Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch!

Od razu chcę wyjaśnić: nie ma powodu do niepokoju. Wszyscy zdrowi. Zwłaszcza red. Jakubek, który co prawda upiekł jedenaście mufinów będąc na diecie, ale upiekł z mąki razowej, więc się nie liczy, nie? Poza tym miał ważny powód, bo odniósł kolejne zwycięstwo w walce z opresją wydobywając klienta z rodziną z dna rozpaczy finansowej, które to dno klient osiągnął na skutek tradycyjnego zlewactwa ze strony lokalnej beneficiarni oraz tradycyjnie niekompetentnej porady ze strony zaprzyjaźnionych z klientem ziomów.  Nikt mi nie wmówi, że to nie jest wystarczające usprawiedliwienie dla 11 mufinów, nawet bananowo-orzechowych.

Tak więc, jesteśmy wszyscy  jak najbardziej przy zdrowych zmysłach i tytuł wpisu, nie mieszczący się w przeglądarce, nie jest objawem zmurszenia mózgów na skutek ciągłych opadów.

Gdybym miała sporządzić listę widoków, które najskuteczniej zaparły mi dech w piersiach w skali walijskiej, a może i szerszej, to widok z kolumny jednego markiza na wyspie Anglesey w północnej Walii uplasowałby się spokojnie w pierwszej trójce. Zdjęcia nie wyszły jakieś rewelacyjne, zresztą byłam zajęta kręceniem filmu, który zresztą natychmiast mi się skasował, ale możesz mi spokojnie wierzyć na słowo. Wdrapujesz się na tę kolumnę jakiś czas, to prawda (ma 27m), i jest nawet trochę klaustrofobicznie, ale jak się wdrapiesz, i jeszcze jak akurat świeci słońce, to krajobraz rozpostarty przed twoimi oczami zwala z nóg; żadne zdjęcie tego nie odda.

Góry w tle to park narodowy Snowdonia, cieśnina poniżej nazywa się Menai. Most na zdjęciu na samej górze nazywa się również Menai, i jest jednym z najsłynniejszych i najłatwiej rozpoznawalnych w kraju. Drugi słynny most, którego tu nie widać, nazywa się Britannia; oba łączą Anglesey ze stałym lądem.

Z czego jeszcze jest znane Anglesey? 70% mieszkańców mówi po walijsku (!). Książę William stacjonuje tam sobie ze swoim helikopterem ratunkowym (to miło, że chłop sam zarabia na żony waciki). Mają tam ciężkie acz niezwykle malownicze zimy. I miasteczko o najdłuższej nazwie w Europie, i tu wyjaśnia się zagadka psychodelicznego tytułu.

Miasteczko, litościwie zwane w skrócie Llanfair PG, jest przyjemne, ale bez rewelacji; to nazwa jest magnesem na turystów, co jest poniekąd zrozumiałe.

Na Anglesey spędziłam tylko kilka godzin kilka lat temu, to zdecydowanie za mało; chętnie tam kiedyś wrócę. Polecam z czystym sumieniem wszystkim tuptusiom obieżyświatom.

Red. Jakubek zaś poleca co innego, bo ma inne priorytety.

 

llantwit major

Szukam nowego hobby. Jeśli ktoś znajdzie, to proszę mi zaraz oddać.

Poza tym tylko krótko. Kto może, to niech sobie pojedzie do Llantwit (czyt. chlantłit) Major niedaleko Cardiff. Ładne to takie, zadbane, kościół mają bardzo sympatyczny, kilka starych pubów i dużą plażę z bezpłatnym parkingiem i kafeją; na plaży można przycupnąć na kamieniu, pijąc herbatę..

.. tudzież pójść na spacer ścieżką wzdłuż klifu np. do niedalekiego St. Donat’s:

Kościół pod wezwaniem świętego Illtyda (najwyraźniej był taki) jest stary i stoi na miejscu najstarszego centrum nauk w Walii, cokolwiek to oznacza. Jak będziesz miał pecha, to natrafisz na Gadatliwą Babcię Miłośniczkę Historii Regionu (co zwykle nie jest pechem, chyba, że akurat umierasz z głodu i rozpaczliwie musisz się wysikać. Taka Babcia łatwo nie odpuszcza, panie). Kościół ma bardzo przyjemną, niemal radosną atmosferę a w środku mieści m.in. kilka malowniczych kamieni o proweniencji celtyckiej, o takich:

A niedaleko kościoła znajduje się Llantwit Major Heritage Centre, z Drugą Gadatliwą Babcią Zaangażowaną Lokalnie, w którym można sobie obejrzeć historyczne fotki; np. o taką z 1934r, która bardzo ciekawa jest bo idealnie pokazuje rozmiar walijskich pływów (drugie pod względem wielkości na świecie). Zdjęcie zdjęcia dzięki uprzejmości DGBZL z LMHC.

I już. Mówiłam, że krótko będzie. I niech ktoś coś napisze, obojętnie co, bo usycham z chęci interakcji wirtualnej.

o co w ogóle chodzi z tą Walią?

Jeden z komentarzy do poprzedniego wpisu zainspirował mnie do popełnienia notki na temat Walii jako takiej. Turystycznie daję ostatnio ciała głównie z powodu braku czasu, ale też z powodu pewnego zmęczenia materiału. Potrzebuję odmiany. Powstał plan dużej wyprawy do Marakeszu w przyszłym roku, walczy z planem jeszcze większej wyprawy do Peru, na razie remis. Tymczasem za dwa tygodnie będę spacerowac po Wałach Chrobrego (zakładając, że przetrwam podróż autobusem liniowem) a za miesiąc lecę do Portugalii, odpoczywac, szukac fado, cwiczyc bardzo potrzebne a dźwięczne com licença, você fala inglês? oraz równie użyteczne não entendi, robic nic na plaży (tere fere) oraz odwiedzic Lizbonę (ukłony dla filmu Lisbon Story za dziwaczny całokształt). Przy okazji podróży, polecam dzieło pary Gervais&Merchant (tych od ‚Office’u’) pt. Idiot Abroad. Bohater Karl to fenomen, Anglik w najbardziej ciasnomózgowym i ksenofobicznym wydaniu, oderwany od swojej puszki fasolki Heinz, tostera i wakacji w Blackpool i wyrzucony za granicę, gdzie czuję się wyjątkowo dyskomfortowo. To typ, którzy stojąc przy Wielkim Murze Chińskim mówi ze skwaszonym wyrazem twarzy: Great? What’s so great about it? It’s All Right Wall of China :/ Innit.

Ale do rzeczy. Jeśli ktoś zapytałby mnie: no to jak tu się mieszka? To po tych prawie 6 latach odpowiedziałabym: głównie mokro. Z uwagi na położenie geograficzne i ukształtowanie terenu Walia obdarzona jest łagodnym klimatem ale niestety również nadprodukcją szarych deszczowych dni. Jeśli ktoś jest meteoropatą, to przesrane, przepaszam za żargon techniczny. Ta skatologia się mnie coś trzyma Ptysiu jak nomen-omen kupa podeszwy buta. Anyway. W związku z tym, że mokro, jest też bardzo zielono, chociaż roślinnośc nie jest przesadnie zróżnicowana. Zwłaszcza na klifach, chyba najpiękniejszym elemencie walijskiego krajobrazu. Zdjęcie poniżej nie jest zdjęciem klifu.


Malownicze krajobrazy, w tej liczbie klify, plaże, góry (bardziej Bieszczady niż Tatry), wodospady, farmy, małe miasteczka, podwójne nazewnictwo na znakach drogowych, wszechobecna uprzejmośc, całkowity brak życia politycznego, co za tym idzie święty spokój, owce, pokazowy patriotyzm, przyziemnośc, różnorodnośc akcentów, owce, bezustanne narzekanie na pogodę, jakakolwiek by akurat nie była, brak ośrodków kultury, owce, stagnacja, brak zainteresowania dla świata zewnętrznego. Ostatnio dochodzi również brak perspektyw na zatrudnienie. Walia w skrócie, uproszczając. Bez lukru, ale i bez cykuty.

Ja, doceniając całą niekwestionowaną urodę i fotogenicznośc walijskiego krajobrazu, którego nie widac na zdjęciu poniżej,  niestety należę do tych, którym deszcz doskwiera. Nie mieliśmy prawie wcale lata w tym roku, z wyjątkiem okolic Wielkanocy; i wiemy, że im bliżej do października, tym będzie gorzej. Gdybym miała wybór, przeprowadziłabym się na południe kontynentu. Albo do Stambułu. Ale nie mam, więc trzeba to jakoś zorganizowac, żeby się dało życ. W końcu się jakoś przyzwyczaic. Innit.

W kwestii fot, badam, czy seksowna babka zwiększy ilośc odsłon bloga.

Migawkę wyzwalała: ja. Modelka: seksowna babka Jo. Mejkap: Ptyś i Jo. Zboże: rolnika, mam nadzieję, że jeszcze nie odkrył wydeptanych przez nas kręgów, a jeśli odkrył, to przypisał je wielkostopym kosmitom.

o Koparce, pożytku z kąpieli błotnych i owczarku, niemieckim zresztą

Oto Koparka. Kiedyś, dawno, Koparka była bardzo ważna, i dużo od niej zależało. Pracowała w pocie czoła, kop po kopie drążąc wytrwale  kamieniołom. Dzisiaj jest samotną pordzewiałą figurką na wapiennej hałdzie. Kamieniołom zamknięto już dawno; robotnicy odbili po raz ostatni karty, drogę dojazdową zatarasowały kamienie, na mury wypełzł głóg. Nikt nie zawracał sobie głowy losem koparek. To nie jest wstęp do książki Coelho. Odbija mi z powodu ciągłego deszczu.

Ale kamieniołom jest prawdziwy, znajduje się mniej więcej pomiędzy Bridgend i Pyle i można go zobaczyć z autostrady (to takie duże białe w oddali). Jakby komu zależało, to mogę podesłać dokładne namiary. Miejsce jest otwarte dla każdego i nawet żadna tablica nie straszy, że trespassers will be prosecuted, niestety.  Niestety, albowiem jak wiadomo, groźba ta stanowi część atrakcji związanej z fotografowaniem dereliktów.  Znajomy wybrał się ostatnio poszperać w takim jednym derelikcie i został okrzyczany przez nerwowego owczarka, niemieckiego zresztą. Do owczarka był przypięty Pan Zezowaty Strażnik, który kazał znajomemu się niezwłocznie odfakować krokiem biegowym, co znajomy uczynił był, lecz z godnością, w tempie buntowniczo spacerowym, cykając nonszalancko fotę to tu, to tam, kątem oka kontrolując położenie owczarka, niemieckiego zresztą, i na wszelki wypadek ściskając w kieszeni gotowy do użycia kluczyk do stacyjki. Niebo powlekały czarne chmury, derelikt trzeszczał złowieszczo; każdy krok znajomego śledziły naprzemiennie czujne strażnicze oczy… Niestety, wszystko skończyło się dobrze. Taki pech. Tym niemniej, zazdraszczam.

Dlaczego lubię derelikty? Bo jest w nich Atmosfera, czasem z dreszczykiem, bo można się napatoczyć na różnego rodzaju fotogeniczne drobiazgi, bo króluje tam kolor i tekstura; można się ubłocić po pachy i wdepnąć po kolano w dziurę z wapnem, po czym wrócić do domu z tym triumfującym uczuciem przeżycia prawdziwie męskiej przygody. Grzeczne dziewczynki omijają takie miejsca szerokim łukiem. We mnie zaś jest żądny wytarzania się w błocie Jakubek i muszę dbać o jego potrzeby. Może mi za to jeszcze kiedyś napisze wiersz.

Polecam, ot, tak, dla odmiany. A poza tym, jak za chwilę nie przestanie padać, to moja miniaturowa jabłoń ze swoimi 28 jabłkami wypłynie z donicy. Niech ktoś coś z tym zrobi, na litość boską.

Pamiętajcie o ogrodach

Posiadanie domu o charakterze podwiejskim fajne jest, jak już kiedyś pisałam; wiąże się z wieloma ekscytującymi przeżyciami natury technicznej, a także przyrodniczej. Można obcowac z fauną i florą, np. ze szczurem ogrodowym i grzybem. Dzięki szczurowi można zawiązywac stosunki sąsiedzkie o charakterze militarnym oraz stawiac zakłady, czy sięgnie do karmnika dla ptaków (sięga). Dzięki grzybowi można też coś na pewno, ale jeszcze nie odkryłam.

Podobno jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem; i teraz jest właśnie czas sadzenia i kwitnienia tego, co zasadzone. Warto więc urządzic sobie wycieczkę do któregoś z ogrodów, których Walia ma bardzo dużo, do wyboru do koloru, od wielkich drogich przedsięwzięc botanicznych po małe drogie byleco z palmą i papugą. Tutaj, o proszę, google nam pokazuje przykładowo gdzie, co, ile:

Jak widac, jest z czego wybierac. O jednym fajnym ogrodzie, Aberglasney, już pisałam o tu, dzisiaj będzie o jednym z największych i znanych w skali całego kraju, National Botanic Garden of Wales w hrabstwie Carmarthenshire. Oto mapka bardziej szczegółowa, by google, nieocenione, oczywiście.

Ogród ów botaniczny składa się, w kolejności nieprzypadkowej, z: kafei z ciachami, ptaków polujących na twoje ciacho w kafei z ciachami, wycieczek szkolnych, sklepu z magnesami na lodówkę, wielkiej szklanej kopuły z klimatem nieomal tropikalnym, ekspozycji nt grzyba (przeznaczenie, Ani chybi), miliarda roślin, z których w żadnym wypadku nie wolno podprowadzac szczepek, a już zwłaszcza nie z tych takich ładnych czerwonych, bo i tak się nie przyjmą, szlag, terenów spacerowych, fontann, ładnych widoczków Dookoła i takich tam innych.

O kafei powiem wiecej, bo to przecież zawsze warto wiedziec. Otóż można tam spróbowac czegoś bardzo, bardzo brytyjskiego: cream tea.  Chodzi zasadniczo o herbatkę z ciachem, przy czym ciacho, zwane w języku tubylczym scone, wjeżdża na stół w towarzystwie masła, dżemu i śmietanki, jakkolwiek przerażająco to nie brzmi, z których każdy sobie własnoręcznie formuuje piramidkę na ciachu. Warto spróbowac, z przyczyn czysto naukowych i poznawczych, oczywiście.

Koszt wstępu do ogrodu niemały bo 8.50, ten sam przez cały rok, dlatego warto się wybrac teraz lub w lecie, kiedy kwitnie najwięcej roślin i ogród wygląda najciekawiej.

Jeśli ktoś chciałby sobie zaplanowac wycieczkę na cały dzień, to po kilku godzinach w ogrodzie botanicznym można sobie skoczyc do pobliskiego zameczku Dryslwyn (jednego z moich ulubionych miejsc w Walii) i odpocząc, sycąc oko sielskimi widokami, lub dokonując czynności piknikowych w miejscu do tego przeznaczonym, nad rzeczką, opodal krzaczka, u podnóża dziwnej wieży Paxton, w towarzystwie, naturalnie, stada owiec. W niektórych przypadkach do dokonywania czynności piknikowych służy legendarny już kosz piknikowy, zakupiony na car boot sale za 3.50 oraz maszynka turystyczna na gaz, co prawda bez gazu, ale nie bądźmy drobiazgowi, ostatecznie ludzie zapominają gorsze rzeczy. Czas wszystko uleczy.

Więcej o zamku i wieży było tu

Co poza tym? Znowu nie nastąpił zapowiadany koniec świata. Tym, którzy czekali, licząc na inspirację fotograficzną, powiadam: nie smuccie sie, następny niedługo. Radujmy się. Pozdrawiam.

kochany pierdolniczku..

.. tak dawno w tobie nie pisałam, a przecież wydarzyło się tyle wspaniałych i cudownych rzeczy. Na przykład, roboty drogowe na autostradzie. Ja to, uważasz, jestem kierowcą miejskim, na autostrady patrzę z pogardą, jako drogi na skróty dla mięczaków. Oraz, oczywiście, mam cykora wynikłego z przeszłej traumy powypadkowej.  Czasem jednak muszę na te autostrady wjechac. I tak właśnie wczoraj w nocy wjeżdżam sobie na chwilkę, ledwie milunia do następnego zjazdu, i ciach, nagle na autostradzie ląduje ufo. Światła pizgają, znaki rozmnażają się w postępie geometrycznym, dwa pasy trafiają pod okupację czerwonych konów,  narasta chaos. Źle oznakowany zjazd macha mi sympatycznie na pożegnanie. Zaświeca się kontrolka. TA kontrolka. Zaczyna się horror. Horror blondynki na autostradzie: jezu!! co ja zrobię, jak mi stanie..?! SIADA MI BATERIA W TELEFONIE!!

Oszczędzę ci drastycznych szczegółów, kochany pierdolniczku, dośc powiedziec, że dotarłszy szczęśliwie do następnego zjazdu zgłupiałam doszczętnie na rondzie i wjechałam dokładnie na ten sam pas z którego wcześniej zjechałam. Po dotarciu w stadium delirycznym do kolejnego zjazdu udało mi się zatankowac,  kupic paczkę fajek, wypalic paczkę fajek, prawie puścic pawia, odbyc cztery rozmowy telefoniczne po angielsku na poziomie niemowlęcym,  uciec przed ciężarówką, wreszcie zjechac na właściwą stronę i wrócic do domu uboższa o dwa kilo. Co za noc.

Poza tym co, poza tym mam ten dom. Dom jest fajny, ma ogród, gnomy, jabłoń w doniczce, dzwoniącego fengszuja, wadliwą elektrykę i domaga się całej mojej uwagi. W związku z tym nie mam czasu nigdzie pojechac, i niczego napisac. Turystyka chwilowo wypadła z ramówki.

O kupowaniu domu w Walii będzie osobny wpis, nudny jak flaki z olejem, tzn. informatywny, ale to kiedyś.

Ale zaraz, bo jednak jest coś nowego w kwestii turystycznej. Otóż mieszkam teraz w bardzo ładnej, rzekłby, podwiejskiej okolicy, i otaczają mnie aż dwa rezerwaty przyrody, pełne ptaszków, motylków, drzewek, czekoladowych jajek (nie pytaj, też nie wiem) i takich tam. Jeden z nich nazywa sie Parc Slip i polecam go serdecznie wszystkim spacerowiczom oraz rowerzystom z okolic (konkretnie okolic Bridgend, a konkretniej Aberkenfig); można sobie w nim chodzic, siedziec w kryjówkach i patrzec na kaczki, włazic tam, gdzie nie trzeba, albo zasadzac się z aparatem na mokradłach, jak ktoś łatwo nie łapie wilka.

Obok mają też stację miniaturowej kolejki elektrycznej, bardzo atrakcyjnej jak masz 5 lat, albo jesteś mężczyzną.

No, to tyle na razie. Live long and prosper!

PS. Jeśli ktoś chciałby udzielic mi porady, co robic, jak mi stanie bez telefonu, to będę bardzo wdzięczna.

o boskim Bridgend, klifach Southerndown i wioseczce ze strzechamy

W kwestii mundialu to oto proszę, kawał przytaszczony z pracy w zeszłym tygodniu: w następnej kolejce meczów Hiszpania spotka się z Portugalią w Pretorii, Paragwaj z Japonią w Cape Town, a Francja z Anglią – na lotnisku.. i oto słowo ciałem się stało i zamieszkało w Anglii, i bógzapłać, bo już mam tik na powiece od tych ciągłych radiowotelewizyjnych spejakulacji.

Tymczasem, od dawna przymierzam się do wpisu o Bridgend i okolicy – no to już.

Bridgend, bo nie wiem czy wiesz, to siedziba hrabstwa (county) o tej samej nazwie. Hrabstwem zostało po reformie administracyjnej przeprowadzonej kilka lat temu, kiedy to  podzielono na kilka części znacznie większe hrabstwo o nazwie Mid Glamorgan (nazwa wciąż spotykana w użyciu). Po prawdzie, to nie przepadam za samym miastem, jest jak ta śpiąca królewna, która się nigdy nie budzi plus ma pryszcze i – ostatecznie naturalne w tej sytuacji – kłopoty z higieną; ale ma to miasto też jedną niezaprzeczalną zaletę – o kilka minut jazdy samochodem od centrum znajduje się całkiem sporo pięknych okoliczności przyrody. Oto mapka (by google, bless) z miejscami, które trzeba a nawet można zobaczyć w bezpośredniej okolicy Bridgend, z czasem wszystkie zostaną ładnie opisane (niektóre już zostały). Jeśli ktoś chciałby coś dodać, to proszę nie być nieśmiałym.

Te opisane wcześniej miejsca to:  St.Donat’sPark  Margam, Porthcawl, Boys Village (dla wielbicieli dereliktów i trespassingu, nieco dalej od B.)

Zacznijmy od wysoko notowanego na mojej prywatnej liście ulubionych miejsc spacerowych Merthyr Mawr. Jedziesz z centrum B. drogą Ewenny Road i za dwiema ‚potteries‚ skręcasz w prawo (za drogowskazem). Dalej jedziesz prosto (uważaj bo droga jest miejscami wąska) i na skrzyżowaniu skręcasz w lewo (robi się jeszcze węziej i serio zwolnij, bo ruch jest mimo wszystko dwustronny).

Merthyr Mawr to mini wioska zamieszkała przez kosmicznych szczęściarzy. Po pierwsze, mieszkają w ślicznych chatach krytych prawdziwą strzechą i z bajkowymi ogrodami, po drugie żyją w otoczeniu pól, łąk, drzew, rzeki i kuni, czyli tego wszystkiego co czyni życie codzienne znacznie bardziej znośnym.

Zdjęcia nie oddają uroku miejsca, ale to dobrze, bo masz na co czekać. Anyway. Jadąc sobie powoli drogą i podziwiając chaty dojeżdżasz do mini skrzyżowania, i tu masz dwie opcje. Pierwsza to skręcić w prawo, dojechać do malutkiego parkingu (bez opłat) i pójść na spacer przez most do zamku w Ogmore by Sea (zdjęcie na samej górze i poniżej). To niedaleko; dodatkowa atrakcja to to, że możesz sobie przejść na drugą stronę rzeki po kamcurkach, opcjonalnie wpaść do wody, zwiedzić zamek (bez opłat) i wypić herbatkę w pubie przy drodze, bo piwka to nie polecam (względem drogi powrotnej po tych kamcurkach). Uwaga, w czasie przypływu kamcurki mogą być zakryte wodą, i wtedy czeka cię spacerek okrężny, o wiele dłuższy i przez zdrowo podmokłe łąki. Polecam jakiś przyzwoitszy but głównie z powodu końskich kupek oraz błotka które można napotkać tu i ówdzie, jak również tam i siam.

Jeśli zaś zechcesz wybrać opcję drugą i na skrzyżowaniu pojechać prosto, to za chwilę zobaczysz po prawej nieduży kościół (otwarty) z cmyntorzem, a na samym końcu drogi – wydmy (dunes). Takie prawdziwe, z piasku, po których można sobie iść i iść, aż dojdzie się do plaży w Ogmore by Sea. Jeśli masz szczęście, to będzie gorąco a okolicę spowije subtelna aroma gnojówki świeżo wylanej przez farmerów na okoliczne pola – i oto, za darmola masz posmak prawdziwego pustynnego survivalu. Obok parkingu (płatnego w sezonie) na niedużej górce stoi sobie ruinka (jakoby były minizamek), też można rzucić okiem.

A jakby tak jechać do Merthyr i nie skręcić w lewo, tylko jechać dalej prosto, to dojedzie się do takiego oto ładnego mostku, któren to mostek był używany przez sprytnych farmerów do prania owiec poprzez strącanie ich do wody przez dziury. O czym dowiedziałam się od ludności tubylczej, i to fajnie bardzo, i ciekawie, pomyślałam. Niestety dziury są obecnie zamurowane i nie można sobie nikogo przez nie strącić. Nawet tego gościa, który siedział koło mnie na koncercie Paul McCartneya i był właśnie w trakcie zapominania o zastosowaniach prysznica, spodziewam się, że zapominanie rozpoczęło się koło kwietnia. Przy mostku można za to zrobić sobie piknik oraz dość bezpiecznie umoczyć dziecko w rzece w gorący letni dzień. Nie jest głęboka. Zazwyczaj.

Jestem w stanie założyć się o każdy pieniądz, że jeśli mieszkasz w okolicach Bridgend to znasz plażę w Ogmore by Sea, dlatego daruję sobie jej opisywanie, powiem tylko, że to dobry punkt, żeby sobie z niego odbyć dłuższy spacerek wzdłuż wybrzeża np. do Southerndown. Wybrzeże w tej okolicy wchodzi w skład Glamorgan Heritage Coast (mniej więcej od Porthcawl do Cardiff) i charakteryzuje się piękną linią brzegową i olbrzymimi pływami, które należy koniecznie sprawdzić, jeśli planuje się iść dołem, plażami. Osobiście przestałam lubić Ogmore od kiedy council ustawił tam parkomaty, w dodatku niektóre zepsute – po olaniu zepsutego parkomatu zostaliśmy nagrodzeni przez Pana Parkomatowego główną wygraną w wysokości minus 50 funtów. Doradzam więc, chociaż niechętnie i ze zgrzytem zębów, poszukiwanie czynnego parkomatu. Nie mogę niestety zagwarantować, że znajdziesz taki, zanim ci wlepią mandat.

I teraz dochodzimy do mojego numeru jeden, Southerndown. Zauważyłam, ze rodacy mają często problemy z wypowiedzeniem tej nazwy (np. pan polski kierowiec w autobusie). Wymawia się to mniej więcej ‚sewerndaun‚, nie ‚souferndaun’, jak sama myślałam kilka lat temu. Dojazd z Bridgend przez Ogmore by Sea, w S. przy wielkim zakręcie w lewo zjeżdżasz z głównej drogi w prawo (‚to the beach‚, oh, yeah). Można zaparkować na górze, można pojechać drogą w dół do samej plaży przy zatoce. Zatoka nazywa się malowniczo Dunraven Bay (po hrabim Dunraven, synu starego Dunravena, znajomego Boczka, onegdaj szczęśliwego właściciela tych ziem). Szczerze polecam odwiedzić S. w tygodniu, a to z powodu zbójeckich cen za parkowanie, których tam żądają  głównie w weekendy i niektóre dni powszednie przy szczególnie ładnej pogodzie. Chyba, że pojedziesz po 5-ej albo jeszcze bezpieczniej po 6-ej, to już nie kasują. Ostatnio opłata wynosiła 3funty. Faktem jest, że pieniądz idzie częściowo na utrzymanie kibli, ogrodów i centrum informacji turystycznej (w głębi), ale to jest i tak zbrodnia w biały dzień.

Dobra wiadomość dla niezmotoryzowanych: autobusem z dworca w Bridgend też można, trwa to około 20 minut i kosztuje coś około 3. Wysiada się przy tym wielkim zakręcie.

Anyway. Idziesz sobie z parkingu i tam zaraz są takie drzwi w murze, wchodzisz i oto jesteś w ogrodach Southerndown; kiedyś należały do zamku, który stał sobie na klifie, i po którym pozostały skąpe ruinki. Ogrody lubię bardzo, bo fajne są, i czasem jest tam taka cisza, że aż coś eksploduje w człowieku. Duży plus to to, że ogrody są osłonięte od wiatru przez klif, mur i drzewa, więc zwykle jest tam bardzo przyjemnie. Można zrobić piknik, wypić herbatkę (jak się ma), powąchać kfiatka, obcykać półnagiego ogrodnika przy pracy (jeśli to twój szczęśliwy dzień), itp.

Po przejściu ogrodów dochodzisz do krawędzi klifu. Widziałam mnóstwo plaż w Walii, ale żadna nie pobija tego widoku, który wyłania się przed twoimi niczego nie spodziewającymi się oczyma. Na zdjęciu poniżej po lewej.

Jest kilka opcji spacerowych, polecam popróbować poodkrywać je samemu; na pierwszą wizytę najlepiej według mnie zejść w dół do plaży. Idziesz kawałek dalej za ścieżką i potem przez drewnianą bramkę do góry i potem w dół. Ścieżka cię poprowadzi. Potem nie wracaj tą samą drogą, a wróć do ścieżki i idź dalej wzdłuż wybrzeża. Zatoczysz ładne kółeczko i wrócisz na parking.

W Southerndown urządziliśmy sobie kiedyś w nocy klawe ognicho, była na nim połowa Polaków z B. i dwóch przedstawicieli ludności tubylczej, którzy w niemym podziwie obserwowali, jak niekończący się refren znanej pieśni o sokołach niesie się po wodach kanału bristolskiego, poruszając chłodne brytyjskie serca i czułe sonary straży przybrzeżnej. Wydaje mi się, że tamta noc miała coś wspólnego z faktem ogrodzenia tej części Southerndown drutem kolczastym :> Lecz cóż to była za noc, cóż. Cóż, tyle na razie o okolicach Bridgend; po prawdzie produkuję ten wpis już trzeci dzień, cóś nie idzie, pani, nie idzie. Ale może za to pójdzie do Southerndown.

Ogólnie to klawo jest, raczej.