o homo ofisie, kobiecie idealnej i karmieniu tygrysa

Śniło mi się, że zaprowadzałam błąkające się tygrysy do klatek za pomocą kawałków karkówki oraz cytatów z A la recherche du temps perdu Prousta. Podejrzewam, że źródło snu leży po cześci w filmie o doktorze Doolittle, na który nieopatrznie  trafiłam podczas przerzucania kanałów, i w głębokiej pogardzie do siebie obejrzałam do końca. Jeśli chodzi o W poszukiwaniu straconego czasu, to przecież oczywiste i nic nie trzeba tłumaczyć.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że dawno nie było nic z dziedziny krajoznawczo-turystycznej, a przecież to był główny cel tego bloga. Blogu. Bl. Niestety, ostatnio zwiedzam głównie lokalne nieruchomości oraz zapoznaję się z metodami manipulacyjnymi agentów pośredniczących, co samo w sobie też jest fascynującym przeżyciem. Tymczasem, pomimo stagnacji, wciąż ten i tamten tu zagląda, i nawet to i owo czyta. Od jakiegoś czasu sprawdzam sobie tagi (czyli hasła które ludzie wrzucają w wyszukiwarkę i trafiają do mnie) i trwam w fascynacji. Oto, żeby nie być gołosłownym, kilka wybranych (oryginalna pisownia zachowana):

otwarta trumna michaela jacksona

chuja tam architekt

ryba w architekturze

duże cycki,wielkie balony

babĆe kture majĄ goŁe dupy

obrazy gurskie

transwestyta przy drodze

co jedzą ludzie w walii

grób pański w kształcie łodzi

dom w śrotku

co to jest krzysz celtycki

I mój faworyt jak do tej pory:

czy kazdy musi miec homo ofis w uk

Czuję głembokom satysfakcję, że według google pokrywam tak szerokie spektrum zainteresowań rodaków.

Trochę kultury: polecam, jeśli wam się trafi we telewizorze, stand-up (zdaje się, że ustaliliśmy przekład jako monolog satyryczny) pani o pochodzeniu Irańskim i dźwięczym imieniu Shappi Khorsandi; która to pani już puka do drzwi przedziału pierwszej klasy brytyjskiego pociągu do rozrywki; a wygląda tak:

Jest nie tylko zabawna, ładna i inteligentna (sprawiedliwość :>), ale także dzieli z nami emigrantami doświadczenia i antydoświadczenia zdobywane podczas mozolnego wtapiania się w brytyjskość, przetważając je w żarcik, którym wszakże życie oraz wielka sława jest. Baaardzo sympatyczny autobiograficzny artykuł w Timesie o tutaj. A tutaj jeden z jej monologów na scenie teartu Apollo w Londynku.

Ponieważ uważam, że należy wspierać niskodochodowe inicjatywy kulturalne wysokich lotów, zwłaszcza w tym kraju, i zwłaszcza z udziałem rodaków, oto kilka słów o takie jednej. Będzie z miesiąc jak Maciej Dakowicz, fotograf z Cardiff, otworzył wespół wzespół z drugim fotografem Third Floor Gallery w Cardiff; głównym założeniem jest promocja współczesnej fotografii, zwłaszcza jej odmiany ulicznej, której wyznawcami są obaj panowie. Jeszcze nie miałam czasu odwiedzić, ale mam na liście, zaraz po siedemdziesięciu trzech wizytach w agencjach nieruchomości oraz jednej w świątynii Azteków w Meksyku. Ale Ty idź, idź, nie zwlekaj.

o pierdolonej owsiance i kupowaniu sofy

Krótko będzie, bo nie mam czasu, bo smażę dietetyczny placek owsiany, ponoć niezrównany w dziedzinie stymulacji ruchów robaczkowych. A skoro już jesteśmy w temacie owsa:

Jasiu, lat 7 mówi do swojego braciszka Stasia, lat 4: słuchaj stary, mamy już swoje lata, myślę, że czas zacząć przeklinać. Stasiu zgadza się z entuzjazmem. Rano schodzą do kuchni, mama już się krząta. Co chcesz dzisiaj na śniadanko, Jasiu? Jasiu zakłada nogę na nogę, rozwala się na krześle i cedzi przez zęby pierdoloną owsiankę, ale migiem, ździro! W następnej sekundzie Jasiu dostaje w łeb, kilka razy w tyłek i ląduje z płaczem w swoim pokoju. Stasiu patrzy na wszystko z przerażeniem w oczach; tymczasem mama odwraca się do niego i pyta: a dla ciebie, kochaneczku? Stasiu słabiutkim głosem: przypuszczam, że pierdolona owsianka nie wchodzi w grę..?

A skoro już przy kulturze jesteśmy, to będąc w okolicach finału Wielkiej Orkiestry w Szczecinie odkryłam taką jedną kapelę, z muzą dość nietypową na polskie warunki (tak mi się przynajmniej wydaje, trochę odpadłam od rodzimej sceny). Oni sami określają się jako hip hop /experimental/soul; ja bym dodała, że jeszcze i lekki jazzik i inne; w każdym razie, mi się bardzo spodobali i zamierzam nabyć drogą kupna płytę, co nie zdarza się często. Kapela nazywa się SOFA a tu sobie można ich posłuchać, jak by się komu zachciało. Szczególnie sobie upodobałam kawałek „Affairz”. Bardziej mi się osobiście podoba jak śpiewa facet, ale i dziewczyna jest niezła. No i jak śpiewają po angielsku to właściwie bez akcentu, co jest bardzo cenne, jak raczej sądzę.

o potędze fotografii ulicznej, komiku transwestycie oraz o tym i owym

Trafił mnie szlag, nie ukrywam. W niedzielę pojechaliśmy do Cardiff, strzelać giga, znaczy, fotografować lokalną scenę muzyczną. Wszystko było ładnie-bosko, przy drugim bandzie ogłuchłam w 70% – znaczy, impreza rozwijała się płynnie i według planu. S. wrzucił kilka piwek żeby się lepiej  zintegrować z muzyką, i wyszło na to, że ja nas wiozę do domu. Nie znam dróg w Cardiff, ale se myślę, środek nocy, puste ulice, S. zapoda kierunki, dam radę. I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że jak się nie zna Cardiff, to się nie wie, że nastawiali tam w cholerę kamer z limitem 30; oczywiście S. mógłby mnie uprzedzić, gdyby nie był za bardzo zajęty opowiadaniem sobie dowcipów; on się upiera, że to zrobił, ale umknęło jego zachwianej czasoprzestrzeni, że to nie było ostrzeżenie prewencyjne, ale rubaszna refleksja na skutek drugiego błysku za naszymi plecami.

Co mnie wścieka najbardziej, to to, że nie masz drugiego tak przestrzegającego przepisów prędkości kierowcy jak ja. Naiwnie wydaje mi się, że jak będę grzecznie jeździć tak jak pan policja mi każe, to nic się nigdy nie wydarzy. I masz. Ten jeden raz przekroczyłam limit o całe 10 mil/h (!). Nie było ruchu na drodze, o pieszych nie wspominając. Nie było cienia zagrożenia. Przegapiłam znak kamery, bo się koncentrowałam, żeby znaleść drogę, plus S. radośnie beblał mi nad uchem a z podporządkowanej wyjeżdżał na drogę czołg. Nie ma większego sensu oczywiście wykłócanie się z systemem. Pytanie po co tyle tych kamer, po co te ograniczenia do 30 na głównej drodze co dwieście metrów? Zawsze się spierałam z S. że policja ma swoje powody. Aż  do niedzieli. Teraz uważam, że to wszystko nie dla bezpieczeństwa, ale dla łupienia kierowców, jest to rasistowski spisek na mój polski portfel, w którzy zaangażowani są rządzący, kościół anglikański oraz brytyjski związek rowerowy.

Może się mylę, może jest na świecie kraj z większą ilością kamer poustawianych dosłownie wszędzie, ale jakoś nie sądzę. Anyway. Oczekuję wyroku. Spodziewam się schudnąć o conajmniej 60 funtów.

Tymczasem, odrobinę kultury może. Komików ci w tym kraju prawie tyle co spidkamer, niektórzy nawet całkiem dobrzy; ja lubię m.in. Eddie’go Izzarda. Pan zasłynął ładnych kilka lat temu image’m transwestyty w połączeniu z inteligentnym dowcipem, zmysłem obserwacyjnym i zdolnością błyskotliwej improwizacji – nie wiem po prawdzie, czy wciąż nakłada obcasy i makijaż do swoich stand-up’ów (jak to będzie po polsku, halo, ktoś, bo to żenada), ale cała reszta się nie zmieniła. Kocha go Ameryka, bo śmieje się z niej – a Amerykanie lubią śmiać się z siebie tym dobrodusznym teksańskim rechotem mówiącym czule, tak, tak, wieeemy, wieeeemy; lubimy ludzi z poczuciem humoru, to tych bez poczucia nie lubimy i zwykle eksportujemy do nich nasze myśliwce i inne produkty przemysłu zbrojeniowego np. marines. Wracając do Eddiego – potrafi wyjść na scenę i mówić przez 1,5 godziny, skacząc między pozornie niezwiązanymi sprawami i wiążąc je w zaskakujące pointy, i jest w tym naprawde dobry, wręcz charyzmatyczny, ma fantastyczną mimikę i zdolności naśladowcze, a jego angielski jest bardzo przyjazny tym, dla których nie jest pierwszym językiem. Jak ktoś chciałby się zapoznać, to polecam dvd pt. „Dress to kill” – sukces Eddiego na światową skalę.

Czym tam ostatnio żyje kraj (to dla Ciebie Joanna:)) – kraj żyje niezwykle ważkimi wydarzeniami, jak wyeliminowanie Johna i Edwarda z X-Factora (brytyjski Idol, fenomen quasi muzyczny, który udowodnia tezę, że telewizja potrafi sprzedać absolutnie wszystko, nawet jeśli ‚wszystko’ jest kompletnym beztalenciem); a także historią kopciuszka – Susan Boyle, która właśnie wydała swój debiutancki krążek, od razu wskakując na pozycję najlepiej sprzedającego się debiutu wszechczasów. Kto zapadł na amnezję lub przez ostatnie miesiące przebywał na księżycu, może sobie przypomnieć jak to się wszystko zaczęło tu Na filmiku widać ładnie, jak Simonowi Cowellowi, gościowi który wymyślił tą wielką maszynę do produkcji kasy, zapalają się w oczach symbole funta. Nawet milionów funtów.  Historia Susan, jak pięknie by nie wyglądała w telewizji, ma drugie dno, raczej gorzkie.  Nasz prawie 50 letni Kopciuszek, samotny, brzydki i z trudnościami przystosowawczymi, wkręcony nagle w machinę szoł biznesu co prawda zrealizował swój wielki sen o sławie, ale okupił to załamaniem nerwowym – niby jest lepiej, ale kto wie, co będzie z nią dalej, np. kiedy szołbiz przestanie się nią już interesować.

Z wydarzeń mniej ważnych:  radykalny ‚działacz’ muzułmański obrzucił konserwatywną posłankę-muzułmankę Sayeedę Warsi (która w dodatku jest baronową) jajem spożywczem, wykrzykując obelgi o zdradzie islamu. Ojajowana baronowa stanęła dzielnie, gotowa do dyskusji teologiczno-kulturowej, lecz jaja leciały a pan krzyczał; to w końcu poszła sobie, otoczona opiekuńczym ramieniem służb porządkowych. Sęk w tym, że urodzona w Yorkshire z pakistańskich rodziców i wykształcona na prawniczkę baronowa uważana jest za najpotężniejszą muzułmankę w kraju, lecz nie nosi żadnych tego oznak zewnętrznych, i jest bardziej brytyjska w swojej postawie i politycznej wymowie niż BNP. Warto zapamietać to nazwisko, bardzo prawdopodobne, że pani baronowa, która obecnie jest ministrem do spraw społecznych (mniej więcej) w gabinecie cieni, wejdzie w skład nowego powyborczego gabinetu Davida Camerona (boże dopomóż, jak gościa niecierpię) i jeszcze nie raz będzie o niej głośno. A w ogóle to niebrzydka z niej kobitka. Foto by the Guardian:

Skoro już jesteśmy przy ‚kwestii muzułmańskiej’ – BNP uczyniła kolejny krok na drodze oczyszczenia imienia partii z rasistowsko-nazistowskich nalotów. Oto świat poznał pierwszego ciemnoskórego członka BNP – pan jest prowieniencji hinduskiej, wyznania Sikh i nienawidzi muzułmanów ekstremalnie, no choćby nie wiem, co, bij, zabij.. No co, rechocze Nick Griffin, zrobiliśmy jak kazaliście.. teraz każdy może wstąpić wstąpić do naszej partii..

He he..

Przegląd prasy:

Ciekawostka wyłowiona w Times’ie: Szwajcarzy w referendum narodowym (!) właśnie zdecydowali, że we współczesnym szwajcarskim świecie nie ma miejsca dla minaretów przy meczetach – nie ma dla nich żadnego teologicznego usprawiedliwienia, a stanowią najbardziej widoczny symbol celowej izolacji mniejszości muzułmańskiej od reszty społeczeństwa (obok burek, rzecz jasna). W odwecie radykalna część mniejszości muzułmańskiej ogłosiła dżihad względem zegarków i dziur w serze.

Była miss Argentyny zmarła podczas operacji kosmetycznej pośladków.

Powołano wielką komisję do zbadania, czy były Tony Blair spiskował z byłym Dablju Bushem w kwestii wywołania rozróby w Iraku na długo, zanim zaczęto oficjalnie przebąkiwać o rzekomej broni masowego rażenia, i czy to przebąkiwanie było oparte na faktach, a nie służyło jedynie obaleniu dyktatora suwerennego państwa celem ustanowienia w nim amerykańsko-brytyjskich rządów i czułej opieki nad zasobami naturalnymi. Przyszłymi ustaleniami komisji są żywotnie zainteresowane głównie rodziny żołnierzy zabitych w Iraku, trudno im się dziwić. W dzisiejszych czasach coraz trudniej wciskać ludziom patriotyczny kit i zachęcić ich do oddawania życia dla ojczyzny, ale rodziny zabitych muszą w coś wierzyć; inaczej, podejrzewam, można zwariować.  Jeśli tę wiarę się im odbierze, kto wie, jakie to będzie miało skutki dla przyszłej polityki obronnej (tak zwanej) kraju. Komisja na pewno zdaje sobie z tego sprawę, i dlatego wątpię, czy ‚uda’ im się odsłonić kulisy całej sprawy. Nawet, gdyby poprosili o pomoc posła (ex posła?) Ziobrę.

A poza tym chwilowo nie leje.

Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

idziemy w kulturę

Ha! :

3847136774_75ba4e2360

Tak, tak, te figurki na owianej mgłą scenie Cardiff Millennium Stadium to czwórka z Dublina. Z wielką przyjemnością optaszkowuję „zobaczyć U2 live” na mojej liście rzeczy do zrobinia zanim umrę (spoko, na liście jest też „być nieprzyzwoicie bogatą” więc długie życie przede mną). Świetnie zorganizowany koncert, stadion cudnej urody, muza jaka jest, każdy wie (chociaż mogliby grać więcej starszych kawałków), piwko łatwo dostępne – czego chcieć więcej od sobotniego wieczoru w Stolycy.

Bo to już tak jest, że jak ktoś złakniony kultury wyższej niż xbox, xfactor i festyny ludowe, to musi sobie pojechać co najmniej do Cardiff. W B. przejawem najwyższej kultury jest wysoki budynek biblioteki głównej, odwiedzany głównie przez babcie szukające ofiar do pogadania o tym, jak to drzewiej bywało, panie (taki bibliotekarz osaczony przez wytrenowane babcie nie ma żadnych szans) i emigrantów bez dostępu do internetu (w bibliotekach mogą dostąpić za darmola, tylko trzeba się zarejestrować, posiadając dowód na posiadanie stałego adresu, np. list zaadresowany do siebie).

Ale w Cardiff mają to i owo. Po pierwsze, mają muzeum narodowe z galeriami, które często goszczą interesujące wystawy fotograficzne, takie jak ta: No such thing as society . Polecam gorąco, oczywiście jeśli takie rzeczy kogoś kręcą; używając suchych faktów, wystawa prezentuje ogrom zmian w społeczeństwie brytyjskim za ‚panowania’ Margaret Thatcher. Jak Polaka zapytać o panią T. to coś mu się będzie kołatało o żelaznej damie, pierwszej (i ostatniej jak dotąd) kobiecie-premierze, co starsi wspomną strajki górnicze i pałowanie ludu pracującego walczącego o swoje miejsca pracy (brzmi znajomo..? No patrz, a inny system polityczny); no i brytyjski dobrobyt, który nastał za jej czasów. I międzynarodowy szacunek.

Natomiast jak zapytać o panią T. statystycznego Walijczyka, to prawdopodobnie zrobi sie zielony na twarzy i wypowie się niecenzuralnie; jest bowiem pani T. uważana za odpowiedzialną nie tylko za praktyczne zlikwidowanie górnictwa i całej związanej z nim struktury przemysłowej w Walii, a co za tym idzie, wysłanie całych miasteczek na zasiłki na pograniczu nędzy; ale przede wszystkim wini się ją za stworzenie kultury życia na zasiłku, obejmującej całe pokolenia, która jest wielkim kłopotem dla dzisiejszych rządów zarówno ze względów finansowych, jak i społecznych (postępująca degradacja lokalnych społeczności w całem i jednostkowo). No i jeszcze ten dobrobyt, stworzony m.in. przez preferencyjne traktowanie banków i zachęcanie ludzi do wydawania pieniędzy, których nie mieli, legł u podstaw dzisiejszego wielkiego kryzysu.

Tytuł wystawy jest cytatem z wypowiedzi pani minister, zaserwowanym, jak sądzę, z delikatną nutką ironii. Wystawa czynna jest do 31 października, wstęp darmowy (jak i do całego muzeum, pełnego różnych bohomazów i takich tam). W przerwie od tego ukulturalniania się można napić się herbatki w kawiarni w holu muzeum, ale odradzałabym ciasta, wyglądają kusząco, ale są zazwyczaj drugiej świeżości (поздравляю Вас, Михаил Афанасьевич, мне здесь без Вас ужасно скучно ). Muzeum:

museum

Przy okazji, jak kto lubi dobry film, to nie mogę nie polecić conajmniej dwóch brytyjskich filmów usytuowanych w omawianej epoce: Billy Elliot (znakomity, jeden z moich ukochanych filmów) i Full Monty, znany u nas jako Goło i wesoło. Oprócz dobrej zabawy dostajemy jeszcze cenny rzut oka na realia nieodległej historii kraju, w którym sobie postanowilismy zamieszkać. W Full Monty warto zwrócic uwagę na Roberta Carlyre, któren uznaną gwiazdą brytyjskiego filmu jest. Jamie Bell jako Billy jest wart Oscara i rozpościera się przed nim świetlana aktorska przyszłość. Billy Elliot, nawiasem mówiąc, świeci wielkie triumfy jako spektakl muzyczny w Londynie od conajmniej dwóch sezonów.

Apropos kina. Żadko, panie dzieju, można w multipleksie w B. zobaczyć coś, co nie jest pop papką. Jako była pracownica małego kina studyjnego w Ojczyźnie cierpię na syndom Braku Filmu Nieanglojęzycznego w oficjalnej brytyjskiej dystrybucji kinowej. Ale w Cardiff mają takie kino, gdzie grają rzeczy z całego świata; byłam tam tylko dwa razy, bo zawsze mi brakuje czasu na taką wyprawę, ale miałam bardzo pozytywne wrażenia. Oprócz indywidualnych filmów mają przeglądy, cykle i takie tam.  Nazywa się to Chapter i jest czymś więcej, niż kinem, mają tam i galerię, i scenę teatralną, i takie tam różne.

To tyle tej kultury na razie, bo ileż to można.

______________________

PS. Zabawna ironia losu: pani T. zamykała brytyjskie kopalnie, bo taniej było importować wegiel.. z Polski (między innymi). 20 lat później zamknięto większość polskich kopalni, bo taniej było sprowadzać węgiel z Chin. Money rules the world, panie.

O wyzwolonej babce, St. Fagans i miłości do sportu

Po czym poznać, że Walijczyk ogląda rugby? Po pierwsze, wyzywa panów w telewizorze od onanistów (wanker, bardzo pożyteczne słówko; wyrażane bywa często przy pomocy charakterystycznego ruchu nadgarstka na znak sympatii i szacunku dla kompetencji innych kierowców pojazdów mechanicznych).  Po drugie, kompletnie ignoruje gołe baby w różowych perukach spacerujące po domu. Po trzecie zlewa pomysł wyskoczenia po chińszczyznę. Poważna sprawa..  Bo Walijczyk i rugby to naczynia połączone, niemal nie istnieją bez siebie.  Ja tam nie wiem, nigdy nie umiałam zrozumieć tego szaleństwa, które ogarnia ludzi w zetknięciu z ukochanym sportem.  Ja jestem jak ta żona w żarciku rysunkowym, patrząca stoicko znad szydełka jak mąż w histerii wali głową w 35calową plazmę wykrzykując obietnice przemocy i mówiąca: „kochanie, ten telewizor nie jest aż tak interaktywny”.

Ale to chyba już tak jest, że małe kraje, zwłaszcza te, które nie są niepodległe, muszą w czymś wyrażać swoją dumę i tożsamość narodową. Bo to wiesz, że Walia nie jest częścią Anglii, jak niektórzy myślą, a principality, księstwem podległym od stuleci nieprzerwanie acz niechętnie królowej angielskiej. Dlatego jest książę Walii i takie tam (chcesz dostać w zęby, nazwij Walijczyka Anglikiem).  I świetna drużyna narodowa jest takim walijskim pieszczoszkiem i kreatorem dumy.  A jak wygrają mecz z Anglią, łojezusie.  Orgia. To trochę tak, jakby Polska pokonała w kopaną połączone siły Niemiec, Związku Radzieckiego i Sosnowca. Nie pytaj. Wiele wielkich nazwisk przewinęło się w historii walijskiej rugby; nie musisz ich znać, bo i po co, ale jak chcesz się zaprzyjaźnić z tubylcem, to pomoże wspomnieć o Shane Williamsie.  To taki Zidane w połączeniu z Ronaldo w rugby. Malutki taki, tyciuni, ale jak już złapi to jaje, to żaden z tych wielkich trolli nie jest w stanie go powstrzymać.  Idzie jak burza, jak Cyklon Rogoźnik w szóstej lidze.

rugby

Oczywistym więc jest, że nie może zabraknąć rugby w St. Fagans, Museum of Welsh Life nieopodal Cardiff (zjazd 33 z M4, i dalej za znakami, płaci się za parking, wstęp wolny). Pamiętam, że była kiedyś jakaś Ważna Rocznica Ważnego Meczu (coś jak nasze Wembley z 1973) i pojechaliśmy sobie do St. Fagans;  tam mają taki ciąg umeblowanych mieszkań z różnych epok, i w jednym z nich stało stare tranzystorowe radio w którym szła transmisja „na żywo” tegoż Ważnego Meczu. Dookoła radia uformowała się spontanicznie gromadka panów w wieku średni plus, przeżyjmy to jeszcze raz, piłka jest jedna, a bramki dwie.. yy, tego. W każdym razie czad, panie. Jakby się człowiek przeniósł w czasie.

St. Fagans

Bo takie właśnie jest St. Fagans. To rodzaj skansenu, a skanseny są dla mnie najsensowniejszymi muzeami. Poustawiali tam przytaszczone z różnych rejonów Walii zabytkowe domy, od stareńkiej lepianki po lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku,  sklepy, pocztę, piekarnię (można kupić chlebek albo walijskie ciasteczko Welsh Cake prosto z pieca), szkołę, kaplicę, Working Men Hall. Mają zamek z pięknie utrzymanymi ogrodami, rzekę przecinającą tereny spacerowe i mnóstwo zieleni.

st-fagons

st. fagans

Bardzo lubię St. Fagans, to fakt. Zawsze przywożę stamtąd jakieś fajne foty i ciekawe historyjki. Pracownicy lubią sobie pogawędzić, pan w sklepie z ciuchami z przełomu wieków ma np. sporo do powiedzenia o starej polskiej emigracji. Do fotografów:  raczej nie bierzcie statywów, mogą was grzecznie poprosić o nieużywanie.  Podobno chodzi o to, żeby nie wykorzystywać komercyjnie zdjęć wnętrz, ale na mój gust to raczej chodzi o przestrzeń – te domki często są nieduże i jakby każdy się tam pchał ze statywem..  poza tym,  jak kto wie, jak używać aparatu i dostępnych ukształtowań terenu, to sobie poradzi bez statywu, więc argument komercyjny to dla mnie lipa.

st-fagans

st. fagans by S.C.

No. To tak w skrócie. Pojedziesz, sam ocenisz. Co to ja jeszcze miałam.. Kuba mówi, że miało być coś o wyzwolonej babce, ale nie będzie, bo  zjedliśmy zaraz po wyzwoleniu z piekarnika.