wszechświat równoległy

DSCN6076

Od lat po drodze na ulubione klify mijam brązowy drogowskaz z napisem Ewenny Priory. Zajechaliśmy tam raz, dawno temu, ale wszystko było pozamykane, a ogrody i budynki okazały się własnością prywatną i nie było do nich wstępu. Jedynym dostępnym elementem składowym całości był cmentarz. Po którym dostojnie spacerowały.. pawie. Również własność prywatna.

Dziś jak zwykle minęłam brązowy znak. I przypomniało mi się, że kilku obieżyświatów ze Swansea wspomniało na fb o zamiarze odwiedzenia opactwa, więc.. skoro już tu jestem i mam jeszcze godzinkę.. Zawróciłam. Ewenny to mała wioska. Kamienne murki, kamienne domy, pola, owce. Do opactwa prowadzi wąska droga z mijankami, przy budynkach opactwa są miejsca parkingowe. Widzę zaparkowane samochody; ciekawe czy to oznacza, że tereny opactwa będą dostępne..

Nie są. Ale za to otwarty jest kościół przylegający do starych kamiennych murów opactwa. Z wnętrza dochodzą jakieś hałasy; idę. Okazuje się, że w środku trwa wielkie wiosenne sprzątanie. Buczą odkurzacze, śmigają ścierki; w środku krząta się jakieś 7-8 osób. Hello! uśmiecha się do mnie drobna krótkowłosa blondynka koło 50-tki. Pytam czy mogę wejść, jak najbardziej, odpowiada. Ktoś oferuje mi miotełkę do kurzu, wszyscy się śmieją.

pri

Kościół jest nieduży, ładny i zadbany. Siedzę chwilkę podziwiając kamienne łuki i drzwi z bladoróżowego drewna. Blondynka podchodzi i mówi, przepraszam, że przeszkadzam, ale przez te drzwi można przejść do krypty, chcesz zobaczyć?

No ba. Blondynka prowadzi mnie do środka i zaczyna opowiadać. O tym, że w zeszłym roku świętowali 900-lecie (!) kościoła. Że kościół był kiedyś silnie związany z rodziną, która mieszka obok, i łaskawie* posiada wszystko dookoła (*sarkazm mój). Rodzina nazywa się Picton-Turbervill i podobno, jak mówi mi blondynka z odcieniem lokalnej dumy, mieszka tu od 1000 (!) lat. Na ścianach kościoła pełno jest tablic upamiętniających jej najróżniejszych bohaterskich członków poległych sobie to tu, to tam. Podziwiam z należytym entuzjazmem. Blondynka zamyśla się przez chwilkę i dodaje z odcieniem żalu: ale już nie przychodzą do kościoła tak często jak kiedyś.

Blondynka jest w widoczny sposób dumna ze swojego kościoła. Wiesz, tu jest taka fantastyczna akustyka, mamy tu koncerty i każdy artysta zarzeka się, że w lepszym miejscu nigdy nie występował. Ja 20 lat mieszkałam we Francji i Francja się po prostu nie umywa do Ewenny (tu uniosłam lekko brwi). A tu patrz, oto reprodukcja obrazu Williama Turnera, który artysta namalował tu właśnie, w tym miejscu gdzie stoisz. Popatrz jakie piękne światło. Wtedy krypta popadała w ruinę, służyła za kurnik i chlew, dzisiaj sama zobacz. Chyba dobrze się nią opiekujemy, uśmiecha się; w kącikach oczu pojawiają się urocze zmarszczki.

turner

A tę szklaną ściankę wykonał (tu z nabożeństwem zapodaje jakieś ukraińsko brzmiące nazwisko i patrzy na mnie oczekując reakcji. Z zapałem kiwam głową przyglądając się ściance jakby była wykonana co najmniej przez Leonarda). Nagle przypomina sobie o czymś niezmiernie ważnym: kilka lat temu odwiedził nas książę Karol!

photo: wales online

A tam zobacz, szklane kafle wykonane przez Caitlin, dziewczynę z Ewenny Pottery. Córkę tego tam, z miotełką. Ich rodzina też tu mieszka od dawna. Od dwustu lat. To najstarsza pottery (pottery oznacza garncarstwo) w Walii.  Znam to miejsce. Kiedyś kupiłam u nich ręcznie robiony dzbanuszek. I drugi, czerwony, dla znajomej Holenderki. Bardzo jej się podobał.

pot

Blondynka zostawia mnie w krypcie i wraca do sprzątania. Stoję sobie podziwiając fragmenty starych celtyckich krzyży i kamienne łukowe sklepienia; z kościoła dobiega śmiech i przekomarzanie się, słońce wpada do środka przez malutkie okienka rozbijając się na świetlne smugi.

Wiesz, mam wrażenie, że na chwilę dane mi jest zerknąć za kamienny płot starego świata. Którego mieszkańcy żyją jakby równolegle do głównego nurtu, w swoich wielkich ziemiańskich domach, mają psy pasterskie z którymi chodzą na długie spacery w kaloszach i kufajkach, i prawdopodobnie lubią polowania. Blondynka też należy do tego świata. Świadczy o tym nie tylko fakt, że ładnie się wyraża, że wrodzona brytyjska powściągliwość typowa dla wyższych klas społecznych powstrzymuje ją od niegrzecznego ‚skąd jesteś’.. ale przede wszystkim fakt, że dziś czwartek. Normalni ludzie są w biurze 9-17. W fabryce. W ciężarówce. Blondynka lata z miotełką po kościele w czynie społecznym dla swojej parafii.

Niedaleko stąd znajduje się wioseczka Merthyr Mawr ze swoimi cudownymi kolorowymi domami krytymi strzechą, kamiennymi płotkami.. i majątkami pochowanymi tu i ówdzie, z dala od wścibskich spojrzeń pospólstwa. Państwo hrabiostwo, państwo baronostwo, równoległy świat, który nigdy nie przetnie się ze światem 9-17.

To ten sam świat z którego pochodzą oderwani od rzeczywistości zwykłego zjadacza tosta z marmoladą brytyjscy Torysi. Wielka Brytania nigdy nie miała rewolucji społecznej na miarę francuskiej. Stary bogaty świat ma się bardzo dobrze thank you very much, odcięty od ‚tych ludzi’, zabezpieczony układami i powiązaniami płynącymi głęboko, głęboko pod skórą kraju od setek lat. To wciąż społeczeństwo klasowe, mimo, że demokrację, równość i co tam jeszcze ma na sztandarach. Na co komu w demokracji monarchia? Born to privilege, co tłumaczy się dosłownie jako urodzony w przywileju, powinno odejść w końcu do lamusa historii, jeśli chcemy mówić o prawdziwie sprawiedliwym społeczeństwie równych szans.

Rant over.. A do kościoła sobie pojedź, wystarczy pół godzinki. Jest otwarty codziennie. Jako bonus uprzywilejowane pawie na przykościelnym cmentarzu pokrzykujące na siebie i prezentujące majestatyczne ogony.

Blondynka macha do mnie, ściskając w drugiej dłoni ucho od pękatego porcelanowego czajniczka. Przerwa na tea and cake, everyone.. Stary świat ma swoje urocze słabostki. Trochę szkoda, że już muszę iść.

DSCN6058

 

patagońskie opowieści – Y Wladfa

flaga

Taka sprawa. W 1865 roku stu pięćdziesięciu trzech Walijczyków wsiadło na statek wychodzący z Liverpoolu i popłynęło kolonizować Argentyńską Patagonię. Patagonia ogłaszała się wówczas wszem i wobec jako ziemia obiecana dla wszelkiej maści imigrantów, i to dosłownie, bowiem każdy potencjalny kolonizator mógł liczyć na skrawek pola pod uprawę, tudzież inne wsparcie rządowe. Siła robocza, znaczy, była desperacko poszukiwana dla użytkowania nieużytków i ogólnego progresu gospodarczego.

digidol.llgc.org.ukdigidol.llgc.org.uk

W tamtych czasach Walijczycy emigrowali bardzo chętnie, jak cała reszta Europy, zwłaszcza do Ameryki i Australii. Z czasem pojawił się problem, który zaczął spędzać sen z ócz walijskim patriotom: emigranci zmuszani byli do odchodzenia od języka ojczystego i przysposabiania języka angielskiego. Patrioci główkowali i główkowali, aż znaleźli idealne rozwiązanie. Jak się okazało, Patagonia nie miała parcia na język lokalny, i w tej sposób w drugiej połowie XIX w na jej terenie została radośnie utworzona niewielka społeczność walijska zwana Y Wladfa (kolonia) czy pełniej Y Wladfa Gymraeg (kolonia walijska). Głównym ośrodkiem nowej kolonii stał się miasteczko Chubut. Dzięki dość zamkniętemu charakterowi Y Wladfa walijskość w Patagonii rozkwitła sobie w najlepsze, i trwała niewzruszenie nawet wtedy, kiedy ‚właściwa’ Walia znalazła się na krawędzi utraty własnej tożsamości. Po wielu latach odosobnienia i głównie na skutek rozwoju tańszych i szybszych środków transportu Y Wladfa i Walia ‚odnalazły się’; wzajemne wizyty oraz wymiana kulturalna są dziś dość powszechne.

www.glaniad.com2http://www.glaniad.com

Wiedziałam o tym fenomenie już od dawna. Jestem byłą lingwistką, i chociaż wiedza teoretyczna w temacie odleciała już dawno jako te kormorany z Mazur na jesieni, to wciąż interesują mnie zagadnienia praktyczne związane z językiem. Język jest tworem, który ciągle się zmienia, ciekawa więc jestem, jak rozwinął się język walijski nie poddawany wpływowi języka i kultury angielskojęzycznej, a hiszpańskojęzycznej. W jakim stopniu różnią się od siebie te dwie ścieżki tego samego języka? W jakim stopniu Walijczyk z Patagonii i ten z Maesteg mogą się porozumieć? Obecnie w Patagonii zarejestrowanych jest około 50 tysięcy osób o pochodzeniu walijskim; jednakże ilu z nich tak naprawdę wciąż kultywuje swoje dziedzictwo, a ilu stało się Argentyńczykami, trudno powiedzieć.

znhttp://www.welshnotbritish.com

I teraz przechodzę do najlepszego. Wczoraj wrzuciłam na fejsa garść informacji o nadchodzącym kolędowaniu w St Fagans. Kolędowanie odbywa się w dwóch językach, po angielsku i walijsku. W kilka chwil potem dostałam uroczego maila od pana G. Czytałam i czułam jak rośnie we mnie serce, bo to taka niesamowita historia. Pan G. uprzejmie zgodził się, żebym mogła zacytować treść maila, więc bardzo proszę, dla państwa przyjemności:

Urodziłem się w Argentynie, mieszkałem tam 20 lat i w 1991 r. przyjechałem do Polski na studia i już zostałem. Sześć lat, od trzeciego roku życia, spędziliśmy z rodzicami na walijskiej Patagonii, „Y Wladfa”. Moi rodzice od razu zapisali się do walijskiego chóru i przez ten czas nauczyli się mówić, i śpiewać, po walijsku. Do dzisiaj pamiętam nabożeństwa „plygain” i „plygain garolau” (przepraszam jeżeli źle piszę, ale już nie pamiętam dobrze). Niektóre z tych kolęd śpiewamy do dzisiaj, tak jak pieczemy specjalne czarne ciasto owocowe „teisen ddu”, chociaż nie mamy celtyckiej krwi stało się to częścią naszego rodzinnego dziedzictwa. Jak ja chciałbym jeszcze raz w walijskiej kaplicy na końcu świata śpiewać te pieśni mojego dzieciństwa…

I jeszcze kilka słów:

Niedaleko doliny rzeki Chubut, która po walijsku nazywa się Afon Camwy, tam gdzie jest walijska kolonia, znajduje się Comodoro Rivadavia. Jest tam najbardziej na południu wysunięta polska organizacja w Argentynie „Dom Polski w CR”. Na początku XX w. znaleźli tam ropę naftową i polscy inżynierowie trudnili się jej wydobyciem. Trochę Polaków jest również w okolicach miejscowości Dolavon, o pięknej walijskiej nazwie. Pojawili się w Argentynie po wojnie, jak moi dziadkowie z moimi rodzicami. Jedna polska rodzina produkowała walijski ser, ser Chubut. W tej chwili nie pamiętam nazwiska tych producentów, ale pamiętam, że jak jeździliśmy do nich zawsze dostawaliśmy parę ciężkich gomółek… Rodaków wszędzie pełno:)

I tak proszę państwa w tej niesamowitej walijskiej historii pojawiliśmy się i my, wszędobylscy ciekawscy Polacy, piechurzy, kolonizatorzy, pionierzy, odkrywcy i wytwórcy patagońsko-walijskiego sera. Świat jest jednak malutki, a przy tym taki ciekawy.

Gdyby ktoś z państwa życzył zdobyć więcej informacji w temacie walijskiej Patagonii, a warto, bo ja zapodałam tylko skrócik, tutaj proszę bardzo stronka dedykowana zagadnieniu: GLANIAD   a tutaj garść podstawowych informacji ze strony HISTORIC.UK

Natomiast pod spodem do obejrzenia zwiastun filmu ‚Patagonia’ (2010r). Polecam nie tylko gdyby ktoś był zainteresowany tematem, ale również zwyczajnie dlatego, że to bardzo ładnie nakręcony film o poszukiwaniu rzeczy najważniejszych. Plus niesamowite plenery.

facet z gitarą

pas

Wczoraj w nocy byłam na niesamowitej randce. Ok, ok, było tam jeszcze ze dwa tysiące innych osób, ale to taki tam, prawda, szczegół.

Jeden z moich współpracowników, z którego gustem muzycznym nie mogłabym się bardziej nie zgadzać, podrzucił kiedyś na fejsa linka. Zazwyczaj nawet nie chce mi się klikać; wtedy chyba mnie coś tknęło. Cover ‚Sound of silence’ zapoczątkował moją wielką miłość do muzycznego fenomenu pod nazwą Passenger.

Za jego niezwykłe trafiające prosto do serca teksty, w które koniecznie trzeba się wsłuchać. Za talent muzyczny, za ujmującą osobowość, za miłość do muzyki. Za bark komercji. Za proste ale niezwykłe teledyski. Za poczucie humoru. Za nienachalny przekaz.

No bo rozumiesz, idziesz na koncert. A tam brodaty szczuplutki facecik z gitarą akustyczną. Tylko tyle. Jedyny gimmick to wyświetlane projektorem tło przypominające dziecięce obrazki.  I ten szczuplutki brodaty facecik od pierwszych słów (lubi pogadać), od pierwszych dźwięków ma publiczność w garści, zahipnotyzowaną, oddaną, rozśpiewaną. Nie ma żadnego z tych długich wstępów, rozgrzewania, wzajemnego badania się; od pierwszej minuty Mike Rosenberg i ty jesteście najlepszymi kumplami. Widzisz, jak daje z siebie absolutnie wszystko i jak sam głęboko przeżywa reakcję, którą dostaje od tłumu za swój wysiłek. Kiedy zszedł ze sceny, publiczność sama zaczęła śpiewać, i tak śpiewaliśmy wszyscy, coraz głośniej, coraz szybciej, aż na tej niesamowitej wznoszącej łączącej nas wszystkich fali dźwięku Passenger wrócił na scenę i widać było, jak niesamowite jest to przeżycie również dla niego.

Passenger istnieje muzycznie już od kilku ładnych lat, przez długi czas grał na ulicach miast zbierając pieniądze na pierwszy studyjny album. Szerzej zaczął być znany dopiero od niedawna. Poniżej kawałek, który otworzył mu mnóstwo drzwi:

Mike Rosenberg przywrócił mi muzykę. Wierzę mu, wierzę w to, że nigdy się nie zmieni, że sukces na który zasługuje go nie zniszczy. Jest jak światełko nadziei w przeżartym komercją i tandetą ‚przemyśle’ muzycznym.

A od tego zaczęła się nasza znajomość:

Gdybym mogła chodzić na koncert Passengera raz w miesiącu do końca moich dni, uważałabym się za niesamowitą szczęściarę. Jeśli zaś ktoś dzięki temu wpisowi odnajdzie w tej muzyce to coś szczególnego dla siebie, to już w ogóle jest megacudnie.

Ydych chi’n siarad Cymraeg?

1 485

Są na tym świecie takie dziwoki, które lubią sobie dla relaksu otworzyć na chybił trafił książkę z objaśnieniami walijskich nazw własnych, albo poprzyglądać się mapie Walii myśląc ze złośliwą satysfakcją, jaki koszmar przechodzi pracownik angielskiego call centre próbując wklepać w system, że klient mieszka w Walii w Pontrhydfendigaid na ulicy Heol Llansantffraid, albo na ulicy Ffordd-Y-Gyfraith w Llansanffraid-ym-Mechain (przychodzi na myśl casus Brzęczyszczykiewicza z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową’). Zwłaszcza jak klient jest z Polski i sam jest kompletnie zagubiony w swoim adresie, lecz prze desperacko do przodu, gubiąc po drodze połowę spółgłosek, przestawiając samogłoski i nazywając literki z polska: cy, dy, e, nie, wróć, cy, by, i.. Po kilku minutach walk po obu stronach ściele się lingwistyczny trup; pot i krew zalewa słuchawki telefonów. W końcu advisor wpada na pomysł, żeby spróbować kodu pocztowego i wszyscy oddychają z ulgą (znów pod warunkiem, że klient dobrze przeliteruje). Jest. Uf. Nie będziemy już sprawdzać, czy ulica się zgadza, na pewno się zgadza… Że co trzeci list nie dojdzie, to już tam taki, prawda, szczególik.

Język walijski (z grupy celtyckich), najstarszy używany język w Europie, przypomina mi walijskie plaże – żwir chrobocze pod stopami, skały i kamienie wydają głuchy odgłos jak się po nich chodzi, a piaskiem się pluje jak człowieku naleci. Jest w nim chropowatość dźwięku i malowniczość poezji pisanej. Popatrz tylko na taki fragment pięknej pieśni Calon Lan:

Calon lân yn llawn daioni
Tecach yw na’r lili dlos
Does ond calon lân all ganu
Canu’r dydd a chanu’r nos

… no co, nie ładny? Nietrudno uwierzyć, że Tolkien inspirował się walijskim tworząc języki Śródziemia.

Na codzień posługuje się tym językiem tylko jakieś 20% Walijczyków, głównie z zachodu i północy kraju. To nie jest język łatwy do nauki, zwłaszcza w porównaniu z angielskim. Obcokrajowiec, który po raz pierwszy wjeżdża do Walii, natychmiast dostaje kociokwiku na skutek obcowania z podwójnym nazewnictwem na znakach drogowych i trochę to trwa, zanim się przyzwyczai. Można się kręcić w kółeczko na rondzie przez pięć minut próbując desperacko skoordynować swoje położenie z mapą i polec. Sat nav bardzo ułatwia sprawę; dodatkowo można polewać z tego, jak się system głosowy męczy z wymową i również no pasaran. No ale ostatecznie wystarczy podążać za strzałką, która poprowadzi cię jak biały królik Alicję wprost do krainy lingwistycznych czarów.

Nie jest łatwo, przynajmniej początkowo, polskim kierowcom autobusów albo taksówek w Walii. Jeśli wziąć pod uwagę, że rodowici Walijczycy sami czasem nie wiedzą, jak te cudne kobylaste kombinacje spółgłosek wypowiedzieć, a Polak to już napewno nie wie, i że dodatkowo każdy z nich nałoży na nie cień swojego pierwszego języka (którym dla większości Walijczyków jest angielski), ustalenie dokąd delikwent chce może chwilę trwać. Co przezorniejsi rodacy noszą przy sobie karteluszki z adresem, jak te dziecioki w czasie wojny.

A swoja drogą, zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda badanie wzroku u brytyjskiego okulisty jeśli pacjent nie posiada umiejętności spellingu po angielsku? To fajna zabawa; nie jestem pewna, czy okulary będą właściwe, ale wszyscy się uśmiechają i jest bardzo miło. Na szczęście większości polskich liter zaprawiony w bojach okulista się domyśli; ciekawa jestem tylko jak to wygląda, jak przychodzi taki np. Chińczyk. OK, prawdopodobnie pokazują mu obrazki, jak dziecku, ale skąd okulista wie, że odpowiedź się zgadza..?? No?? Może ktoś zna jakiegoś okulistę i mógłby się zapytać? Byłabym zobowiązana.

Ponieważ mam fioła na punkcie opisywanego zagadnienia, mogłabym pisać na ten temat godzinami; ale i tak pewnie mało kto doczytał do trzeciego akapitu; więc powiem tylko, że wróciłam z wakacji, na które się spóźniłam (budzikom śmierć!) i czuję się cokolwiek odnowiona, na tę chwilę.

DSC_0358

cały ten jazz

DSC_0385

Tymczasem minął już tydzień od festiwalu Brecon Jazz, który słynnym festiwalem corocznym jest. Jazz to taka muzyka na której się specjalnie nie znam, ale jak się żyje na pustynii kulturalnej B. to nie ma co grymasić, bierze się, co dają. Jedynym znajomo brzmiącym nazwiskiem w programie festiwalu było ‘Acker Bilk’, więc wybór był prosty. Mr Bilk, legenda klarnetu, lat 80, został dostarczony na scenę Brycheiniog Theatr w fotelu z kółkami i na skutek problemów z oddychaniem popełnił jedynie skromny muzyczny performans. Skromność muzycznego performansu kompensował zachrypłym wdziękiem osobistym i żarcikami tak wiekowymi, że rozkuszały się w locie w proch i obsypywały publiczność w pierwszych rzędach. Co jednak nie przeszkadzało wszystkim świetnie się bawić.

I pewnie nigdy się nie dowiem, czy przekręcanie tytułów utworów (np. Trouble over Bridgewater) i imion członków bandu było częścią show, czy skutkiem wieku i nabytych drogą życiowego doświadczenia chorób.. ale jakie to ma ostatecznie znaczenie. No i band, band miał klasę. Taki band powoduje u Ani uśmiech dookoła głowy, myśli o innym świecie, swingujących orleanach, małych zadymionych knajpach i ogólne oderwanie od rzeczywistości. To lubimy. Maniakalne wystukiwanie rytmu nie przeszkodziło mi prawie zasnąć w drugiej połowie koncertu. Teatr Brycheiniog ma problemy z dopływem tlenu do zatoczonego audytorium; nie bez wpływu mógł być fakt posiadania przez teatr baru ze znakomitym walijskim cydrem.

Wycinek z bogatej kariery pana Bilka: nights in white satin A przy okazji, kto nie widział jeszcze świetnego polskiego filmu ‘Mój rower’ – koniecznie. W jednej z ról występuje właśnie zaskakująco przyjazny duszy klarnecik.

2

Żałuję, że nie spędziłam w Brecon całego festiwalowego weekendu; sporo mnie ominęło. Festiwal przyciąga różne gatunki muzyki, nawet popularny wśród tzw. młodzieży gatunek ‘a teraz będę się darł, aż zedrę gardło po kolana, fak, dżizas’, urzędujący w co poniektórych z licznych brekońskich pubów. Najróżniejsze Janki Muzykanty przygrywają na ulicach, organizują parady itp.

DSC_0396

Biznes gastronomiczno-browarniczy kwitnie. Jak ktoś jest zdesperowany, to może sobie kupić na ulicy niedopieczone walijskie ciasteczko (a miało być tak pięknie: ciasteczka ręcznie robione tradycyjną metodą na moich oczach przez profesjonalnie wyglądające babcie ciasteczkowe, co może się nie udać? Ciasteczko może się nie udać, ot, co. Ciężko znaleźć naprawdę dobry produkt regionalny these days, panie, sir).

DSC_0400

Alternatywnie można np. pójść na dobry obiadek do nepalskiej restauracji. W nepalskiej restauracji nie będzie wolnych stolików i zabiegany kelner usadzi cię na górze w prywatnym saloniku, w którym gromadka malutkich panów z Nepalu będzie grała w szachy popijając mocny czaj w szklaneczkach; na twój widok gromadka spłoszy się i ucieknie, gnąc się w uśmiechach, nawet jeśli nie jesteś z emigracyjnego. Na ścianach będą wisieć obrazki z żołnierzami ghurka ze sztyletami, sofa będzie megawygodna i całe szczęście, bo na jedzenie będziesz czekać 50 minut. Danie główne przybiegnie wyczerpanym kelnerem przed przystawkami, a talerz będziesz trzymać na kolanach, łapiąc wyskakujące z dania fasolki mung. I fajnie.

I tak to można kulturalnie spędzić dzień w Walii.

Ewentualnie, tak:

DSC_0410

Na koniec jeszcze prośba: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie o innych ciekawych festiwalach na lato, proszę nie być nieśmiałym, proszę się podzielić. Uwielbiam rekomendacje i zazwyczaj sprawdzam, czasem z kilkuletnim opóźnieniem, ale nie bądźmy, prawda, drobiazgowi.

w teatru

Poszło się w teatru! Prawdziwego, ze złotymi amorkami na balkonach, czerwonymi krzesełkami i publicznością, która niczego nie żuła, z wyjątkiem lodów rozprowadzanych przez panią wózeczkową w przerwie. Sztuka przyjechała do Swansea Grand Theatre gościnnie z Londynu w sile dwóch i pół aktora, niewidzialnego psa i kufra, wystawiła się przez 5 dni i pojechała dalej. Było o duchach, i w związku z tym część publiczności krzyczała ze strachu a część chichotała troszkę nerwowo. Niektórych twarz rozbolała od uśmiechania się jak głupi do sera z czystej przyjemności bycia tam i nadal nie mogą rozprostować zmarszczek mimicznych. Miałam ogólnie gówniane kilka ostatnich tygodni i potrzebowałam odmiany; czuję się gruntownie odświeżona. Jak ktoś ma okazję złapać Woman in Black gdzieś w kraju, albo i w Londynu, to polecam. Tu daty i miasta a tu proszę zwiastunek oryginału londyńskiego:

Sztuka została przełożona w film, znany głównie z tego, że występuje w nim harrypotter. Nie widziałam, ale podobno dobry. I też się podobno podskakuje, jak ktoś jest troszku nerwowy.

A po teatru się zaszło do kafei włoskiej i zjadło walijskie warzywne cawl (ach ten multikulturalizm) które oznacza coś w rodzaju gęstej gorącej zupki podawanej z ugrilowaną bagietką i jest idealne na taki zimny dzień jak dziś.  To całe Swansea coraz bardziej mi się podoba.

Nie najgorsza sobota, pani.

o kóltóże masowej, babie i dachu

Przeczytałam najnowszą książkę J.K. Rowling i mogę z całkowitą pewnością stwierdzić, że nie występuje w niej ani jeden czarodziej. Występują natomiast niziny społeczne i sporo Wyrazów, co fajne jest i lubimy. Jak również obejrzałam Django. Krew sika, trup się ściele, aczkolwiek liczba niezrzeszonych części ciał, w tym organów wewnętrznych, wydaje się być mniejsza niż w poprzednich filmach Tarantino. Świetny scenariusz, aktorzy, muzyka i last but not least: supergorący bohater pozytywny. Sześć kinomanek spłonęło żywcem; i to tylko na tym jednym seansie.

Pan Dachowy zaś pokonał wreszcie wszystkie bliżej niezidentyfikowane przeszkody i dotarł na mój dach zaledwie dwa tygodnie po terminie. Coś zainstalował, coś odinstalował, rozwalił płot drabiną i oświadczył, że teraz to już będzie super. Czekamy.

Słowo na niedzielę: przypowieść o Babie. Dzwoni Baba do radia BiBiSi i skarży się:  … i oni [Polacy – przyp. red.] ciągle robią zakupy w Home Bargains* i zupełnie nie kupują w normalnych drogich sklepach, wcale nie obchodzi ich, że przecież trzeba wspierać gospodarkę! Wiem, bo sama jestem prawie codziennie w Home Bargains i widzę!

Nic dodać, nic ująć pani kochana.

DSC_0018

*Home Bargains – jeden z najtańszych dyskontów z żarciem i wszelkiego rodzaju badziewiem.