wiertarka

Korzystając z dnia wolnego poszłam sprawdzić czy mnie nie ma w rezerwacie Za Rogiem. I wyobraź sobie, byłam..! Mało tego, był również mój termos z gorącą herbatą z cytryną. Życie jest jednak pełne uroczych niespodzianek.

bl

Taka sytuacja. Na mojej ulubionej Drewnianej Ławie Koło Stawu rozsiadł się Rudy. Podchodzę bliżej. Zajęte, spadaj cieciu, informuje mnie Rudy życzliwie. Posuń się troszkę, przecież się zmieścimy, podejmuję próbę uprzejmej negocjacji. Nie, odburkuje z wnętrza Rudego, który jest znany ludziom od obserwacji ptaszorów ze swojego lwiego serca i oślego uporu. Siadam mimo wszystko, ignorując rzucane mi mordercze spojrzenia. Wyciągam termos. Rudy, lew i osioł przyglądają się tej czynności z widoczną rozterką. Po chwili lew podskakuje bliżej i dziobie w plecak. Dawaj tego batona energetycznego z ziarnem. Tu schowałaś. Przecież wiem. Wzdycham z rezygnacją i wyciągam batona, kładę ziarnko na dłoni. Wziął. Przełknął. Spojrzał na mnie z ukosa, ale jakby łagodniej. No dobra, możesz tu ewentualnie chwilę posiedzieć, mówi. I tak miałem wpaść do Cześka po wiertarkę. Ciao.

 rudy

wsiąść do pciągu bylejakiego

DSC_1240

6:56 do B. Zamykam oczy, pciąg rozpędza się i po kilku sekundach płynnie wchodzi w tryb monotonnej kołyski. 9 minut i już wiem, co będzie za chwilę. Tuż za stacją wpadnę na szefa, który radośnie oznajmi, że wszystko się wali! Softłer nie działa, i hardłer nie działa, a czynnik ludzki nie zawiódł tylko dlatego, że się rozchorował. Szef nie sypia po nocach, więc dłubie zdalnie w systemie próbując naprawiać ciągłe mniejsze i większe czkawki systemowe; to sens jego życia. Z żoną rozmawia przez fejsa. Troubleshooting! Oznajmi szef entuzjastycznie już za chwilę, już za 9 minut.  Znowu.

Czuję jak budzi się we mnie koci, przeciągający się z pomrukiem sprzeciw. Nie mam dziś na to ochoty. Odwalcie się wszyscy i wasz niekończący się troubleshooting też.

Chyba zostanę sobie w tym pciągu. Zobaczymy, dokąd jeżdżą pciągi byle jakie.

Strzelam palcem w mapę na telefonie. Kupuję bilet. Przez następne 2.5 godziny dwukrotnie się  przesiadam. Stacyjki są coraz mniejsze i coraz bardziej urocze. Wiesz, mają te takie wiktoriańskie żelazne wsporniki zdobione w różne kształty i kolory. Z każdą następną stacyjką ubywa pasażerów i przybywa słońca za oknem. W pewnym momencie zostaję całkiem sama w całym ogromnym przedziale First Great Western przecinającym niespiesznie Gloucestershire. Za oknem falują zielone wzgórza. Zrzucam buty. Opatulam się w przytulny wełniany szal. Dopijam kawę. Nigdzie się nie spieszę. Nikt nie wie gdzie jestem, wskoczyłam na chwilę w równoległy wszechświat. W którym wedle uświęconych porządków codzienności w ogóle nie powinno mnie być. Może tak naprawdę mnie nie ma..? Przede mną niewiadoma, a za mną pośpiech i nawalający softłer. Bezwstydnie skradziony życiu moment totalnej wolności.

Polecam.DSC_1247

 

mosty, promy, światy

woman in red

Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

Tu i ówdzie nad mikroskopijną przystanią zalegają jeszcze drobne łatki wilgotnej mgły. Dookoła nie ma nikogo oprócz Tej w Czerwonym. Dopala porannego papierosa na jednej z drewnianych ławek należących do kafei obok; patrzy nieobecnym wzrokiem na zakręt za którym znika rzeka. Nawet nie zauważa, że wszechobecna wilgoć bawi się jej włosami skręcając je w malownicze makarony. Prom na drugą stronę rzeki Wye z nie do końca jasnej przyczyny dziś nie kursuje; kołysze się melancholijnie przy pomoście pokryty kropkami wody jak wysypką.

Mówiąc prom.. Wyobraź sobie niedużą płaskodenną łódkę z ławkami wzdłuż obu burt, przeciąganą ręcznie na drugą stronę za pomocą grubej liny. Obecnie lina spoczywa sobie na dnie rzeki, zatopiona pod ciężarem nie do końca jasnych argumentów przestojowych. Jedynym pasażerem promu jest osowiały czerwony plecak. Prom nazywa się ancient foot ferry, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza stary stopa prom. Już mam iść, kiedy nagle wychwytuję kątem oka jakiś ruch. Odwracam głowę. Zasadzony na wielkiej kurzej stopie prom skacze przez rzekę na drugą stronę z piszczącymi pasażerami kurczowo uczepionymi ławek i desperacko próbującymi zachować godność w obliczu jednoczesnego działania sił odśrodkowych jak i wręcz przeciwnych. Pan Promowy o wyglądzie Jokera zanosi się od chichotu i trzaska polaroidowe zdjęcia, które wpycha pozieleniałym pasażerom do kieszeni. Klik, klik, trzaska Pan Promowy.

Kropla deszczu spada mi na nos. Prom znika. Joker rozpływa się w powietrzu jak uśmiech kota z krainy czarów. Piski pasażerów cichną w oddali. Ruszam wzdłuż rzeki na wyprawę Po Most.

sy

Drzewa są w większości gołe; nie da się ukryć, że dominującym kolorem w lesie jest obecnie gnijący brąz i szarość; na szczęście przynajmniej trawa jest w tym kraju nasycona głęboką zielenią. Jedyny pożytek z uporczywego deszczu. Ten specyficzny zapach świata w wilgotnych popiołach, tuż przed odrodzeniem się, działa uspokajająco jak wizyta na polskim cmentarzu w listopadzie. Minus rodzina i statystyki wypadków śmiertelnych pod wpływem świętowania tradycji. Ślizgam się na błotnistych ścieżkach. Jest Most. Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

sy4

Może dlatego, że mosty skrzypią. I ruszają się. A pod nimi płyną rwące rzeki. Albo tylko sześć osób na raz może przejść. Sześć osób z sześciu miliardów. Matko, w tym tempie nigdy do siebie nie dojdziemy.

Wracam do punktu wyjścia. Ta w Czerwonym znowu siedzi. Przygląda mi się przez chwilę i bez słowa podaje swojego papierosa. Patrzymy sobie. Uśmiechamy się lekko. Dwie konspiratorki.

________________

Więcej na temat tej malowniczej okolicy tutaj.

jeszcze tyle

  • każdy umie kochać, tylko nie każdego

Stanąć któregoś dnia u progu tego wszystkiego, spojrzeć z wysoka, zrozumieć, przeciąć. Zacząć od nowa, śmiać się, dużo się śmiać, chodzić po wyłysiałych górach i płowych dolinach w butach na grubej podeszwie; chodzić z dłońmi miękkimi i ciepłymi jak wtedy, kiedy miałaś 17 lat a 40 było synonimem jednej nogi w grobie. Tak dawno nie śmiałaś się z całego serca; ostatnio jak próbowałaś to skończyło się na czterech fajkach i półgodzinie kaszlu.

Jak ty mi nie podasz ręki, to nikt mi nie poda. Będę wisiała jak kokon pod tym poskręcanym drzewem, w deszczu, aż porosną mnie mchy. A jeszcze tyle mogłoby ze mnie wylecieć fajnych rzeczy. Kolorów. Półprzymkniętych oczu.

bw2

thank fuck for small mercies

hike

Zamglone słońce przyjemnie rozgrzewa zestresowane ciało. Wieczny mit śródziemnomorskich wysp. Raj. Gaje oliwne, owoce granatu prosto z drzewa, życie zwalnia do punktu: tu i teraz. Nie wybiegam myślami nawet do za chwilę. Jeśli kiedyś tu przyjedziesz, a powinieneś, uważaj na uchwyt od prysznica, nie prowokuj go, jest dość nerwowy. Wczoraj został mi w ręce. Klątwa lizbońska. W Lizbonie zostały mi w ręce drzwiczki od trzech szafek, uchwyt na ręcznik i karnisz od zasłony. Nie został mi za to nawet złamany grosz.

J. powiedział kiedyś, ładnie podsumowując zagadnienie: thank fuck for small mercies, co jest właściwie nieprzetłumaczalną wariacją na cytat z Biblii odnośnie wdzięczności za drobne łaski. Postanowiłam sobie to wytatuować na plecach jako motto życiowe. Na plecach, bo na czole się nie zmieści. Anyway. Na wysokości 10.000 metrów rozegrał się wyrywający z fotela spektakl pod tytułem zachód słońca ponad chmurami. Pierwsza drobna łaska tej podróży. Szybki pozamarzały; co się dziwisz, przecież mówił kaptyn, że minus 50 na zewnątrz. Więc zdjęcie do dupy, ale ogólne pojęcie daje:

zach

Zaraz potem samolot wleciał w absolutną ciemność śródziemnomorskiej nocy; dosłownie z minuty na minutę zaległ Mordor. Uuuu, oznajmiła złowieszczo pani w fotelu za mną i niezwłocznie zakupiła buteleczkę pierwszej pomocy 7.5%. Teraz wyobraź sobie, że wracasz z gór, i tak się właśnie nagle robi ciemno, a potem we wstecznym lusterku widzisz pierwszą błyskawicę. Potem następną i następną, i wygląda to tak, jakby zaczęły cię gonić. Usiłujesz sobie nerwowo przypomnieć, czy w samochodzie to jesteś uziemiony, czy wręcz przeciwnie; na szczęście zanim rozwikłasz tę zagadkę dojedziesz na miejsce. W samą porę, bo za sekundę rozpęta się piekło i szatani. Grzmoty i błyskawice będą napierać właściwie bezustannie przez prawie trzy godziny. Pomimo czarnej nocy momentami będzie jasno jak w dzień. Dojdzie ulewa, która prawie natychmiast zrobi kuku dachowi w recepcji.

DSC_4025

Stałam na balkonie. Trzy godziny stałam. Z otwartą paszczą. Szkoda, że tego nie widziałeś, bo wyobraźnia to jednak za mało, a takie burze to raz w życiu chyba tylko (chociaż ostatecznie były trzy, w tym jedna w trakcie startu z lotniska). Nie dziwię się już, że to w tych okolicach wymyślili Zeusa Gromowładnego. Sama straciłam wiarę we własny ateizm. Kto ich tam wie, tych bogów. Ostatecznie tam w górach jest szczyt o nazwie Olimp. Chciałam dla ciebie nagrać to wszystko, ale zapomniałam wcisnąć record. Bardzo mnie to rozzłościło, ale potem na nogę wskoczył mi spanikowany gekon-albinos i skutecznie odwrócił moją uwagę. Sam rozumiesz. Albinos. Gekon. Na nogę.

 IMG_1348

Tymczasem trudno jakoś nie myśleć.. Syria tuż za rogiem. Tu takie piekło, a tam ludzie na tych swoich łupinach. Ilu utonęło, kiedy liczyłam błyskawice..? Ilu utonęło, kiedy patrzyłam na zachód słońca 35 tysięcy stóp nad nimi? Czy łatwiej się umiera przy zachodzie słońca..?

No, już, już. Cicho. Łaski. O, proszę. Siedzisz sobie nocą na plaży; morze jest spokojne, a noc ciepła i rozgwieżdżona. Z niejasnych przyczyn znów odmawiasz sobie tych dwóch rzeczy, na które masz najbardziej ochotę: zasnąć i spać tak całą noc przy cichutkim poszumie fal, oraz nocnego pływania. Odmawiasz sobie, bo nie masz ręcznika, bo potem będzie zimno, bo woda była za słona.. bla bla. Jak zwykle zostajesz z żalem, że sobie odmówiłeś, człowieku, sumo żalów na grzechy niepopełnione. Ale ta godzina na pustej ciepłej ciemnej plaży jednak zostanie w tobie. Powiedzmy, taka półłaska. Zawsze to jakiś rezultat, c’nie.

plaza

Albo taka sytuacja: idziesz na malutki hiking w góry, siadasz, żeby chwilkę odpocząć przy mizernym lokalnym wodospadzie, i wtedy właśnie, w środku śródziemnomorskiej wyspy niedaleko od Syrii, podchodzi do ciebie koleś z Izraela i częstuje cię winogronami. Bo akurat ma, a ty nie. To się dzieli. Potem sobie gadacie, i okazuje się, że nie tylko wie, że Walia nie leży w Anglii, co często ‚myli się’ nawet rodakom mieszkającym w rzeczonych, ale spędził w niej kiedyś kilka dni w podróży służbowej – w dodatku w mieście, w którym pracujesz i do niedawna mieszkałeś. Śmiejecie się, zdumieni. Bezcenne.

Swoją drogą, nadal często zdumiewa mnie właśnie to, jak łatwo nawiązać rozmowę i nić porozumienia z ludźmi z innych krajów i kultur, pomimo, że dla żadnego z nas angielski nie jest językiem ojczystym. Wszyscy jesteśmy tacy sami, chociaż tak cudnie inni, powiedziała Anna tonem starej kobiety i schyliła się, żeby podnieść orzech włoski, który właśnie poczuł zew przygody i postanowił urwać się z drzewa, uderzając ją w głowę, właśnie tu, w tym małym sennym jesiennym miasteczku w środku gór. Pyszny. Dość powiedziałabym wymierna łaska.

DSC_3951

A swoją drogą, Cypr to w ogóle zdumiewająca wyspa. Na obrzeżach skwierczące lato, bezlitosna płowa pustka i żar pustyni spala mnie, a w środku o 13 stopni mniej, pyszna zieloność przechodząca w złoto jesieni, lasy piniowe i zapach polskiego zakopiańskiego października. To lubimy.

A po tych całych zadymach burzowych na koniec jeszcze zdenerwowało się zwykle spokojne morze Śródziemne i zafundowało dzieciakom skoki przez biało-szmaragdowe fale. I czemu nie pobiegłam w te fale? Dodaj to do ogólnej sumy żalów za te grzechy niepopełnione.

12046980_10153417872398423_1650382494302146463_n

I ta kawa jak słodka lawa w przedpołudniowym słońcu. No właśnie. Thank fuck for small mercies indeed.

12141787_1056311467736444_7246628531485035172_n

Oswoić nieznane. Poradnik początkującego emigranta.

anna w walii

Początki są zawsze trudne. Wyjechałeś ze wszystkiego, co znasz. Wyjechałeś z domu, z przyjaciół, ze wspólnej płaszczyzny kulturowej. Nagle otacza cię nowa rzeczywistość, często przerażająco niedostępna, zwłaszcza, jeśli nie jesteś biegły w języku. Wszyscy tak zaczynamy; niektórzy z nas wchodzą w Nowe szybciej niż inni i świetnie się w nim odnajdują; niektórzy nigdy.

Kilka moich obserwacji, które mogą ci pomóc.

Nie zamykaj się w domu. Zacznij wychodzić, poznawać okolicę. Im częściej będziesz to robił, tym bardziej swobodnie będziesz się czuł.

Znajdź sobie jedno czy dwa specjalne miejsca, które będą tylko twoje. Chodź tam często, zawsze kiedy jest ci ciężko, kiedy potrzebujesz uciec, ale też kiedy jesteś szczęśliwy. Z czasem te miejsca staną się dla ciebie ważne, będą stanowić schronienie i jednocześnie punkt zaczepienia w Nowym. Im więcej będzie takich miejsc, tylko szybciej zauważysz, że właściwie nie czujesz się w Nowym już tak bardzo obco.

Wyciągnij rękę do ludzi z którymi przyjechałeś żyć. Oni też są ciebie ciekawi. Nawet jeśli wstydzisz się lub nie umiesz mówić w ich języku, powiedz ‚cześć’ i uśmiechnij się do kogoś na ulicy. Nikt w takiej sytuacji nie będzie wymagał od ciebie dyskusji politycznej; a życzliwość i uśmiech jest najskuteczniejszym orężem przeciwko lękom i uprzedzeniom. Wrzuć sąsiadce kartkę świąteczną przez dziurę na listy. Dzięki takim prostym gestom z czasem poczujesz się coraz bardziej włączony w Nowe.

Poczytaj trochę o Nowym. Spróbuj zrozumieć z jakiego punktu w historii i kulturze przychodzą ludzie, z którymi przyjechałeś żyć. Spróbuj się dowiedzieć, co jest dla nich ważne. Z czego się śmieją. Na kogo głosują. Oglądaj lokalne wiadomości.

Nigdy nie krytykuj głośno w chamski sposób kraju, do którego przyjechałeś żyć. Jesteś tu gościem.

Spróbuj zacząć wychodzić do kawiarni, restauracji. Nawet jeśli za pierwszym razem spocisz się cały jak mysz, bo nie będziesz mógł dogadać się z kelnerem, to za drugim razem będzie już lepiej, a za trzecim będziesz miał ‚swój’ stolik. Kolejna ‚swoja’ rzecz, która pomoże ci się oswoić z Nowym. Spróbuj lokalnego jedzenia, nawet jeśli uważasz połączenie rybki z octem za niedorzeczne.

Jeśli miałeś jakąś pasję w Polsce, spróbuj ją kontynuować. To prostsze niż myślisz.

Nie wstydź się tego kim jesteś, ale nie manifestuj w hałaśliwy sposób swojej odmienności, nie dawaj ludziom z którymi przyjechałeś żyć do zrozumienia, że wyświadczasz im łaskę zaszczycając ich swoim bezcennym towarzystwem. Nie bądź roszczeniowy.

Obserwuj. Ucz się języka. Miej otwarty umysł. Przyjmij inność z zaciekawieniem, nie z wystawionymi pazurami.

Czerp z Nowego. Kto wie, może przyjeżdżając tu podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu.

Jeśli mimo tego wszystkiego po kilku latach nadal będziesz czuł się w Nowym jak obcy, wróć do domu. Nie ma sensu się męczyć. Nie jesteś porażką. To po prostu nie dla ciebie.

still

Świat rzeczy małych

Żali się, bidul.

Czas ostatnio pędzi coraz szybciej, a ja z nim; możliwość zatrzymania się na chwilę urasta do rangi luksusu. Już dawno nigdzie nie byłam, za co odpowiada szereg niezależnych przyczyn; w rzadkich wolnych chwilach ja i rower wyskakujemy sobie co najwyżej na szybką randkę z czasem i przestrzenią. Pod wpływem okoliczności zmieniła się skala moich oczekiwań. Zamiast planować wycieczkę do Maroka zadowalam się (?) pół godziną na ławce z widokiem na wzgórze i wystawianiem twarzy do rzadko zaszczycającego nas w tym roku słońca. Szeroki świat za którym tęsknię zmienił się w świat rzeczy małych. Uśmiech przypadkowego przechodnia dodaje na chwilę sprężystości zaspanemu krokowi w drodze do pracy o siódmej rano. Zapach deszczu na betonowym chodniku. Wstążka aromatu świeżo skoszonej trawy przecinająca  drogę na stację. Pogawędka o dupie maryni z panem kawowym. Cenna rzecz. Ruszył Smok, i jest sporo pozytywnego odzewu. Świetnie. W pracy przedzieram się przez chaos i walczę z wybujałymi oczekiwaniami strukturalnych primabalerin; każde małe zwycięstwo popycha mnie jakoś do przodu.

I czekam na jakiś wschodni wiatr, czekam na coś.

still