o kolorowych jarmarkach i blaszanych zegarkach

Co roku w lecie w Cardiff odbywa się festiwal zwany Big Weekend (właśnie się zakończył). Zwykle składa się z policji blokującej ulice, przemarszu miniatury karnawału w Rio przez centrum, Zespołów na Scenie, karuzel, strzelnic do niewygrywania nagród rzeczowych, bud z hotdogami, bud z pączkami, bud z piwem i bud z watą cukrową. W tym roku menu wzbogacono o Witalija Kliczkę, znanego szachistę.

Ja tam jestem na takie tam jarmarki trochę za cyniczna; cynizm wzrasta mi proporcjonalnie do ilości niewypitego alkoholu; ale naród przybywa tłumnie, a nawet różne narody, i niektórzy się nawet dobrze bawią – w sumie warto sobie zajrzeć do Cardiff za rok chociażby po to, żeby wydawszy fortunę na przejechanie dziecka na karuzeli i hot doga wyrobić sobie własną opinię o życiu kulturalnym mas w stolycy.

o chichocie historii, Bońku Zbigniewie i urokach Carmarthenshire

Tu gdzie stoisz, kiedyś płynęła szeroka rzeka mówi Meryl o smutnych oczach, czekająca na moście.

Zauważyłam sprytnie, że ostatnio brytyjska telewizja coraz więcej czasu antenowego poświęca Polakom, jakby kto dał odgórny przykaz: pokazujemy, że nie taki diabeł straszny, i nie każdy Polak łabędziowi Polakiem. I tak obejrzalam sobie ostatnio film dokumentalny, acz fabularyzowany, o losach dywizjonu 303, o którym co nieco się oczywiście słyszało, i Pani w szkole mówiła, ale to jednak co innego jak się posłucha relacji z nieco innej perspektywy. Chłopaki były, jak to nasze, brawurowe, Niemca się nie bały, bić się miały za co; Anglik był bardziej ostrożny, myślał strategicznie, jak było zbyt niebezpiecznie, to się wycofywał; dlatego statystyki zestrzeleń różniły się dość drastycznie, co budziło pewnie niesnaski w łonie RAFu (nie pomagał fakt, że nasi panowie byli szczególnie lubiani przez Brytyjki). Pomimo niesnasek nikt przy zdrowych zmysłach nie negował roli polskich lotników w bitwie o Anglię i ich wkładu w jej obronę przed niemiecką inwazją.

Ale nastał koniec wojny, Europę wschodnią alianci, przy wydatnym wkładzie samej Wielkiej Brytanii, przehandlowali Stalinowi, polscy piloci zamarli w niedowierzaniu; za niedowierzaniem przyszło rozgoryczenie, poczucie krzywdy i wściekłość. Nagle stali się bohaterami niewygodnymi, niechcianymi; kłującymi  w oczy świadkami politycznego świństwa, o którym rządy Brytanii nie chciały za dużo myśleć. Część pilotów w rozgoryczeniu wyjechała do kraju, często skazując się na więzienie lub Sybir, część wyemigrowała do Ameryki i innych krajów, część, mimo nieprzychylnej atmosfery pozostała w Wielkiej Brytanii i jakoś powoli, mozolnie zaczęła układać sobie życie. Film zamyka zdanie wypowiedziane przez jedną z Polek: ‚…nigdy nie czuliśmy się tu tak naprawdę chciani. Ja pytam: dlaczego..?’  Pytanie pozostaje otwarte, chyba.

(Czasem sobie myślę, że nas tak wpuścili tutaj w 2004 bo mieli poczucie winy (i teraz spłacają w benefitach, i tu rozlega się złośliwy chichot historii). Ale to pewnie nadinterpretacja. Faktem natomiast jest, że przynajmniej jeden Brytyjczyk zapłaci za Churchilla i Jałtę. Będzie zmywał gary do końca roku. U sąsiadów też).

Znalazłam tą fotkę na wikipedii, bardzo mi się podoba, ktoś złapał świety moment, rozluźnieni, nonchalant, fajne chłopaki, nic dziwnego, że się koło nich kręciły spódniczki.

Dzień po obejrzeniu filmu siedzę sobie w Toby’s (taka jadłodajnia w Bridgend, stoi się w ogonku i pan nakłada nam na talerzyk co tam sobie życzymy z obiadowego bufetu) i nagle patrzę, a na ścianie nad moją głową wisi sobie obrazek spitfire’a z polską flagą na nosie podpisany: polski pilot dywizjonu 303 w samolocie o nazwie Toby przelatuje nad klifami w Dover. Wicked!

Tyle o sprawach okołohistorycznych, teraz czas na lżejszy kaliber. Dziś na miłe spędzenie czasu zaprasza hrabstwo Carmarthenshire. Carmarthenshire jakie jest, każdy widzi.

Dla rozeznania co i gdzie, bardzo proszę, oto już leci do ciebie mapka by nieocenione google (se można powiększyć):

Dwie propozycje: albo całodniowa wycieczka do Ogrodów Botanicznych, albo całodniowa wycieczka trasą: ogrody Aberglasney, zamek Dryslwyn i wieża Paxton. W Ogrodach Botanicznych (National Botanic Gardens of Wales) byłam dawno temu, pamiętam, że był kwiecień i w sumie troszkę żałowaliśmy wydania sporej kasy, bo mało co kwitło, ale teraz na pewno jest odpowiednia pora.  Ogrody są wyjątkowe w skali kraju, posiadają m.in. niezwykłe botanarium w kształcie wielkiej szklanej kopuły, zwane The Great Glasshouse, w którym mają najprzeróżniejsze cuda roślinne z całego świata. OB są rozległe i dużo jest tam do zobaczenia, dlatego warto poświęcić na nie cały dzień. Więcej info plus ceny i godziny otwarcia można sobie znaleść o tu

Jak ktoś chce sobie bardziej zróżnicować dzień, może ma dzieci, które szybko sie nudzą, to polecam drugą opcję. Zacznij od ogrodów Aberglasney. Wstęp funtów 7, tak, wiem, rip-off, ale co zrobisz, pani. Ogrody nie są szczególnie duże, ale bardzo przyjemne dla oka; posiadają swoją oranżerię z palmami i orchideami, ścieżki spacerowe wśród najróżniejszych kwiatów, drzewka pomarańczowe z prawdziwymi pomarańczami (!), część warzywno-ziołową (zapaaaachy, mmm, lubić-kochać) oraz kafeję w której trzeba zjeść scona z pieca z dżemem i masłem. To takie jakby ciasteczko, bardzo brytyjskie, no i skoro już się jest w tej Brytanii, to trzeba się, prawda, zapoznać. Po dogłębnym zapoznaniu się dowiemy się, że oprócz wiedzy o obcych kulturach zmagazynowaliśmy również zapas kalorii, który wystarczy nam do stycznia. Jak to się człowiek musi poświęcać dla wiedzy, czasem jestem naprrrawdę przerażona.

Po tych traumatycznych doświadczeniach przychodzi czas eksploracji zabytka – zamku Dryslwyn. Zaparkuj na bezpłatnym parkingu (będącym też znakomitym miejscem piknikowym) po czym wespnij się na wzgórze i zamrzyj na widok piękna pól, usianych krówami, malowniczo meandrującej rzeki (rzadkość w Walii), oraz błękitu nieba, oprócz którego nic nam więcej nie potrzeba, jak mówi artysta. Osobiście uważam, że Dryslwyn jest jednym z najpiękniej położonych walijskich zamków.

Zamek został prawdopodobnie zbudowany gdzieś koło XIII wieku, i cieszył się burzliwą historią, na skutek której dzisiaj możemy obcować jedynie z jego ruinami, ale są to ruiny całkiem, nie powiem, sympatyczne.

Dzień warto zakończyć wizytą na wieży Paxton, którą, jak się przypatrzysz, zobaczysz z wzgórza zamku Dryslwyn. Dojeżdża się do niej małymi lokalnymi drogami, samochód zostawia na małym bezpłatnym parkingu i idzie przez pole, względnie biegnie, bo pan farmer parkuje tam byki, takie zwierzątka sympatyczne łaknące kontaktu z człowiekiem.

Wieża posiada pięterko, które kiedyś służyło panu właścicielowi wieży za pokój bankietowy, obecnie pozwala nam cieszyć się widokiem Carmarthenshire z jeszcze wyższej wysokości.

I fajnie jest.

Przy okazji rozmów o futbolu, niemal tak popularnych ostatnio w pracy, jak rozmowy o tej okropnej słonecznej pogodzie, jeden pan inspektór śledczy od przestępstw b-ych zapytał mnie wczoraj: a ty wiesz, kto to był Boniek? Facet od penicyliny? – ryzykuję. Patrzy na mnie jak na oślizgłego przestępcę b-ego i oddala się z godnością. Ciągle zapominam, że niektórzy nie wierzą, że cudzoziemcy też mogą posiadać poczucie humoru i odrobinę inteligencji (czasem nawet jedzą swoje jedzenie przy użyciu noża i widelca!). Za każdym razem jak parkuję swojego osiołka w podziemnym garażu pod pracodawcą powtarzam sobie: bądź poważna. Życie to nie żart.

O mitycznym oparze i skłonności do elfów z Łukami

Anglia to dziwny kraj, bo nie mają tam podwójnego nazewnictwa na znakach drogowych.

Mają za to dużo do zobaczenia, np. takie Glastonbury. Znane z dwóch powodów: jako grunt pod największy festiwal muzyczny w Europie (o tej samej nazwie) oraz jako miejsce pielgrzymek wszelkich wyznawców Matki Ziemi, poszukiwaczy celtycko-pogańskich korzeni, wyznawców króla Artura oraz innych fengszujów.

W Glastonbury, skadinąd przyjemnym architektonicznie i ogrodniczo miasteczku, warto zobaczyć co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, tak zwany Tor, czyli wzgórze podobno magiczo-mistyczne, z bywszym kościołem, z którego pozostała tylko wieża bez dachu (na zdjęciu u góry i poniżej); trzeba się troszeczkę wspiąć, ale nie jest tak ciężko, jak się może wydawać patrząc z daleka. Za to wieje, i to tak, że potrafi zepchnąć ze ścieżki; wiatr jest podobno elementem mistycznym bardzo i należy stanąć w drzwiach wieży i pozwolić się przewiać, a dostąpi się tego i owego; np. zapalenia nerki.

Ze wzgórza roztacza się bardzo przyjemny widok na nizinne, zielone Somerset, nieoceniony w piękny, letni dzień.

Na wzgórze można sobie wejść za darmo, co jest pozytywne bardzo i lubimy.

Natomiast już trzeba zapłacić, i to niemały pieniądz (5.50 za dorosłego), za odwiedzenie drugiej głównej atrakcji Glastonbury – opactwa. Nazywa się ono, nigdy nie zgadniesz, Glastonbury Abbey i  wygląda m.in. tak:

Trochę mi przypomina jedną scenę z jednego filmu, ale nie powiem którego, bo się będziecie śmiać. Chociaż osobiście uważam, że nie ma nic śmiesznego w filmach o pięknych blondwłosych elfach z dużymi Łukami.

W moim prywatnym odczuciu samo opactwo nie jest tak imponujące, jak np. walijskie Tintern, ale na całość gruntów przynależnych do ruin składają się też bardzo przyjemne tereny spacerowe, możliwość kawy oraz była kuchnia, bardzo ładnie i wiernie względem epoki zaopatrzona, w której gra sobie na Instrumencie ubogi grajek przebrany za przewodnika turystycznego, o:

Jest jeszcze co najmniej jedna atrakcja, do której nie poszliśmy, bo stwierdziliśmy, że nasz budżet ma dość opłat jak na jeden dzień (wspominałam o parkingu?) i nie udźwignie następnej – zwłaszcza, że bardziej nam w tej chwili zależało na rybce z frytami. Atrakcja to starożytna studnia, zwana ładnie Chalice Well, oczywiście mistyczna, malowniczo umiejscowiona w pięknych ogrodach, o, tu sobie można zobaczyć. Wybiorę się tam jeszcze kiedyś przy okazji, bo wygląda zachęcająco. Opłata której nie udźwignęliśmy to 4.10 za dorosłego. Jak pobierasz beneficik, to mniej. Za rybę w sąsiednim Weston-Super-Mere 5.90. Jak pobierasz beneficik, to 5.90.

I tyle.

PS. Gwoli ciekawostki, Tolkien był żywotnie zainteresowany kulturą celtycką i walijską, wiele elementów języków stworzonych na potrzeby „Władcy pierścieni” ma swoje korzenie w języku walijskim, będącym nie tylko najstarszym językiem w Europie, ale co ważniejsze, również najstarszym wciąż używanym. Hwyl Fawr!

o jedynym geju we wsi, elan valley, i 50 tysiącach wyborczych kiełbas

W telegraficznym skrócie, to jest tak.

Dymi wulkan, ergo: nie poleciałam do Polski. Islandia już po raz drugi rujnuje gospodarkę północnej półkuli, sprawiając, że biedni nie mogą polecieć do mamy, a bogaci tracą wielką kasę; czas, żeby Ameryka zrobiła z tym porządek! Więcej mcdonaldsów na Islandię! To powinno ich skutecznie wykończyć.

W Brytanii za to trwa kampania wyborcza do parlamentu, którą po raz pierwszy w historii mają szansę wygrać liberalni demokraci (Lib Dem), co przerwie nudny cykl wymiany władzy pomiędzy konserwatystami (Tories) a partią pracy (Labour). Kampanii raczej nie wygra Brytyjska Partia Narodowa (BNP), a szkoda, bo ponoć obiecują 50.000 funtów każdemu obcokrajowcowi, który zdecyduje się dobrowolnie opuścić kraj. Jak się nie zdecyduje dobrowolnie i za kasę, to się go aresztuje za nielegalne posiadanie wykałaczek i deportuje pontonami do Francji.

Apropos, Rodaku, generalnie masz prawo głosować (zakładając, że cokolwiek Cię to interesuje), ale nie w wyborach parlamentarnych. Możesz głosować w wyborach lokalnych, lub wyborach do Parlamentu Europejskiego (wow). Musisz się uprzednio zarejestrować w spisie wyborców (electoral registrar), prowadzonym przez twój lokalny council (dział electoral services). Zazwyczaj przed wyborami rozsyłają po domach takie druczki do wypełnienia i odesłania (tak, tak, ten, który właśnie wyrzuciłeś do kosza nie wiedząc ki chuj), ale można też np. wysłać im maila z zapytaniem czy jesteś na tej liście, ewentualnie poprosić o umieszczenie.

Być może to zwykły zbieg okoliczności, ale z dymiącym wulkanem zbiegła nam się piękna pogoda, która ma, jak mówi telewizor, trwać. Więc nie ma co siedzieć na tyłku, trzeba podróżować i wzbogacać się wewnętrznie przez poznanie naoczne. I tak, zapraszam na cykl jednodniowych wycieczek po Walii środkowej (Mid Wales). Dziś będzie o Elan Valley i okolicach, tu proszę bardzo mapka orientacyjna (dziękujemy ci google), kliknąć, to się powiększy:

Co w menu: góry Cambrian Mountains, sztuczne jeziora zwane reservoirs, wymarła wioska, upadłe opactwo oraz Llanddewi Brefi, miejsce słynące z faktu posiadania jednego geja.

Cambrian Mountains i dolina Elan szczycą się krajobrazem niemalże nie przekształconym przez człowieka, pierwotnym, dzikim; jedyną ingerencją w naturę są sztuczne zbiorniki wodne, dostarczające wodę pitną dla Birmingham, ale jest to ingerencja korzystna dla krajobrazu i generalnie nieszkodliwa, chyba, że jesteś byłym mieszkańcem byłych okolicznych wsi zatopionych celem utworzenia zbiorników. Kwestia wciąż dość delikatna, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę kogo zalali, żeby kto miał wodę w kranie. Ci jednak, którzy wznoszą się, świadomie lub nie, ponad walijsko-angielskie historyczne i społeczne animozje dostrzegą jedynie fantastycznie możliwości spędzenia dnia na świeżym powietrzu w pięknych okolicznościach przyrody.

Ścieżki spacerowe są łagodne i każdy da radę, chyba, że ktoś nie ma nogi. Nie są szczególnie oblegane, więc można doświadczyć trochę tej samotności, której niektórzy szukają w naturze. Dobrym miejscem wypadowym jest centrum informacji turystycznej Elan Valley; posiada duży parking (opłata 1 funt), oferuje dużo przydatnych i nieprzydatnych informacji, oraz, co ważniejsze, kafeje i kibel. A jak już wrócisz ze spaceru, to wyjeżdżając z parkingu skręć ostro w lewo, i podaruj sobie przejażdżkę po okolicy, w trakcie której będziesz się zachwycał nie tylko wąskimi, krętymi drogami nad przepaściami, ale również dokonasz zaskakującego odkrycia, które nie będzie bardzo zaskakujące, bo zaraz ci o nim opowiem. UWAGA, SPOILER!

Była sobie kiedyś w tej okolicy bardzo ważna wieś, której egzystencja związana była z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec 19-go /początkiem 20-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Jestem byłym poetą, nie wiem, czy wspominałam. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani, co, jak się nad tym zastanowić, dodaje okolicy tego dziwacznego quasi mistycznego posmaczku, którym cieszy się np. wybudowany na trupach swoich budowniczych Petersburg. Wieś nazywała się Cwmystwyth (czyt. kumystłyf), część jej przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego, za co im chwała i bógzapłać.

Jednak jedyni żywi ludzie, których spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim.

Jadąc dalej ta samą drogą dotrzemy do wsi Devil’s Bridge, która ma jakieś wodospady, ale nie sprawdziłam jakie, bo mnie zdenerwowały wygórowane opłaty za wstęp na teren. Nabywszy ostatnimi czasy nawyku niepłacenia za wstępy (opowiem jak już mnie wypuszczą z aresztu po tym jak już mnie złapią) wzdrygnęłam się i pojechałam dalej, tym razem na południe. Albowiem przeczytałam w przewodniku, że w tamtych okolicach mają najstarsze opactwo w Walii, zwane Strata Florida, które kiedyś dawno było nawet większe od katedry w St. Davids. Z powodu nabytego ostatnio nawyku niepłacenia, o którym opowiem itd.  a z którym związane jest przełażenie przez dziury w płotach oraz zapasy z drutem kolczastym, stałam się szcześliwą posiadaczkę otarcia na łokciu i połowy nogawki. I nie wiem własciwie, na co całe to poświęcenie, bo na moje oko cały splendor budowli zawiera się nie w szczątkach doczesnych a w jej historii. Także można sobie darować i podążać dalej na południe, żeby zrobić sobie zdjęcie przy tablicy z napisem llanddewi Brefi (czytaj: chlandełi brewi). Dlaczego, powinni wiedzieć wszyscy fani Little Britain, do których, to wiem na sto procent, nie należy mój ojciec.

I tyle na razie, moje pszczółki. Hwyl fawr am nawr!

o homo ofisie, kobiecie idealnej i karmieniu tygrysa

Śniło mi się, że zaprowadzałam błąkające się tygrysy do klatek za pomocą kawałków karkówki oraz cytatów z A la recherche du temps perdu Prousta. Podejrzewam, że źródło snu leży po cześci w filmie o doktorze Doolittle, na który nieopatrznie  trafiłam podczas przerzucania kanałów, i w głębokiej pogardzie do siebie obejrzałam do końca. Jeśli chodzi o W poszukiwaniu straconego czasu, to przecież oczywiste i nic nie trzeba tłumaczyć.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że dawno nie było nic z dziedziny krajoznawczo-turystycznej, a przecież to był główny cel tego bloga. Blogu. Bl. Niestety, ostatnio zwiedzam głównie lokalne nieruchomości oraz zapoznaję się z metodami manipulacyjnymi agentów pośredniczących, co samo w sobie też jest fascynującym przeżyciem. Tymczasem, pomimo stagnacji, wciąż ten i tamten tu zagląda, i nawet to i owo czyta. Od jakiegoś czasu sprawdzam sobie tagi (czyli hasła które ludzie wrzucają w wyszukiwarkę i trafiają do mnie) i trwam w fascynacji. Oto, żeby nie być gołosłownym, kilka wybranych (oryginalna pisownia zachowana):

otwarta trumna michaela jacksona

chuja tam architekt

ryba w architekturze

duże cycki,wielkie balony

babĆe kture majĄ goŁe dupy

obrazy gurskie

transwestyta przy drodze

co jedzą ludzie w walii

grób pański w kształcie łodzi

dom w śrotku

co to jest krzysz celtycki

I mój faworyt jak do tej pory:

czy kazdy musi miec homo ofis w uk

Czuję głembokom satysfakcję, że według google pokrywam tak szerokie spektrum zainteresowań rodaków.

Trochę kultury: polecam, jeśli wam się trafi we telewizorze, stand-up (zdaje się, że ustaliliśmy przekład jako monolog satyryczny) pani o pochodzeniu Irańskim i dźwięczym imieniu Shappi Khorsandi; która to pani już puka do drzwi przedziału pierwszej klasy brytyjskiego pociągu do rozrywki; a wygląda tak:

Jest nie tylko zabawna, ładna i inteligentna (sprawiedliwość :>), ale także dzieli z nami emigrantami doświadczenia i antydoświadczenia zdobywane podczas mozolnego wtapiania się w brytyjskość, przetważając je w żarcik, którym wszakże życie oraz wielka sława jest. Baaardzo sympatyczny autobiograficzny artykuł w Timesie o tutaj. A tutaj jeden z jej monologów na scenie teartu Apollo w Londynku.

Ponieważ uważam, że należy wspierać niskodochodowe inicjatywy kulturalne wysokich lotów, zwłaszcza w tym kraju, i zwłaszcza z udziałem rodaków, oto kilka słów o takie jednej. Będzie z miesiąc jak Maciej Dakowicz, fotograf z Cardiff, otworzył wespół wzespół z drugim fotografem Third Floor Gallery w Cardiff; głównym założeniem jest promocja współczesnej fotografii, zwłaszcza jej odmiany ulicznej, której wyznawcami są obaj panowie. Jeszcze nie miałam czasu odwiedzić, ale mam na liście, zaraz po siedemdziesięciu trzech wizytach w agencjach nieruchomości oraz jednej w świątynii Azteków w Meksyku. Ale Ty idź, idź, nie zwlekaj.

idziemy w kulturę

Ha! :

3847136774_75ba4e2360

Tak, tak, te figurki na owianej mgłą scenie Cardiff Millennium Stadium to czwórka z Dublina. Z wielką przyjemnością optaszkowuję „zobaczyć U2 live” na mojej liście rzeczy do zrobinia zanim umrę (spoko, na liście jest też „być nieprzyzwoicie bogatą” więc długie życie przede mną). Świetnie zorganizowany koncert, stadion cudnej urody, muza jaka jest, każdy wie (chociaż mogliby grać więcej starszych kawałków), piwko łatwo dostępne – czego chcieć więcej od sobotniego wieczoru w Stolycy.

Bo to już tak jest, że jak ktoś złakniony kultury wyższej niż xbox, xfactor i festyny ludowe, to musi sobie pojechać co najmniej do Cardiff. W B. przejawem najwyższej kultury jest wysoki budynek biblioteki głównej, odwiedzany głównie przez babcie szukające ofiar do pogadania o tym, jak to drzewiej bywało, panie (taki bibliotekarz osaczony przez wytrenowane babcie nie ma żadnych szans) i emigrantów bez dostępu do internetu (w bibliotekach mogą dostąpić za darmola, tylko trzeba się zarejestrować, posiadając dowód na posiadanie stałego adresu, np. list zaadresowany do siebie).

Ale w Cardiff mają to i owo. Po pierwsze, mają muzeum narodowe z galeriami, które często goszczą interesujące wystawy fotograficzne, takie jak ta: No such thing as society . Polecam gorąco, oczywiście jeśli takie rzeczy kogoś kręcą; używając suchych faktów, wystawa prezentuje ogrom zmian w społeczeństwie brytyjskim za ‚panowania’ Margaret Thatcher. Jak Polaka zapytać o panią T. to coś mu się będzie kołatało o żelaznej damie, pierwszej (i ostatniej jak dotąd) kobiecie-premierze, co starsi wspomną strajki górnicze i pałowanie ludu pracującego walczącego o swoje miejsca pracy (brzmi znajomo..? No patrz, a inny system polityczny); no i brytyjski dobrobyt, który nastał za jej czasów. I międzynarodowy szacunek.

Natomiast jak zapytać o panią T. statystycznego Walijczyka, to prawdopodobnie zrobi sie zielony na twarzy i wypowie się niecenzuralnie; jest bowiem pani T. uważana za odpowiedzialną nie tylko za praktyczne zlikwidowanie górnictwa i całej związanej z nim struktury przemysłowej w Walii, a co za tym idzie, wysłanie całych miasteczek na zasiłki na pograniczu nędzy; ale przede wszystkim wini się ją za stworzenie kultury życia na zasiłku, obejmującej całe pokolenia, która jest wielkim kłopotem dla dzisiejszych rządów zarówno ze względów finansowych, jak i społecznych (postępująca degradacja lokalnych społeczności w całem i jednostkowo). No i jeszcze ten dobrobyt, stworzony m.in. przez preferencyjne traktowanie banków i zachęcanie ludzi do wydawania pieniędzy, których nie mieli, legł u podstaw dzisiejszego wielkiego kryzysu.

Tytuł wystawy jest cytatem z wypowiedzi pani minister, zaserwowanym, jak sądzę, z delikatną nutką ironii. Wystawa czynna jest do 31 października, wstęp darmowy (jak i do całego muzeum, pełnego różnych bohomazów i takich tam). W przerwie od tego ukulturalniania się można napić się herbatki w kawiarni w holu muzeum, ale odradzałabym ciasta, wyglądają kusząco, ale są zazwyczaj drugiej świeżości (поздравляю Вас, Михаил Афанасьевич, мне здесь без Вас ужасно скучно ). Muzeum:

museum

Przy okazji, jak kto lubi dobry film, to nie mogę nie polecić conajmniej dwóch brytyjskich filmów usytuowanych w omawianej epoce: Billy Elliot (znakomity, jeden z moich ukochanych filmów) i Full Monty, znany u nas jako Goło i wesoło. Oprócz dobrej zabawy dostajemy jeszcze cenny rzut oka na realia nieodległej historii kraju, w którym sobie postanowilismy zamieszkać. W Full Monty warto zwrócic uwagę na Roberta Carlyre, któren uznaną gwiazdą brytyjskiego filmu jest. Jamie Bell jako Billy jest wart Oscara i rozpościera się przed nim świetlana aktorska przyszłość. Billy Elliot, nawiasem mówiąc, świeci wielkie triumfy jako spektakl muzyczny w Londynie od conajmniej dwóch sezonów.

Apropos kina. Żadko, panie dzieju, można w multipleksie w B. zobaczyć coś, co nie jest pop papką. Jako była pracownica małego kina studyjnego w Ojczyźnie cierpię na syndom Braku Filmu Nieanglojęzycznego w oficjalnej brytyjskiej dystrybucji kinowej. Ale w Cardiff mają takie kino, gdzie grają rzeczy z całego świata; byłam tam tylko dwa razy, bo zawsze mi brakuje czasu na taką wyprawę, ale miałam bardzo pozytywne wrażenia. Oprócz indywidualnych filmów mają przeglądy, cykle i takie tam.  Nazywa się to Chapter i jest czymś więcej, niż kinem, mają tam i galerię, i scenę teatralną, i takie tam różne.

To tyle tej kultury na razie, bo ileż to można.

______________________

PS. Zabawna ironia losu: pani T. zamykała brytyjskie kopalnie, bo taniej było importować wegiel.. z Polski (między innymi). 20 lat później zamknięto większość polskich kopalni, bo taniej było sprowadzać węgiel z Chin. Money rules the world, panie.

o filozofach, plątaniu niteczek i Snowdonii

2668703768_9030ddc9b6

Terry Pratchett dzieli filozofów na trzy grupy. Pierwsza uważa, że świat jest skomplikowany i chaotyczny. Druga, że przeciwnie, jest dość uporządkowany i rządzi się kilkoma prostymi zasadami. Trzecia grupa to Didactylos, który twierdzi, że jest za mało różnych rodzajów alkoholu.

Kuba za to ma swoją Wizję Filozoficzną. Że niby, każdy człowiek jest jednokolorową niteczką. Niektóre niteczki są mocne i stonowane, inne jedwabne, błyszczące, jeszcze inne cienkie, wyblakłe i osowiałe. Przesuwają się po geografii życia tam i siam, przeplatając się z innymi kolorowymi niteczkami. Czasami jakieś dwie niteczki zwiążą się w supełek, i tak sobie biegną przez chwilę razem; czasem supełek jest taki mocny, że gdy jedna nitka się kończy, drugą trzeba odcinać ostrym narzędziem; często jest potem uszkodzona i do niczego się nie nadaje. Dosłownie w każdej sekundzie tysiące niteczek zostawiają w jakimś punkcie wyjścia swoje kordonki i zaczynają biec przed siebie, wplatając się w ogromny kolorowy kilim. Niektóre niteczki się kończą, i zaraz na ich miejsce wskakują nowe, bo przecież wszystko musi się prząść dalej. Kuba wierzy, że mógłby zobaczyć to wszystko z księżyca. Rzecz jasna, przy użyciu pewnych niezbędnych technologii, takich, jak teleskop i marihuana.

Wśród najczęściej wymienianych bolączek emigranta jest tęsknota za starymi miejscami. Anka mówi, że jak nie pociągnie swojej niteczki do Polski raz na rok, to jest chora. A jak pociągnie, to koniecznie w Bieszczady. Dużo nad tym myślę, zastanawiam się, czy nasza tęsknota wynika li tylko z faktu, że to są ‚nasze’ miejsca, przynależne, element tożsamości i dziecięcych wspomnień, które zazwyczaj przechodzą w naszej głowie metamorfozę w utopię, czy też może jest jednak coś specjalnego w niektórych miejscach, czego nie znajdzie się gdzie indziej. Jednocześnie cały czas przecież jesteśmy w trakcie tworzenia nowych ‚swoich’ miejsc, i może za kilka lat będziemy tęsknić za tym, co dzisiaj jest nam obce, nie-nasze..? Anyway. Gdzieś by się wybrał. Dwa lata temu postanowiłam zbadać wytrzymałość pożyczonego namiotu na warunki górskie plus walijski deszcz w wersji constans, i przeciągnęłam swoją niteczkę (to bardzo fajna niteczka nawiasem mówiąc, młoda, piękna, zdolna i bogata) przez całą Walię do Snowdonii. Doświadczenie to było bardzo fajne i skłoniło mnie do zaiwestowania w namiot potrójnie impregnowany, z dodatkową osłonką nad topikiem oraz strażacką pompą w standardzie.

1 280

Jest kilka terminów na opisanie co to właściwie jest Snowdonia. Region na północy, o chociażby. Górzysty. Niektórzy Polacy porównują go do Bieszczad. Park narodowy, jeden z trzech w Walii. Stężenie ładnych widoków na km2 – powyżej normy. Stężenie owiec na metr kwadratowy: przekroczone. Mają tu najwyższą górę w całej Walii, nazywa się Snowdon (nie mylić z niegdysiejszym Snowdenem), szczytem tonie w chmurach i można się na nią dostać w sposób tradycyjny, na nóżkach, lub sympatyczną czerwoną kolejką napędzaną  silnikiem parowym z dolną stacją w miejscowości Llanberis. Nie jest to tania atrakcja, bo w dwie strony 16 funtów, ale za to dodają gratis 150 japońskich turystów (z rodzinami).  Podejrzewam, że w złoty ów biznes zamieszani są obrotni bacowie z Zakopca.

1 114

Nie jest trudno znaleźć zakwaterowanie w tym regionie, zwłaszcza co większe turystyczne przyczółki mają całkiem dobrze rozwiniętą bazę noclegową, ale w ścisłym sezonie (czy to letnim, czy to zimowym) lepiej sobie coś wcześniej zarezerwować.  W miesiącach letnich, – tu dobra rada dla tych, co ‚na budżecie’ – warto skorzystać z całkiem pokaźnej ilości pól namiotowych. Nie mają tam jakichś szczególnych luksusów, ale ostatecznie trzy dni człowiek bez ekspresu do kawy i laptopa wytrzyma. Ostatecznie, bez ekspresu, wytrzyma. Ja trafiłam na bardzo dogodną lokalizację, było to już w górach, ale blisko do cywilizacji (wspomnianego Llanberis). Kamping się nazywa Llwyn Celyn Bach, co oznacza prawdopodobnie górską farmę. I jest to rzeczywiście część farmy, jak to się często zdarza w UK. Niedrogo (piątkę za pakiecik namiot+samochód) i w pięknych okolicznościach przyrody – to lubimy. Można sobie nawet rozpalić ognisko, rozgrzać się przy użyciu jakiegoś napoju (np. kakao), tylko żeby nie robić wiochy, bo wyrzucą. Mają swoją stronkę w necie.

1 017

Co do samego Llanberis jeszcze, to warto rozważyć je jako bazą wypadową również z powodu takiego, że daje poczatek wielu szlakom górskim cięższego i lżejszego kalibru (także tym do pubu). Ma też inne atrakcje. Jedną z nich jest całkiem wysoki wodospad, który widać z okien kolejki, i którego koniecznie, ale to  koniecznie trzeba sobie na nogach poszukać. Można dwojako, cywilizowanie: znaleźć wiadukt, przejść pod nim i dalej wzdłuż małej ścieżki, albo idąc piaszczystą drogą za drogowskazami w pewnym momencie mężnie przedrzeć się przez krzaki i zjechać na tyłku w dół stromego zbocza. A potem już można sobie leżeć godzinami o tak:

wodo

I pięknie jest. Znowu.

Niedaleko od Llanberis znajduje się największa walijska wyspa, Anglesey. Trzeba tam pojechać koniecznie, będąc w okolicy, ale dlaczego, to już w innym wpisie.

__________________________________________

Zauważyłam, że niektóre wyjątkowo ładne miejsca, takie jak ten wodospad, mają swoją pewną smutną tradycję. Kuba mówi, że wcale go to nie dziwi. Są niteczki, które chcą jedynie powrócić do kordonka. I już.

1 153

O ciepaniu żabami, Skomer i politycznym de-tonatorze

Psiajucha i zaraza!! Wybrały się dwie sieroty na Skomer żeby podglądać ptaków i foków, nie sprawdziwszy prognozy pogody. Lać zaczęło w okolicy Swansea, za Carmarthen ciepało żabami wielkości meteorów, a w Martin’s Haven pocałowaliśmy zmokłą kartkę z niegrzecznym napisem „spowodu pogody rejsy odwołuje sie”. Klęska, panie.. Mimo wszystko udało mi się z okna samochodu sfotografować ślimaka oraz ucho od królika.

Co to jest ten Skomer, zapytasz mimo wszystko, wcale nie zrażony empatycznie tą przykrą okolicznością pogody, która mi sie przydarzyła. Spoko. Otóż Skomer to jedna z kilku wysepek tuż za samym końcem południowo-zachodniej Walii, Pembrokeshire, w niedalekiej odległości od Milford Haven. Wysepki stanowią część parku narodowego Pembrokeshire Coast NP (o którym traktował poprzedni wpis, idzie i przeczyta, jak nie przeczytał) i są oazą dzikiego ptactwa, zwierzątek wodnych oraz tych wszystkich zdziwaczałych homo, w kaloszach i z lornetami, którzy się na nie gapią, okopani na pozycjach, głodni tego jednego strzału, który ich wyniesie na okładkę National Geographic, albo ostatecznie chociaż na rubrykę ‚moje małe hobby” na 24 stronie Gońca Bridżendzkiego.  W razie, gdybyś rozpoznał się w powyższym opisie, i jeszcze nie słyszałeś o Skomer, podaję usłużnie, że trzeba się kierować na miejscowość Marloes i tam zaraz za rogiem znajduje się wspomniane wcześniej Martin’s Haven. Może nawet nie być uwzględnione na mapach, takie jest tyciunie, i właściwie składa się tylko z przystani, kibla i pubu „czynnego cały dzień” z wyjątkiem przedziału czasowego między 6 rano a 10 wieczorem. A, no i parking, całkiem spory, o ile dojrzałam, kosztuje 4 funty za cały dzień. Tam zostawiasz samochód i schodzisz płynnie w kierunku niedalekiej przystani, gdzie za opłatą co łaska, ale nie mniej, niż dycha, zostaniesz przetransportowany drogą morską na wyspę. Albo wyspy, bo w ofercie są też rejsy ‚dookoła’, niektóre z przewodnikiem wskazującym odpowiednio: o, tam, tam przed chwilę było widać głowę foki, przegapili państwo, co za pech, a tam to droga na Ostrołękę.  Na Skomer mają takie fantastyczne ptaszki zwane puffins, o takie: http://en.wikipedia.org/wiki/Puffin i to one głównie mnie tam ciągną. Najlepszy okres na złożenie im wizyty to przełom czerwca i lipca, czyli tera, no! Jak lubisz sporty ekstremalne, to na wyspie można przenocować, podobno mają tam taki przybytek, standardzik jakieś minus trzy gwiazdki, ale za to, panie, co za adrenalina, pomyśl tylko, budzisz się rano, żeby stwierdzić, że cię troszkę zmyło i właśnie sobie łagodnie przedryfowujesz koło Statui Wolności pod przyjacielskim ostrzałem służb imigracyjnych.

Wybiorę się na Skomer znowu, nic albowiem nie zniszczy mojego ducha i żądzy fotograficznej sławy w Gońcu Bridżendzkim. Wtedy dopisze się stosowny apgrejdzik do powyższego.

Co to ja jeszcze chciałam, yy. Acha. Jak byłam w niedzielę w Londynie to przykuła moją uwagę reklama solarium, mówiąca coś w stylu zaprezentuj wszystkim nową wspaniałą siebie i myśl moja pokrętna a płodna poleciała zaraz znowu w stronę BNP (brytyjskich nacjonalistów), moich ulubieńców na scenie politycznej, jak wiedzą ci, co mnie czytają w miarę leguralarnie. Lecz się często nie ujawniają, bo wstydliwi tacy są, truśki takie malusie, cichusie. No, ale do rzeczy. BNP ma w swoim statusie zapis, który stwierdza, że członkiem partii nie może być osoba o kolorze skóry innym niż biały, nawet, jeśli mieszka w Brytanii od pokoleń. Słowem, BNP postuluje m.in.  oczyszczenie kraju ze szkodliwego kolorowego nalotu i zaprowadzenie jedynie słusznych rządów white power.  Trochę zaczynają się plątać, kiedy pyta się ich o sposób egzekucji tych planów (jedną z odpowiedzi jest „wyemigrowanie na ochotnika”, serio). Mnie też np. interesuje, jak oddzielą ziarno od plew w rodzinach multikolorowych, gdzie np. jedno z partnerów jest białe, a drugie czarne, i czy w tych rodzinach zamierzają np. rozcinać dzieci na pół, czy też dzielić proporcjonalnie według zawartości białka w moczu.  No ale miało być o tym, co mi wpadło do głowy. No więc tak sobie wymyśliłam, że fajnie by było, jakby ktoś wynalazł coś przeciwnego do solarium, taki De-tonator, alternatywnie zwany Jacksonaizerem, który oferowałby czarnym Brytyjczykom czasowe wybielenie skóry, nie na długo, ot na tyle, ile trwa opalenizna, i na tyle, żeby mogli się zapisać do BNP. Zdjęcia do legitymacji zostały by dostarczone komórce rekrutacyjnej partii po dwóch tygodniach. Hi, hi..

Trochę skłamałam z tym uchem od królika. Ale było zabawnie, nie..? Tja.

bunny

o rajdzie wybrzeżem, umarłym poecie i dwóch panach C.

saundersfoot

Tak, panie. Na co komu montekarly i santropezy, kiedy mieszka w Południowej Walii.  No sam popatrz. Założę się, że nie dowierzasz,  czujnie podejrzewając fotomontaż, tudzież inną podprogową machloję – a tymczasem prawda ci to najprawdziwsza, najszczersza, szczersza nawet od liczka Davida Camerona, spoglądającego na nas ciepło z wysokości ulotki wyborczej konserwatystów.  To ja mówi David czule lecz z pasją ja biegnę już, aby was wszystkich zbawić ode grzechu obozu rządzacego,  przegonić szatana Browna Gordona na Gibraltar i obniżyć wam jeszcze bardziej vat na groch z kapustą. David jest prawdziwym świętym, jak każdy lider opozycji; myśl jego jasna, spojrzenie czyste, ocena sprawiedliwa a przyszłość pod skrzydłem jego dostatnia.

Ale. Kryzys kryzysem, wybory wyborami, David Cameronem, a nam tu zapowiadają piękne lato, z którego będziemy mogli czerpać radość niezależnie od  politycznych zamieszek. Ruszaj  Rodaku w kraj ten zielony, wilgotny, odkrywaj, zdobywaj, potomku powstańców i pielgrzymów! Dzisiaj chef poleca Carmarthenshire, a konkretnie pas wybrzeża pomiędzy Carmarthen i Tenby, na atrakcyjność którego składają się małe smakowite wioseczki, żyjące sobie z sezonowej turystyki, i oczywiście bardzo ładne nadmorskie widoki. Będzie też coś dla miłośników poezji i spidu (miłośnik poezji i spidu wygląda tak:  %). Oto pędzi do ciebie mapka orientacyjna by nieocenione google (kliknij żeby powiększyć):

Zacznijmy od Laugharne (wymawia się „Lan”, tajemnica tej wymowy nie jest przypuszczalnie znana nawet najstarszym lingwistom).  Malowniczo usytuowane, z całkiem sporym zamkiem, ma względem innych podobnych miejscowości w regionie jedną zasadniczą przewagę: Atrakcję Turystyczną na  Ogólnowalijską Skalę.  Otóż na przełomie lat 40 i 50-tych Laugharne gościło nasłynniejszego walijskiego poetę, Dylana Thomasa – nazwisko znane i w Polsce, ale największą popularnością (oprócz Walii oczywiście) cieszące się swego czasu w Stanach.  Jak na prawdziwego poetę przystało,  brzydził się przemocą, lubił kobitki i miał problem alkoholowy. Do dziś zachował się dom, w którym mieszkał i chatka na skarpie, w której tworzył –  na zdjęciu poniżej.

dylan

Tak sobie myślę, że ja bym chyba nie miała nic przeciwko zostaniu sławnym poetą z problemem alkoholowym, jeśli tylko gwarantowałoby to kilka lat spędzonych w takich okolicznościach przyrody. Jest jeden wiersz DT który mi się bardzo podoba, vilanella napisana dla zmarłego ojca. Nie lubię polskiego  przekładu, więc wklejam fragment oryginału:

Do not go gentle into that good night

Old age should burn and rave at close of day

Rage, rage against the dying of the light

Warto sobie pospacerować po L. dłużej, zwłaszcza ‚promenadą’, jest tak sielankowo, ładnie, uspakajająco – tak jak tu:

DSC_0042

Następną miejscowością na naszej trasie na zachód jest Pendine, wieś z Historią. To na tutejszej plaży w latach 20-tych odbywało się bicie rekordów świata w szybkości, głównie osobą Malcolma Campbella, faceta z żyłką do spidu i tytułem szlacheckim.  Malcolm to figura powszechnie znana i szanowana w Wielkiej Brytanii.  Dla tych, co się fascynują cyferkami: ustanowiony przez niego w 1935 roku rekord prędkości prowadzenia pojazdu mechanicznego na stałym lądzie wynosił 485km/godz (bez kilku metrów). Malcolm grał śmierci na nosie całe swoje życie, i zmarł sobie w wieku zawansowanym we własnym łóżku;  za to jego syn, Donald, który kontynuował rodzinne tradycje,  zginął w wieku czterdziestu kilku lat w trakcie próby poprawienia własnego rekordu prędkości na jeziorze Coniston (Cumbria).  Jego słynny bolid, „Bluebird” został wydobyty z dna jeziora dopiero kilka lat temu, razem z doczesnymi szczątkami rekordzisty.  Donald Campbell pozostaje do dziś jedyną osobą na świecie, która pobiła rekord prędkości zarówno na lądzie, jaki na wodzie.  Co za rodzinka..

Pendine straciło swoją prestiżową pozycję w branży pod koniec lat 20-tych wraz z tragiczną śmiercią innego łamacza rekordów, pan Parry-Thomasa. Imprezę przeniesiono do Utah. Wszyscy wiedzą, że Ameryka ma najlepsze bhp na świecie. Ameryka ma wszystko najlepsze.. Na pocieszenie mieszkańcy i turyści mają Museum of Speed stronka, w którym można zobaczyć między innymi wrak samochodu, w którym Perry-Thomas  odbył swoją ostatnią, jakże efektowną, próbę. Wóz nosi wdzięczną nazwę ‘Babs’. Muzeum jest niestety często zamknięte, ale można sobie zajrzeć przez szybkę, o tak:

DSC_0069

Na naszej dzisiejszej trasie mamy jeszcze dwie mieścinki – Amroth i  Saundersfoot.  Amroth składa się głównie z plaży, promenady, pokoi gościnnych i wędek.

kolo

A Saudersfoot to miasteczko z portem, tym na zdjęciu na samej górze wpisu, i poniżej.  Port szczyci się atmosferą i wyglądem sródziemnomorskim,  ale nie daj sie wpuścić w rybę z frytkami w niedużym przybytku przy wjeździe na parking (po prawej) – za śródziemnomorską świeżością ma tyle wspólnego,  co Walia z klęską suszy.

DSC_0128

No, i pięknie jest.  Jedźcie i cieszcie się z tego wszyscy.





o Kornwalii, BNP i narastającym suspensie

port

Jak byłam małą dziewczynką, to czytałam dużo książek o romantycznej miłości.  Co w ostatecznym rachunku raczej mi zaszkodziło, ale podobno każdy musi mieć swój krzyż co go będzie uwierał. W każdym razie, jedna z tych książek nosiła tytuł „Poszukiwacze muszelek” a jej akcja w dużym procencie toczyła się w Kornwalii. Jak byłam małą dziewczynką, to Kornwalia była we Francji. W międzyczasie, jak dorastałam, przenieśli ją do zachodniej Anglii, ale nikt nie mi powiedział, i jak tu przyjechałam to przez jeden paskudny rzut oka na mapę zawalił mi się dziecięcy świat. Przecież to nawet brzmi z francuska, i takie ładne jest, i pogodę mają czasem, i to spisek musi być (pozdrowienia), musieć cykliści, angielscy cykliści do spółki z brytyjską partią narodową (BNP, moi ulubieńcy na scenie politycznej; dla tych, co nie wiedzą: postulują brytyjskie miejsca pracy dla brytyjczyków i chcą wysłać wszystkich imigrantów na biegun). A właśnie! Czy ktoś planuje w najbliższym czasie nakręcić jakiś Dramat Społeczny z Dylematem Moralnym? Bo ja mam pomysł, ale nie mam nic poza tym. Pomysł wygląda tak:

..zaangażowany członek BNP, powiedzmy, Nigel D., zapada na ciężką okoliczność chorobową i umiera, tzn. prawie, bo w ostatniej chwili przeszczepiają mu serce od anonimowego dawcy, co zasadniczo powoduje, że będzie żył. I tu następuje oś dramatu. Mianowicie nasz cudownie ożywiony członek, targany dziwnym niepokojem, dowiaduje się przy użyciu niezupełnie legalnego kanału CBRadio, że jego nowe piękne serce pochodzi od 19-letniego  zupełnie nielegalnego imigranta z Pakistanu, Alego B., któren zginął był potrącony przez samochód posła partii liberalno-demokratycznej, Johna S., śpieszącego oddać podatnikom pieniądze sklejmowane na herbatniczki dla psa i usługi pana od czyszczenia basenu (o pochodzeniu Hinduskim). Zszokowany Nigel D. nie umie pogodzić otrzymanej wiadomości z głębią swego zaangażowania politycznego i wyznawanym światopoglądem i tu następuje dramatyczne wewnętrzne rozdarcie naszego bohatera. Co powinienem zrobić, pyta siebie Nigel, co robić? Oddać serce? Oddać się w ręce Home Office’u? Narasta suspens, widownia zamiera w oczekiwaniu: czy organizm Nigela odrzuci przeszczep?  Czy nienawiść i rasowe uprzedzenia okażą się silniejsze od instynktu przetrwania i woli życia? Czy Nigel przyzna się kolegom z partii? A może Nigel przejdzie przemianę duchową, i przykuje się w proteście do kół aeroplanu, którym brytyjskie służby imigracyjne odsyłają rodzinę Alego B. do Pakistanu?? Przewiduję przynajmniej trzy alternatywne zakończenia, których nie zdradzę; ale Mike, który z racji wieku jest jeszcze trochę idealistą, obstawia to, w którym to nie Nigel odrzuci przeszczepione serce, ale serce odrzuci Nigela. Albowiem wszyscy powinniśmy dostać to, na co zasługujemy, tak, tak. Ja polemizuję, argumentując, że to wbrew pozorom mogłoby zaszkodzić stronniczej czarno-białej wymowie filmu ukazując Alego B. jako jednostkę mściwą i niesympatyczną, co byłoby również niepoprawne polityczne, i tyle po nagrodach i festiwalach..

Dobre, nie? Oczekuję propozycji, zwłaszcza niemoralnych.

No ale miało być o Kornwalii, o której przez tą całą politykę niemal już wszyscy zapomnieli, a niesłusznie. Piękna ci jest ona, deszczowa, to prawda, ale my przyzwyczajeni jesteśmy, co nie. Wszystko w Kornwalii jest ‚award winning’, począwszy od bagietek z serem, na starych twierdzach skończywszy. W Kornwalii mieli kiedyś dawno swój język, który był częścią tej samej grupy języków celtyckich, co walijski, ale odszedł w zapomnienie. Podejmuje się próby przywrócenia go, ale póki co pozostają daleko w tyle za Walią, która swój narodowy język restauruje ze sporym sukcesem.  Dla zainteresowanych historią, mieszkańcy Kornwalii (teoretycznie oczywiście, bo to się przecież zawsze miesza w historii) nie pochodzą od Saxów, Jutów, Anglów, Normandczyków, Wikingów (i Bóg jeden wie jeszcze, kogo), jak reszta mieszkańców Anglii, ale od Celtów, tak samo jak Walijczycy. I bardzo sobie tą tożsamościową odrębność cenią.

na klifie

Krajobrazowo też ma Kornwalia wiele wspólnego z Walią: piękne wybrzeże, klify, plaże, małe turystyczne miasteczka, wielkie farmy, kamienne płoty. Tylko kolor wody jest inny, osculuje gdzieś pomiędzy szmaragdem a turkusem, cudo. No i sama architektura jest bardziej kamienna, surowa. Jest wiele tras spacerowych, wiodących do bardzo atrakcyjnych miejsc widokowych. Nie mam niestety zbyt dobrych fot z Kornwalii, bo byłam tam zanim się jeszcze zainteresowałam tym sportem, i padało cały czas, ale to co jest daje malutki przedsmak. To poniżej to Newquai (czyt. njuki), miasto nastawione na turystów i windsurferów (hotele, kluby, restauracje, sklepy sportowe), ale będące też dobrą bazą wypadową do zwiedzania okolicy.

niukiWarto zajrzeć do któregoś z tych małych miasteczek, np. St. Ives. Są bardzo przyjemne, chociaż w sezonie pełne turystów. Ale miejsce, do którego napewno warto pojechać, nazywa się Cape Cornwall i znajduje się na samym koniuszku Kornwalii. Do niedawna szczyciło się posiadaniem tytułu ‚najdalej na zachód wysuniętego fragmentu wysp brytyjskich’, ale po szczegółowych pomiarach tytuł ten odebrał mu Land’s End – mocno komercyjna opcja powyższego, gdzie możesz sobie zrobić fotę pod drogowskazem na Nowy Jork i pozwolić obskubać się z kasy przy okazji innych pomniejszych atrakcji związanych z lokalizacją. Polecam średnio. Natomiast Cape Cornwall jest dziki, piękny, prawie pusty, kilka bielonych kamiennych domów przytulonych do skały, namiastka drogi.  To tu styka się Atlantyk, Kanał Bristolski, English Channel i pośrednio Morze Irlandzkie, zlewając się w potężną kałużę, z Ameryką po drugiej stronie. Cisza i przestrzeń, która towarzyszy temu miejscu jest powalająca, a przy tym bardzo inspirująca.

Cape Cornwall

Chciałabym mieć czas, żeby pojechać tam znowu, bo widziałam tylko fragment, ale ten fragment okazął się taki, jak w książkach (poza tym, że nie francuski:>)

lodki

Dzisiaj Kuba nic nie mówi, bo ogląda nakręcony w Kornwalii film komediowy „Saving Grace”, który jest o tym, jak jedna pani w obliczu kryzysu finansowego postanowiła hodować w szklarni trawkę, i ta szklarnia jej poszła z dymem, i całe miasteczko było bardzo szczęśliwe przez kilka godzin, wszyscy tańczyli na ulicach a nawet zaobserwowano pewne objawy dokonywania czynów lubieżnych w miejscach publicznych.

Kuba się zastanawia

Kuba się zastanawia, co się zmieniło w jego odbiorze rzeczywistości od czasu jak napisał ten tekst. Ostatni przyzwoity tekst.

ruszyłem! z impetem w zakurzoną lirykę
znad taśm produkcyjnych obudziłem krzykiem
swoją muzę zalaną wariatkę Industrię kochankę
wymowną; piszemy emigracyjny song o Narodzie
wybranym do struktur przeszedłszym niejedno morze

gdy jest mi źle nie szukam prawdy w bogu
ledwo żywym w świątyniach szybkiej obsługi
(ewangelia fish’n’chips według świętego jerzego)
ledwo żywym jak stare dobre tradycje polish
wchodzisz ściągaj buty ukłoń się pani domu

prawd o życiu jest tyle w niecałkiem podłym bridgend
co polaków polaczków i pięknych polek w fabrykach
całe to popolowisko niedługo zarośnie chaszczami
nie zostanie z nas nic polskiego prócz archiwum peseli
i kompleksów; i goryczy że nas w starym kraju nie chcieli

jestem wciśnięty w mur hadriański rozbity na atomy
gdzie mam się obrócić co mam ze sobą zrobić
kto mnie odciął od podłoża tępym nożem Ja Naród!
blimey! wódki by się napił w łonie dziewiczym schował
polski tułacz wieczne skaranie pożal się ledwo żywy boże

I wychodzi mu, że nawet wódki już mu się nie chce. Ot, co.

Obserwuję, jak odchodzi. Patrzy w lustro i próbuje uchwycić gdzieś między piegami na nosie a niebieską plamką w oku przemijającą tożsamość. Ojczyzna to ziemia i groby, tak, słyszeliśmy, widzieliśmy, byliśmy na wycieczce szkolnej w Zakopcu.  Kuba się naczytał, narozumiał, nawiedział, ale odczuł dopiero z daleka. Z bardzo daleka. Kuba kocha cmentarz na Pęksowym Brzysku w stopniu obłąkanym, leje czy grzmi, idzie, stawia znicze, ma znowu tak mało czasu.

Ale ciężko się buduje Nowe z nogami w cemencie Starego, więc  na codzień Kuba odrzuca przeszłość, miejsca, czas, emocje, ludzi, nawet wiersze. Odrzuca Ciechowskiego z jego „Nie pytaj o Polskę”, który jeszcze czasem potrafi wzbudzić w nim poczucie niechcianej głupiej winy.  Tak łatwiej, w nocy już nie śni, w dzień cieszy się życiem.  Z drugiej strony, kiedy wszystko cichnie,  patrzy i obserwuje zmiany, które w nim zachodzą, płaszczyzny których nie znał, świadomości, które się dopominają przemyślenia.  Kuba czuje się Polakiem o wiele bardziej za granicą niż w Polsce. Lecz nie czuje się już przynależny Polsce.  Polska staje się ciepłym wspomnieniem, źródłem, początkiem, czułą macicą, do której nie ma powrotu.  Bo nie tylko Kuba się zmienia, Polska też się zmienia. I już coraz mniej wiedzą o sobie wzajemnie, i nie wkurzają się już na siebie, i nie obgadują za plecami, nie płaczą nad sobą, stają się sobie obcy. Obojętni. Kuba patrzy na ten proces wzajemnego wypłukiwania się i jeszcze nie wie, czy to dobrze, czy źle, ale wie, że mosty zostały spalone. A proces szukania nowego kontynentu, którego ułamkiem się stanie, już się rozpoczął.  Bo przecież nikt nie może być samoistną wyspą. Nawet Hugh Grant.

kuba

 



Witam rodaka.

Taka histeryjka będzie. Siedzę sobie grzecznie nie wadząc nikomu na lotnisku w Berlinie, czekam na samolot, jak pan przewoźnik przykazał, patrzę, idzie Ziom. Prawie nie poznałam, bo ubrany w dżinsy zamiast dresu, ale jednak, bez cienia wątpliwości, Ziom. Patrzy, zagaduje, nawet grzeczną polszczyzną, tego, myślę sobie, nie jest źle, może lot szybciej zleci, pogada człowiek, co tak będzie się izolował. Pięć minut rozmowy, Z. nabiera pewności siebie, już jesteśmy po imieniu, Z. myśli, czas jej czymś zaimponować …” i ostatnim razem tak żeśmy się najebali tu na tym lotnisku i jeszcze mieliśmy flaszkę z nami w samolocie i nikt się nie skapł..” mówi z dumą, e, no to zajebiście, mówię ja wpisując się w konwencję rozmowy; Ziom podbudowany moim entuzjazmem drąży temat „a co w ogóle tu robisz? Bo tu kurwa na tym zadupiu [w Walii – przyp.red] to tylko pić można. Nic tu nie ma i pogoda chuj”. Pytam: a gdzie byłeś? Ziom: „Nigdzie, przecież tu nic nie ma..”. Nie wiem, czy dam radę ciągnąć konwersację, wydaje mi się, że wszyscy się gapią, włącznie z panami z bronią.  Coś muszę zrobić. Wyciągam książkę. Może się przestraszy, ucieknie. Uciekł. Ufff. Morał niech sobie każdy dopowie. Ja bym chciała tylko powiedzieć, że TU jest bardzo dużo. Tu jest pięknie. Może za często leje, to prawda, ale nam Polakom, pielgrzymom i sarmatom, przecież nie straszne kilka kropel. Tu jest raj dla fotografów przyrody, krajobrazów; wreszcie tu jest architektura niepodobna do naszej, małomiasteczkowa, otoczona przez przyrodę, ciszę, ducha małych społeczności. Również brzydota, bieda, jak wszędzie. Umysły otwarte i zakute łby, jak wszędzie. Poznałam kraj całkiem dobrze, chociaż jeszcze wiele tego poznawania przede mną, i mogę powiedzieć, że w pewnym stopniu staję się importowaną walijską patriotką. I o tym, co mnie do tego przekonuje, a także wręcz przeciwnie, będzie ten blog.

Jeśli skorzystasz z zawartych w tym blogu informacji, nie bądź taki, zostaw kilka słów. Miło wiedzieć, że ma to jakiś odzew.

klify Południowej Walii

Wszystkie foty na blogu są moją własnością, i wszystkie oprócz powyżej są mojego autorstwa. Jak Ci się jakaś spodoba to napisz i Ci podaruję, jak jesteś fajny gość, albo nawet sprzedam, a co.