pamelo żegnaj

DSCN1651

Wieczór w górach zawsze zapada błyskawicznie. Dzień był pełen wrażeń, jesteśmy zmęczeni. Samochód porusza się płynnie po szkockich serpentynach; nikt nic nie mówi. Na drodze nie ma żadnego ruchu; światła samochodu co rusz odbijają się od powierzchni któregoś z licznych jezior. Opieram czoło o szybę, pozwalam krajobrazowi przepływać przeze mnie swobodnie, bez żadnych zakłóceń. W gasnącym świetle dnia złotawe łańcuchy górskie zmieniają się w brunatne. Wyglądają jak porysowane gigantycznym widelcem: setkami, tysiącami żlebów pędzą w dół małe wodospady. Tu i ówdzie wciąż leżą białe czapy śniegu. Góry są tak blisko, przy samej drodze, w pewnej chwili ogarnia mnie przemożone pragnienie, żeby wysiąść i te brunatne góry objąć, i tak zostać. Wrażenie jest tak silne, że mam łzy w oczach. Ej, niech ktoś wciśnie pauzę. Zatrzymać tę chwilę.

Jutro już będziemy stąd wyjeżdżać. Słuchaj! Nic nie słyszysz, no właśnie. Taka cisza. Powiedzcie mi coś na do widzenia, szkockie góry. Szkockie góry puszczają do mnie oko księżycem odbitym od powierzchni jeziora. To jedyne źródło światła. Bezchmurne nocne niebo wspiera się tysiącem galaktyk na szczytach, jak zmęczony wędrowiec. Ja mam jednak generalnie szczęście do pogody. Przecież mogłoby lać. Mogłaby zejść mgła, jak kiedyś w Zakopanem, kiedy musiałam kupić pocztówkę żeby udowodnić Boskiemu, że jesteśmy w górach; sfochowane Tatry wyłoniły się zza mgły pięć minut później, wywaliły do nas jęzor i znowu zniknęły, tym razem na dobre. Jak statek-widmo. Ale generalnie to mam szczęście do pogody, tak. Odpukać.

No więc, Pamelo żegnaj. Dziękuję ci za obłędną ilość krystalicznie czystego powietrza, która sprawiła, że każdej nocy miałam tak intensywne sny, że po przebudzeniu czułam się jakbym właśnie sześć razy wbiegła na Ben Nevis. Ostatni raz tak intensywnie śniłam jakieś 15 lat temu. We śnie ukazał mi się trójkąt na niebie i kazał mi bezzwłocznie urodzić syna bożego, dzięki Bogu, że nie jestem wierząca, bo może dziś byłabym przywódczynią jakiejś krwiożerczej sekty podprowadzającej staruszkom drobne na jedzenie dla kota.

Highlands, wy jesteście jak zdrowie. Ile was trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto potrzebował tlenu i wyjechał z was unosząc się w powietrzu jak niebieski balonik. Jak dziecko z koglem-moglem w letni wakacyjny poranek. W tle Lato z Radiem. Ze szklarni dochodzi zapach pomidorów. Dziecko jeszcze nie wie, że to tak zawsze nie będzie. Ja już wiem.

wrtqr

edynburg

bw2

Już właściwie zapomniałam, jak smakuje wiosna w wielkim mieście. Jak to jest na chwilę zatrzymać się w codziennym miejskim biegu, położyć się na ławce w parku, wygrzać twarz w pierwszych promieniach słońca. Z placu zabaw dobiegają krzyki i śmiech dzieci, gołębie wykonują swoje odwieczne u-hu-hu, za plecami zadziwiająco przyjemnie brzęczy przytłumiony kwitnącymi krzewami gwar ulicy, klaksony samochodów, czasem syrena karetki. Na innych ławkach równoległe światy wgapiają się w ekrany telefonów, jak kiedyś gapiły się w książki. Wszystko tak znajome, a jednocześnie prawie zupełnie zapomniane; tu na tej ławce, w tym wiosennym słońcu, rozlewa się we mnie jakaś ciepła a jednocześnie smutna czułość.

Zatęskniłam za wielkim miastem.

bw

był sobie pałac

6

… a tam, o, proszę, znajduje się pierwszy oryginalny pałac biskupa, chociaż na dzisiejsze standardy to raczej komórka na miotły – chichocze z ogłuszającym wdziękiem Pan Przewodnik – i ma już osiemset lat! – dodaje puchnąc z dumy, co budzi obawy o los szwów w jego i tak już dobrze dopasowanej marynarce. Następnie splata serdelkowate paluszki na piersi, kieruje wzrok ku niebu dla stosownej inspiracji i kontynuuje. Pierwszy biskup był człowiekiem praktycznym, nie lubił gadżetów i nie bawił się w żadne tam, prawda, ozdobne po-pier-dół-ki. Drugi miał już większe aspiracje, o, to tam wybudował, i tamto, a następny zainwestował w przydomowy ogródek, nic wystawnego, 14 akrów. Kolejny biskup oświecony łaską pańską zwiększył podatki tak bardzo, że dla powstrzymania naporu zdenerwowanych podatników musiał sobie wybudować o ten tu widoczny Wielki Gruby Mur.

A ta wolno sobie stojąca ścianka z oknami? W czasie Wojny Róż przyszli po cynę z dachu katedry, żeby ją, prawda, przetopić na działa, as you do, na szczęście mała łapóweczka przekonała ich, że cyna z dachu Great Hall’u biskupstwa jest lepszej jakości, więc katedra ocalała, ale Great Hall od tamtego czasu służył głównie za zbiornik deszczówki. Któryś tam z kolei biskup był estetą, doszedł do wniosku, że nie podobają mu się cztery ściany bez dachu, i że jedna będzie wyglądać lepiej, i w duchu wiktoriańskiego romantyzmu wyburzył pozostałe. Tu są chusteczki dla członków National Trust, proszę, proszę. Nic nie szkodzi, niech pani dmucha bez krępacji. Matko, ależ pani ma potencjał! Nasz obecny biskup nadal mieszka na terenie pałacu, ale zajmuje z małżonką jedynie skromne dwupokojowe mieszkanko. O, a oto i biskup, proszę bardzo, ten tam w dresie, sortuje śmieci. Pomachajmy do biskupa, wszyscy machają, bardzo ładnie.

7ogrody pocz palacyk

A tutaj są te źródła właśnie, które dały naszemu Wells nazwę (well – studnia, również inne źródło wody, najczęściej o jakichś superwłaściwościach). Jeden biskup umyślił sobie, że jak podaruje te źródlaną wodę mieszkańcom to zyska dodatkowe punkty u pracodawcy na Górze; dlatego właśnie przez miasto płynie woda w specjalnych rynienkach, zauważyliście? Jako backup biskup sprytnie ogłosił, że źródło wyschnie, jeśli obdarowani przestaną mu żarliwie dziękować w modlitwach. Na wszelki wypadek do dziś się odprawia mszę w jego intencji. W tych kręgach to nigdy nic nie wiadomo – szepcze Pan Przewodnik, z niejasnej przyczyny rozglądając się nerwowo dookoła. Grupa z przyczyn jeszcze mniej jasnych natychmiast robi to samo.

wells

well

A tu, za murkiem, o, to były jelenie na które sobie państwo biskupstwo polowało z królami i innymi celebrytami. I jeszcze była tam kiedyś bitwa. Słynna bitwa o Wells. Słyszeliście o niej oczywiście..? Grupa gwałtownie wykazuje zainteresowanie układaniem wzorków z kamyczków; pan w panamie ogląda paznokcie tak intensywnie, jakby od tego zależało jego życie. Nie mówcie mi, że nikt o niej nie słyszał??? – Pan Przewodnik jest wzburzony. Proszę się przyjrzeć temu polu bardzo uważnie, bardzo uważnie! Wszyscy rzucamy się do dziury w płocie i gapimy się intensywnie na puste pole mając nadzieje zobaczyć tam odkupienie win. Chuda dziwoszka w okularach gapi się tak mocno, że marszczy nos, co z kolei unosi jej górną wargę do góry nadając wygląd zębatej myszy. Widzicie..? Nie widzicie, i nie zobaczycie, ha! Bo nic tam nie ma! Nie było żadnej bitwy, uhahaha, ale was nabrałem! Było tak: atakujący wystrzelili siedem kul, obrońcy uciekli, a wieczorem wszyscy razem spotkali się w pubie.

I jeszcze tylko wam opowiem o łabędziach z Wells. Otóż biskup taki i taki nauczył je uderzać w taki specjalny gong jak są głodne i wtedy się je karmi. Ta umiejętność zakodowała się w pamięci genetycznej kolejnych pokoleń łabędzi. Niestety, ta parka, którą tu widzicie, rzadko używa gongu. To smutne; nie wiemy, dlaczego. Dlaczego? – dramatyczne pytanie zawisa w powietrzu. Może nie są głodne? ryzykuje nieśmiało pan w panamie. Pan Przewodnik rzuca mu spojrzenie pełne politowania. Nie proszę pana, bo są sztuczne, uahahaha.

DSCN2911

 __________

Wpis luźno oparty na panu przewodniku-wolontariuszu z Bishops Palace and Gardens w Wells (hrabstwo Somerset), posiadaczu tubalnego głosu i barwnego sposobu narracji. Zarówno miejsce, jak i usługi przewodnika (wliczone w cenę) bardzo polecam.

Info praktyczne: wstęp: £7.20. Parkingi pay and display w całej okolicy.

Inne ciekawe rzeczy w Wells: przepiękna katedra, ulica Vicar’s Close, ogólnie bardzo przyjemne miasto, więcej szczegółów wkrótce.

if in doubt, travel

ddfhsdf

Z podziękowaniem dla Kate, która kazała mi tam bezwzględnie pojechać. xx

Ścieżka biegnąca wzdłuż wąwozu jest dość wąska i w sporej części kamienista. Jest piękny wiosenny poranek; wygląda na to, że słońce postanowiło akurat dzisiaj pójść na ten sam spacer. Biorąc pod uwagę wszystkie mrożące krew w żyłach opowieści o szkockiej pogodzie czuję się jak królowa życia. Cieszę się tym bardziej, że w Glen Nevis Visitor Centre przestrzegano, że podczas deszczu ścieżka może być śliska i dość niebezpieczna. Dodatkowo trwają właśnie pierwsze wiosenne roztopy i w wielu miejscach śnieg spływa żlebami z gór tworząc mniejsze i większe wodospady, które często przecinają ścieżki zmieniając je w śliskie pułapki. Nie ma w tym określeniu żadnej przesady; sama doświadczyłam chwili utraty równowagi, po której adrenalina trzęsła moimi nogami jeszcze przez dobre pięć minut.

DSCN1980

Sam wąwóz jest również wąski i wysoki; jego dołem płynie rwąca rzeka, której odgłos towarzyszy ścieżce zwłaszcza na końcowym etapie. Za to w momencie, kiedy wąwóz otwiera się na dolinę, hałaśliwa i zbuntowana rzeka zmienia się w stateczną i, no offence, dość płytką matronę. Stoję w miejscu, obracając się powoli dookoła; za moimi plecami wyrastają wciąż jeszcze tu i ówdzie ośnieżone szczyty, a na horyzoncie wyłania się cel wyprawy, wodospad Steall, trzeci co do wysokości w Szkocji. Wokół prawie nie ma żywej duszy. Wiesz, jak to jest, jak czasem widzisz coś tak pięknego, że podstępne wzruszenie chwyta cię za gardło. Słońce przyjemnie ogrzewa twarz, powietrze jest kryształowo czyste. Już wiem, że żadne zdjęcie nie odda tej chwili, tego uczucia. M. zawsze płacze w wyjątkowo pięknych miejscach; chyba się zaraziłam. Nie na darmo ten spacer określany jest jako jeden z najpiękniejszych w Szkocji.

xdffh

dol

DSCN2009 wod

Wiem, że w trakcie i zaraz po obfitych opadach ten wodospad prezentuje się o wiele bardziej okazale, ale wiesz co, wyjątkowo chyba bym się nie zamieniła.

Co jeszcze: z jednej strony doliny stoi mały domek, do którego prowadzi zwisający most linowy dla wielbicieli ryzyka. Przeznaczenia domku nie jestem pewna, ale wyobrażam sobie co to musi być za przeżycie spędzić w nim noc, z dźwiękiem pędzącej wody w tle, i z niebem ciężkim od gwiazd w charakterze dachu nad doliną. A rano można wyjść przed drzwi z poranną kawą i siedzieć, i patrzeć, aż się zorientujesz, że kawa już dawno wystygła; i nie będzie to miało znaczenia, w co może teraz trudno uwierzyć.

Po drugiej stronie dolina otwiera się jeszcze szerzej, pozwalając ostatecznie zamknąć się w objęciach gór. Nie wierzę, że to napisałam; Mniszek Helena byłaby ze mnie dumna. Ale tamto miejsce uderzyło z mocą tornada w mój wrodzony sarkazm i na kilka chwil zmieniło mnie w słodką bezwolną istotkę, zdolną co najwyżej od czasu do czasu podnosić szczękę z tej ciepłej wiosennej ziemi. Lawinę żółtozielonej zazdrości wzbudził we mnie widok dwóch kolesi namiotujących sobie na środku doliny. Całe to dobro mieli tylko dla siebie. Szkocja to jedyny bodajże kraj Wspólnoty, w którym można namiotować na dziko. To lubimy.

dolina A jeszcze ci powiem, że ta dolina jest wypełniona kamieniami i większość z nich wygląda jak obsypana srebrnym brokatem. Normalnie takie kamienie tracą połysk jak wyschną, ale nie te z wąwozu Nevis. Przywiozłam kilka; leżą teraz obok mnie i pobłyskują sobie zalotnie. wodo __________________

Info praktyczne: wąwóz Nevis (Nevis Gorge) z wodospadem Steall (Steall Falls) znajduje się niedaleko od Glen Nevis Visitor Centre w miejscowości Fort William. Wystarczy jechać coraz bardziej zwężająca się drogą do samego końca i zaparkować na parkingu. Uwaga, podejrzewam, że latem jest tam megatrudno znaleźć wolne miejsce. Dojście do wodospadu zajmuje jakieś 30-40 minut. W okolicy sa jeszcze inne wodospady, ale nie miałam czasu na więcej.steallMapka dzięki uprzejmości google. Więcej info w poprzednich wpisach.   .

o tym jak prawie zdobyłam Ben Nevis

DSCN1541

Dzień dobry, and how are youse today, pyta z właściwym akcentem pani w pubie pod motelem. Lavazzę z filtra i szkockie śniadanie proszę. Szkockie śniadanie różni się od śniadania angielskiego wyłącznie przymiotnikiem dzierżawczym. Od czasu ukończenia podstawówki nie słyszałam, żeby ktokolwiek użył określenia przymiotnik dzierżawczy. Szkoda, bo to takie ładne określenie, chociaż trochę zaborcze. Anyway, każdy z narodów Wspólnoty twierdzi, że onże to klasyczne wyspiarskie śniadanie wymyślił, i onże ma właśnie pierwszeństwo do figurowania w podręcznikach historii kuchennych. Mnie tam jest zupełnie obojętne kto je wymyślił, o ile dają opcję wege. Szkoci dają. Nawet haggis wegetariański mają. Mój ty świecie..

DSCN1539

Tymczasem na ławce przed pubem siedzi facet i gapi się z rozanielonym wyrazem twarzy na jezioro i wzgórza. Facet zgubił gdzieś buta, ale zupełnie w niczym mu to nie przeszkadza. Wczoraj koło faceta stała różowa torebeczka Hello Kitty, ale ktoś sobie pożyczył. Facet siedzi i siedzi. Przepraszam czy panu w tę gołą girę nie zimno. Nie, zupełnie nie zimno. Pani patrzy, o, mewa, płynnie rozpostarłszy skrzydła we locie. Proszę pana, może pan jednak na tę gołą racicę chociaż skarpetkę założy. Osiem stopni jest, we telewizorze mówili. Jaka mewa w locie, coś pan. Tylko sra to to wszędzie. Wcale serca mojego nie przesłonił całun śmiertelny zgorzknienia, wypraszam sobie. Nie zimno panu w tyłek na tej metalowej ławce?

facet

Miło się gawędzi, ale muszę lecieć, bo będę wchodziła na górę. Mam na sobie cztery warstwy odzieży, czuję się jak pączek. Idziemy. Nie mam aspiracji dotarcia na sam szczyt, ale szkockiego śniadania jakaś tam byle spacerowa popierdółka nie spali. Wysoka ta góra. Co ty powiesz. Ostatecznie Ben Nevis to najwyższa góra w UK. Tysiąc coś, podobno; ale na moje oko na pewno ze dwa razy tyle. In fact, w połowie drogi dochodzę do wniosku, że w rzeczywistości Ben Nevis jest nieodkrytym jeszcze przez geografów ośmiotysięcznikiem.

DSCN1550 DSCN1552

DSC_0101

Udeptana milionami stóp piaszczysta ścieżka wspina się dość stromo pod górę, przekształcając się stopniowo w kamienistą. Czasem żeby wspiąć się na kolejny kamień muszę się mocno odepchnąć od ziemi i podciągnąć; lewe kolano jęczy, prawe od półgodziny podejrzanie milczy; nie mam wątpliwości, że obmyśla odwet. Tańczące dookoła mgły szepczą mrożące krew w żyłach opowieści o nieuważnych stopach, które się obsunęły tylko odrobinkę i nikt ich nigdy więcej nie widział. Robi się cicho; to jest ta górska cisza, w której słyszy się szum własnej krwi w uszach. Siadam i słucham, analizując jednocześnie stadium zmęczenia i przegrzania materiału. Koło mnie przebiega truchtem człowiek-wiewiórka. Pfff.

DSC_0033 DSC_0052DSC_0053Docieramy do połowy drogi, zgodnie z zamierzeniem. Szczyt wygląda jakby był w zasięgu ręki, ale nie ze mną te numery.  Innym razem. Na szczycie zalega czapa z lodu, żlebem posuwa z impetem mały wodospadzik. Mnóstwo ich tu w czasie wiosennych roztopów. Ładnie.

DSC_0062

Punktem granicznym określającym połowę drogi jest niewielki loch. Surowy torfowiskowy krajobraz przypomina Islandię, a przynajmniej moje wyobrażenie o niej. Nie słychać żadnych odgłosów cywilizacji. Wiatr świszcząc wciska się pod kaptur. Jesteśmy tu sami. Świat się zatrzymał.

DSC_0078 (2)

Nie wiem kiedy minęło pięć godzin. A po zejściu, które wcale nie jest łatwiejsze, nagradzam się w pobliskim markecie butlą piwa imbirowego; jako bonus cieszę oko wysokim długowłosym blondynem o atrakcyjnej strukturze mięśniowej w koszulce Pogoni Szczecin i ładnie, prawda, dopasowanych dżinsach.

To lubimy.

DSCN1931

____________________________

Info praktyczne:

Motel Travelodge w Fort William, mniej więcej 40 f za noc. Taniej nie znajdziesz, chyba, że namiot. Motel jest centralnie usytuowany, z własnym niedużym parkingiem. Blisko do kafej, pubów, restauracji i supermarketów a także do centrum informacji turystycznej’ Visit Scotland’.

Fort Wiliam to dobra baza wypadowa do eksploracji gór, jak również nieco dalszej okolicy, np. wyspy Skye, Loch Ness (jeśli koniecznie masz parcie na zdjęcie z ‚potworem’, bo samo jezioro to nic szczególnego). W sezonie miejscowość jest ponoć zadeptana jak nasze Krupówki. Winę za to ponosi głównie Ben Nevis, malowniczo zwany w języku gaelickim ‚Beinn Nibheis’.

mapek

jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń

DSCN1489

Po latach odwlekania nieuchronnego dotarłam wreszcie do Szkocji. To był wyjazd spontaniczny, nieplanowany, z nabazgraną na szybko listą obowiązkowych atrakcji wysępionych od zaprzyjaźnionych szkocjofilów, dzięki czemu niekoniecznie zawsze zgodnych z oficjalnym stanowiskiem władz. Wyjazd troszkę terapeutyczny w założeniu; dużo miałam ostatnio na głowie, za dużo. Pierwszy taki wyjazd, ale już wiem, że nie ostatni.

Droga jest długa, bo ponad dziewięciogodzinna. Jedzie się głównie autostradami, więc nuda i zmęczenie obezwładniają; ale wszystko mija jak ręką odjął z chwilą wjazdu do Szkocji, minięcia Glasgow i wjechania na malowniczą drogę A82. Na horyzoncie pojawia się pierwsza wyższa góra, a za nią następna, z czapką śniegu na szczycie i miniwodospadem biegnącym w dół żlebem; a potem pierwsze loch, czyli jezioro w języku gaelickim. Wokół drogi pojawia się coraz więcej gór; i jakby tego wszystkiego było mało, akurat dziś świat wokół rozświetla ‚złota godzina’. Krajobraz chwyta za gardło. W środku w człowieku rośnie kula pozytywnej energii. Po trzech dniach oczy zaczną boleć od zachłannego wpatrywania się, ale jeszcze nie teraz; teraz żałuję tylko, że nie mam ich dookoła głowy.

hg

hgf

DSCN1506

Pojawia się to specyficzne górskie powietrze, czyste i rześkie. Inne. Złoty wieczór zaprzecza wszystkim przerażającym opowieściom o szkockiej pogodzie, dzięki którym w bagażniku mam trzy kurtki przeciwdeszczowe i trzy pary butów do wędrówek. Oraz czapkę i szalik. No co.. Właściwie to jestem rozczarowana. Byłam przygotowana na najgorsze, a najgorsze wzięło sobie akurat zaległy urlop i tyle je widzieli. O, tyle. Raz.

DSCN1671

Jest już właściwie ciemno, kiedy dojeżdżamy do Fort William, niewielkiej turystycznej miejscowości u podnóża Ben Nevis’a, najwyższej brytyjskiej góry. Wybraliśmy to miejsce ze względu na Travelodge, tani motel, oraz ze względu na bliskość kilku postawionych sobie naprędce celów. Fort William nie wyrywa może z butów, ale jest w nim spokój i przyjemna, nienachalna posezonowa atmosfera. Stoję przy jeziorze; dość gwałtownie zapada noc, i po chwili jedyne światło w okolicy to blask wypalanych na wzgórzach po drugiej stronie jeziora torfowisk; w ciemności wyglądają trochę jak stygnąca lawa. W okolicy unosi się specyficzny przyjemny zapach, staram się nie myśleć o setkach jeśli nie tysiącach małych zwierząt i ptaków, które ten proceder co roku zabija.

DSCN1945

Idziemy spać, pełni oczekiwań. Zapomniałam o pracy, o nawale spraw, telefon zapodziałam gdzieś w walizce. Jestem gotowa. Bring it on, Szkocjo.

IMG_20150327_172737

kraj za rogiem

FSCN0462x

No i co. Co tam słychać? W Holandii byłam. Znowu? Znowu. Bo co. Holandia jest fajna. Płaska jak deska do prasowania. I co tam robiłaś? Na spacery chodziłam, śmiałam się. Coś widziałaś? Cały świat widziałam. Np. taką księgarnię w Maastricht, w kościele. Byłym kościele. Freski się zachowały. Kupiłam sobie kalendarz z Van Goghiem, taki Full Dutch Experience, rozumiesz. Pokaż te freski. Patrz:

BeFunky_null_5.jpg Maastricht to miłe miejsce, chociaż w kwestii pogody to nie było lekko, no nie było. Żeby się zmierzyć z ponurą mżawą musiałam zjeść dwa, rozumiesz, DWA holenderskie gofry i poprawić ogromnym deserkiem Limburg, podobno niesłychanie lokalnym, ale wikipedia mówi, że podprowadzonym od Niemców. Oj tam, oj. Wszystko ktoś kiedyś od kogoś podprowadził, c’nie. A na początku i tak zawsze był jakiś Polak. Niektóre źródła twierdzą, że na początku był chaos, ale ja uważam, że to my go wymyśliliśmy. Wystarczy poczytać internet.

  BeFunky_null_25

BeFunky_null_2.jpg

W Maastricht jeszcze widziałam najwęższy domek na świecie, tzn. tak zakładam. Gdzie? No tam w rogu, o.  Ten biały. Przyczaił się za znakiem parkingu. Czynsz? Nie mam pojęcia. Ale coś mi mówi, że raczej niewąski.

BeFunky_m11.jpg

BeFunky_null_6.jpgBeFunky_m8.jpg

W czasie deszczu, wiadomo, dzieci się nudzą; czemu nie zabrać ich na przejażdżkę rikszą? Podjechać przy okazji pod biuti salon, skoczyć na szybki manikjur, wszyscy są zadowoleni. Holendrzy to niesłychanie praktyczny naród.

BeFunky_null_23

Co jeszcze robiłam w Holandii? Witałam Nowy Rok, dla odmiany. Zazwyczaj o 22 już śpię, siła przyzwyczajenia, oraz, podejrzewam, zwątpienia. A jednak stałam na ulicy holenderskiego miasteczka i patrzyłam jak z co drugiego domu wystrzeliwują fajerwerki. 40 minut strzelali i żaden nie chciał być tym, który pierwszy skończy (to miłe). Taka podejrzewam zdrowa sąsiedzka rywalizacja; i jeden pan obok nas był strasznie załamany, bo mu fajerwerki latały tylko sporadycznie, jakoś tak bez przekonania i najczęściej w bok. A jeden fajerwerek wylądował na zaparkowanym obok samochodzie i wtedy uciekliśmy do domu, żeby nie było na nas.

I jeszcze widziałam Efteling. Miłość Holendra i ukochany pieszczoszek. Nigdy nie słyszałaś? To nic, ja też nie. Park rozrywki taki, mnóstwo elfów, gadające kukiełki, baśniowe scenki, królewicze zaklęte w żaby, rollercoastery, fontAnny wygrywające melodyjki i takie tam. Wszystko podlane oczywiście sosikiem komercji; ale jakoś tak umiejętnie, nienachalnie podlane. Kolejki? No są. Wystoisz się. Ale wiesz co, mnie się to wszystko nawet podobało, i może nawet bym tam wróciła, i tak, ten huk, który właśnie usłyszałaś, to mój wrodzony sarkazm strzelający sobie w łeb.

BeFunky_DSCN0488.jpg BeFunky_DSCN0508.jpg BeFunky_DSCN0563.jpg BeFunky_null_3.jpg BeFunky_null_10.jpg BeFunky_null_8.jpg

A potem jeszcze skoczyliśmy na cmyntorz, żeby dodać sprawom trochę, rozumiesz, powagi. Okazało się, że w tej małej przypadkowej holenderskiej mieścinie mają brytyjski cmentarz wojenny, i nawet znalazł się tam jeden Walijczyk. Myślałeś biedaku, że ci się uda. Pięć miesięcy po twoim pogrzebie skończyła się wojna. Zamiast zielonych walijskich wzgórz będziesz po wsze czasu oglądał holenderskie równiny. Widzisz kochana, co to znaczy mieć w życiu niefart. A ty narzekasz, że łazienki nie posprząta, i wszędzie zostawia skarpety.

DSCN0446 DSCN0458

A przy przeglądaniu cmentarnej księgi okolicznościowej poczułam dumę, że i tu byliśmy, my, Polacy, i tu po nas pozostał na zawsze ślad. Wzruszenie chwyta za gardło.

DSCN0448

To tak jak mówiłam: na początku był Polak, a potem zrobił się chaos.

Dobranoc, dzień dobry, w końcu nie wiadomo kiedy to pójdzie. Byle poszło. Do siego.

BeFunnnky_null_8.jpg

joie de vivre, czyli o zasadności city breaków

def

Tak sobie paplałyśmy kiedyś, że gdzieś by się razem wybrał, co nie, i weź tam zobacz dokąd Easyjet tanio lata w październiku.

Okazało się, że najtaniej lata do Nicei. Prowansja, Lazurowe Wybrzeże, miejsce w którym Alpy schodzą do morza Śródziemnego. Same te nazwy powodują, że życie nabiera kolorytu. To może skoczymy jeszcze do Monako. Zwariowałaś, nie będzie czasu. Ale patrz, to za rogiem. Szkoda by było.. Kupuj bilet. Ty kupuj, ja nie wiem, czego oni chcą. Maszyna zaprogramowana na sto pytań do. Jest tu jakiś łamacz kodów? Czekaj. Wule wu kel bije..? Dobra, przyciśnij cokolwiek. Coś wypadło. JAKBY bilet. Ej, dziwochy, minuta do odjazdu! Który to był peron?! Nie wiem, leć gdzie coś stoi..! Wpychamy się do piętrusa w ostatniej chwili. Siadamy na schodach w korytarzu. Ejjj, wygląda na pociąg do Monte Carlo. Skąd wiesz? Czuję zapach pieniędzy.

Na tych schodach spada na mnie świadomość, że w ciągu 4 godzin przemieściłam się przez 4 państwa: Walię, Anglię, Francję i za sekundę będę w Monako. Łatwość tego wyczynu nie mieści się w głowie. To jakieś science fiction. Mr Sulu, set course for Monaco. Ay ay captain, course laid in. Punch it!

bnm

A Monako to kuriozum takie, żarcik z bardzo poważnym budżetem. Kraik sprawia wrażenie wtłoczonego we wzgórza, praktycznie każdy mieszka na kimś. Można to przejść w kilka godzin, zwłaszcza słynną dzielnicę Monte Carlo, w której wszystko kręci się wokół rajdu, kasyn i jachtów. Można wejść na wzgórze zamkowe, zobaczyć Widok Jak z Folderów, trzasnąć fotkę przystojnemu żandarmu. Prawie dostać zapaści wdrapując się tysiącem schodów z powrotem na dworzec tylko po to, żeby zaraz zjechać cztery piętra w dół na podziemny peron. Ke?! To nie można było tego cholerstwa wybudować niżej?? Jest 25 stopni. W połowie października. Mój przegrzany mózg lewituje radośnie a bezmyślnie, opadając na ziemię dopiero na widok maszyny z arktycznie zimną kolą za zbójeckie pieniądze. Na peron znów wpadamy w ostatniej chwili, wciskając się do pociągu na modę francuską, czyli walcząc z zamykającymi się już po sygnale drzwiami. Powszechna praktyka. Za granicą najlepiej zachowywać się jak miejscowi, każdy podróżnik to wie. Heroicznie przedzierając się przez mapkę i rozkład stacji nad głową okrywam, że jak wysiądziemy wcześniej, to będzie bliżej do hotelu. Rezultat! W hotelu wita nas winda frustratka. Do windy trzeba wbiec z prędkością Bolta, bo inaczej spłaszczy cię jak naleśnik. Oh crep! Trłaziem etaż! obwieszcza winda złowieszczo. Wysiadamy nerwowo w odmęty ciemnawego korytarza apartamentowca o standardzie turystycznym. Co za dreszcz, co za emocje.

mcc

ogro.jpgnm.jpg

bn.jpg

A na wieczór można nakupić kilogramy serów. Oliwek. Korniszonów. Winogron. Największą butlę Boreaux, jaką widziały ludzkie oczy. Gadać, paplać, śmiać się, wpakować się do łóżek i gadać o dziewczyńskich sprawach. Rano iść na Starą Niceę, niespiesznie, oglądając nasycone cudnym słońcem kolorowe kamienice. Co rusz eleganckim ruchem wysączyć czerwony trunek z kieliszka, powodując stan przyjemnie zrelaksowanej pomroczności jasnej bez uciążliwych efektów ubocznych. Nonszalancko wypalić cienkiego Vogue’a pozując na Catherine Denevue. Pieścić ucho melodią języka francuskiego, który najseksowniejszym językiem na ziemi jest (to jedyny język na świecie, którym mówisz układając usta w dziubek. I wszystko jasne). Prawie przysnąć na plaży. Osiągnąć zen w kafei Zen z widokiem na roziskrzoną taflę lazurowej wody i palmy. Zawstydzać kelnera nagle skądś nabytą swobodą obyczajów. Wdrapać się na punkt widokowy, dysząc i charcząc; po drodze minąć kilku półnagich nicejskich adonisów uprawiających bezwysiłkowy jogging i przyglądających ci się z życzliwym politowaniem. Które postanawiasz bezwarunkowo interpretować jako palące zainteresowane.

nic.jpgP1090568 nj.jpg ryb.jpg bis.jpg nice.jpg

dfgtr cfgh.jpg

Prawie natychmiast odczuwa się tę taką mityczną francuską joie de vivre. Radość życia. Nieznośną lekkość bytu, wypełniającą całe ciało.

Jeszcze kupić magnes na lodówkę. Skrytykować francuskie buractwo w stosunku do turystów. 796 w ciągu godziny razy użyć słowa zajebiście, bez konsekwencji w postaci ostracyzmu społecznego. Na trzeci dzień wracać samolotem rozmawiając zblazowanym tonem o wyrzutniach rakiet i trzymając się panicznie za ręce przy turbulencjach. Odpowiedzieć panu celnikowi na pytanie ‚skąd wracasz” w taki sposób, że wyrywa go z budki i przenosi na lawendowe łąki Prowansji, gdzie macie trwający sekundę ognisty romans. I już planować następny city break. Florencja. A może Nicea..?

Niektórzy kwestionują sensowność weekendowych city breaków; bo właściwie nic nie zobaczysz, zmachasz się i w ogóle nie zawracaj gitary. Ja twierdzę, że lepiej zobaczyć cokolwiek niż nic.  Gdybym miała komfort posiadania obłąkańczej gotówki pojechałabym w świat na trzy lata. Ale nie mam. Czas i możliwości są tak ograniczone, że jak coś się pojawia na horyzoncie, to trzeba korzystać. Wycisnąć życie jak nicejski kelner pomarańczkę na soczek.

Poza tym kto powiedział, że trzeba się gonić. Można się po prostu zrelaksować. Usiąść pod parasolką w dobrym towarzystwie, pić wino i patrzeć jak słoneczny lazurowy świat leniwie przepływa nam przed oczami. Bezcenne.

 ayrtonetmoi.jpg

gangstababcie i wartość tradycji

DSC_0043Mam alergię na tzw. tradycyjną wioskę, tradycyjny sklep, autentyczny folklor i te wszystkie inne sponsorowane atrakcje turystyczne. Zazwyczaj omijam takie miejsca szerokim łukiem, ale czasem wdepnę gdzieś z socjologicznej ciekawości, ot, żeby sobie popatrzeć jak doją turystę w różnych częściach świata. Wszędzie jest podobnie: miejsce jest w miarę atrakcyjne wizualnie, podkolorowane umiejętnie tu i ówdzie, a jedynym celem jego istnienia jest wciskanie ludziom kosztownych dupereli, które nie są im do niczego potrzebne. W najbardziej tradycyjnej greckiej wiosce na Krecie, Kritsie, natychmiast oplata człowieka dobrze zorganizowana siatka gangstababć, od których niejeden wytrawny komiwojażer mógłby się uczyć technik marketingowych. Ja jestem naprawdę trudnym do oskubania klientem, ale takiego twardego przeciwnika jak babcia z Kritsy jeszcze w życiu nie spotkałam.

Kochaniuteńka, wyglądasz zupełnie jak moja wnusia! mówi babcia o ciemnooliwkowym kolorze skóry wejdź do mojego sklepu, proszę, proszę, rozpływa się w siwiutkim uśmiechu, no normalnie do serca przytul psa, weź na kolana kota, nie kupować, tylko popatrzeć, jakie ładne robię te takie, tylko popatrzeć, no chodź chodź, babcia płynnie przechodzi do fazy drugiej i profesjonalnie kuśtykając ginie w ciemnych czeluściach sklepu z tradycyjną lokalną koronką. Głupio mi jakoś tak kompletnie ją zignorować. To może wejdę. Żeby nie było, że burak. Oczywiście mam wszystko pod kontrolą i zaraz się przekona, że nie ze mną te numery. Babcia rozpływa się w babcinowatości i płynnym ruchem strongmana wywala na stół 600 obrusów w drzewka oliwne, po czym pyta słodziutko skąd jestem. Z Walii, mówię bez wdawania się w szczegóły, bo to ich zawsze konfunduje i zwykle pozwala błyskawicznie dać dyla. Ale grecka babcia jest przygotowana na każdą okoliczność: Walia, Ingland, ładnie, ładnie, to dobrze, że nie jesteś z Niemiec, Niemcom nie sprzedaję z powodu wojny. Widzisz ten obrusik za 40 euro? Dam ci za 20. Niemcu bym nie dała. No zobacz jaki przepiękny, sama z Chin zaimportowałam, tzn. sama utkałam, 50 lat tkałam. Patrz, tu jestem na zdjęciu jak tkam, zobacz jaka byłam piękna i młoda, a dzisiaj zobacz jaki mam artretyzm w palcach, o! Widzisz?! To co, dycha? Co, za dychę nie weźmiesz?! Babcia jest wyraźnie zraniona. Jest poważnie, dogłębnie zraniona. Rana, którą jej zadałam, przebiła na wylot ją i wszystkie dzieci w rodzinie, zwłaszcza te, które się nigdy nie narodzą z powodu ubóstwa, do którego właśnie haniebnie przyłożyłam rękę. Kot ze Shreka wymięka; uginają mi się kolana, pot występuje na czoło, boże, wezmę ten cholerny obrus, bo normalnie no pasaran, trauma na resztę życia..

W tym dramatycznym momencie do sklepu wchodzi grupa turystów. Babcia natychmiast o mnie zapomina i rzuca się ze zwinnością pumy w kierunku znacznie bardziej perspektywicznej ofiary. Morgen, morgen, dochodzi do moich uszu, nur cfancyś euroz.. Odzyskuję władzę w nogach i błyskawicznie wypadam na zalaną słońcem ulicę. Ufff. Ale hardkor. Dziesięć minut później obserwuję z kafei na sąsiedniej ulicy jak Niemcy wytaczają się niepewnym krokiem ze sklepu gangstababci i z konfuzją przyglądają się siatom z obrusami w swoich dłoniach.

Mówię, no pasaran.  Czarna magia, pani.

DSC_0047


Kretowisko

photo

Stoję na tarasie obiektu o charakterze wypoczynkowym i patrzę na ciemniejącą zatokę i góry nad zatoką. Jest tak spokojnie, że komary zasypiają w locie. Księżyc wielkości [tu wstawić coś naprawdę wielkiego] wychyla się zza wzgórza. Dzwonią kozie dzwonki. Świat oplata delikatna melancholia. Z niewiadomej przyczyny przypomina mi się Doktór Wanda, polonistka z podstawówki, oddająca mi zeszyt z wypracowaniami. W zeszycie było pięć piątek i jedna szóstka, wystawiona tego właśnie dnia drżącą ręką Doktór Wandy po raz pierwszy w długiej, pozbawionej złudzeń belferskiej karierze. I okraszona dwuminutowym peanem na cześć moich płomiennych przemyśleń na temat tego, co to w życiu jest najważniejsze, chociaż niewidoczne dla oczu (jak masz 14 lat to wiesz dokładnie co to jest; całą resztę życia spędzasz tracąc tę pewność). Puchnę wewnętrznie z dumy tak, że można ze mnie wykroić sześćset pączków z różą, ale nie daję nic po sobie poznać. Po lekcji natychmiast wrzucam pogardliwym gestem zeszyt do kosza na śmiecie, dając wszystkim do zrozumienia, że nic a nic się nie zmieniło w moim stosunku do szkolnego establishmentu. Następnego dnia biegnę panicznie szukać, ratować, ale za późno.

Może jakbym znalazła, byłabym dzisiaj gwiazdą na miarę Masłowskiej? Albo Jackie Collins?

Tymczasem wciąż gonię po świecie za inspiracją. Szukam miejsca, w którym mogłabym usiąść przy oknie z maszyną do pisania i napisać ten swój wymarzony bestseller. Przyglądam się taksującym okiem wysepce Spinalonga, która do połowy 20-wieku była kolonią karną, pardon, szpitalem dla trędowatych. Patrze na wyspę Spinalongę i myślę: bycie trędowatym ma zapewne swoje minusy, ale ja chyba byłabym w stanie zaakceptować pewną dozę społecznego ostracyzmu w zamian za darmową chatę z takim widokiem. Dobra lokalizacja to dzisiaj prawdziwe premium. Zwłaszcza, że oprócz byłej kolonii wyspa posiada wypasioną fortecę wenecką. Peachy.

DSC_0241photo 3DSC_0275DSC_0254DSC_0262

A jednak więzienie, nawet z najlepszym widokiem na świecie, to wciąż tylko więzienie, dochodzę po dłuższej chwili do wniosku, z którego napewno byłaby dumna Doktór Wanda 20 lat temu, i opędzam się od sprzedawcy pocztówek z podobiznami trędowatych.

DSC_0225

Mam dwie nogi. Jedną kaprawą, bo tak w życiu bywa. Czasem się zaśnie na autostradzie i w ułamku sekundy nie jest się już tą samą supakul laską co wcześniej; no ale przynajmniej się jest. Nogi lubią mnie czasem gdzieś zanieść, np. do jakiegoś wąwozu. Np. tego o przytulnej nazwie Wąwóz Umarłych. I tu wyobraźnia, całkiem słusznie, podsuwa ci wizję rozkładających się w promieniach greckiego słońca zielonkawych ciał; lawirujesz, próbując nie nadepnąć na walające się wszędzie gałki oczne, ale na próżno. Poczułeś to, prawda..? Ohydny glucik pomiędzy palcami..? Spoko, to taki żarcik był. Bez szczególnego polotu. Ciężki dzień miałam w pracy, rozumiesz. Przez większość dnia fantazjowałam o testowaniu na współpracowniku podręcznego zestawu do wyrywania paznokci. Anyway. Wąwóz jest pełen jaskiń, i w tych jaskiniach podobno chowano kiedyś umarłych, bo taki był faszyn w tych okolicach. Wąwóz jest malowniczy, wąski i naszpikowany kolczastymi krzakami; bywa, że nagle wyskoczy na człowieka wąż, koza albo turysta z Niemiec. Wiosną wąwóz kwitnie na różowo i cały bzyczy. I pachnie marihuaną. Która okazuje się być szałwią, niestety. Albo tymiankiem, z którego na Krecie robią miodek takiej jakości, że odebrałby Puchatkowi resztki małego rozumku.

DSC_0181 DSC_0199

kno

Atrakcje przewodnikowe też odbębniam, bo przecież trzeba. Np. Knossos, atrakcja numer jeden. Trochę podrasowana, bo panu brytyjskiemu archeologowi nie wszystko się podobało, i strzelił sobie Minoan theme park wedle swego widzimisię. Dar z nieba dla przedsiębiorczego narodu greckiego. Chodzę, patrzę, wątpię; przedzieram się przez tłum nowych Ruskich, uświerkam w kolejce do kibla; już wiem, że atrakcję numer jeden można sobie spokojnie darować. W zamian pojechać do atrakcji, dajmy na to, numer siedem, o nazwie Gournia. Do Gourni wiedzie polna droga przez gaj oliwny, za ciasna dla autokarów, i sam ten fakt powinien już działać zachęcająco. Potem można się włóczyć wąskimi uliczkami, między szkieletami domów, które ktoś ułożył z kamieni 3000 lat temu; siedzieć na pałacowym murku i patrzeć na tę samą zatokę, na którą teoretycznie patrzył kiedyś król Midas, czy tam inny Minotaur; świadomość tego faktu odkształca mózg.

DSC_0103 DSC_0114

Przynajmniej niektórym odkształca. Mi odkształcił. Niewystarczająco na bestseller, który mnie ustawi na resztę życia, ale na haiku to i owszem.  „Haiku o klopiku’, zainspirowane grecką myślą techniczną w dziedzinie rozwiązań sanitarnych:

mały kibelek

papierek w kubełek

poranny deszcz

toilet

Bycie człowiekiem sztuki potrafi być takie bolesne; zwłaszcza dla otoczenia.

Przepraszam tych, którzy tu zaglądają, zwłaszcza fejsowych, za to przedłużające się kretowisko i obiecuję, że to już prawie ostatnie słowo w temacie. Ale muszę dokończyć, chociażby tylko dla siebie, bo inaczej zapomnę i dupa.

_____________________

20-parę lat temu Wanda Doktór, polonistka w szkole podstawowej nr 2, była u progu emerytury. Nie wiem co się z nią stało. Ale jeśli jest jeszcze na tym padole, to na pewno wyguglowuje się, jak każdy w dzisiejszych czasach, i może trafi na tego bloga, i dowie się, że ten moment, o którym pewnie już dawno zapomniała, pozostawił w czyimś sercu ślad na całe życie.

 100

 

 

 

wyspy szczęśliwe

55

To, że nie urodziłam się na południu Europy uważam za jakąś horrendalną pomyłkę. W temperaturze 27 stopni i pełnym słońcu czuję się dwa razy bardziej kobietą (i to nie tylko z powodu radosnego opuchnięcia wszystkich kończyn) oraz sześć razy bardziej szczęśliwą osobą. Chodzi o tę południową jakość życia, niezwiązaną ze stanem konta. Jest luz i jest piękna pogoda, śmiertelni wrogowie depresji; jest pomidor pachnący pomidorem. Jest zdrowy kolor skóry, jest witamina D buzująca w kościach. Jest widok cieszący oko. Są niskie koszty życia, bo można przez 10 miesięcy w roku biegać w dwóch kieckach i motylkach, a rachunek za ogrzewanie to jak mit o Atlantydzie: coś tam słyszeli, ale nikt nie widział i nie może udowodnić, że istnieje. Wreszcie nie mam zimnych nóg.

Wielka ucieczka na Kretę jest możliwa (chociaż przydałoby się stracić z 10 lat i ze 6 kilo, oceniając po profilu pożądanej siły roboczej wyłaniającym się ze stosownego riserczu). Właścicielką sklepu z oliwą i miodem w tradycyjnej wiosce kreteńskiej dla turysty masowego, Kritsie, jest Polka, która 11 lat temu przyjechała tu na wakacje leczyć rany po rozwodzie i została. Znalazłam swoje miejsce w życiu i nikt mnie stąd nie ruszy. W Polsce byłam w nieustannej gonitwie, tutaj znalazłam spokój i równowagę życiową. Wielkim wysiłkiem duszę ogarniajacy mnie pożar żółtej zawiści.

44

Dawno temu przeczytałam opowiadanie DH Lawrence’a pt Słońce. Bohaterką była bladolica Angielka wysłana przez rodzinę do Grecji dla podreperowania wątłych nerwów. Bladolica wkrótce odkrywa miłą sercu polankę w gaju pomarańczowym, czy tam innym oliwnym, i stopniowo zrzuca z siebie coraz więcej łaszków, pozwalając słońcu barwić jej skórę i wnikać do krwioobiegu, lecząc wszystko i tworząc całkiem nową, świadomą siebie i swojej siły szczęśliwą kobietę. To opowiadanie niezwykle poruszyło moją nastoletnią wówczas wyobraźnię; zawsze chciałam też tak, tego, w takim gaju greckim. Szkoda, że poeci nigdy nie wspominają o kolczastych krzaczurach ani owczych gówienkach pokrywajacych te romantyczne polanki; no ale poeci już tak mają. Natomiast co do słońca, to jeśli chodzi o mnie,  to istotnie tak właśnie działa; tzn. jak już przedrze się przez faktor 30. Gdyby ktoś życzył, tu do przeczytania Słońce w oryginale.

77

Zawsze uważałam zmysł zapachu za najpotężniejsze narzędzie dla tworzenia i przywoływania wspomnień. Wiosenna Kreta pachnie.. trawką. Kwitnące wszędzie zioła produkują ten odurzający zapach do złudzenia przypominający marihuanę. Kreta pachnie też dojrzewającym na słońcu pomidorem. Złocistą oliwą z oliwek. Kozim serem, z którym wreszcie podpisałam traktat o nieagresji. Gęstą jak smoła i słodką jak worek cukru kawą po grecku. Najlepszym na świecie miodem. Słynne kreteńskie wąwozy huczą od pszczelego bzyku, odbijającego się tysięcznym echem od ich ścian – niesamowite wrażenie. Pobocza dróg kwitną na różowo dodając koloru wypłowiałym w kolorze gajom oliwnym powlekającym całą wyspę. Czasem wieje.

88

W nocy gwieździste niebo prawie leży na zatoce. Kozie dzwoneczki rozbijają świat na dźwięczne atomy. Raki wsącza się w żyły. Za chwilę będę w średnim wieku, użalam się nad sobą. To nieprawda, mówi taktownie pustoszejąca szklaneczka, być może dla dzieci szkolnych osiągniesz wkrótce wiek starczy, ale tak naprawdę liczy się tylko to jak się czujesz. Ojeeezu, otwieram oczy w Walii, lat 79,  dwie pary skarpet i termofor, w czerwcu.

była sobie królowa

Wczoraj dziwnym zbiegiem okoliczności leciało w tv Countryfile z Yorkshire, i to mi dopiero otworzyło oczy na turystyczne bogactwo tego hrabstwa, z którego zdążyłam zobaczyć tylko fragmencik. No ale czasu było mało i trzeba było dokonywać drastycznych wyborów. I tak, na chwilę wpadliśmy do gorąco polecanego Whitby (dzięki Kat). Whitby słynie z rybek (bardzo zapracowany port), z ruin opactwa górujących malowniczo ponad miastem oraz pewnej specyficznej biżuterii.

Patrz: ta śliczna panna za kilka lat od namalowania tego portretu zostanie królową Brytanii, w dodatku będzie panować najdłużej w historii tego kraju. W tym czasie w smutny sposób przyczyni się do wielkiej prosperity Whitby.

photo 1

Panna zakocha się bowiem, i wyjdzie za mąż za miłość swego życia, po czym będzie wieść szczęśliwe pożycie małżeńskie przez wiele lat (dorabiając się dziewiątki dzieci i nie tracąc figury), co nie zdarza się zbyt często w rodzinach panujących. Spuścimy życzliwie zasłonę milczenia na fakt, że panna i wybranek byli kuzynami w pierwszej linii – w końcu tradycje w rodach panujących muszą być podtrzymywane.

Niestety królewski małżonek tragicznie umrze w kwiecie wieku; i jeśli złamane serce jest faktycznie stanem fizycznym, jak twierdzą niektórzy lekarze, to nasza królowa może służyć za idealny przykład dla uzasadnienia tej tezy. Przywdzieje żałobę na resztę swoich dni; jej najwierniejszym towarzyszem stanie się jet z Whitby.

Jet to odmiana węgla brunatnego (podobno funkcjonuje w Polsce pod nazwą ‚gagat’ albo ‚dżet’)  wydobywanego właśnie w Whitby. Z uwagi na głęboki czarny kolor idealnie nadawał się do wyrobu biżuterii żałobnej. Smutne przywiązanie królowej Wiktorii do jetu spadło miejscowym jubilerom jak dar z nieba i przemieniło Whitby w świetnie prosperujące miasto ludzi zamożnych. Każda elegantka epoki wiktoriańskiej musiała mieć coś z jetu. Dziś już nie ma szału na te dość przygnębiające błyskotki, ale miasto wciąż odcina kupony od sławy sprzedając biżuterię z jetu sentymentalnym turystkom w wieku podeszłem.

jet

Jak się tak przyglądam obrazowi poniżej, to wygląda na to, że królowa Wiktoria chętnie stroiła się w jet jeszcze przed okresem żałoby. De gustibus… ale i tak fajna laska, jak na royal standardy, nie?

photo 5

A Whitby to samo w sobie bardzo ładne i buzujące życiem miasteczko, w którym warto zatrzymać się na dłużej, powłóczyć się uliczkami, zrobić zza płotu zdjęcie opactwu, oszczędzając kasę, zjeść najlepszego na świecie wędzonego łososia. Zobaczyć, jak zwodzą most. Jak kutry wyruszają na połowy. Może kupić wisiorek z taniego sentymentu dla pięknej miłości.

IMG_0263IMG_0262IMG_0259

… a na deserek zawsze można strzelić sobie jakiś odświeżający konflikcik w bocznej uliczce.

BeFunky_DSC_0478.jpg

 Jezu jak się cieszę
Z tych króciutkich wskrzeszeń
Kiedy pełną kieszeń znowu mam
Znowu mogę myśleć
Trochę jakby ściślej
I wymyślać śmiało nowy plan

I pięknie jest
[LJ]

 

____________

Zdjęcia obrazów królowej pochodzą z nieocenionej Wikipedii.

Robin Hood’s Bay

IMG_0252

Jeszcze na parkingu ustaliliśmy podział ról. Jakubek tradycyjnie miał zadawać głupie pytania, S. kontrolować płynność finansową, a ja z własnej nieprzymuszonej woli podjęłam się opieki nad suchym prowiantem w postaci papierowej torebki z sześcioma tartletkami o smaku sernika z kremem brulee. Czy ten parking jest płatny? – Jakubek płynnie wszedł w rolę. S. od razu się zdenerwował, a ja przyklękłam za zderzakiem sprytnie udając korekcję sznurówki i jednocześnie uwalniając torebkę od ciężaru pierwszej tartletki.

photo 1

Podążyliśmy stromą wąską uliczką w stronę morza. Od razu zrobiło się okropnie atmosfernie; uliczki obsiadły kocie łby i małe krzywe domki, a także różnego rodzaju przybytki o charakterze łupieżczym, co wcale nas nie zdziwiło, biorąc pod uwagę nazwę miejscowości. Czy myślicie, że to miejsce jest popularne? – zapytał Jakubek słabym głosem, wciśnięty w rosłą matronę z pinczerem i dopychany od tyłu wycieczką parafialną. S. przytomnie wypatrzył przerwę w przybytkach, która okazała się kolejną uliczką, w dodatku bez żywej duszy. Za chwilkę zagadka pustej uliczki wyjaśniła się; stanęliśmy bowiem oko w oko z lokalnym muzeum. Wchodzimy..? zapytał niepewnie Jakubek. Tylko jak za darmo – burknęło z wnętrza S, któremu podczas dramatycznej walki z tłumem wypadł ulubiony długopis w londyńskie metro i nabył rysę, co go zdenerwowało. Udając studiowanie godzin otwarcia w gablotce dokonałam szybkiej aneksji kolejnej tartletki; niestety, podczas tej czynności namierzył mnie entuzjastycznie pan Gruby Kustosz; na ucieczkę było już za późno. Weszliśmy.

IMG_0264

Od czego pochodzi nazwa waszej miejscowości..? okazał uprzejme zainteresowanie Jakubek. Pan Gruby Kustosz przytomnie złapał szczękę w locie, podał broszurkę i niezwłocznie zainteresował się wzorkiem na swojej filiżance.

Poszliśmy dalej, wyczytując w broszurce, że nazwa, oczywiście, pochodzi od słynnego banity, aczkolwiek dlaczego, nikt do końca nie wie. Być może Robin spędzał tu wczasy pod gruszą, zasugerował Jakubek, i trochę mu się dłużyło, więc łupił bogatych rekreacyjnie, w ramach specjalnie skrojonego na jego potrzeby programu kulturalno-oświatowego. Doszliśmy kolektywnie do wniosku, że teza była wiarygodna. Gołym okiem widać, że mieszkańcom miejscowości przydarzyło się jakieś konkretne finansowe wsparcie, które zostało mądrze zainwestowane w rozwój rynku nieruchomości, ze szczególnym uwzględnieniem słitaśnych kotydżów i przybytków do łupienia turysty. I takie jest życie, raz łupiesz, a raz jesteś łupany, podsumowałam przyglądając się trzeciej tartletce, która pisnęła cichutko. W dupach im się poprzewracało, burknął S. kwaśno studiując cennik wynajmu w oknie jednego z kotydżów. S. jest z pochodzenia ćwierć Szkotem, bo nie wiem, czy dało się wyczuć.

IMG_0261IMG_0257IMG_0253

Potem doszliśmy do serca mieścinki, gdzie znów było trochę tłoczno, więc  wyskoczyliśmy na plażę, gdzie znaleźliśmy całkiem efektowne betonowe mury miejskie, zapobiegające obsuwaniu się mieścinki z klifów, oraz vana z lodami.  Chcecie loda? Zapytał Jakubek. Za 2f od gałki ?! krzyknął S. Poproszę trzy gałki, powiedziałam. I czekoladowy ten taki. A potem wyszło słoneczko i zrobiło się ogólnie miło i ciapulkowato; dzięki przeprowadzeniu serii tajnych doświadczeń udało mi się również ustalić ponad wszelką wątpliwość, że tartletki znakomicie zgrywają się z lodami waniliowymi. Potem poszliśmy szukać Innej Perspektywy na klify, i okazało się, że są ładne widoki i w ogóle, a potem Jakubek wyskoczył ze swoim najgłupszym jak dotąd pytaniem. „Czy my przypadkiem nie mieliśmy torebki tartletek o smaku sernika z kremem brulee..?’

IMG_0254

Rozpętało się umiarkowane piekło. Na swoje szczęście przytomnie zauważyłam, że stoimy obok kafei z napisem ‚zupa dnia stilton and kalafior and kromka chleba gratis’ co częściowo uratowało sytuację, ale do końca dnia rzucano mi nieżyczliwe spojrzenia i nie pomogły nawet prezenty w postaci magnesów na lodówkę za które zapłaciłam z własnych zaskórniaków. Niektórych ludzi po prostu niczym nie zadowolisz.

IMG_0246

Niezbędne informacje praktyczne:

Słitaśna mieścinka Robin Hood’s Bay jest do wytropienia na północno-wschodnim wybrzeżu Anglii, w hrabstwie Yorkshire.

Co istotniejsze, tartletki są do wytropienia w całym Yorkshire.

kierunek północ

 IMG_0272

No więc, Yorkshire. Leży na dalekiej północy, jest największym hrabstwem w Anglii i zamieszkują je ludzie wymawiający tylko jedną – najczęściej środkową – sylabę w każdym słowie. Ich rozmowa przypomina mi szybkie odbijanie piłki tenisowej, ale niewykluczone, że to ja mam jakiś uszczerbek na słuchu. Wieść gminna niesie, że mieszkańcy Yorkshire uważają się za lepszych Anglików od reszty Anglików, swoje hrabstwo określają skromnie jako „god’s own county”, i najchętniej widzieliby je jako terytorium niepodległe. Najlepiej gdzieś przy Kanarach. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale faktem jest, że właściwie każde hrabstwo w Anglii ma swoją specyfikę, akcent(y), produkty, historię, tradycje, wrogów i przyjaciół; zazwyczaj północ nie lubi południa, wschód zachodu a ludzie z Kornwalii nie lubią nikogo.

7

Bogatą historię Yorkshire widać np. w nazwach miejscowości. Rzymianie, Normanowie i Wikingowie pozostawili po sobie np. sympatyczne łamańce językowe w rodzaju Bramham cum Oglethorpe, Laughton-en-le-Morthen, Ouse, Appleton-le-Street czy Heckmondwike. Przez stulecia niesforne hrabstwo wplątywało się w coraz to nowe polityczno-religijne afery, włączając przegraną z kretesem ‚Wojnę Róż‚, oraz rewolucję przemysłową. Ślady tych wydarzeń są łatwe do wypatrzenia; Anglia żyje otoczona swoją historią, czasem tylko zamykając ją w muzeach ze zbójeckimi cenami wstępu.

6

Przejazd przez Yorkshire przypomina trochę przejazd przez Belgię. Ciągnące się w nieskończoność proste drogi otaczają wielkie otwarte przestrzenie ubarwione w tej chwili kwitnącym masowo rzepakiem; co jakiś czas na drogę wyskoczy jakąś ubożuchna wiesiunia z boarding school dla nizin społecznych* (sarkazm taki). Hrabstwo posiada w swoich granicach aż dwa i pół parku narodowego, rozliczne rezerwaty i inne strefy ochrony krajobrazu oraz efektowne wybrzeże morza Północnego. Posiada też, o zgrozo, Yorkshire curd tarts, czyli babeczki, które smakują jak połączenie polskiego sernika z kremem brulee. Dwa inne typowe ciasteczka z regionu to h’eccles cake i Bakewell tart, moim zdaniem nie tak pyszowate jak curd tart, curd tart, you’re my curd tart (na melodię Sex Bomb), ale też zdecydowanie warte przetestowania.

IMG_0246

IMG_0247

Głównym miastem hrabstwa jest słynny York. Skoro słynny, to oczywiście oblepiony turystami. Moja cierpliwość do tłumów jest tylko nieznacznie większa od cierpliwości do zakupów; obie zamykają się w jakichś 40 minutach. Chciałabym mieć możliwość powłóczenia się po ulicach Yorku o piątej rano albo w nocy; można tam wypatrzeć tyle uroczych starych detali, zwłaszcza w The Shambles, świetnie zachowanej średniowiecznej ulicy (a raczej całej dzielnicy). Katedra w Yorku  (Minster) oczywiście, tak; nie żebym namawiała do złego, ale wślizgnięcie się tylnym wejściem oszczędzi ci dychę. Ja w ogóle jestem zadeklarowanym przeciwnikiem rip-off’u (oskubywania konsumenta z kasy) i walczę z nim wszelkimi dostępnymi metodami, np. tresspassingiem albo omijaniem szerokim łukiem. Polecam.

5 4 8

2

W Yorku mają też ciekawe muzeum kolei, National Railway Museum, w którym można sobie np. obejrzeć najszybszy pociąg na świecie, japoński ‚bullet’, czyli ‚pocisk’. Dla mnie bullet już na zawsze pozostanie wspomnieniem traumatycznym; to w nim pieprznął mi o podłogę ukochany obiektyw, Sigma 10-20mm, wart więcej niż większość moich pozostałych aktywów razem wziętych. Huk, szkło; prawie sama grzmotnęłam o tę cholerną podłogę. Na szczęście jakimś nieprawdopodobnym cudem obiektyw działa, a stłukł się tylko filtr UV. Japońska technologia..

IMG_0241IMG_0283 IMG_0280

Więcej o tym, co Tygryski NAPRAWDĘ lubią w Yorkshire następnym razem.

Dodam tylko, że najlepszym i najtańszym sposobem parkowania w Yorku jest Park and Ride. Jest chyba z pięć albo sześć różnych parkingów, a autobusy kursują co 10-15 minut.

1

 * Dla tych, co nie wiedzą, brytyjskie boarding schools to ekskluzywne płatne szkoły z internatem, do których wysyła się dziecioki z rozdziałem na płeć już w wieku 3-4 lat; wracają do domu tylko na wakacje. Vide organizacja Hogwartu. Szkoły są najczęściej lokowane poza miastami, w ‚dobrym’ sąsiedztwie i uważane są za najlepszą inwestycję w przyszłość dziecka. Poziom kształcenia i wpajana dyscyplina, a także zawierane przyjaźnie i wyrabiane koneksje czynią przyszłość ucznia przewidywalnie promienną. Jedną z najsłynniejszych szkół boardingowych jest Eton, którą ukończył m.in. premier Cameron czy książę William. Czaisz, o co w tym wszystkim chodzi. To kraj który tak naprawdę nigdy nie miał rewolucji społecznej na miarę francuskiej i pozostaje w dużym stopniu organizmem klasowym.

 

był sobie król

DSC_0004

Dawno, dawno temu był sobie król. Król jaki był, każdy widzi.

DSC_0017

Król nazywał się Jerzy 4 i był oczytany oraz chorobliwie otyły, przez co nie lubiła go zaimportowana z Brunszwiku żona, też oczytana. Z panią, która go lubiła, nie pozwolił królowi ożenić się Obowiązek Dynastyczny. Walczył więc biedaczek z goryczą klęski małżeńskiej przy pomocy czekolady, drogich gadżetów, imprezek, przyjaciółek, wina a także najlepszych wytworów światowej haute cuisine przygotowywanych przez najdroższych na świecie szefów w najnowocześniejszej na świecie kuchni.

Najnowocześniejsza kuchnia mieściła się w Royal Pavilion w Brighton, nadmorskim kurorcie na południu Anglii. Pavilion był ukochanym pieszczoszkiem króla, i ładował on w niego obsceniczne wręcz pieniądze z kieszeni podatnika. Pavilion jest zupełnie nie z angielskiej bajki: z zewnątrz przypomina egzotyczny pałac hinduski, w środku dominują Chiny. Dużo tam wielgaśnych złotych smoków, wielotonowych kryształowych żyrandoli i łóżek z kolumnami. Mnie osobiście najbardziej zainteresował prywatny wychodek królowej Wiktorii, z którego korzystała w trakcie sporadycznych wizyt w Pavilionie. Normalnie, czujesz, stoi sobie porcelanowa muszla, na której kiedyś siadała Jej Królewska Tyłkowatość, i nawet można dotknąć, jakby ktoś odczuwał potrzebę. W dodatku muszla została umiejscowiona dokładnie na przeciwko kominka, co zrozumiałe jest i jako kobieta pałamy entuzjazmem dla takiego rozwiązania.

DSC_0011

Poza muszlą królowej niewiele można dotknąć w Royal Pavilionie, i pomimo całego jego splendoru wizyta pozostawia lekki niedosyt, zwłaszcza, że bilet wstępu nie należy do tanich. W dodatku w środku nie wolno robić zdjęć. A poza tym, ja tam nie jestem jakąś zacietrzewioną socjalistką, ale fakt, że ktoś wyrzucał obłąkańcze pieniądze na 36-daniowe obiadki na złotych talerzach kiedy za rogiem ludzie umierali z głodu zawsze zostawia mnie w lekkim niesmaku. Moja niechęć do tzw. ‚wyższych sfer’ nie jest oczywiście w najmniejszym stopniu związana z faktem, że ja się w wyższej sferze nie urodziłam. Nie, nie, taka hipokrytka to my nie jesteśmy, tzn. tak zakładam.

Po śmierci Jerzego 4 Pavilion sobie stopniowo podupadał, aż przejęło go miasto Brighton. W czasie pierwszej wojny światowej budynek pełnił funkcję szpitala wojskowego, w którym do zdrowia dochodzili głównie Hindusi walczący w szeregach armii imperialnej. Propaganda wojenna bardzo lubiła wykorzystywać ten fakt; patrzcie wszyscy, jacy jesteśmy mili dla naszych kolonialnych niewolników, ups, pardon, przyjaciół, poświęcających swe zdrowie i życie dla obrony naszych interesów. Fota pochodzi ze zbiorów British Library w Londynie.

The_Dome_Hospital_Brighton,_showing_some_of_the_689_beds_in_the_whole_hospital_(Photo_24-1)

A jeszcze względem króla; kronikarze twierdzą, że przez śmiercią był już tak dobrze odżywiony, że mógł przemieszczać się wyłącznie w fotelu na kółkach. Ale żeby nie było, że jestem tak całkiem rozrzutnemu królu nieżyczliwa: podobno oprócz wrednej żony do królewskiej wagi przyczyniały się również rozliczne a uciążliwe choroby.

Czyli tak: Royal Pavilion odwiedzić można, ale bez presji. Być może byłabym bardziej entuzjastyczna w swojej recenzji, gdyby podczas mojej wizyty w Brighton nie następowała właśnie pogodowa sodoma i gomora. W związku z tym nie było nawet sensu wychylać nosa z samochodu celem zwiedzenia miasta, czy pchać się do morza. Którego odrobinę można dojrzeć na zdjęciu poniżej, przy pewnym wysiłku.

DSC_0022

Mój entuzjazm byłby również większy, gdyby parkingi w Brighton nie były tak skandalicznie drogie. 8f za dwie godziny. Obawiam się, że moja opona już tam więcej nie postanie.

Więcej info o Pavilionie z cenami wstępu itp.