Idzie po mnie

kawa

Idzie po mnieKiedy codzienność mnie trochę przyciska do ziemi, czerpię pewnego rodzaju pociechę z przyglądania się odpływom i przypływom, które są niczym innym, jak gwarantowanymi, nieuchronnie po sobie następującymi totalnymi zwrotami akcji.

Przyzwyczaiłam się do porannych spacerów nad morzem. O świcie tam zwykle nikogo nie ma, nie licząc jakiegoś szczególnie oddanego sprawie wędkarza. Świat szumi i otula człowieka rześkim powietrzem; w skałach zawsze można wypatrzeć jakąś sympatyczną miejscówkę do kontemplacji wkurzonych fal przypływu rozbijających się z furią o brzeg.

Czasem podczas tych wypraw coś się zdarzy, uśmiech, krótka rozmowa, zwyczajna propozycja. Podzielę się z panią kawą, skoro pani nie ma. Ale przecież. Nie mogę. Muszę. Muszę jechać. Dwie minuty z panem rozmawiałam i już zdążyliśmy wybudować dom Z Widokiem Na Morze i Kominkiem. Muszę jechać, zdecydowanie, przecież, poważni, dorośli, odpowiedzialni, spętani. Często pani tu przychodzi? Proszę pana, ja tu mieszkam. Co tydzień w sobotę o wschodzie słońca tu mieszkam. W międzyczasie mieszkam gdzie indziej, ale tu mi się bardziej podoba. A pan? Tak? To kawał drogi. Że nie tak daleko..? Proszę natychmiast zgasić ten uśmiech. Dorośli, spętani. Jechać. Muszę. Miłego dnia. Miłego życia.

Czasem przez drogę przebiega rudy lis, i znów nie wiem czy to na szczęście, czy na zmianę pogody, nie znam się za dobrze na oczywistych znakach od losu. Czasem z pobocza wyfrunie niespiesznie kania ruda. To taki ptaszek drapieżny z rudym ogonem w kształcie latawca (jej angielska nazwa to red kite, czyli rudy latawiec). Patrzę zahipnotyzowana, jak się wznosi majestatycznie, powoli, aż zmienia się w rdzawą plamkę i znika w zamglonej tarczy wstającego słońca.

Czasem zatrzymuję się na tę kawę, co jej z tamtym panem nie wypiłam. Kojarzysz ten moment kiedy kupujesz kawę w kafejce, i jest to najgorsza kawa w historii kawy, i wstajesz od stolika i idziesz do sprzedawczyni i syczysz z wściekłością co to jest piłaś to to kiedyś wiedźmo rogata, a ona patrzy Ci w oczy tym szyderczym tonem głosu i wskazuje na plakietkę z napisem nie obrażać obsługi, po czym sięga za kantorek i wyciąga agresywnie wyglądający plastikowy widelec; ale ty jesteś szybsza i chwytasz za butlę keczupu i rozlewasz ją na głowie wiedźmy z szaleńczą satysfakcją… I w tym momencie zdajesz sobie sprawę, że nadal siedzisz przy stoliku, ściskając w ręce butlę keczupu, który spływa sobie radośnie na obrus, a cała kafeja się na ciebie gapi. Tego. Ostrożnie odstawiasz keczup, kurczysz się odrobinę w sobie, heroicznie dopijasz najgorszą kawę w historii kawy, dziękujesz sprzedawczyni z uśmiechem i wychodzisz obiecując sobie, że następnym razem na pewno im pokażesz, kurde, no.

I takie buty.

Spacerem

Reklamy

wszechświat równoległy

DSCN6076

Od lat po drodze na ulubione klify mijam brązowy drogowskaz z napisem Ewenny Priory. Zajechaliśmy tam raz, dawno temu, ale wszystko było pozamykane, a ogrody i budynki okazały się własnością prywatną i nie było do nich wstępu. Jedynym dostępnym elementem składowym całości był cmentarz. Po którym dostojnie spacerowały.. pawie. Również własność prywatna.

Dziś jak zwykle minęłam brązowy znak. I przypomniało mi się, że kilku obieżyświatów ze Swansea wspomniało na fb o zamiarze odwiedzenia opactwa, więc.. skoro już tu jestem i mam jeszcze godzinkę.. Zawróciłam. Ewenny to mała wioska. Kamienne murki, kamienne domy, pola, owce. Do opactwa prowadzi wąska droga z mijankami, przy budynkach opactwa są miejsca parkingowe. Widzę zaparkowane samochody; ciekawe czy to oznacza, że tereny opactwa będą dostępne..

Nie są. Ale za to otwarty jest kościół przylegający do starych kamiennych murów opactwa. Z wnętrza dochodzą jakieś hałasy; idę. Okazuje się, że w środku trwa wielkie wiosenne sprzątanie. Buczą odkurzacze, śmigają ścierki; w środku krząta się jakieś 7-8 osób. Hello! uśmiecha się do mnie drobna krótkowłosa blondynka koło 50-tki. Pytam czy mogę wejść, jak najbardziej, odpowiada. Ktoś oferuje mi miotełkę do kurzu, wszyscy się śmieją.

pri

Kościół jest nieduży, ładny i zadbany. Siedzę chwilkę podziwiając kamienne łuki i drzwi z bladoróżowego drewna. Blondynka podchodzi i mówi, przepraszam, że przeszkadzam, ale przez te drzwi można przejść do krypty, chcesz zobaczyć?

No ba. Blondynka prowadzi mnie do środka i zaczyna opowiadać. O tym, że w zeszłym roku świętowali 900-lecie (!) kościoła. Że kościół był kiedyś silnie związany z rodziną, która mieszka obok, i łaskawie* posiada wszystko dookoła (*sarkazm mój). Rodzina nazywa się Picton-Turbervill i podobno, jak mówi mi blondynka z odcieniem lokalnej dumy, mieszka tu od 1000 (!) lat. Na ścianach kościoła pełno jest tablic upamiętniających jej najróżniejszych bohaterskich członków poległych sobie to tu, to tam. Podziwiam z należytym entuzjazmem. Blondynka zamyśla się przez chwilkę i dodaje z odcieniem żalu: ale już nie przychodzą do kościoła tak często jak kiedyś.

Blondynka jest w widoczny sposób dumna ze swojego kościoła. Wiesz, tu jest taka fantastyczna akustyka, mamy tu koncerty i każdy artysta zarzeka się, że w lepszym miejscu nigdy nie występował. Ja 20 lat mieszkałam we Francji i Francja się po prostu nie umywa do Ewenny (tu uniosłam lekko brwi). A tu patrz, oto reprodukcja obrazu Williama Turnera, który artysta namalował tu właśnie, w tym miejscu gdzie stoisz. Popatrz jakie piękne światło. Wtedy krypta popadała w ruinę, służyła za kurnik i chlew, dzisiaj sama zobacz. Chyba dobrze się nią opiekujemy, uśmiecha się; w kącikach oczu pojawiają się urocze zmarszczki.

turner

A tę szklaną ściankę wykonał (tu z nabożeństwem zapodaje jakieś ukraińsko brzmiące nazwisko i patrzy na mnie oczekując reakcji. Z zapałem kiwam głową przyglądając się ściance jakby była wykonana co najmniej przez Leonarda). Nagle przypomina sobie o czymś niezmiernie ważnym: kilka lat temu odwiedził nas książę Karol!

photo: wales online

A tam zobacz, szklane kafle wykonane przez Caitlin, dziewczynę z Ewenny Pottery. Córkę tego tam, z miotełką. Ich rodzina też tu mieszka od dawna. Od dwustu lat. To najstarsza pottery (pottery oznacza garncarstwo) w Walii.  Znam to miejsce. Kiedyś kupiłam u nich ręcznie robiony dzbanuszek. I drugi, czerwony, dla znajomej Holenderki. Bardzo jej się podobał.

pot

Blondynka zostawia mnie w krypcie i wraca do sprzątania. Stoję sobie podziwiając fragmenty starych celtyckich krzyży i kamienne łukowe sklepienia; z kościoła dobiega śmiech i przekomarzanie się, słońce wpada do środka przez malutkie okienka rozbijając się na świetlne smugi.

Wiesz, mam wrażenie, że na chwilę dane mi jest zerknąć za kamienny płot starego świata. Którego mieszkańcy żyją jakby równolegle do głównego nurtu, w swoich wielkich ziemiańskich domach, mają psy pasterskie z którymi chodzą na długie spacery w kaloszach i kufajkach, i prawdopodobnie lubią polowania. Blondynka też należy do tego świata. Świadczy o tym nie tylko fakt, że ładnie się wyraża, że wrodzona brytyjska powściągliwość typowa dla wyższych klas społecznych powstrzymuje ją od niegrzecznego ‚skąd jesteś’.. ale przede wszystkim fakt, że dziś czwartek. Normalni ludzie są w biurze 9-17. W fabryce. W ciężarówce. Blondynka lata z miotełką po kościele w czynie społecznym dla swojej parafii.

Niedaleko stąd znajduje się wioseczka Merthyr Mawr ze swoimi cudownymi kolorowymi domami krytymi strzechą, kamiennymi płotkami.. i majątkami pochowanymi tu i ówdzie, z dala od wścibskich spojrzeń pospólstwa. Państwo hrabiostwo, państwo baronostwo, równoległy świat, który nigdy nie przetnie się ze światem 9-17.

To ten sam świat z którego pochodzą oderwani od rzeczywistości zwykłego zjadacza tosta z marmoladą brytyjscy Torysi. Wielka Brytania nigdy nie miała rewolucji społecznej na miarę francuskiej. Stary bogaty świat ma się bardzo dobrze thank you very much, odcięty od ‚tych ludzi’, zabezpieczony układami i powiązaniami płynącymi głęboko, głęboko pod skórą kraju od setek lat. To wciąż społeczeństwo klasowe, mimo, że demokrację, równość i co tam jeszcze ma na sztandarach. Na co komu w demokracji monarchia? Born to privilege, co tłumaczy się dosłownie jako urodzony w przywileju, powinno odejść w końcu do lamusa historii, jeśli chcemy mówić o prawdziwie sprawiedliwym społeczeństwie równych szans.

Rant over.. A do kościoła sobie pojedź, wystarczy pół godzinki. Jest otwarty codziennie. Jako bonus uprzywilejowane pawie na przykościelnym cmentarzu pokrzykujące na siebie i prezentujące majestatyczne ogony.

Blondynka macha do mnie, ściskając w drugiej dłoni ucho od pękatego porcelanowego czajniczka. Przerwa na tea and cake, everyone.. Stary świat ma swoje urocze słabostki. Trochę szkoda, że już muszę iść.

DSCN6058

 

mosty, promy, światy

woman in red

Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

Tu i ówdzie nad mikroskopijną przystanią zalegają jeszcze drobne łatki wilgotnej mgły. Dookoła nie ma nikogo oprócz Tej w Czerwonym. Dopala porannego papierosa na jednej z drewnianych ławek należących do kafei obok; patrzy nieobecnym wzrokiem na zakręt za którym znika rzeka. Nawet nie zauważa, że wszechobecna wilgoć bawi się jej włosami skręcając je w malownicze makarony. Prom na drugą stronę rzeki Wye z nie do końca jasnej przyczyny dziś nie kursuje; kołysze się melancholijnie przy pomoście pokryty kropkami wody jak wysypką.

Mówiąc prom.. Wyobraź sobie niedużą płaskodenną łódkę z ławkami wzdłuż obu burt, przeciąganą ręcznie na drugą stronę za pomocą grubej liny. Obecnie lina spoczywa sobie na dnie rzeki, zatopiona pod ciężarem nie do końca jasnych argumentów przestojowych. Jedynym pasażerem promu jest osowiały czerwony plecak. Prom nazywa się ancient foot ferry, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza stary stopa prom. Już mam iść, kiedy nagle wychwytuję kątem oka jakiś ruch. Odwracam głowę. Zasadzony na wielkiej kurzej stopie prom skacze przez rzekę na drugą stronę z piszczącymi pasażerami kurczowo uczepionymi ławek i desperacko próbującymi zachować godność w obliczu jednoczesnego działania sił odśrodkowych jak i wręcz przeciwnych. Pan Promowy o wyglądzie Jokera zanosi się od chichotu i trzaska polaroidowe zdjęcia, które wpycha pozieleniałym pasażerom do kieszeni. Klik, klik, trzaska Pan Promowy.

Kropla deszczu spada mi na nos. Prom znika. Joker rozpływa się w powietrzu jak uśmiech kota z krainy czarów. Piski pasażerów cichną w oddali. Ruszam wzdłuż rzeki na wyprawę Po Most.

sy

Drzewa są w większości gołe; nie da się ukryć, że dominującym kolorem w lesie jest obecnie gnijący brąz i szarość; na szczęście przynajmniej trawa jest w tym kraju nasycona głęboką zielenią. Jedyny pożytek z uporczywego deszczu. Ten specyficzny zapach świata w wilgotnych popiołach, tuż przed odrodzeniem się, działa uspokajająco jak wizyta na polskim cmentarzu w listopadzie. Minus rodzina i statystyki wypadków śmiertelnych pod wpływem świętowania tradycji. Ślizgam się na błotnistych ścieżkach. Jest Most. Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

sy4

Może dlatego, że mosty skrzypią. I ruszają się. A pod nimi płyną rwące rzeki. Albo tylko sześć osób na raz może przejść. Sześć osób z sześciu miliardów. Matko, w tym tempie nigdy do siebie nie dojdziemy.

Wracam do punktu wyjścia. Ta w Czerwonym znowu siedzi. Przygląda mi się przez chwilę i bez słowa podaje swojego papierosa. Patrzymy sobie. Uśmiechamy się lekko. Dwie konspiratorki.

________________

Więcej na temat tej malowniczej okolicy tutaj.

uacha rowery dwa

22

Dawno dawno temu, za górami i lasami, w zapomnianym kącie zapuszczonego ogrodu zaparkoway sobie dwa rowery. Przez lata aktywnej asymilacji z walijską pogodą dorobiły się rdzawych zmarszczek, sflaczałych opon i zarostu z mchu; jak również imponującej kolonii pająków. Wytaszczyłam. Otrzepałam. Wyeksmitowałam wszystkie formy życia. Dokręciłam luźne to i owo. Psiknęłam WD40. Jedziemy.

Po dwóch minutach Boski był już pod Zgierzem i więcej go nie widziałam. Ja zaś zaczęłam łagodnie, licząc na element zaskoczenia; niestety już w połowie najbliższego wzniesienia moje ciało zorientowało się w moich morderczych intencjach i wpadło w histerię. Zaparło się jak wół i dalej nie pojedzie. Dysząc i świszcząc wprowadzam rowerek na górę. Mijają mnie trzy żółwie na wrotkach i stuletni dziadek-cyklista, arajt lov? uśmiecha się entuzjastycznie. Nadludzkim wysiłkiem odzyskuję kontrolę nad oddechem i pokazuję drżącym palcem, że ja tu się po tę jeżynkę śliczną zatrzymałam, o tu na krzaczku, tak tak, po jeżynkę, przecież mówię, arajt?! Doczłapałam. No moment. Już. I lecę w dół jak strzała, z wiatrem we włosach i jesiennym słońcem na twarzy. Pod kołami szszeleszszczą liście. Cudnie. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że może ten skubany rower jednak nie próbuje mnie zabić. Niestety Walia to kraj w którym najdłuższa płaska prosta ma sto metrów, więc cała sytuacja powtarza się jeszcze kilkanaście razy. Po powrocie do domu bardzo ostrożnie siadam na bezkształtnej obolałej masie, która jeszcze do niedawna była moim tyłkiem; delikatnie przykrywam się kocykiem i zapadam w stan dwugodzinnej zawieszki.

77.jpg

11.jpg

BeFunky_DSC_0792.jpg

A za ten heroiczny wysiłek dostałam od życia bonus. Skręciwszy tradycyjnie w złą ścieżkę wyjechałam prosto na przepiękną dziką łąkę. Takich łąk tu już nie ma, zabiły je pestycydy, ta jest rezultatem eksperymentu ekologicznego. Słoneczniki, mnóstwo. I chabry. I te inne takie żółte, i trochę fioletowych. W październiku. Ciepły wieczór, babie lato, zachodzące słońce barwi wszystko na ten specyficzny złoty kolor. Słoneczniki wyginają głowy podążając za słońcem; czas się zatrzymał, ja też.

sun

slo

u nas na karbucie

ggg.jpg

Nie znoszę zakupów.  A już łażenie po sklepach żeby sobie pooglądać przemawia do mnie na równi ze spożywaniem potłuczonego szkła.

Boski natomiast wręcz przeciwnie. Uwielbia wielogodzinne bezcelowe szwendanie się po hajstricie, w sklepach charytatywnych mógłby spędzać urlop. Miłością nad życie darzy wyprzedaż samochodową, car boot sale, bardzo popularną również wśród rodaków. To rodzaj targowiska, na którym każdy może handlować z bagażnika swojego samochodu, ewentualnie małego stoliczka przed. Na karbucie można za grosze kupić mydło i powidło, talerz z królową, kolekcję Dynastii na whs-ie i inne najróżniejsze niezbędne akcesoria, które już znudziły się dotychczasowym właścicielom. Rodzaj pchlego targu. Bardziej prestiżowe karbuty nazywane są Antique Fair, czyli targi antyków, i oferują dokładnie to samo, tylko o wiele drożej.

BeFunky_1 219.jpg

No więc, idzie Boski na karbut.

Idzie powoli, skanuje przestrzeń jak niemiecki u-boot. Coś przykuło jego uwagę, stanął. Stoi. Wyciąga rękę. Dwie minuty później dalej stoi. Z tą ręką wyciągniętą. Mija kolejna minuta, nie, jednak opuścił. A nie, sięga. Obraca osiem razy, szuka znaku producenta, uszkodzeń, uszczerbków, etykietek, sprawdza ile waży, patrzy pod światło, nadgryza, zadaje pytania, próbuje negocjować cenę, kręci głową z oburzeniem, odkłada, odchodzi. Nie, stój. Wraca. Sytuacja powtarza się jeszcze dwa razy; w końcu kupuje, kręcąc głową nad oczywistym zdzierstwem. Sprzedawca ociera pot z czoła. Boski prostuje plecy, jego krok nabiera sprężystości, rozpiera go duma neolitycznego myśliwego, który gołemi ręcami upolował mamuta. Ja jeszcze o tym nie wiem, ale właśnie stałam się szczęśliwą posiadaczką  dwudziestoletniego kieliszka do wódki za 25 pensów.

BeFunky_1 213.jpg

Kiedy się poznaliśmy, Boski miał w zwyczaju odwiedzać karbuty co tydzień. Dzięki temu obecnie na moim strychu rezyduje kempingowy zestaw chińskich pałeczek obiadowych, wiktoriański kosz piknikowy rozmiaru małego samochodu z zestawem 32 talerzy, 32 widelców i trzech łyżek, japoński bidon z czasów II wojny światowej, sześć długopisów z latarką, zestaw do obcinania psu paznokci (gdybyśmy kiedyś zdecydowali się na psa będzie jak znalazł), pudełko starych śrubek nieznanego zastosowania, trzy radia AM na pokrętło, zepsuty mikser, minikolekcja monet z b. Jugosławii oraz zestaw drewnianych cyrkli.

BeFunky_DSC_0260.jpg

Cztery lata temu odmówiłam kategorycznie udziału w tym procederze i zakazałam znoszenia do domu złomu. Teraz Boski wyskakuje na karbut tylko raz, góra dwa razy w roku, ot, dla zdrowia psychicznego; stara się kontrolować i zazwyczaj przynosi co najwyżej kilka dvd z dorobkiem byłego gubernatora Kalifornii. Wczoraj znów poczuł zew i poleciał do Swansea. Wrócił jak gdyby nigdy nic, ale podejrzanie pogwizdując; co tam przywlokłeś znowu, pytam jadowicie, nic nic, odpowiada, powodując, że natychmiast wstępuje we mnie duch radzieckiego oficera śledczego. A to co, zaglądam do bagażnika pod koło zapasowe. A, to, to okazja była, wiesz.. w zeszłym miesiącu wróciła z samego Afganistanu! Odrapana i wyszczerbiona wojskowa mini łopato-tasako-piła; gadżet jak wiadomo absolutnie niezbędny w każdym szanującym się nowoczesnym gospodarstwie domowym. Będzie w sam raz do odgarniania śniegu (sic!!).. broni się jeszcze Boski. Autentycznie płaczę ze śmiechu; Boski obraża się śmiertelnie i dożywotnio na całe dwie godziny.

Taki fun, pani.

BeFunky_1 198.jpg

 

 

kromka z dżemem

BeFunky_P1080920.jpg

Mieszkam w Not Much. To nie jest oficjalna nazwa, ale za to bardzo adekwatna; wpadłam na nią podróżując po Anglii, gdzie często spotyka się położone po sąsiedzku Much Cośtam i Little Cośtam. Np. Much Wenlock i Little Wenlock. Much w tym przypadku tłumaczy się raczej jako duży, a nie dużo; chociaż mnie osobiście idea z Dużo Wenlocka i Troszkę Wenlocka urzeka. Ale ja jestem byłą językoznawcą, a językoznawcy to dziwni ludzie, nawet byli.

Zasadniczym minusem Not Much jest to, że nic się tu nie dzieje. Zasadniczym plusem jest to, że nic się tu nie dzieje.

DSC_0074

Ale kiedyś, dawno, się działo. Węgiel wydobywano, żelazko wytapiano, cegły.. ehm.. cegłowano. W latach 80-tych pani Thatcher, zwana w tych okolicach pieszczotliwie fucking bitch, zlikwidowała nierentowny jej zdaniem przemysł (ktoś pamięta te słynne strajki górników pacyfikowane przez policję pokazywane w polskiej telewizji szczególnie chętnie jako przykład opresji robotniczej?) i tym samym wiele miejscowości w tej okolicy zmieniło się w podupadłe dziury na zasiłkach borykające się z masą problemów społecznych. Niektóre niewiele się od tego czasu zmieniły. Buzujące niegdyś życiem Not Much składa się obecnie z dwóch wyjątkowo przeciętnych ulic, kilkuset domów, dwóch pubów, Stacji Pciągowej z wiecznie zepsutą tablicą informacyjną i high street w postaci Lidla. Stacja Pciągowa była kiedyś ważnym węzłem kolejowym obsługującym dziesiątki, jeśli nie setki pciągów dziennie, obecnie posiada jeden czynny tor i dwie destynacje: Tam i Zpowrotem. Liczba mieszkańców wynosi coś około 1500 głów całych, plus kilku półgłówków wąchających klej w okolicznych lasach oraz mój sąsiad Gryf, który ma keszu jak lodu, ale ciuchy pierze w rzece, bo tak się nauczył jako dziecko w czasie wojny (Gryf jest jednym z tych słodkich gawędziarzy, którzy używają mnóstwa słów żeby przekazać absolutnie nic, i jestem nim głęboko zafascynowana). Wiesiuń nie posiada nawet, o zgrozo, własnego sklepu z rybą z frytami, co w Wielkiej Brytanii jest synonimem ostatecznego zaniku statusu społecznego. Tak jak mówię. Not Much.

station

Stacja Pciągowa kiedyś, photo courtesy of Adrian King..

P1080889c.. i dziś, courtesy of me.

We wsi nie ma śladu po burzliwej industrialnej przeszłości, ale za to lasy dookoła niej obfitują w różne Malownicze Ruinki, Tajemnicze Stawiki, Schody Do Nikąd i inne Ślady PoCzymś, np. po kopalni. Kopalnia weszła do historii światowych nieszczęść eksplozją z 1892 r, która zabiła 112 mężczyzn i chłopców, czyli ponad 80% pracowników, produkując w rezultacie 60 wdów i 153 półsieroty i prawie unicestwiając lokalną społeczność. Na zdjęciu skromny pomnik upamiętniający katastrofę; kamieni jest dokładnie tyle, ile było ofiar. BHP w tamtych czasach należało do sfery science-fiction.

P1080882

DSC_0452

Niedługo potem kopalnia została zamknięta. Otwarto ją ponownie na chwilę w latach 60-tych; po czym definitywnie zamknięto (fucking bitch) i utworzono na jej miejscu rezerwat Za Rogiem. Utworzono go dla mnie, żebym mogła radośnie odkrywać nowe ścieżki i eksplorować tajemnicze zakamarki. I właściwie to się egoistycznie cieszę, że cały ten buzujący zadymiony przemysł sobie poszedł dokąd tam sobie chodzą buzujące zadymione przemysły. Prawdopodobnie do Chin. I niech sobie tam zostanie.

BeFunky_P1080867

Acha, w czasie drugiej wojny światowej produkowano tu coś ważnego dla losów świata, ale nie do końca wiem co, bo się nie znam na wojnach.

Ale żeby nie było, że okolice Not Much to same krzaki bez żadnej wartości kulturalno-oświatowej. W sąsiedniej wsi mają tzw. private shop, czyli stary poczciwy sex shop, ze szczelnie zasłoniętymi oknami i wywieszką tylko dla dorosłych. Rzadkość w tym kraju. Przez kilka lat sklep szczycił się posiadaniem swojej własnej Grupy Protestu w liczbie jednej babci. Grupa z zaangażowaniem pikietowała sklep w każdy dzień roboczy przez dwie, trzy godzinki, dzierżąc w ręku teksturowy baner z napisem ban the filth (zakazać tego plugastwa). Czasem podobno przy tym szydełkując. W co zimniejsze poranki panie sklepowe wynosiły Grupie Protestu herbatkę i herbatniczek; oddawano się radosnemu narzekaniu na pogodę i krytykowaniu poczynań rządu, po czym panie wracały do sklepu, a Grupa do Protestu.

Niestety Grupa zmarła kilka lat temu, przechodząc tym samym do panteonu lokalnych legend; wieść niesie, że jej odejście paradoksalnie przyczyniło się to do spadku popularności sklepu.

Ogólnie, nawet trochę lubię tę swoją wieś. It’s Not Much, but it’s enough.

BeFunky_Chromatic_1s

A w kwestii kromki z dżemem? Dawno nie jadłam, ot co.

DSC_0068

kryj się kto może

DSC_0262

Zasadniczo chodzi o to, że w taką niesympatyczną porę roku człowiek nielubiący siedzieć w domu ma dość ograniczone pole manewru. Leje i wieje, i jest najczęściej podle. W kwestii przygód większość ludzi stać co najwyżej na zawinięcie się w koc, oglądanie Hobbita i picie kakao.

Na szczęście ci pożądający świeżego powietrza niezależnie od pory roku zawsze mogą liczyć na kryjówki do obserwacji ptaszysk (bird hide).

W nocy takie kryjówki są zazwyczaj oblegane przez koneserów ziółek i nastolatków odrabiających lekcje; za to w dzień jest w nich cicho, sucho i przytulnie, można pić gorącą herbatę z termosu i medytować transcendentalnie godzinami czekając, aż coś przeleci. Albo nie przeleci. Można nawet zostać pasjonatem birdwatchingu. Pasjonata birdwatchingu poznaje się po lornetce, teleobiektywie dłuższym od kija do miotły oraz tej szczególnej umiejętności wyrażania delirycznej ekscytacji poprzez absolutny bezruch.

Największy szał bezruchu w kryjówkach powoduje zazwyczaj pojawienie się zimorodka (kingfisher). Przylatuje taki, siada na kiju i godzinami hipnotyzuje rybki w stawie; zapchana po dach kryjówka trzeszczy w szwach śledząc na bezdechu każdy mikroruch legendarnej ptasiny i fotografując bez opamiętania. Wszyscy modlą się, żeby im się nie zachciało siku.

zimo

Kryjówkę można znaleźć i skolonizować najczęściej nad jakimś stawikiem w rezerwatach przyrody (nature reserve), których Walia ma mnóstwo. Ogólnie polecam odwiedzanie wszelkich rezerwatów, bo to bardzo relaksujące. Czasem nawet może człowieku wyjść jakieś zdjęcie; szczególnie teraz, kiedy drzewa są łyse i ptaszyska nie mają się gdzie ukryć. Gratisowa dobra rada: w ziarnie jest metoda.

A tu proszę bardzo kilka ulubionych ptaszysk, ofiar moich fotosafari w Forest Farm Nature Reserve w Cardiff:

DSC_0411

a 220 a 059 dsc_0287 DSC_0097

No. To kryj się kto może.