o uprawie buraka

Będąc młodą podróżniczką przyszła raz do mnie obserwacja socjologiczna międzynarodowa z wnioskiem.

Rzecz miała miejsce w busie relacji Szczecin – Berlin. Jeszcze przed wyruszeniem w drogę w zbiorze pasażerów liczącym 14 osób zaczął się kształtować podzbiór warzywny: burak pospolity, burakus vulgaris. Warzywko bardzo odporne na szkodliwe wpływy otoczenia, zwłaszcza edukacyjne, radzi sobie w każdych warunkach, zwykle wegetuje, tworząc kolonie na okupowanych nieużytkach.

Pierwszy element podzbioru burakus vulgaris w naszym busie zapomniał uprzedzić biuro podróży, że będzie podróżował. No to kazali mu zapłacić 10 zł więcej. Element jest oczywiście, kurwa, niezadowolony; siada łaskawie za kierowcą, wyciąga komórę i oddaje się 5-cio minutowej konwersacji na powyższy, kurwa, temat. Patrzę z lekkim niepokojem na kierowcę, któremu element ryczy nad uchem o oszustach i złodziejach; idzie mu tik na powiece, ale jest profesjonalistą, ręka na kierownicy nawet nie drgnie. W czasie trwającej prawie trzy godziny podróży element oddaje się jeszcze kilka razy swobodnym konwersacjom telefonicznym  na tematy różne, włączając ostatnią imprezkę, walory koleżanki i sory Jolka nie kupiłem ci tych fajek. Kilka godzin później ten sam element uruchamia alarm próbując otworzyć drzwi prowadzące na płytę lotniska w sali odlotów. No ile on tu, kurwa, jeszcze będzie tak czekał jak debil, przecież widzi, że samolot tam stoi. Po pięciu minutach wycia alarmu nasi współpodróżni są podzieleni: połowa chce, żeby buraka aresztowano, druga połowa optuje za zastrzeleniem na miejscu.

Drugi element podzbioru burakus vulgaris pochodził z siewu angielskiego; po sposobie artukulacji zgłosek wnioskując panna musiała być conajmniej spowinowacona z rodziną królewską. Tradycyjnie zostaliśmy zatrzymani do kontroli przez Pana Niemieckiego Policjanta. PNP zabrał nasze paszporty i poszedł sobie sprawdzać, czy nie jesteśmy aby grupą reakcyjną, jadącą pod przykrywką prelegentów na kongres kanalarzy wyzwalać polskie krasnale z niemieckich ogródków. Angielka natychmiast się oburzyła i poinformowała wszystkich razem i każdego z osobna, jak bardzo jest annoyed (zirytowana) zaistniałą sytuacją i jak bardzo nie jest dziś w nastroju na takie niedorzeczności; po czym chwyciła za telefon i obdzwoniła tatusia, bojfrenda i znajomego prawnika, żeby dowiedzieć się, czy w przypadku spóźnienia na samolot może żądać od niemieckiej policji zadośćuczynienia. Kiedy PNP wrócił z naszymi paszportami panna po raz kolejny wyraziła swoje niezadowolenie, prychając i machając rękami przed niemieckim nosem – przez chwilę myśleliśmy, że zostanie zaproszona do radiowozu, ale na szczęście dla nas wszystkich PNP uśmiechnął się jedynie z lekką drwiną, podroczył się jeszcze z minutkę, przykładając wszystkie paszporty po kolei do wściekłego oblicza panny, i kazał jechać.

Później na lotnisku z przykrością odkryliśmy, że panna czyta Pratchetta, co niestety dowiodło, że musi posiadać również jakieś sympatyczne cechy charakteru.

Trzeci burak, przez chwilę włączony w nasz podzbiór, to wspomniany już Pan Policjant Niemiecki. W dialekcie lokalnym: Der Burack. Nie spieszył się, nieeee, sprawdzał wszystko niezwykle dokładnie, kilka razy, osobę ze zdjęciem, zdjęcie z osobą, na wprost, na krzyż i do góry nogami, spoglądając srodze a przenikliwie, potem zabrał paszporty i poszedł sobie na 10 minut; wrócił, znów porównania, odczytywanie nazwisk, procedura się przeciąga w nieskończoność; wszyscy czujemy, że go to bardzo bawi, Angielka się gotuje, reszta z nas połknęła własne języki, włączając gościa od walorów koleżanki – nawet największy polski burak wie, że facet z bronią ma zawsze rację i jak będzie miał takie widzimisię, to nie zdążymy na ten samolot. Angielka najwyraźniej jeszcze nie przerabiała tej lekcji. Prędzej czy później przerobi.

I tak z moich przygód w drodze z domu do domu (definicje, definicje) wysnuwa mi się jeden wniosek. Burak wcale nie występuje  jedynie w polskich uprawach. W innych narodach jedynie uprawia się go w nieco odmienny sposób, w zależności od cech narodowych i narodowego status quo; generalnie warzywko ma się świetnie i nie zagraża mu rychłe wymarcie. W sumie dobrze, bo obcowanie z burakiem pomaga człowiekowi określić te przestrzenie społecznej koegzystencji, od których chce się trzymać z daleka – dla dobra własnego oraz potencjanej progenitury. A poza tym, nawet śmisznie jest, panie.