. Jedną rzecz trzeba przyznać Griffinowi: mimo, że jego poglądy są bardzo niepopularne, wręcz karalne, on ma odwagę je głosić z uczciwością kompletnie niedyplomatyczną, i czasem wśród banialuk zdarza mu się mówić wprost o tym, czego niektórzy zwykli zjadacze chleba nie mają odwagi wyartykułować, żeby nie być posądzonym o ciemniactwo i nietolerancję. I to właśnie może mu przysporzyć zwolenników.  Podobnie, jak traktowanie go jak nieszkodliwego przygłupa przez pozostałe siły polityczne. Ludzie są wściekli, że rząd nawala w wielu sprawach, m.in. w sprawie polityki imigracyjnej, udając już zbyt długo, że sprawa nie istnieje. Griffin mówi: wysłać wszystkich kolorowych do domów i po sprawie; i nagle niektóre białe jednostki myślą sobie, no tak, tak, może coś jest na rzeczy. I niedorzeczność tego postulatu nie ma tu znaczenia, bo Griffin proponuje Rozwiązanie, coś, czego nie oferuje żadna inna partia. Griffin mówi: islam to zagrożenie. I trafia do tych, którzy czują sie niepewnie w swoich własnych małych mieścinach, w których nagle pojawia się mnóstwo ludzi w dziwnych ubraniach.

Dostało się BBC za zaproszenie go do debaty. Niesłusznie moim zdaniem, bo w końcu od tego jest ta jakże obtrąbiana przez wszystkich cudowna demokracja, żeby każdy mógł głosić swój pogląd, i każdy mógł oceniać, w co chce wierzyć. Ale politycy boją się, że społeczeństwo nie jest dostatecznie mądre, i chcą upewnić się, że dokona właściwych wyborów. Niesłusznie również z innej przyczyny – potężni szefowie publicznej doskonale wiedzą co robią. Pomijając fakt, że oglądalność skoczyła astronomicznie, to upewniono się, że lidera BNP spotka odpowiednie przyjęcie ze strony pozostałych gości i publiczności. Cały program był tendencyjny i sprowadził się do atakowania typa, bez dania mu szansy skończenia jakiejkolwiek wypowiedzi; co wskazuje na to, jak bardzo ktoś obawia się, żeby Griffin nie zabrzmiał zbyt rozsądnie.

Umówmy się, mnie BNP wisi zasadniczo, raczej bawi, niż denerwuje; przyglądam się im jednak z pewną dozą ostrożności podyktowanej naszym doświadczeniem historycznym. Tak, powinniśmy być ostrożni, ale też jeśli mamy wierzyć w tę całą demokrację, to powinniśmy stosować jej zasady dla wszystkich jednakowo; i  jeśli obawiamy się BNP, to powinniśmy pojąć z nimi dyskusję opartą na argumentach. Logika jest bardzo skuteczną bronią w walce z nacjonalizmem, znacznie lepszą niż szydzenie, lekceważenie lub zaprzeczenie. Politycy nie wydają się uczyć na błędach przeszłości, chociaż kto jak kto, ale właśnie oni powinni, dla ogólnego dobra. Tylko, że do tego trzeba być politykiem odpowiedniego formatu, a tych dzisiaj nie ma wielu.

Jak ktoś życzy poświęcić godzinkę, ot, dla podszkolenia postawy obywatelskiej, tudzież pokłócenia się z moim odbiorem spraw, to może sobie debatkę obejrzeć tu.

Alem sie rozpolitykowała. To jeszcze krótko o S.F. i potem luzik. Stephen Fry jest niesamowicie łebskim facetem, intelektualną legendą w UK, gościem słynącym z erudycji i dowcipu. I oto w ferworze jakiejś telewizyjnej dyskusji o nacjonalizmach i euroośle Kamińskim, zdarzyło mu się chlapnąć o tym nieszczęsnym Auschwitz (..pamietajmy po której stronie granicy był Auschwitz..). Polonia natychmiast zagrzmiała; odbyły się protesty, w kościołach palono gromnice i  śpiewano Rotę a w okolicach Hyde Parku zorganizowano na prędce kilka oddziałów powstańczych. Znowu nas biją, krzyczeli naród; nie damy, nie pozwalamy, Bóg, Honor, Ojczyzna! Wielkie mózgi forum onetu określały Fry’a w najlepszym przypadku jako angielskiego analfabetę. Tymczasem Fry grzecznie przeprosił na swoim blogu (świetnym z resztą), przyznał się do palnięcia głupoty i bynajmniej nie próbował się rozgrzeszać. Zostałam fanką. Niecierpię pieniactwa i nierzetelnej dziennikarki, a to, co media typu onet nawyprawiały z tym drobnym incydentem, bez najmniejszej próby dowiedzenia się kim jest ten człowiek, i jakie są jego poglądy, pozostawia mnie w niesmaku.

No ale przynajmniej coś się dzieje, odrobina emocji w jesiennej stagnacji. Plus wodospady – taa, te co już znamy, w Pont Nedd Fechan (free kibel przy mini parkingu). Było mokro, szarawo, zimnawo; tradycyjnie wpadłam w błotko po kostki i zaliczyłam kontakt intymny z glebą; ale było warto.  Pacz:

DSC_0099

Co jeszcze.. Lars! Prawie zapomniałam o Larsie. Bianca wyjechała z miasta a Lars znalazł sobie prawdziwą dziewczynę. Nawet nie czytaj opisów ani pseudo recenzji, wypożyczaj w ciemno, czy tam kupuj, mówię ci. Ryan Gosling zasługuje na Oscara, kilka linii w scenariuszu na nieśmiertelność a film na miejsce honorowe na półce, gdzieś pomiedzy pomiędzy Jak w niebie (szwedzkim) , Billy Elliot i Historiami Kuchennymi.

O Robie Cztery Żony będzie kiedy indziej, osobistość ta bowiem zasługuje na odrębną opowieść.

A Kuba ciągle w Azji. Chyba będzie się żenił.

DSC_0005

Traktat o wiedzy tajemnej / część 2

Otwieram zebranie wodzów starszych i nie tylko. Dzisiaj będę straszna. Opowiem wam o housing beneficie, czyli kasie od rządu, którą w ściśle określonych okolicznościach możesz otrzymać, jeśli masz kłopot z płaceniem rentu (wynikający z utraty pracy lub drastycznego zmniejszenia dochodu).

Zacznijmy jednak od kilku generalnych uwag, których treść przysparza rodakom nieco kłopotu.

Po pierwsze: różne instytucje przyznają różne zasiłki i niekoniecznie są ze sobą w kontakcie. Niektóre są, lub mogą być na życzenie, ale zawsze lepiej załatwić wszystko w instytucji właściwej zasiłkowi/problemowi. Dwa razy spytać, sześć razy zadzwonić, jak przyślą list, to odpowiedzieć poleconym, prosić o pokwitowania, zawsze zapytać, z kim się rozmawiało i zapisać wszystko, co się robi w kajeciku. Możesz się bowiem znaleźć w sytuacji, w której będziesz musiał udowodnić, że zrobiłeś coś (np. dostarczyłeś informację), po czym nie ma śladu w systemie. Albowiem instytucje państwowe po pierwsze charakteryzują się sporą dawką chaosu w swoich poczynaniach, a po drugie niekoniecznie są przygotowane na właściwą obsługę klienta, którego angielski jest, powiedzmy, wątpliwy. Trudno im się w tej sprawie dziwić. To do nas należy dowiedzenie się wszystkiego, zwłaszcza poznanie swoich praw i obowiązków,  i zadbanie, żebyśmy potem nie musieli zwracać kupy szmalu. W kwestii zwracania szmalu bowiem chaos działania instytucji jest znacznie mniejszy, i sieje zarazę i pomór w emigracyjnym portfelu.

Teraz będzie odnośnie różnych instytucji, z którymi możesz się zetknąć.

Zasiłkiem dla bezrobotnych JSA, co na pewno wiesz, zajmuje się Job Centre, które jest częścią Departamentu Pracy i Emerytur, w skrócie DWP.  Ten sam departament zajmuje się przyznawaniem rent inwalidzkich, zasiłków dla tymczasowo chorych, dopłat dla osób o niskim przychodzie, emerytur i wcześniejszych emerytur itp. To oni żadzą twoimi składkami ubezpieczeniowymi. O JSA było więcej tutaj

HM Revenue & Customs, czyli skarbówka, może przyznać ci Working Tax Credit (WTC) i Child Tax Credit (CTC). Te dwa są nie tyle benefitami, ile ulgami podatkowymi dla namniej zarabiających, które rząd płaci tobie, żebyś miał z rodziną zapewnione minimum socjalne. Brzmi dziwnie, wiem. Rząd płaci ludziom kasę, he he. Rzecz bardzo popularna wśród młodej polskiej emigracji, której duża część, myśląc, że złapała pana boga za nogi, i nie zawracając sobie głowy z dowiedzeniem się, o co właściwie chodzi i przeczytaniem formularza (plus miała pecha i trafiła na niekompetentną obsługę) narobiła sobie nadpłat i ma do zwrotu sporo pi. Więcej po angielskupo polsku

Council, czyli twój lokalny urząd admnistracji państwowej, najczęściej hrabstwa (jednostka podziału adm., jak województwo, czy powiat) może przyznać dwa zasadnicze zasiłki: Housing Benefit / Local Housing Allowance oraz Council Tax Benefit. O tychże będzie dalsza częsć pogadanki.

Wróćmy do naszego Pawełka. Pawełek pomyślnie zainstalował się jako bezrobotny/poszukujący pracy i zaczął otrzymywać pieniędz. Pieniądz to jednak niewielki, a przecież ma Pawełek do płacenia rachunki, no i przede wszystkim czynsz/rent. Popadnięcie w zaległości z płaceniem rentu jest początkiem wielkich problemów, które mogą skończyć się eksmisją na bruk w stosunkowo niedługim czasie, a w krótkim czasie, nieprzyjemnościami ze strony landlorda (który najczęściej wciąż spłaca kredyt za chatę, którą Pawełkowi wynajmuje i nie życzy sobie aby bank mu tę chatę odebrał).

I tutaj znowu wkracza rząd, z Brownem Gordonem w stroju dobrej wróżki, i oferuje Pawełkowi pomoc w płaceniu rentu. Są conajmniej dwa sposoby aplikowania do Councilu o taką pomoc. Po pierwsze, Pawełek może zażyczyć sobie takiej opcji, podczas swojej rejestracji telefonicznej w Job Centre. Wtedy JC powinno wysłać odpowiednią informację do councilu, który z kolei powinien przysłać Pawełkowi formularzyk oraz listę żądań względem wymaganej dokumentacji. Jeżeli jednak Pawełek chce rzecz przyspieszyć, oraz przede wszytskim upewnić się, że jego wniosek dotrze, powinien skorzystać ze sposobu drugiego, czyli przejść się do councilu i samemu złożyć aplikację.

Druga opcja dotyczy szczególnie tych, którzy nie pobierają zasiłku dla bezrobotnych, ale ich dochód jest bardzo niski (np. właśnie obcięto im godziny, albo urodziło się dziecko, i żona nie pracuje i nie dostaje kasy itp).

Cała procedura aplikacji wygląda następująco: po pierwsze, wypełniamy formularz. Po drugie, przedstawiamy dwa dowody tożsamości (paszport, prawo jazdy, akt urodzenia – może być po polsku), papiery rejestracyjne  z Home Office’u, kartę z numerem NI (lub jakiś dokument, na którym taki numer jest umieszczony), wyciągi bankowe z ostatnich dwóch miesięcy (z wszystkich posiadnych kont), payslipy (pięć ostatnich, jesli płacą nam tygodniowo, lub dwa, jeśli miesięcznie), dowody wszystkich pobieranych zasiłków i tax credit’ów. Może się przydać akt małżeństwa. Wszystkie dokumenty muszą być oryginalne. W councilu sobie skserują i oddadzą. Wymagania względem dokumentów mogą nieco różnić się w zależności od danego councilu.

Bardzo ważne jest, żebyśmy mogli udokumentować, że w momencie składania aplikacji żyliśmy i pracowaliśmy nieprzerwanie w Brytanii ponad 12 miesięcy. Jeśli pracowaliśmy mniej, nic nam się nie należy.

Po złożeniu w councilu wypełnionego formularza i wymaganych papierów, czekamy. Teoretycznie, tydzień, dwa, w praktyce może być dłużej. Jak mamy pecha, mogą wysłać do nas list z prośbą o dodatkowe informacje. Co sprawę przedłuży o kolejne tygodnie.

Cdn trochę później bo tera musze lecieć.

________________________

Jeśli uważasz ten wpis za użyteczny, nie bądź taki, zostaw mi jakiś feedback.

traktat o wiedzy tajemnej /część 1

Dzisiejsza pogadanka będzie o rzeczach pożytecznych, czyli nudnych. Czujcie się ostrzeżeni, wy, którzy niebacznie zaplątacie się na ten blog w poszukiwaniu taniej rozrywki, przelotnego romansu, lub strawy duchowej.

Chodzi o to, że z racji wykonywanej pracy przyglądam się z dość bliska jak sobie radzą rodacy w czasach wielkiej recesji;  i widzę, że często biją głową w ścianę, biegając w kółko po różnych instytucjach, które ich uprzejmie spuszczają, głównie z powodu bariery językowej. No to pomyślałam se, że co wiem, to napiszę, dla dobra publicznego. Jednakże, dla dobra własnego, zaklinam się, że: poniższe informacje należy traktować wyłącznie jako ogólne wskazówki, i zawsze doinformować się stosownie do swoich okoliczności życiowych i potrzeb.

Na potrzeby pogadanki powołajmy do życia statystycznego Pawełka (włos płowy, niedługi, oko niebieskie, wzrost przeciętny, powierzchowność sympatyczna; lubi pograć na xboxie i umie ugotować pomidorową z puszki, czasami).

Przykład pierwszy:

Pawełek, lat 26, pracuje sobie od czterech lat na kontrakcie w lokalnej mleczarni, w domku stoi jednym z Gawełkiem, zatrudnionym przez agencję HumanExploit w charakterze pracownika doskakującego od ośmiu miesięcy. Domek ma dwie nieduże sypialnie, panowie dzielą się kosztami po połowie. Kosztami są: rent (opłata za wynajem), council tax (podatek płacony od wartości domu do kasy lokalnego Councilu, zawiera m.in. składkę na policję i śmieciarza), prąd, gaz (w zależności czy dom ów gaz posiada), licencję telewizyjną, telefon, internet. Woda jest najczęściej wliczona w rent.

Wszystko układa się ładnie i miło, do momentu, kiedy Pawełek dostaje wymówienie, z obietnicą odprawy, a Gawełkowi agencja ogranicza zatrudnienie do „od czasu do czasu” zdążającego do ‚bardzo sporadycznie’. Tu ścieżki finansowe panów się rozchodzą. Pawełek natychmiast po otrzymaniu wymówienia rejestruje się w Job Centre po zasiłek dla bezrobotnych, a raczej ‚szukających pracy’, jak to sie w oryginale nazywa (szklanka jest w Brytanii zawsze do połowy pełna) – Job Seekers Allowance, popularnie zwany JSA. Co Pawełek musi zrobić aby zostać oficjalnie zarejestrowanym poszukiwaczem pracy? Wykonać telefon  pod darmowy numer 0800 055 6688 (darmowy z telefonów stacjonarnych, budek, i telefonu w Job Centre, nie wiem, jak z komórkami, ale podejrzewam, że się płaci) i, w zależności od umiejętności językowych odbyć 40 minutową rozmowę rejestracyjną ze słuchawkowym po angielsku, albo poprosić o polskiego tłumacza. Pawełek musi być przygotowany na serię bardzo szczegółowych pytań dotyczących jego danych osobowych, daty przyjazdu do UK, historii zatrudnienia w UK, byłych zarobków. Zapytają o numer National Insurance, o dane odnośnie wynajmowanego mieszkania (włącznie z  nazwiskiem landlorda i nazwiskiem Gawełka),  dane o oszczędnościach, pobieranym tax credit’cie (który nawiasem mówiąc trzeba anulować, kiedy się traci pracę), posiadanych nieruchomościach (też w Polsce) i w końcu zapytają o stan i dane konta bankowego, na które będą wpłacać zasiłek. Pawełek powinien mieć ze sobą wszystkie papiery jakie może zebrać, żeby nie dać się słuchawkowemu czymś zaskoczyć. Na koniec rozmowy słuchawkowy powinien wyznaczyć Pawełkowi datę i godzinę spotkania z osobistym doradcą w Pawełkowym lokalnym Job Centre. Ewentualnie, poinformować o czasie oczekiwania na spotkanie. To bardzo ważny moment rozmowy, i Pawełek powinien się upewnić, że wszystko zrozumiał i wie co i jak i kiedy. Spotkanie z doradcą jest ostatnim etapem rejestracji, Pawełek zostanie pouczony o obowiązku szukania pracy, obdarzony stosem papierów i dowie się, jak często musi się podpisywać. Zasadniczo, musi to robić co dwa tygodnie, o ściśle wyznaczonej porze. Jeśli przegapi, natychmiast wstrzymują pieniądze, i trzeba całą zabawę powtarzać, a to dość frustrujące, no i czasochłonne. Cały proces rejestracji może trwać do dwóch miesięcy (spoko, Pawełek dostanie wyrównanie wstecz do dnia w którym aplikował). W Job Centre można się ubiegać o któryś z darmowych kursów doszkalających, warto popytać, bo płaci królowa, a każda dodatkowa umiejętność zwiększa szanse Pawełka na powrót na łono aktywności zawodowej.

JSA dzieli się na dwie grupy: contribution based, bazujący na Pawełkowych składkach ubezpieczeniowych z okresu, kiedy pracował, i income based, bazujący na niskim przychodzie (braku przychodu) w przypadku, gdy Pawełek nie popełnił wystarczającej ilości składek. Jeśli Pawełek podejmie dorywczą pracę nie przekraczającą 16 godzin tygodniowo, nadal może pozostawać zarejestrowany; Job Centre będzie płaciło mu składki ubezpieczeniowe (pracodawca nie będzie).  O każdej pracy trzeba JC poinformować i przedstawić payslip. Jeśli Pawełek będzie pracował więcej niż 16h tygodniowo, jego benefit będzie anulowany.

Można spróbować zarejestrować się przez stronę internetową stąd ale nie jest to szczególnie polecane z uwagi za spore poślizgi w czasie oraz przypadki tajemniczych zaginięć wniosków w cyberprzestrzeni.

Więcej o zasiłku JSA plus stawki: tutaj i tu

Trzy rzeczy bardzo ważne: po pierwsze – gdziekolwiek Pawełek dzwoni, powinien zawsze poprosić o nazwisko słuchawkowego i zapisać sobie datę i czas rozmowy. To mu pomoże w przypadku, kiedy zgubią jego aplikację i będą się wypierać, że nie ma po nim śladu w systemie. Co się zdarza. Po drugie, jakikolwiek zasiłek pobiera, Pawełek musi poinformować stosowną instytucję o zmianach w jego życiowych okolicznościach (nowa praca, żona, nowa czy przywieziona z kraju itp), niezrobienie tego może i będzie skutkować bolesnymi konsekwencjami finansowymi, piętrzącymi się problemami, ogniem piekielnym i stonką. Nie wiedziałem, nie zrozumiałem, nikt mi nie powiedział może nie pomóc.  Po trzecie, jeśli Pawełek nie ma przepracowanych w UK 12 miesięcy cięgiem, może sobie odpuścić dzwonienie gdziekolwiek, bo prawo stanowi, że nic mu się nie należy (nie trzeba chyba wspominać, że podstawą uzyskania jakiegokolwiek zasiłku jest również rejestracja w Home Office oraz posiadanie numeru NI). [UWAGA, zmiany – sprawdź w job centre]. I tu przechodzimy, jakże płynnie, do Gawełka.

[uwaga: nie do końca aktualne – zmiany w prawodawstwie]

.. Gawełkowi otóż nie należy się żadna pomoc. Brakuje mu kilku miesięcy do wymaganych 12, agencja odprawy mu nie da, pracy nie ma, Gawełek jest w kłopocie. Pozostaje mu łapanie się każdego zajęcia na przetrwanie i bardzo oszczędny tryb życia z przeniesieniem się na najtańszy pokój w mieście włącznie; jeśli sytuacja się przeciąga, Gawełek może być zmuszony do  rozważenia tymczasowego powrotu na łono rodziny w kraju lub wyjazd gdzie indziej. Na pomoc socjalną nie może niestety liczyć.

Pawełek tymczasem wciąż czeka na odprawę (redundancy). Ma do niej prawo, bo przepracował dla byłego pracodawcy minimum dwa lata. Odprawa będzie wielokrotnością wynagrodzenia, w zależności od ilości przepracowanych lat. O swoją odprawę Pawełek nie musi się specjalnie ubiegać, ale czasem pracodawca się opóźnia, i wtedy Pawełek powinien napisać list i grzecznie przypomnieć, że tak tu sobie czeka, i co jest, kurna. Jeśli to nie pomoże, trzeba napisać do zarządzającego masą upadłościową, albo do rządowej organizacji Acas (Advisory, Conciliation and Arbitration Service), która zajmuje się doradztwem pracowniczym oraz pośredniczeniem w sporach między pracownikami a pracodawcami stronka Jeśli pracodawca jest w stanie likwidacji, lub już nie istnieje, to Pawełek wciąż może otrzymać swoją odprawę – wypłaci ją fundusz ubezpieczeniowy działający poprzez Insolency Service. Więcej na ten temat, i generalnie o odprawach tutaj

Jest jeszcze coś takiego, jak płatność in lieu of notice – czyli pieniądze, które pracodawca zapłaci Pawełkowi w zamian za zrzeczenie się statutowo mu przysługującego prawa do okresu wypowiedzenia. Nie ma to nic wspólnego z odprawą, są to dwie niezależne płatności.

Kolejny krok Pawełka w świecie Social Security to lokalny Council i wydział Housing Benefits.  Jest bardzo prawdopodobne, że w trakcie dzwonienia do Job Centre słuchawkowy zapyta, czy Pawełek życzy sobie aplikować o housing benefit. Czyli pomoc w płaceniu rentu, ale jeśli nie zapyta, to trzeba samemu aplikować. O tym jednak już następnym razem. Podobnie, jak o pomocy w płaceniu council taxu.

Następnym razem również o tym, co się dzieje, kiedy Pawełek, zamiast Gawełka, mieszka z Malwinką, dwójką dzieci i piesem.

Poza tym, większość tego, co trzeba wiedzieć o zagadnieniach technicznych, i to po polsku, jest tutaj

_________________

Jeśli ten artykuł na coś ci się przydał, uczyń wysiłek, zostaw feedback. To miłe.