cały ten jazz

DSC_0385

Tymczasem minął już tydzień od festiwalu Brecon Jazz, który słynnym festiwalem corocznym jest. Jazz to taka muzyka na której się specjalnie nie znam, ale jak się żyje na pustynii kulturalnej B. to nie ma co grymasić, bierze się, co dają. Jedynym znajomo brzmiącym nazwiskiem w programie festiwalu było ‘Acker Bilk’, więc wybór był prosty. Mr Bilk, legenda klarnetu, lat 80, został dostarczony na scenę Brycheiniog Theatr w fotelu z kółkami i na skutek problemów z oddychaniem popełnił jedynie skromny muzyczny performans. Skromność muzycznego performansu kompensował zachrypłym wdziękiem osobistym i żarcikami tak wiekowymi, że rozkuszały się w locie w proch i obsypywały publiczność w pierwszych rzędach. Co jednak nie przeszkadzało wszystkim świetnie się bawić.

I pewnie nigdy się nie dowiem, czy przekręcanie tytułów utworów (np. Trouble over Bridgewater) i imion członków bandu było częścią show, czy skutkiem wieku i nabytych drogą życiowego doświadczenia chorób.. ale jakie to ma ostatecznie znaczenie. No i band, band miał klasę. Taki band powoduje u Ani uśmiech dookoła głowy, myśli o innym świecie, swingujących orleanach, małych zadymionych knajpach i ogólne oderwanie od rzeczywistości. To lubimy. Maniakalne wystukiwanie rytmu nie przeszkodziło mi prawie zasnąć w drugiej połowie koncertu. Teatr Brycheiniog ma problemy z dopływem tlenu do zatoczonego audytorium; nie bez wpływu mógł być fakt posiadania przez teatr baru ze znakomitym walijskim cydrem.

Wycinek z bogatej kariery pana Bilka: nights in white satin A przy okazji, kto nie widział jeszcze świetnego polskiego filmu ‘Mój rower’ – koniecznie. W jednej z ról występuje właśnie zaskakująco przyjazny duszy klarnecik.

2

Żałuję, że nie spędziłam w Brecon całego festiwalowego weekendu; sporo mnie ominęło. Festiwal przyciąga różne gatunki muzyki, nawet popularny wśród tzw. młodzieży gatunek ‘a teraz będę się darł, aż zedrę gardło po kolana, fak, dżizas’, urzędujący w co poniektórych z licznych brekońskich pubów. Najróżniejsze Janki Muzykanty przygrywają na ulicach, organizują parady itp.

DSC_0396

Biznes gastronomiczno-browarniczy kwitnie. Jak ktoś jest zdesperowany, to może sobie kupić na ulicy niedopieczone walijskie ciasteczko (a miało być tak pięknie: ciasteczka ręcznie robione tradycyjną metodą na moich oczach przez profesjonalnie wyglądające babcie ciasteczkowe, co może się nie udać? Ciasteczko może się nie udać, ot, co. Ciężko znaleźć naprawdę dobry produkt regionalny these days, panie, sir).

DSC_0400

Alternatywnie można np. pójść na dobry obiadek do nepalskiej restauracji. W nepalskiej restauracji nie będzie wolnych stolików i zabiegany kelner usadzi cię na górze w prywatnym saloniku, w którym gromadka malutkich panów z Nepalu będzie grała w szachy popijając mocny czaj w szklaneczkach; na twój widok gromadka spłoszy się i ucieknie, gnąc się w uśmiechach, nawet jeśli nie jesteś z emigracyjnego. Na ścianach będą wisieć obrazki z żołnierzami ghurka ze sztyletami, sofa będzie megawygodna i całe szczęście, bo na jedzenie będziesz czekać 50 minut. Danie główne przybiegnie wyczerpanym kelnerem przed przystawkami, a talerz będziesz trzymać na kolanach, łapiąc wyskakujące z dania fasolki mung. I fajnie.

I tak to można kulturalnie spędzić dzień w Walii.

Ewentualnie, tak:

DSC_0410

Na koniec jeszcze prośba: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie o innych ciekawych festiwalach na lato, proszę nie być nieśmiałym, proszę się podzielić. Uwielbiam rekomendacje i zazwyczaj sprawdzam, czasem z kilkuletnim opóźnieniem, ale nie bądźmy, prawda, drobiazgowi.

w teatru

Poszło się w teatru! Prawdziwego, ze złotymi amorkami na balkonach, czerwonymi krzesełkami i publicznością, która niczego nie żuła, z wyjątkiem lodów rozprowadzanych przez panią wózeczkową w przerwie. Sztuka przyjechała do Swansea Grand Theatre gościnnie z Londynu w sile dwóch i pół aktora, niewidzialnego psa i kufra, wystawiła się przez 5 dni i pojechała dalej. Było o duchach, i w związku z tym część publiczności krzyczała ze strachu a część chichotała troszkę nerwowo. Niektórych twarz rozbolała od uśmiechania się jak głupi do sera z czystej przyjemności bycia tam i nadal nie mogą rozprostować zmarszczek mimicznych. Miałam ogólnie gówniane kilka ostatnich tygodni i potrzebowałam odmiany; czuję się gruntownie odświeżona. Jak ktoś ma okazję złapać Woman in Black gdzieś w kraju, albo i w Londynu, to polecam. Tu daty i miasta a tu proszę zwiastunek oryginału londyńskiego:

Sztuka została przełożona w film, znany głównie z tego, że występuje w nim harrypotter. Nie widziałam, ale podobno dobry. I też się podobno podskakuje, jak ktoś jest troszku nerwowy.

A po teatru się zaszło do kafei włoskiej i zjadło walijskie warzywne cawl (ach ten multikulturalizm) które oznacza coś w rodzaju gęstej gorącej zupki podawanej z ugrilowaną bagietką i jest idealne na taki zimny dzień jak dziś.  To całe Swansea coraz bardziej mi się podoba.

Nie najgorsza sobota, pani.