pejzaż w powieki miękko wsiąka

Znów wędrujemy – napisał poeta, wyśpiewał artysta. <klik>

Wędrując po Walii południowej można się np. natknąć na Trochę Orientu:

Strzelić sobie autoportret z mostem:

Spotkać egzotyczne zwierzątko:

Lub roślinkę:

Znanego aktora:

Oraz inne fajne rzeczy, takie jak błotko, zimny wiatr oraz budę z gorącą herbatą.

A Ty byłeś już na swoim jesiennym spacorze, kwiatuszku?

 

what a merchant banker! – koknurs

Uwaga! Ogłasza się koknurs dla znających język angielski i zorientowanych lokalnie, czyli dla 4.23% Polonii w UK. Ostrzeżenie: koknurs może zawierać śladowe ilości waloru edukacyjnego; jeśli podejrzewasz, że możesz być uczulony, przed wzięciem udziału skonsultuj się z lekarzem.

Do rzeczy.

Pytanie koknursowe: co oznaczają poniższe zdania??

1)  Go up the apples and pears.

2) He’s a real merchant banker!

3) This is my trouble and strife.

Uprasza się nie oszukiwać przy pomocy gugli, ajfonów czy tubylczych bojfrendów. Ten, kto błyśnie wiedzą, nie tylko nie okryje się wieczną chwałą, ale również nie otrzyma nagrody pieniężnej, dyplomy, grąpri ani honorowej wzmianki w prasie o zasięgu lokalnym. Tak wiec warto. Zapraszam serdecznie.

Wasza z nieba manna.

Tymczasem…

[Fotka zacharapcona z profilu fb ‚Polska nie jest państwem wyznaniowym’]

subiektywny i wybiórczy rzut oka na Swansea

Swansea to miasto w Walii. Dla tych, którzy nie wiedzą, w angielskim rozgranicza się małe miasto (town) od dużego miasta (city). Wyjątkiem od reguły jest St. Davids, które jest malutkie, ale ma status city bo posiada katedrę. Swansea to city bez żadnych ale.

W Swansea byłam raz na zaręczynowym hałajan party, po którym para się rozstała, raz w szpitalu Singleton oddać próbkę spermy (nic, co ludzkie, nie jest obce tłumaczowi), i raz na koncercie zespołu rockowego. Po koncercie zjadłam kebab w jednym z lokali gastronomicznych o proweniencji azjatyckiej. Pamiętam to dokładnie, bo rzygałam jak kot, co na jakiś czas niesłusznie zniechęciło mnie do tego portowego miasta.

PODOBNO, jak powiedzieli w radiu, nazwa Swansea nie pochodzi od łabędzia (swan), ale od wikinga Swana, który przybył dawno temu na te ziemie z misją krzewienia kultury skandynawskiej, nawiązywania przyjaznych stosunków z ludnością tubylczą oraz zakupu dóbr po cenach promocyjnych buy none get all free. Chyba mu dobrze szło, bo postanowił się osiedlić.

Lokalna gospodarka opiera się m.in. na heroinie sprzedawanej tak hurtowo, jak i detalicznie. Polecam niegdyś już zapodawane Swansea love story – zaznaczam: rzecz jest dołująca, ale znakomicie poszerza horyzonty np. w kwestii ‘co można zrobić z akcentem w języku angielskim’.

Swansea posiada drużynę rugby zwaną Ospreys oraz drużynę futbolową, Swansea City, która radzi sobie ostatnio świetnie w tabeli Premier League irytując bogate angielskie kluby. Wieść gminna niesie, że drużyna ze Swansea nie bardzo lubi się z drużyną z Cardiff, a wspólne mecze kończą się sympatycznymi towarzyskimi sparringami między zwolennikami obu klubów z gościnnym udziałem zaprzyjaźnionych oddziałów policji. To lubimy; to prawie jak w domu.

Poza tym Swansea może się jeszcze pochwalić uniwersytetem, fantastycznym wybrzeżem i dużą ilością sklepów. I muzeami, w tym wspomnianym w poprzednim wpisie 1940 Swansea. Podobno można tam też usłyszeć na ulicy język walijski.

I najważniejsze: mają tam Mumbles, dzielnicę/wioskę? na obrzeżach miasta, która ma dużo bezpretensjonalnego uroku kurortu nadmorskiego oraz stanowi bramę do pięknego półwyspu Gower.  Można tam posiedzieć w ładnych okolicznościach przyrody, coś przetrącić, nasycić oko otwartą przestrzenią; idealne miejsce na spędzenie sympatycznej niedzieli z rodziną.

Zamierzam przyjrzeć się Swansea bliżej w przyszłości. Zakładam życzliwie, że mają też jadalne kebaby.

Poza tym okazuje się, że nagle prawie wszyscy robią duolingo (dzięki Charlie), i wszyscy mają więcej punktów ode mnie. To niemal motywujące.

nie ma innej opcji krzysiu

W Walii żyje się trochę jak w kokonie. Niewiele dociera z zewnętrznego świata, i nawet ci, których początkowo interesowało co nieco, po jakimś czasie poddają się ogólnie panującemu bezwładowi. W sumie to tylko się cieszyć: nie dotykają nas wojny, głód, opętane religią świry, tajfuny, trzęsienia ziemi; największe trzęsienie w Walii zafundował mi mój zepsuty mikser. Mało kogo interesuje polityka, religia i inne wirusy, chyba, że zdarzają się we wsi obok. Walia pogrążona jest w inercji, która się udziela przyjezdnym.

Dlatego nie ma tu wielkiego biznesu, wielkich pieniędzy ani wielkich perspektyw.

Życie w walijskim kokonie pozwala za to bardziej skupić się na sobie i dojść do Ogólnych Wniosków na Życie.

Minęły już prawie dwa miesiące, jak Andrew popełnił ciche samobójstwo. Trzy lata temu raczysko zabrało pełną życia Trish, matkę 12-latki. Właśnie się dowiedziałam, że biurowy Krzyś miał wylew i nie może mówić, z wyjątkiem słówka ‚fuck’ (do pracy uważam wystarczy). Chustka trochę upada na duchu. Udaje mi się egoistycznie czerpać siłę z tych zdarzeń. Jestem zdrowa. Nic mnie nie boli. W każdym razie nie za często. Zasypiam wieczorem bezpiecznie we własnym łóżku. Śmieje się czasem do bólu brzucha. Jeżdżę na wakacje. Mam pracę, której nie nienawidzę pasjami. Nauczyłam się drugiego języka i tubylcy wreszcie rozumieją moje żarty. Większość moich żartów. Niektóre. Po rozpisaniu na wykresy. Nie zadręczam się, co będzie, ani co było, szukam ludzi, którzy mają mi coś do powiedzenia, unikam tych negatywnych i wiecznie skwaszonych. To więcej niż ma 80% ludzi na świecie. Tak wiele zależy od postawy jaką się przyjmie. Jaką się wybierze. Szklanka do połowy pełna. Zasadniczo; czasem się coś uleje. Wtedy dolewam wódki. I wierzę, że Krzyś wyjdzie z wylewu jak nowy.  Nie ma innej opcji. Tylko może poproszę już bez liverpoolskiego akcentu.

Poza tym już prawie udało mi się opanować technikę gastronomicznej wizualizacji. Zamiast tarty z likierem z białej czekolady z jagodami widzę najgrubszą babę w biurze. Działa, niestety niewystarczająco często. Czasem budzę się z nogą baby w ustach i całe biuro się gapi.

Andrew, Andrew, what have you done..?

 

He ALWAYS had a smile on his face.

Usually greeted me with ‚dzien dobry’.

He loved Berlin, he said this city made him feel alive.

He loved ‚Maggi’, said it was like Marmite. I disagreed. Nothing tastes as bad as Marmite.

He gave me a ‚smiling’ biscuit for my birthday.

He cleared his locker and off he went.

 

I will remember him as an incredibly kind person who got very tired.

 

 

o czerpaniu z rzeczy małych, Cardigan Bay i potędze prawdziwego autorytetu

Red. Jakubek jest ostatnio trochę Sfrustrowany. Pracuje z największym nudziarzem na globie i średnio trzy razy dziennie myśli czule o podręcznym zestawie do wyrywania paznokci. Po dwóch dniach wyczerpującej fizycznie i umysłowo walki z aplikacją o pracę spóźnił się z jej wysłaniem o dwie godziny i mu odwalili bez czytania. No i deszcz, tradycyjnie.

Walczy więc z Frustracją na Różne Sposoby. Np. przesadza kwiatki w ogrodzie. Ogród rośnie w doniczkach, bo pan Poprzedni Właściciel zasypał ogród właściwy żwirem robiąc tzw. low maintenance. Przy przesadzaniu red. czasem napotyka Robaka. Nie za bardzo lubi. Zazwyczaj red. i Robak mierzą się wzrokiem przez kilka minut po czym następuje krótka wymiana zdań.

Red: Oi!

Robak: oIo

Red:  To jest ta scena w której dajesz pospiesznie dyla.

Robak (drwiąco):   …

Przez chwilę siłują się na autorytety. Red. czuje, że traci i że musi zniżyć się do trudnych moralnie środków ostatecznych. Udaje się do domu, włącza Dextera i próbuje złamać Robaka poprzez ostentacyjny bojkot.

***

Red. walczy z Frustracją również na inne sposoby, np. przez bywanie szczęśliwym. Nie bycie, ale bywanie właśnie, dość często, ale nieprzesadnie, żeby nie zgubić perspektywy. Np. kiedy zupełnie przypadkowo skręci się na prawo od plaży i wyjdzie prosto na wodospad spadający z klifu, nieopisany w przewodniku, o taki:

Albo kiedy ścieżka na klifie przejdzie płynnie w serię zatoczek usianych foczymi głowami i małych dzikich plaż zatapianych dwa razy dziennie przez przypływ:

Albo kiedy po wdrapaniu się na klif, żeby obejrzeć zachód słońca, niespodziewanie dostanie się od życia dodatkowy bonus w postaci czterech delfinów leniwie wynurzających się na moment to tu, to tam, na powierzchni spokojnego wieczornego morza (najlepiej użyć lupy):

Albo jak się znajdzie wiochę, w której się osiądzie po wygraniu w totka, gdy przyziemne troski przestaną nas dotyczyć:                                                  oIo

I tak dalej.

Opisane sposoby walki z Frustracją można wprowadzać w życie w Zachodniej Walii, pomiędzy miastem Cardigan (jedyne w regionie co można sobie spokojnie darować) a uniwersyteckim Aberystwyth. Wystarczy jechać wybrzeżem wzdłuż zatoki Cardigan i skręcić w dowolną drożynę ku morzu. Najlepiej w kilka drożyn, jak ma się czas. Cardigan Bay została w naszym domu jednogłośnie i bez cienia wątpliwości uznana za jedno z najpiękniejszych miejsc w Walii a może i Brytanii.                                               oIo

oIo

oIo

<klap>

o plagach walijskich, jednym wodospadzie i grubej kasie

Dotknęła nas plaga wichur i ulew. Horror jakiś, panie. Płot wygiął się w malowniczy pałąk. Pergola trzyma się w kupie wyłącznie z sympatii dla oplatającego ją wiciokrzewu. Starszy Wróbelski pilnie potrzebował gdzieś polecieć, walczył, walczył, w końcu rąbnęło nim o sąsiadki komin i uznał, że pierdoli, aż tak mu się nie spieszy. Nawet nasiona wywiało z doniczek. Trudno w takich warunkach myśleć o czymkolwiek innym niż koc, herbata i oglądanie seriali. Chyba, że właśnie nabyto drogą kupna nowe Buty do Wędrówek domagające się testów pogodowych. Dzięki czemu dziś mogę zaoferować coś dla miłośników kąpieli błotnych, ukrytych wodospadów i mżawy w twarz. Miłośnik ukrytych wodospadów i mżawy w twarz wygląda tak:

Miłośnik kąpieli błotnych nie wygląda, bo utkwił w błocie i nikt go od tej pory nie widział.

Do rzeczy. Wytropiłam kolejny wodospad. Znajduje się w parku Narodowym Brecon Beacons, w Górach Czarnych, w miejscowości Talgarth, o, tu (mapka by nieocenione google):

Po dojechaniu do Talgarth należy się kierować na rezerwat leśny Pwll-Y-Wrach i zaparkować na mini parkingu przy uschłym dębie. Jak nie ma miejsca, to zaparkować w Talgarth i sobie dotuptać.

A potem tuptać dalej bagienną ścieżką przez las usiany niebieskimi i białymi dzwonkami, i w konsekwencji znaleźć wodospad o taki:

Usiąść i zamyślić się. Pogrzebać kijkiem w błotku. Przeczytać w przewodniku, że Pwll-Y-Wrach oznacza ‚sadzawkę czarownic’, co podobno ma związek z sympatycznym  średniowiecznym obyczajem wrzucania bab do głębokiej wody. Jeśli po wrzuceniu baba utonęła to świetnie, znaczy, niewinna była, nie przez nią krówy przestały dawać mleko; jak wypłynęła, to szybko należało wytłuc z niej szatana razem z życiem przy użyciu długich drągów. Paragraf 22, panie. Ale wodospad bardzo ładny. Koneserzy gatunku na pewno docenią. Błotko też.

Był jeszcze jeden cel wyjazdu: znaleźć poleconą w jednym z komentarzy plantację żonkili, i NAPRAWDĘ nie wiem jak to się stało, że w zamian znaleźliśmy kafeję. Ale nie żałuję, bo z okien kafei można było zobaczyć m.in. jak koń z panią przewraca się na dżipa, a gromada owłosionych harleyowców z Albionu popija w deszczu popołudniową herbatkę z filiżanek w różyczki. Kafeja składała się głównie z książek i sosów:

.. oraz grubej kasy na stare pieniądze..

.. które były absolutnie obłąkane i całe szczęście, że je zmienili. No bo tak. Teraz mamy funta i pensy. Przed 1971 r było tak: 1 funt (pound, zwany też sovereign, czyli suwerenem ) to było 20 szylingów (shilling, zwany alternatywnie bobem); 1 szyling to było 12 pensów (penny). Pens dzielił się na: dwa półpensy (halfpenny)  albo cztery ćwierćpensy (quarter penny). Jeden półpens składał się z dwóch farthings. Były trzypensówki, sześciopensówki (sixpense); dwa szylingi nazywały się alternatywnie two bobs, pięć szylingów tworzyło crown czyli koronę; 1 funt i jeden szyling tworzyły 1 gwineę.. zgubiłeś się i ziewasz, nic nie szkodzi, ja też, a to jeszcze wcale nie koniec, ale chyba już sobie darujemy, thank you very much. Podążanie tą ścieżką przyniesie nam jedynie finansowy ból głowy.

No i wygląda ostatecznie na to, że na łikendzie będę stawiać nowy płot, co jest na pewno fascynujące a nawet wręcz przeciwnie. Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.

o jesiennej zadumie, uprawie grzybów i Forest of Dean

Po pierwsze, w bucie zimowym lewym odkryłam Grzyba. Wygląda na to, że mu się tam spodobało, bo postanowił osiąśc i sprowadzic rodzinę. Jak dotąd skolonizowali sandałek bez palca, buty do wędrówek prawie górskich na bardzo krótkie dystanse oraz pół kalosza w zeberkę. FASCYNUJĄCE.

Po drugie, na znak protestu przeciwko uciskowi struktur rządowych red. Jakubek wypalił ostatnio na przystanku autobusowym w T. półfajki . Kto żyje w UK wie, jakiej szaleńczej odwagi wymaga takie jawne złamanie prawa w tym kraju, i jak wielkie ponosi się ryzyko wydmuchując szyderczo dym prosto w twarz nalepki o kategorycznym zakazie palenia. OK, było już dawno po zmroku, wszyscy spali a red. miał na głowie kaptur po kolana, ale liczy się już sama intencja. Nie będzie (tu wstawic kto) pluł nam w twarz.

Poza tym red. jest niepocieszony, bo Ogryzek już nie będzie odwiedzał doktora P., bo dostał kupę kasy w spadku, natychmiast ozdrowiał, kupił wielką chatę na Podbeskidziu i zjeżdża do kraju czerpac zyski z agroturystyki i rolowania ZUSu. Życie red. będzie uboższe. Pod każdym względem. Spowodowało to u niego jesienną zadumę.

A poza  tym co, poza tym, to w Walii nie ma dużo lasów, a te co są, to są jakieś kaprawe. Kiedyś były duże i fajne, ale zjadł je Przemysł. A teraz nie ma już ani Przemysłu, ani lasów. Za to Anglia nadal ma jedno i drugie. Np. taki las zwany Forest of Dean rozpołożony w dolinie rzeki Severn (tej od mostu) i rzeki Wye (tej od Ross-on-Wye, Hay-on-Wye i innych) na granicy z Walią.  Przy okazji szybki konkurs: kto zna najdłuższą rzekę Wielkiej Brytanii? Nikt? Spoko, ja też nie. W każdym razie, teraz jest najlepszy czas na spacery po Forest of Dean; jest tam żółto i czerwono, a na parkingach mają budy z hot dogami i herbatą parzoną z torebek wielkrotnego zaparzu.

Na koniec dowcip tygodnia: bywszy zielonym z zazdrości względem gadżetów posiadanych przez Świeżo Zaprzyjaźnionych Holendrów, S. nabył drogą kupna nawigację satelitarną tomtom i niezwłocznie nastawił ją próbnie na drogę do Lidla (600m od domu). I co?! HA! HAHA! Zadziałało.

Całuski.

przychodzi Ogryzek do doktora

 

Przychodzi Ogryzek do doktora P.  Po raz 37 w obecnym roku pańskim.

Doktor P. uprzejmie: tak, słucham?

Ogryzek: no właśnie ja chciałem powiedziec, że nie jest lepiej, a nawet jest gorzej.

Doktor P: O.

Ogryzek, z przejęciem: jak kładę się spac i leżę na łóżku patrząc w sufit to czasem trochę kręci mi się w głowie!

Doktor P: Jak długo się kręci?

Ogryzek: Dopóki nie zamknę oczu.

Doktoru drga powieka.

Doktor P: Może niech pan spróbuje zamykac oczy zaraz po położeniu się..? Jeśli to nie pomoże, to proszę wrócic za 4 tygodnie.

 

Za 4 tygodnie.

Doktor P, uprzejmie: tak, słucham?

Ogryzek: pomogło, niestety w środę miałem problem z oddaniem moczu.

 

o poszukiwaniu mostu w dziurze


Z ogromną satysfakcją donoszę, że po długich poszukiwaniach (którychś z rzędu) udało mi się odnaleźc i sfotografowac wiadukt-widmo, położony jakoby w sympatycznej dziurze o nazwie Cynghordy w Górach Czarnych, ale zupełnie oczywiście całkiem nie tam. Dla zainteresowanych: wiadukty-widma znajduje się metodą dwugodzinnego skręcania w Złą Stronę; w metodzie nieocenioną pomocą służy Kiepskie Oznakowanie Dróg.

No tak, mam lekką słabośc do dużych mostów, zwłaszcza z dziurami. Takie to wielkie, i jeździ po tym pociąg, i trudno się na to wdrapac, mimo usilnych starań, i tam z góry jest zazwyczaj Widok. Jedynym sposobem na sprawdzenie tezy o Widoku jest w tym przypadku odbycie podróży koleją ze stacyjki Cynghordy (podobno najmniejszej w kraju), sprytnie schowanej na Absolutnym Za, do Shrewsbury. O stacyjce i poszukiwaniach wiaduktu już kiedyś pisałam o tu To też jakiś tam pomysł na sympatyczne przedpołudnie globtrottera, nie? Nie..? Hm.

Anyway. Wiadukt odnaleziony, można zając się innymi sprawami. Np. podekscytowanym planowaniem weekendu w podobno boskim Cotswolds (ukłon dla Bardala za inspirację). Cotswolds jest podobno tak angielskie, że już bardziej nie można i zawiera dużo Wioseczek z Domami Za Grubą Kasę oraz obietnicę jedynego prawdziwego angielskiego śniadania, którego jestem fanką, nieodmiennie, w każdej ilości, niestety.

Zmagam się również z pokusą zaakceptowania zlecenia fotograficznego na serię ‚glamour’ z koleżanką z pracy. Podczas sesji koleżanka miałaby miec na sobie szpilki, głównie. Taki dar dla narzeczonego. Nie wiem tylko, czy mój profesjonalizm oparłby się pokusie nieskoordynowanego chichotu, na czym z całą pewnością ucierpiałyby moje stosunki zawodowe z koleżanką.

Co jeszcze; właśnie był elektryk. Mówił do mnie jakimś kodem przez godzinę, grzebał, wtykał, stękał, mierzył, cmokał, wznosił oczy do sufitu, sprawdzał w internecie, drapał się po głowie, po czym pojechał sobie, obiecawszy jednakże wrócic. Zobaczymy :> A przy okazji, czy ktoś mógłby przełożyc mi na angielski zdanie panie, do chuja wafla, napraw pan to, bo mnie tu szlag trafi i krew zaleje, z góry dziękuję, pozdrawiam.

anna na panderozie

To już oficjalne, zostałam właścicielką połowy ogromnego kredytu hipotecznego.

Pyta się mnie co raz, no to kiedy się przeprowadzasz, no i jak to wygląda, daj jakieś zdjęcia, czy co. Proszę bardzo:

Termin przeprowadzki  można sobie wykonkludowac :]

nieczynne spowodu órlopu

Jadę odkrywać, bo we mnie jest potrzeba odkrywania; wokół siebie odkryłam już wszystko (z wyjątkiem miejsca pobytu pilota do dvd) i teraz muszę odkrywać gdzie indziej; nic wszak nie powinno pozostać nieodkryte. Zwłaszcza niezmierzone pokłady inspiracji, których poszukuję delirycznie. Do ‚zobaczenia’ za kilka tygodni, chyba, że gdzieś zabładzę, to wtedy nie.