wiertarka

Korzystając z dnia wolnego poszłam sprawdzić czy mnie nie ma w rezerwacie Za Rogiem. I wyobraź sobie, byłam..! Mało tego, był również mój termos z gorącą herbatą z cytryną. Życie jest jednak pełne uroczych niespodzianek.

bl

Taka sytuacja. Na mojej ulubionej Drewnianej Ławie Koło Stawu rozsiadł się Rudy. Podchodzę bliżej. Zajęte, spadaj cieciu, informuje mnie Rudy życzliwie. Posuń się troszkę, przecież się zmieścimy, podejmuję próbę uprzejmej negocjacji. Nie, odburkuje z wnętrza Rudego, który jest znany ludziom od obserwacji ptaszorów ze swojego lwiego serca i oślego uporu. Siadam mimo wszystko, ignorując rzucane mi mordercze spojrzenia. Wyciągam termos. Rudy, lew i osioł przyglądają się tej czynności z widoczną rozterką. Po chwili lew podskakuje bliżej i dziobie w plecak. Dawaj tego batona energetycznego z ziarnem. Tu schowałaś. Przecież wiem. Wzdycham z rezygnacją i wyciągam batona, kładę ziarnko na dłoni. Wziął. Przełknął. Spojrzał na mnie z ukosa, ale jakby łagodniej. No dobra, możesz tu ewentualnie chwilę posiedzieć, mówi. I tak miałem wpaść do Cześka po wiertarkę. Ciao.

 rudy

wsiąść do pciągu bylejakiego

DSC_1240

6:56 do B. Zamykam oczy, pciąg rozpędza się i po kilku sekundach płynnie wchodzi w tryb monotonnej kołyski. 9 minut i już wiem, co będzie za chwilę. Tuż za stacją wpadnę na szefa, który radośnie oznajmi, że wszystko się wali! Softłer nie działa, i hardłer nie działa, a czynnik ludzki nie zawiódł tylko dlatego, że się rozchorował. Szef nie sypia po nocach, więc dłubie zdalnie w systemie próbując naprawiać ciągłe mniejsze i większe czkawki systemowe; to sens jego życia. Z żoną rozmawia przez fejsa. Troubleshooting! Oznajmi szef entuzjastycznie już za chwilę, już za 9 minut.  Znowu.

Czuję jak budzi się we mnie koci, przeciągający się z pomrukiem sprzeciw. Nie mam dziś na to ochoty. Odwalcie się wszyscy i wasz niekończący się troubleshooting też.

Chyba zostanę sobie w tym pciągu. Zobaczymy, dokąd jeżdżą pciągi byle jakie.

Strzelam palcem w mapę na telefonie. Kupuję bilet. Przez następne 2.5 godziny dwukrotnie się  przesiadam. Stacyjki są coraz mniejsze i coraz bardziej urocze. Wiesz, mają te takie wiktoriańskie żelazne wsporniki zdobione w różne kształty i kolory. Z każdą następną stacyjką ubywa pasażerów i przybywa słońca za oknem. W pewnym momencie zostaję całkiem sama w całym ogromnym przedziale First Great Western przecinającym niespiesznie Gloucestershire. Za oknem falują zielone wzgórza. Zrzucam buty. Opatulam się w przytulny wełniany szal. Dopijam kawę. Nigdzie się nie spieszę. Nikt nie wie gdzie jestem, wskoczyłam na chwilę w równoległy wszechświat. W którym wedle uświęconych porządków codzienności w ogóle nie powinno mnie być. Może tak naprawdę mnie nie ma..? Przede mną niewiadoma, a za mną pośpiech i nawalający softłer. Bezwstydnie skradziony życiu moment totalnej wolności.

Polecam.DSC_1247

 

mosty, promy, światy

woman in red

Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

Tu i ówdzie nad mikroskopijną przystanią zalegają jeszcze drobne łatki wilgotnej mgły. Dookoła nie ma nikogo oprócz Tej w Czerwonym. Dopala porannego papierosa na jednej z drewnianych ławek należących do kafei obok; patrzy nieobecnym wzrokiem na zakręt za którym znika rzeka. Nawet nie zauważa, że wszechobecna wilgoć bawi się jej włosami skręcając je w malownicze makarony. Prom na drugą stronę rzeki Wye z nie do końca jasnej przyczyny dziś nie kursuje; kołysze się melancholijnie przy pomoście pokryty kropkami wody jak wysypką.

Mówiąc prom.. Wyobraź sobie niedużą płaskodenną łódkę z ławkami wzdłuż obu burt, przeciąganą ręcznie na drugą stronę za pomocą grubej liny. Obecnie lina spoczywa sobie na dnie rzeki, zatopiona pod ciężarem nie do końca jasnych argumentów przestojowych. Jedynym pasażerem promu jest osowiały czerwony plecak. Prom nazywa się ancient foot ferry, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza stary stopa prom. Już mam iść, kiedy nagle wychwytuję kątem oka jakiś ruch. Odwracam głowę. Zasadzony na wielkiej kurzej stopie prom skacze przez rzekę na drugą stronę z piszczącymi pasażerami kurczowo uczepionymi ławek i desperacko próbującymi zachować godność w obliczu jednoczesnego działania sił odśrodkowych jak i wręcz przeciwnych. Pan Promowy o wyglądzie Jokera zanosi się od chichotu i trzaska polaroidowe zdjęcia, które wpycha pozieleniałym pasażerom do kieszeni. Klik, klik, trzaska Pan Promowy.

Kropla deszczu spada mi na nos. Prom znika. Joker rozpływa się w powietrzu jak uśmiech kota z krainy czarów. Piski pasażerów cichną w oddali. Ruszam wzdłuż rzeki na wyprawę Po Most.

sy

Drzewa są w większości gołe; nie da się ukryć, że dominującym kolorem w lesie jest obecnie gnijący brąz i szarość; na szczęście przynajmniej trawa jest w tym kraju nasycona głęboką zielenią. Jedyny pożytek z uporczywego deszczu. Ten specyficzny zapach świata w wilgotnych popiołach, tuż przed odrodzeniem się, działa uspokajająco jak wizyta na polskim cmentarzu w listopadzie. Minus rodzina i statystyki wypadków śmiertelnych pod wpływem świętowania tradycji. Ślizgam się na błotnistych ścieżkach. Jest Most. Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

sy4

Może dlatego, że mosty skrzypią. I ruszają się. A pod nimi płyną rwące rzeki. Albo tylko sześć osób na raz może przejść. Sześć osób z sześciu miliardów. Matko, w tym tempie nigdy do siebie nie dojdziemy.

Wracam do punktu wyjścia. Ta w Czerwonym znowu siedzi. Przygląda mi się przez chwilę i bez słowa podaje swojego papierosa. Patrzymy sobie. Uśmiechamy się lekko. Dwie konspiratorki.

________________

Więcej na temat tej malowniczej okolicy tutaj.

jeszcze tyle

  • każdy umie kochać, tylko nie każdego

Stanąć któregoś dnia u progu tego wszystkiego, spojrzeć z wysoka, zrozumieć, przeciąć. Zacząć od nowa, śmiać się, dużo się śmiać, chodzić po wyłysiałych górach i płowych dolinach w butach na grubej podeszwie; chodzić z dłońmi miękkimi i ciepłymi jak wtedy, kiedy miałaś 17 lat a 40 było synonimem jednej nogi w grobie. Tak dawno nie śmiałaś się z całego serca; ostatnio jak próbowałaś to skończyło się na czterech fajkach i półgodzinie kaszlu.

Jak ty mi nie podasz ręki, to nikt mi nie poda. Będę wisiała jak kokon pod tym poskręcanym drzewem, w deszczu, aż porosną mnie mchy. A jeszcze tyle mogłoby ze mnie wylecieć fajnych rzeczy. Kolorów. Półprzymkniętych oczu.

bw2

thank fuck for small mercies

hike

Zamglone słońce przyjemnie rozgrzewa zestresowane ciało. Wieczny mit śródziemnomorskich wysp. Raj. Gaje oliwne, owoce granatu prosto z drzewa, życie zwalnia do punktu: tu i teraz. Nie wybiegam myślami nawet do za chwilę. Jeśli kiedyś tu przyjedziesz, a powinieneś, uważaj na uchwyt od prysznica, nie prowokuj go, jest dość nerwowy. Wczoraj został mi w ręce. Klątwa lizbońska. W Lizbonie zostały mi w ręce drzwiczki od trzech szafek, uchwyt na ręcznik i karnisz od zasłony. Nie został mi za to nawet złamany grosz.

J. powiedział kiedyś, ładnie podsumowując zagadnienie: thank fuck for small mercies, co jest właściwie nieprzetłumaczalną wariacją na cytat z Biblii odnośnie wdzięczności za drobne łaski. Postanowiłam sobie to wytatuować na plecach jako motto życiowe. Na plecach, bo na czole się nie zmieści. Anyway. Na wysokości 10.000 metrów rozegrał się wyrywający z fotela spektakl pod tytułem zachód słońca ponad chmurami. Pierwsza drobna łaska tej podróży. Szybki pozamarzały; co się dziwisz, przecież mówił kaptyn, że minus 50 na zewnątrz. Więc zdjęcie do dupy, ale ogólne pojęcie daje:

zach

Zaraz potem samolot wleciał w absolutną ciemność śródziemnomorskiej nocy; dosłownie z minuty na minutę zaległ Mordor. Uuuu, oznajmiła złowieszczo pani w fotelu za mną i niezwłocznie zakupiła buteleczkę pierwszej pomocy 7.5%. Teraz wyobraź sobie, że wracasz z gór, i tak się właśnie nagle robi ciemno, a potem we wstecznym lusterku widzisz pierwszą błyskawicę. Potem następną i następną, i wygląda to tak, jakby zaczęły cię gonić. Usiłujesz sobie nerwowo przypomnieć, czy w samochodzie to jesteś uziemiony, czy wręcz przeciwnie; na szczęście zanim rozwikłasz tę zagadkę dojedziesz na miejsce. W samą porę, bo za sekundę rozpęta się piekło i szatani. Grzmoty i błyskawice będą napierać właściwie bezustannie przez prawie trzy godziny. Pomimo czarnej nocy momentami będzie jasno jak w dzień. Dojdzie ulewa, która prawie natychmiast zrobi kuku dachowi w recepcji.

DSC_4025

Stałam na balkonie. Trzy godziny stałam. Z otwartą paszczą. Szkoda, że tego nie widziałeś, bo wyobraźnia to jednak za mało, a takie burze to raz w życiu chyba tylko (chociaż ostatecznie były trzy, w tym jedna w trakcie startu z lotniska). Nie dziwię się już, że to w tych okolicach wymyślili Zeusa Gromowładnego. Sama straciłam wiarę we własny ateizm. Kto ich tam wie, tych bogów. Ostatecznie tam w górach jest szczyt o nazwie Olimp. Chciałam dla ciebie nagrać to wszystko, ale zapomniałam wcisnąć record. Bardzo mnie to rozzłościło, ale potem na nogę wskoczył mi spanikowany gekon-albinos i skutecznie odwrócił moją uwagę. Sam rozumiesz. Albinos. Gekon. Na nogę.

 IMG_1348

Tymczasem trudno jakoś nie myśleć.. Syria tuż za rogiem. Tu takie piekło, a tam ludzie na tych swoich łupinach. Ilu utonęło, kiedy liczyłam błyskawice..? Ilu utonęło, kiedy patrzyłam na zachód słońca 35 tysięcy stóp nad nimi? Czy łatwiej się umiera przy zachodzie słońca..?

No, już, już. Cicho. Łaski. O, proszę. Siedzisz sobie nocą na plaży; morze jest spokojne, a noc ciepła i rozgwieżdżona. Z niejasnych przyczyn znów odmawiasz sobie tych dwóch rzeczy, na które masz najbardziej ochotę: zasnąć i spać tak całą noc przy cichutkim poszumie fal, oraz nocnego pływania. Odmawiasz sobie, bo nie masz ręcznika, bo potem będzie zimno, bo woda była za słona.. bla bla. Jak zwykle zostajesz z żalem, że sobie odmówiłeś, człowieku, sumo żalów na grzechy niepopełnione. Ale ta godzina na pustej ciepłej ciemnej plaży jednak zostanie w tobie. Powiedzmy, taka półłaska. Zawsze to jakiś rezultat, c’nie.

plaza

Albo taka sytuacja: idziesz na malutki hiking w góry, siadasz, żeby chwilkę odpocząć przy mizernym lokalnym wodospadzie, i wtedy właśnie, w środku śródziemnomorskiej wyspy niedaleko od Syrii, podchodzi do ciebie koleś z Izraela i częstuje cię winogronami. Bo akurat ma, a ty nie. To się dzieli. Potem sobie gadacie, i okazuje się, że nie tylko wie, że Walia nie leży w Anglii, co często ‚myli się’ nawet rodakom mieszkającym w rzeczonych, ale spędził w niej kiedyś kilka dni w podróży służbowej – w dodatku w mieście, w którym pracujesz i do niedawna mieszkałeś. Śmiejecie się, zdumieni. Bezcenne.

Swoją drogą, nadal często zdumiewa mnie właśnie to, jak łatwo nawiązać rozmowę i nić porozumienia z ludźmi z innych krajów i kultur, pomimo, że dla żadnego z nas angielski nie jest językiem ojczystym. Wszyscy jesteśmy tacy sami, chociaż tak cudnie inni, powiedziała Anna tonem starej kobiety i schyliła się, żeby podnieść orzech włoski, który właśnie poczuł zew przygody i postanowił urwać się z drzewa, uderzając ją w głowę, właśnie tu, w tym małym sennym jesiennym miasteczku w środku gór. Pyszny. Dość powiedziałabym wymierna łaska.

DSC_3951

A swoją drogą, Cypr to w ogóle zdumiewająca wyspa. Na obrzeżach skwierczące lato, bezlitosna płowa pustka i żar pustyni spala mnie, a w środku o 13 stopni mniej, pyszna zieloność przechodząca w złoto jesieni, lasy piniowe i zapach polskiego zakopiańskiego października. To lubimy.

A po tych całych zadymach burzowych na koniec jeszcze zdenerwowało się zwykle spokojne morze Śródziemne i zafundowało dzieciakom skoki przez biało-szmaragdowe fale. I czemu nie pobiegłam w te fale? Dodaj to do ogólnej sumy żalów za te grzechy niepopełnione.

12046980_10153417872398423_1650382494302146463_n

I ta kawa jak słodka lawa w przedpołudniowym słońcu. No właśnie. Thank fuck for small mercies indeed.

12141787_1056311467736444_7246628531485035172_n

Oswoić nieznane. Poradnik początkującego emigranta.

anna w walii

Początki są zawsze trudne. Wyjechałeś ze wszystkiego, co znasz. Wyjechałeś z domu, z przyjaciół, ze wspólnej płaszczyzny kulturowej. Nagle otacza cię nowa rzeczywistość, często przerażająco niedostępna, zwłaszcza, jeśli nie jesteś biegły w języku. Wszyscy tak zaczynamy; niektórzy z nas wchodzą w Nowe szybciej niż inni i świetnie się w nim odnajdują; niektórzy nigdy.

Kilka moich obserwacji, które mogą ci pomóc.

Nie zamykaj się w domu. Zacznij wychodzić, poznawać okolicę. Im częściej będziesz to robił, tym bardziej swobodnie będziesz się czuł.

Znajdź sobie jedno czy dwa specjalne miejsca, które będą tylko twoje. Chodź tam często, zawsze kiedy jest ci ciężko, kiedy potrzebujesz uciec, ale też kiedy jesteś szczęśliwy. Z czasem te miejsca staną się dla ciebie ważne, będą stanowić schronienie i jednocześnie punkt zaczepienia w Nowym. Im więcej będzie takich miejsc, tylko szybciej zauważysz, że właściwie nie czujesz się w Nowym już tak bardzo obco.

Wyciągnij rękę do ludzi z którymi przyjechałeś żyć. Oni też są ciebie ciekawi. Nawet jeśli wstydzisz się lub nie umiesz mówić w ich języku, powiedz ‚cześć’ i uśmiechnij się do kogoś na ulicy. Nikt w takiej sytuacji nie będzie wymagał od ciebie dyskusji politycznej; a życzliwość i uśmiech jest najskuteczniejszym orężem przeciwko lękom i uprzedzeniom. Wrzuć sąsiadce kartkę świąteczną przez dziurę na listy. Dzięki takim prostym gestom z czasem poczujesz się coraz bardziej włączony w Nowe.

Poczytaj trochę o Nowym. Spróbuj zrozumieć z jakiego punktu w historii i kulturze przychodzą ludzie, z którymi przyjechałeś żyć. Spróbuj się dowiedzieć, co jest dla nich ważne. Z czego się śmieją. Na kogo głosują. Oglądaj lokalne wiadomości.

Nigdy nie krytykuj głośno w chamski sposób kraju, do którego przyjechałeś żyć. Jesteś tu gościem.

Spróbuj zacząć wychodzić do kawiarni, restauracji. Nawet jeśli za pierwszym razem spocisz się cały jak mysz, bo nie będziesz mógł dogadać się z kelnerem, to za drugim razem będzie już lepiej, a za trzecim będziesz miał ‚swój’ stolik. Kolejna ‚swoja’ rzecz, która pomoże ci się oswoić z Nowym. Spróbuj lokalnego jedzenia, nawet jeśli uważasz połączenie rybki z octem za niedorzeczne.

Jeśli miałeś jakąś pasję w Polsce, spróbuj ją kontynuować. To prostsze niż myślisz.

Nie wstydź się tego kim jesteś, ale nie manifestuj w hałaśliwy sposób swojej odmienności, nie dawaj ludziom z którymi przyjechałeś żyć do zrozumienia, że wyświadczasz im łaskę zaszczycając ich swoim bezcennym towarzystwem. Nie bądź roszczeniowy.

Obserwuj. Ucz się języka. Miej otwarty umysł. Przyjmij inność z zaciekawieniem, nie z wystawionymi pazurami.

Czerp z Nowego. Kto wie, może przyjeżdżając tu podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu.

Jeśli mimo tego wszystkiego po kilku latach nadal będziesz czuł się w Nowym jak obcy, wróć do domu. Nie ma sensu się męczyć. Nie jesteś porażką. To po prostu nie dla ciebie.

still

Świat rzeczy małych

Żali się, bidul.

Czas ostatnio pędzi coraz szybciej, a ja z nim; możliwość zatrzymania się na chwilę urasta do rangi luksusu. Już dawno nigdzie nie byłam, za co odpowiada szereg niezależnych przyczyn; w rzadkich wolnych chwilach ja i rower wyskakujemy sobie co najwyżej na szybką randkę z czasem i przestrzenią. Pod wpływem okoliczności zmieniła się skala moich oczekiwań. Zamiast planować wycieczkę do Maroka zadowalam się (?) pół godziną na ławce z widokiem na wzgórze i wystawianiem twarzy do rzadko zaszczycającego nas w tym roku słońca. Szeroki świat za którym tęsknię zmienił się w świat rzeczy małych. Uśmiech przypadkowego przechodnia dodaje na chwilę sprężystości zaspanemu krokowi w drodze do pracy o siódmej rano. Zapach deszczu na betonowym chodniku. Wstążka aromatu świeżo skoszonej trawy przecinająca  drogę na stację. Pogawędka o dupie maryni z panem kawowym. Cenna rzecz. Ruszył Smok, i jest sporo pozytywnego odzewu. Świetnie. W pracy przedzieram się przez chaos i walczę z wybujałymi oczekiwaniami strukturalnych primabalerin; każde małe zwycięstwo popycha mnie jakoś do przodu.

I czekam na jakiś wschodni wiatr, czekam na coś.

still

wykluł się Smok

W imieniu własnym i kol. Marcina W. z dumą i dreszczem emocji przedstawiam wam… Smoka Walijskiego. Dopiero się wykluł, niebożątko, i wzruszenie wciąż jeszcze odbiera mi mowę.

No bo rozumiesz: coś trzeba było zrobić z faktem, że nie ma żadnego sensownego przewodnika po Walii w języku polskim. Rodacy tu mieszkający i chcący wyjść z domu nierzadko błąkają się po internecie jako te ćmy po zmroku, nie wiedząc co by tu rekreacyjnie przeskrobać  i gdzie szukać informacji. Wielokrotnie zgłaszały się do mnie osoby zamierzające odwiedzić Walię urlopowo; najczęściej korzystały z moich rad i były usatysfakcjonowane. Przyszedł czas na konkretne czyny.

Co jest ważne w Smoku: wszystko o czym piszemy zostało przez nas osobiście sprawdzone. Nie ma tu żadnej ściemy ani żadnych przedruków z tanich przewodników. Chcemy również generalnie poszerzyć wiedzę Polaków o tym małym a niezwykłym kraju.

Ta strona dopiero się rozwija; czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Startujemy dzisiaj z tym co mamy, ponieważ ostatecznie jest.. hm.. lato, i może już ci się na coś przydamy, poszukiwaczu walijskich przygód.

No to klik na obrazek.

Smok Walijski

ale za to niedziela, ale za to niedziela

… będzie dla nas:

meanwhile

Bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy tu zaglądają, oraz wszystkich, których zwykle czytam, a obecnie totalnie zaniedbuję. Na usprawiedliwienie całkowitej niemal blogowej ekstynkcji powiem tylko, że pracuję nad fajnym a pożytecznym projektem, który zostanie światu obwieszczony w najbliższym czasie; potem już tylko przemowy, uściski dłoni prezesa i dyplomy okolicznościowe. Plus, pierwszy raz w życiu awansowałam, więc czad, proszę państwa; biegam jak norka. Chciałabym, żeby doba miała 48 godzin. Mam nadzieję, że to się wszystko jakoś szybko poukłada, nowe i ekscytujące tradycyjnie stanie się starym i nudnym, i będzie można wreszcie wrócić do normalnego życia, uff.

Sztokholm – dla rozważających wizytę

szt

Sztokholm to jest niezwykłe miasto, które pomimo generalnie niskiej temperatury wpisanej w swoje DNA potrafi wzbudzić w człowieku bardzo ciepłe uczucia. Jest imponujące, rozłożyste, piękne; to świadectwo historycznej potęgi Szwecji. Taka przynajmniej myśl przychodziła mi do głowy kiedy po nim chodziłam.

Jednocześnie miałam silne poczucie, że to miasto żyje, buzuje, rozpiera je energia. Wszechobecna komunikacja miejska przewozi nieustannie tysiące ludzi we wszystkich kierunkach; wokół tyle się dzieje, a jednocześnie Sztokholm nie dusi, nie przytłacza. Ma w sobie przestrzeń. Zawdzięcza ją m.in. temu, że jest położony na 14 wyspach; dodatkowo na wschód od niego leży archipelag sztokholmski szczycący się 30 tysiącami (!) zielonych wysp pozwalających na skuteczną ucieczkę od cywilizacji. Jest czym oddychać. Sztokholm to również miasto historii i kultury; miasto muzeów, wież widokowych i malowniczej, kolorowej i budzącej ciepłe uczucia starówki (Gamla Stan).

Jeśli wybierasz się tam na kilka dni, idealnym rozwiązaniem będzie tzw. Stockholm Card. Dzięki niej będziesz swobodnie korzystał ze wszystkich środków transportu (metro, pociągi, tramwaje, tramwaje wodne), jak również nie będziesz musiał martwić się o bilety wstępów do rozlicznych atrakcji. Karta nie jest jakoś szczególnie tania, pięciodniowa kosztowała nas około 80 funtów /osobę (oczywiście w koronach) ale jestem pewna, że ta inwestycja zwróciła nam się z nawiązką. Można również kupić kartę na 3 lub nawet 2 dni. Info.

DSC_2137

Moim ulubionym sposobem na nawiązywanie ‚kontaktu’ z takim miastem to po prostu pójść się powłóczyć, zanurzyć się w plątaninie uliczek, dopieścić oko kolorami i urodą architektury, wypatrzeć jakiś ciekawy szczegół. Generalnie wyluzować, co chwilkę przysiadając w kąciku nad filiżanką kawy i kanelbulle (szwedzką bułeczką cynamonową) i obserwując jak ten nowy inny świat przepływa sobie przed moimi oczami. Ale w miejscu takim jak Sztokholm po prostu trzeba poświęcić czas na nieco inne rzeczy. Np. Skansen; fantastyczne żyjące świadectwo historii i kultury Szwecji. Warto spędzić tam cały dzień, leniwie przechadzać się pomiędzy budynkami z różnych epok, ogrodami, wybiegami dla łosi itp. To fantastyczne miejsce, któremu poświęcę osobny wpis. Tak, mam skrzywienie na punkcie skansenów.

DSC_1872

 Jedno z najważniejszych muzeów chyba w całej Szwecji to Vasa Museet. Vasa to ogromny drewniany statek, wybudowany ogromnym nakładem pracy i pieniądza w 1612 roku, który miał stać się symbolem szwedzkiej potęgi na morzach i ocenach. Niestety wskutek błędu architekta zatonął w kilkanaście minut po zwodowaniu. Oooops. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku myśl techniczna posunęła się do przodu na tyle, że można go było wydobyć z dna, nieco odrestaurować i w całości przetransportować do muzeum, gdzie imponuje milionom odwiedzających.  Warto go zobaczyć, bo to unikat na skalę światową. Przy okazji gorąco polecam muzealną kafeję, znakomita.

DSC_0707 DSC_0715

Kolejne miejsce warte odwiedzin jeśli jesteś fanem, to Muzeum Abby. Oprócz mnóstwa ciekawostek można m.in. wziąć udział w przesłuchaniu na piątego członka zespołu i zabrać ze sobą na pamiątkę własną mp3, chociaż ekhm może nie każdy powinien. Woskowe figury członków megabandu są wręcz szokująco realistyczne, ale może to tylko mnie szokuje bo nigdy nie byłam w żadnym salonie figur. Uwaga, muzeum Abby jest dodatkowo płatne, nie wchodzi w Stockholm Card.

DSC_1688Inne muzeum na które warto poświecić pół godzinki to muzeum Nobla na sztokholmskiej starówce. Bardzo nowoczesne i eleganckie, zabierze cię w podróż przez całą historię tej nagrody.

I koniecznie odwiedź słynny sztokholmski Ratusz z wieży którego roztacza się ten ikoniczny widok na miasto:

DSC_2197 sztok

I spróbuj odnaleźć Monteliusvägen, ścieżkę spacerową z widokiem fantastycznym na malowniczo rozlokowane sztokholmskie wyspy…

st5

.. a na koniec wjedź na szczyt wieży telewizyjnej Kaknästornet, oferującej 360-stopniow panoramę Sztokholmu (jak również możliwość drinka czy dwóch). Bezwzględnie warto. Fotki nieszczególne, bo wieczorne i zza szkła, ale zaręczam, że na żywo trudno ten widok pobić.

DSC_2342 DSC_2334

Sztokholm jest pełen atrakcji. Wszystko zależy od tego ile masz czasu i co cię interesuje. Jeśli zdecydujesz się tylko powłóczyć po tym pięknym mieście przesiąkając jego atmosferą i kawkując Pod Kasztanem, ja na pewno nie będę tą, która rzuci w ciebie kamieniem oburzonego potępienia.

Miłego.

DSC_1526

miasto z głową w chmurach

sztok

Wodne miasto z głową w chmurach; wciąż jeszcze płyniesz w moich żyłach. Pulsujący życiem, imponujący, magnetyczny. Początkowo tylko pozwoliłeś się podziwiać, zachowując ten chłodny północny dystans, ale w miarę jak oswajaliśmy się ze sobą coraz częściej się śmiałeś, i nawet pobiegłeś za mną kiedy byłam już bardzo zmęczona i nie chciałam już na nic patrzeć, wcale, na nic, nigdy! Kupiłeś dwie kawy, przysiadłeś obok na ławce i siedzieliśmy tak bez słowa, z popołudniowym słońcem na twarzy. Obok Urodziwa Blondynka co rusz zerkała na zegarek z rosnącą irytacją, ale ten na kogo czekała nie dawał znaku życia. W tle pulsowało śmiechem wesołe miasteczko. Nie z gatunku tych obwoźnych, z którymi uciekają w świat piękni młodzi chłopcy. Chociaż kto wie. Blondynka czekała i czekała, ale nikt nie przyszedł.

dziew

Czasem czuję się taki stary, powiedziałeś z delikatnym odcieniem kokieterii, stojąc w kolejce po bułkę ze śledziem. Zacząłeś się żalić, że dręczą cię różne dolegliwości, że wciąż ci się blokują arterie, że co rusz debatują nad twoim stanem i szukają skutecznych terapii. Że wokół ciebie wciąż tłum ludzi. Że ciągle ktoś pod tobą kopie dołki. Że cię nie szanują. Że czujesz się czasem ubezwłasnowolniony. Jak pajacyk na sznurkach. Ogólnie to oczywiście nie narzekasz, ale. Czasem chciałbyś. Coś. Tak na wariata. Bez ciężaru oczekiwań. Bez planów. Bez pozwoleń.

DSC_1582

DSC_2026

DSC_1568

DSC_1310 7

DSC_2025

Poszliśmy przed siebie, przedzierając się ze śmiechem przez sześć tysięcy Chińczyków. Takie sześć tysięcy Chińczyków to zawsze podobno wie, gdzie są wszystkie najważniejsze atrakcje. Prowadziłeś mnie pod ramię lawirując wąskimi kolorowymi uliczkami Gamla Stan; tu, zobacz, widzisz? – szyld ledwo wystaje ponad poziom kocich łbów – tu mają najlepsze cynamonowe kanelbulle w Szwecji. I można pogadać o szeroko pojętym życiu.

kanelbDSC_14693DSC_15316DSC_1526DSC_1291DSC_0756

Chłodny północny wiatr rozwiewał mi włosy kiedy przeprawialiśmy się z jednej wyspy na drugą, a potem na kolejną i kolejną. A teraz pójdziemy tam, gdzie nie będzie w ogóle żadnych Chińczyków, powiedziałeś. Monteliusvägen, najlepsze miejsce do całowania, podobno. Jaka szkoda, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, westchnęłam. Uśmiechnąłeś się figlarnie.

st5 mv

Ach, te wodne tramwaje kursujące między wyspami z czasową precyzją zegara atomowego. Widzisz te dziewczyny, zapytałeś, wracają z Midsommar. Jak to skąd wiem? Na Midsommar składa się w ofierze miliony młodych brzóz. Nie krzyw się, taka tradycja. Z tradycją się nie walczy. Jak się tak krzywisz to wyglądasz jak byś była w moim wieku.

DSC_1601 st3

Zgłodnieliśmy; oczywiście zdałam się na ciebie. Kiedy zamawiałeś tradycyjne klopsiki dla siebie i łososia dla mnie, ja nie mogłam oderwać oczu od tej scenki w rogu. Kurczowo ściskałam aparat w ogromnej rozterce i w końcu strzeliłam. Tyle stresu, a ona nawet nie zauważyła. Znam ją, szepnąłeś znad dwóch ogromnych kubków herbaty o smaku imbirowym. Często tu przychodzi. Niezwykła, jak z obrazu Vermeera. Update XXI.

dzie

Długo chodziliśmy, śmialiśmy się, skakaliśmy z wyspy na wyspę goniąc wodne tramwaje. Między nami nic nie było, żadnych zwierzeń, wyznań żadnych. Nic nas z sobą nie łączyło. Aż do tamtej chwili, kiedy przed naszymi oczyma rozlał się najpiękniejszy zachód słońca jaki widziała ta dobra ziemia.

8

A potem nastała ta jedna z tych twoich białych-szarych nocy.

Wiesz, nigdy nie wracam drugi raz w to samo miejsce. Tak mało mam czasu, a tak dużo do zobaczenia. Ale może jeszcze kiedyś się spotkamy. Ty cudowne miasto z głową w chmurach.

Czekaj na mnie.

her

o tym jak odzyskałam wianek

No do czego to. Po dwudziestu latach człowiek wianek odzyskał.

wia

Odzyskanie wianka zawdzięczam Monice i Adamowi, naszym gospodarzom, oraz pięknej szwedzkiej tradycji Midsommar, czyli takiej naszej nocy świętojańskiej. Nocy letniego przesilenia, tańców, hulanek i swawoli przy życzliwym wsparciu ze strony napojów wysokoprocentowych.

Chodzi, rozumiesz, o to, że Szwedzi są podobno z natury zimni i powściągliwi, co sama kilkakrotnie zauważyłam przy próbach zarzucenia profesjonalnego small talku w kafejkach. Ale przychodzi ten jeden dzień w roku (może jeden z dwóch czy trzech) kiedy kraj spotyka się żeby postawić ukwiecony słupek, odtańczyć kolektywnie wokół ukwieconego słupka taniec radości dorównujący najlepszym polskim tradycjom weselno-wkółeczkowym, a następnie wywijać z przytupem do białego rana, co z sumie może troszku konfudować z uwagi na trwające właśnie białe (szare) noce.

mid2 mid3

DSC_0970 mid1

I tak, jeśli z czymś ci się kojarzy kształt ukwieconego słupka, to nie jesteś aż tak daleko od prawdy, bo Midsommar to także święto płodności; najwięcej dzieci podobno rodzi się w 9 miesięcy po nim.

To fajna sprawa łącząca całą lokalną społeczność. Można sobie np. poprzeciągać linę, wbić gwóźdź na czas, spróbować szczęścia w loterii, i, oczywiście, nabyć drogą kupna tradycyjne ciacho upieczone złotymi rękoma miejscowego koła gospodyń wiejskich.

mid6 mid5 mid7mid4

DSC_1212

Każdego roku pod ukwieconym słupkiem lokalny fotograf robi zdjęcie wszystkim dzieciom ze społeczności, tworząc jedyną w swoim rodzaju kronikę: kto przybył, kto wyrósł, kto już prawie przestał być dzieckiem. Nie wiem, czy jest to szersza tradycja, czy tylko wyjątkowa dla tej konkretnej społeczności, ale z pewnością bardzo mądra.

Mieliśmy szczęście, bo doświadczyliśmy prawdziwego Midsommaru, organicznego, nie odstawionego na potrzeby turystów; to było coś szczególnego, coś innego. A na deser byliśmy gośćmi przemiłej polsko-szwedzkiej pary; konwersacja przy stole odchodziła w trzech językach naraz i o dziwo wszyscy się świetnie rozumieli. Ania prawie straciła przytomność z wrażenia kiedy przy stole pojawiła się na chwilę Prawdziwa Finka. To dla mnie prawie tak egzotyczne jak spotkać kogoś z Borneo. Cudo. A tu, proszę, imponujący tradycyjny szwedzki przysmak, torcik krewetkowy wykonany zdolnymi rękami Katarzyny. Wszystkie Katarzyny to fajne dziewczyny, wiem co mówię, bo mam tak na drugie.

DSC_1190

I jeszcze coś: miało padać, a nie padało. Po raz kolejny teoria o tym, że wszędzie zabieram ze sobą przynajmniej przyzwoitą pogodę sprawdziła się. Może ktoś spragniony lata i mieszkający w jakimś fajnym kraju o fatalnym klimacie chciałby mnie do siebie zaprosić..?? Haaalo.. no do ciebie mówię..

A za przepiękny wianek dziękuję Monice; obiecałam sobie go już więcej nie stracić, ale nie wyszło.. Oh, well.

DSC_0953

północny wiatr

DSC_0160

Jaka wyspa, taka przystań. Kilkanaście metrów kwadratowych. Charakterystyczny semafor, który należy częściowo podnieść jeśli wodny autobus ma zabrać pasażerów. I opuścić przy wsiadaniu, żeby nie wołał na próżno, bo zawijanie do pustej przystani źle wpływa na życzliwość załogi. Poza nami na przystani znajduje się para dziadków z wnukami iemil mnóstwem bagażu oraz dwóch młodzieńców w wieku poborowym. Dzieci o blond włosach, niebieskich oczach i z masą piegów brykają po skałach i kamieniach jak kozy, i nikt im tego nie zabrania, nie straszy złamaną nogą albo panem, który przyjdzie i zabierze. Nie mogę oprzeć się skojarzeniu z Emilem z Lönnebergi, praktycznie mieszkańcem legendarnej drewutni. Młodzieńcy skracają sobie czas oczekiwania na łódź obrzucając się wzajemnie żwirkiem. As you do.

DSC_0412DSC_0173

Zastanawiam się, jak to jest żyć w takim miejscu. Archipelag Sztokholmski składa się z 30 tysięcy (!) wysp. Niektóre z nich są całkiem spore i posiadają oszałamiającą populację dobijającą w porywach nawet do kilkuset mieszkańców; inne to skałki ciut tylko wystające ponad powierzchnię wody. Przynajmniej na razie, bo Skandynawia się podnosi o 10mm rocznie – jeszcze tylko jakieś sto lat i na niektórych z tych nich być może będzie nawet można postawić krzesło..

DSC_0221DSC_0351Podobno Szwedzi zazdrośnie strzegą tych swoich wysp przed międzynarodową sławą. Wielu z nich ma tu domki letniskowe. Rządowi szwedzkiemu jednak bardziej zależy na tym, żeby więcej ludzi osiedlało się na archipelagu na stałe; dba więc o infrastrukturę, transport (wyobraź sobie dojeżdżać do pracy/szkoły statkiem..) a nawet zapewnia latającą opiekę medyczną.

DSC_0110Łatwo sobie wyobrazić, że znane z surowości szwedzkie zimy odcinają większość archipelagu od świata. Mieszkając tutaj trzeba chyba być w dużym stopniu samowystarczalnym. I dobrze żyć z sąsiadami. Na Finnhamn działa sezonowy sklepik z mydłem i powidłem, czynny tylko latem. Na Ingmarsö mają sklepik całoroczny, malutką szkołę i nawet kafeję/bar. Po raz pierwszy spotykam się ze zwyczajem wykładania w kafejkach kocy dla gości. Nie da się ukryć, jesteśmy na północy. To czuć. W kościach czuć.

DSC_0380

DSC_0193DSC_0377DSC_0395DSC_0394

DSC_0182DSC_0356DSC_0240DSC_0328Sezon na wczasowiczów-mieszczuchów rozpocznie się z nastaniem Midsommer, odpowiednika naszej Nocy Świętojańskiej,  kultywowanego przez Szwedów radośnie przy życzliwym współudziale napojów wyskokowych oraz tańców i śpiewów. Nasz pobyt na archipelagu przypadł na dwa dni przed Midsommar, dzięki czemu mieliśmy te dwie wyspy praktycznie dla siebie. Czułam, że bez problemu mogłabym spędzić tam dwa kojące tygodnie spacerując i przeprawiając się z wysepki na wysepkę łódką.

Np. wiosłową, samoobsługową. Pisofkejk, mówisz.. Zasada jest taka, że przynajmniej jedna łódka powinna być na każdym brzegu. Czyli trzeba się przeprawić łódką nr 1, potem przeholować nią łódkę nr 2 z drugiego brzegu z powrotem i  jeszcze raz się przeprawić łódką nr 1. Mam nadzieję, że wyjaśniłam ten nad wyraz frapujący proceder w miarę jasno, hm. Na pierwszym brzegu nie było żadnej informacji o tym co należy zrobić żeby dotrzeć na drugi brzeg; gdybym nie była z prywatnym przewodnikiem (ukłony i oklaski), stałabym tam pewnie do tej pory drapiąc się w głowę.

DSC_0285

DSC_0274Przejście Finnhamn, przeprawienie się łódką z jednym wiosłem na Ingmarsö i dotarcie do przystani zabrało nam ładnych kilka godzin. Znowu miałam szczęście do pogody – zza przystojnych skandynawskich chmur co rusz zerkało słońce. Dziesiątki małych zatoczek otaczała bujna nasycona zieleń lasów i kojąca cisza przerywana co najwyżej jakimś ptasim koncertem. Pachniało początkiem lata.

Dwie powrotne godziny spędzamy częściowo na piciu herbaty z kafei, zajadaniu się tradycyjnymi szwedzkimi bułeczkami cynamonowymi (kanel bulle) i przyglądaniu się światu przez szybę wodnego autobusu. Dzieci-kozy pozasypiały na kolanach u dziadków, młodzieńcy w wieku poborowym porzucili żwirek i siedzą zaczytani. Przez te dwie godziny nasze ścieżki splatają się leniwie na tym małym statku gdzieś pośrodku Skandynawii.

2Wychodzę na pokład. Napływają chmury, wiatr przynosi wieczorny chłód. Północny chłód. Rześkie powietrze wypełnia płuca. Skandynawia, mityczna kraina. Naprawdę tu jestem. I nikt nie wie, że tu jestem. I nikt tu nie wie, kim jestem. Świadomość tego stanu rzeczy jest zawsze jednym z moich ukochanych elementów składowych podróży.

Jestem szczęśliwa.

1

miasto bez rzeki

edi

Kilka rzeczy uderzyło mnie w Edynburgu, ale chyba żadna tak mocno, jak brak rzeki płynącej środkiem miasta. Weź Paryż. Weź Londyn. Weź co chcesz z tych wielkich światowych miast, i najczęściej będzie tam sobie przepływał jakiś mniej lub bardziej interesujący ciek wodny wykorzystywany radośnie do łupienia turystów pod postacią zorganizowanych rejsów. W Edynburgu mają tylko mosty. A pod mostami przepływa sobie.. dworzec kolejowy. Fakt, sprytnie zaprojektowany żeby przypominać fale rzeki, ale jednakowoż. Dworzec. Jak… ekscentrycznie.

Druga rzecz: jak większość dużych brytyjskich miast Edynburg zmienia się w tygiel multi-kulti; łatwiej było mi wychwycić na ulicy język hiszpański niż szkocki akcent. W sklepie z kiltami Hindus. W kafei Włosi i kolorowy Meksyk (pyszny, nawiasem mówiąc). Trochę mnie to rozczarowało. Globalizacja pozbawia świat jego wyjątkowego charakteru, unifikuje. Zwykle nie mam z tym problemu, lubię; ale pojechałam do Edynburga po Szkotów, i nie znalazłam. Nie licząc dwóch kobziarzy (o’matko..) i jednej kolesia przebranego za Mela Gibsona. Fakt, byłam tam tylko niecały dzień. To prawie nic. To co mówię właściwie nie jest nawet opinią, to zaledwie impresja. Być może jeśli pojadę tam znowu wrażenie będzie zupełnie inne.

Trzy: brudny piaskowiec może być bardzo atrakcyjny wizualnie. Architektura miasta składa się z tysięcy kamienic, zaułków, placyków, podwórzy, parków, starych cmentarzy, wąskich pasaży poprzetykanych żyłami rur i rynien; wszystko razem stwarza bardzo fajną autentyczną atmosferę. Sprawia, że Edynburg odbiera się jako żywy organizm, w którym pod przykrywką nowoczesności bije autentyczne spracowane serce miasta z przeszłością.

Edynburg oferuje szczodrze tym, którzy potrzebują zatrzymać się w codziennym miejskim biegu, położyć się na ławce w parku z widokiem na zamek, wygrzać twarz w pierwszych promieniach słońca. Rozkładamy się i my, i wdychamy głęboko zapach, kolor i dźwięk miejskiej wiosny. Z placu zabaw dobiegają krzyki i śmiech dzieci, gołębie wykonują swoje odwieczne u-hu-hu, za plecami zadziwiająco przyjemnie brzęczy przytłumiony kwitnącymi krzewami gwar ulicy, klaksony samochodów, czasem syrena karetki. Na innych ławkach równoległe światy wgapiają się w ekrany telefonów, jak kiedyś gapiły się w książki.

bw2A wiesz, że pani Rowling jest Szkotką? I to właśnie w Edynburgu napisała pierwszego Harry Pottera? Wcale mnie to nie dziwi. Popatrz na te budynki. Ulica Pokątna, czy jak. Tylko patrzeć, jak zza któregoś rogu wyskoczy Dobby.

26pokatna7Albo edynburski krewny Rudego.

DSCN2334

Chciałabym tam kiedyś wrócić na dłużej, lepiej poznać to miasto. Znaleźć tych poukrywanych gdzieś Szkotów. Może napisać jakąś bestsellerową powieść..? Siedząc z termosem w Zaułku Pisarzy?

Może.

Ale pewnie nie wrócę, bo życie jest za krótkie na oglądanie się do tyłu.

dwa wodospady

wodospad-sepia

Taka sprawa. Kiedy kilka lat temu pierwszy raz pojechałam na wodospady wiedziałam o nich niewiele, a ponieważ mapy są generalnie poniżej mojej godności włóczykija, oczywiście natychmiast się zgubiłam. Temu faktowi, oraz tradycyjnemu już zawracam bo umęczyłam się jak norka, tylko jeszcze zerknę co tam za rogiem zawdzięczam niezwykłe spotkanie. Wyjątkowo przystojny rozłożysty wodospad lśniący w ostrych promieniach wczesnozimowego słońca wyłonił się przed moimi oczami zupełnie niespodziewanie; i nie był to żaden tam zen-poszumek w tle, ale regularna ogłuszająca kaskada wkurzonej wody. Magia. Fotka na górze niestety nie oddaje zjawisku sprawiedliwości.

Przez kilka następnych lat próbowałam tam wrócić, ale nigdy nie udało mi się odnaleźć drogi. Wiedziałam tylko, że trzeba było wejść do rzeki, obedrzeć skórę na tyłku przełażąc przez skałę, prawie skręcić nogę w kostce na wertepach; ogólnie mało pomocna wiedza w krainie, która składa się prawie wyłącznie z takich atrakcji.

W końcu znalazłam sobie innego ulubieńca w zastępstwie i przyjęłam, że tamten mi się przewidział. Zastępczy ulubieniec nazywał się wdzięcznie Sgwd Isaf Clun-Gwyn i wyglądał o tak:

dsc_0299

Ten wodospad poruszył we mnie czułą strunę z kilku powodów. Po pierwsze, stosunkowo niewiele osób tam dociera. Wymaga to pewnego wysiłku. W dodatku wodospad jest tak schowany, że nie każdy podejmujący ten wysiłek go zauważy. Po drugie, jest jakoś tak elegancko ‚zaprojektowany’, że wraz z otaczającą go zielenią tworzy obraz idealny, ten z kategorii przysiądźmy i posiedźmy bez słowa, pozwalając się ugłaskać i ukoić.

I tak sobie chodziłam do niego trzy, cztery razy w roku, wciąż gdzieś tam podskórnie marząc, że może kiedyś odnajdę ten pierwszy.

DSCN0181DSCN0204

Któregoś dnia grzebałam za czymś w archiwum i znalazłam kilka zdjęć z tamtego pamiętnego przypadkowego spotkania. Jeden szczegół przykuł moją uwagę, i nagle poczułam jakbym dostała między oczy i jednocześnie uniosła się w górę. Głaz, wypatrzyłam ten głaz, który wyglądał tak znajomo. O’matko.. Jak ja mogłam tego nie skojarzyć przez tyle lat..?

Okazało się, że moje dwie miłości to jeden i ten sam wodospad. Tylko widziany z innej perspektywy i przez to wyglądający inaczej.

Życie ma swoje momenty.

Happy days!

wod

Bonus: na drugą stronę Sgwd Isaf Clun-Gwyn dociera bardzo niewiele osób, a dopiero z drugiej strony można zobaczyć i docenić rozmiar i kształt wodospadu. Włóczykij dwa razy bardziej usatysfakcjonowany.

Króciutki wytwór amatorskiej kinematografii dokumentujący spotkanie po latach.