trochę o polityce, gospodarce i prawie o seksie

Miałam dzisiaj sen proroczy prawdopodobnie. Śnił mi się Mike z łzami jak grochy uczepionymi drżąco powiek jego niewinnych niebieskich ócz,  zwalniany przez naszą szefową podczas team meetingu w kościele katolickim zresztą.  Źródeł snu upatruję w dwóch zdarzeniach. Kilka dni temu po raz pierwszy zjadłam passion fruit. Jak już zjadłam, cała zadowolona, to przeczytałam w internecie, że nazwa nie ma nic wspólnego z seksem, ale z męką Chrystusa na krzyżu.* No i masz. Drugie zdarzenie to cięcia budżetowe, którymi żyje kraj, a które serwuje nam Cameron David, szef rządu, człowiek o charyzmie zapiekanki z keczupem i niewielkim związku z rzeczywistością zwykłego zjadacza ryby z frytami.

Bo tak to już jest, że kiedy do władzy dostaną się konserwatyści, to chcą zrobić dobrze głównie prywatnej inicjatywie, gospodarce, bankierom, nieziemskim bogaczom oraz pozostałym konserwatystom (wszystkim trzem, którzy się nie załapali do powyższych kategorii). W przeciwieństwie oczywiście do partii pracy, która chciała zrobić dobrze biednym i średnio biednym, rozbujała socjał do poziomu absurdu, w którym niektórym nie opłaca się pracować i wyprodukowała conajmniej dwupokoleniowe kaleki społeczne, niezdolne do wyrwania się z kręgu kultury zasiłku (benefits culture, termin oficjalny).

I tak buja się Brytania od skrajności w skrajność. Pani baronowa Thatcher, znienawidzona szczerze w Walii i części postprzemysłowej Anglii, zamordowała przemysł cieżki, wysłała policję na strajkujących, przestawiła gospodarkę z produkcji na usługi i finanse, dała bankom wolną rękę rozpoczynając boom kredytowy;  zapoczątkowała również zjawisko biedy i bezrobocia, które szybko objęło całą rzeszę małych lokalnych społeczności. Partia pracy poddźwinęła pułap biedy, poniżej którego nikt w społeczeństwie nie mógł zejść, i korzystała z boomu gospodarczego, nie kontrolując, dokąd to wszystko zmierza, radośnie uczestnicząc w konsumpcyjnym trybie życia, który opanował społeczeństwo i jak ono wydając pieniądz ponad stan, nie robiąc żadnych oszczędności. Kiedy to wszystko pieprzło, i przyszedł z Ameryki credit crunch, odbyły się wybory, wygrali minimalnie konserwatyści do spółki z liberałami, i zabrali się do naprawiania gospodarki i obcinania wydatków, w tym benefitów, bo tu jest według nich pies pogrzebany. Poniekąd słusznie. Ale.

Już wiadomo, że prawie każde ministerstwo (w tym moja skromna osoba jako część budżetówki), musi się liczyć z drakońskimi cięciami personalnymi.  Rząd chce, aby ciężar zatrudnienia prawie pół miliona osób, które planuje zwolnić, przejął sektor prywatny. Tylko, że sektor prywatny też ledwie ciągnie, pozwalniał już kogo mógł, poupadał, gdzie się dało i kwiczy, a rząd póki co nie robi nic, żeby tworzyć nowe miejsca pracy. Podnoszą się głosy ekonomistów, w tym brytyjskiego noblisty od ekonomii, że drakońskie cięcia zamordują raczkującą odnowę gospodarczą. Rząd nie słucha. Rząd ma wizję. W statystyce. W cyferce. Wyliczył sobie.

Więc może być zabawnie.

Bo jak zwykle kto poniesie największe koszty napraw gospodarczych? A taki ktoś jak ja, dobry prawie-obywatel, uczciwy podatnik, ciężko pracująca nisko opłacana komórka społeczna, nie otrzymująca żadnych benefitów, nie posiadająca nawet debetu w banku, bo szczerze nienawidząca wszelkich długów; nie chciwy bankier, nie krótkowzroczny polityk, nie  beneficjent systemowy (ten se zawsze jakoś poradzi) ale ja. I Mike, który jest na tyle młody, idealistyczny i naiwny, że zrozumie, jak go wywalą z pracy, bo to dla dobra kraju i tak trzeba.

Ciekawy artykuł w The Independent, tylko odrobinę przesadzony.

A tu, żeby nie było tak pogrzebowo, o tym, jak to jest być nienawidzonym przez Daily Mail kiedy się jest inteligenckim gejem.

_____________________________

* co wiedziałabym, gdybym znała polską nazwę, męczennica jadalna, którą gdybym znała, to nie zjadłabym, bo jakoś tak nie tego, nie?