małe wielkie miasto

DSCN3006

Chodzi o to, że Walię i Szkocję można kochać za piękno natury, ale to do Anglii jeździ się po historię, która często wcale nie siedzi pochowana za ogrodzeniami i opłatami za wstęp, ale żyje pomiędzy ludźmi, dzieląc ich codzienność, nie wadząc nikomu, gdzieś tam w tle.

O Wells usłyszałam przypadkowo w telewizorze. Odbywał się tam akurat jeden z tych rozlicznych antique shows, czyli programów, w których ludzie przynoszą wygrzebane gdzieś starocie a eksperci je wyceniają. Prowadzący rozpływał się w zachwycie nad miastem, a zwłaszcza nad urodą średniowiecznej katedry, dzięki której nieduże Wells ma właśnie statut administracyjny city, czyli miasta pełną gębą, w odróżnieniu od town, czyli miasteczka. Dla wielbicieli statystyk: Wells to najmniejsze city w Anglii. I znajduje się w Somerset, hrabstwie cydru. Nie żebym tu, prawda.. ale dobry cydr nie jest zły, pod warunkiem, że nie jest zbyt wytrawny (dry). Odchodzisz od tematu. Hm, tak. Nazwa ‚Wells’ oznacza studnie; często używana jest na określenie źródełka; jednego z tych, co to zazwyczaj mają jakieś cudowne właściwości. Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok, lalala…. sory. Źródełko życzyło sobie wybić na terenie wybudowanego później Pałacu Biskupa, o którym pisałam już wcześniej a źródlana woda płynie sobie ulicami miasta w specjalnych rynienkach. Urocze czy jak?

DSCN2988

DSCN29355wellSama katedra jest jedną z najładniejszych jakie widziałam, a widziałam całkiem sporo, bo lubię katedry. Już sam jej elegancki front robi wrażenie, ale w środku okazuje się architektonicznym cudem rodem z  tolkienowskiego Rivendell. Unikatowa linia łuków jest perfekcyjna; patrzenie na nią stanowi przeżycie czysto estetyczne, niezwykłe. Katedra jest stareńka i ma mnóstwo zakamarków aż pulsujących namacalną historią. Np. jedyny tak dobrze zachowany średniowieczny zegar w Europie – na chodzie. O określonych godzinach figurki poruszają się ‚walcząc’ ze sobą jak poznańskie koziołki.

3Odnośnie dotykania historii: niedaleko ołtarza stoi sobie zupełnie nieniepokojony przez większość turystów mebelek. Mebelek powstał jako skrzynia na szaty liturgiczne, wygląda o tak:

DSCN2871i został wykonany w roku 1120. 1 1 2 0, powtarzam. Wciąż w użyciu. I tak sobie stoi, o. I można pogłaskać, i nikt nie krzyczy. Mój mózg eksplodował nie mogąc tego faktu przetworzyć. Nie można bardziej dotknąć historii. Albo takie, o, proszę, schodki. Fikuśnie wykoślawione przez miliony pobożnych stóp.

4Albo taki biskup, cały pokryty autografami ludzi nieżyjących od wieków. To najbardziej interesująca rzeźba nagrobna jaką w życiu widziałam. Zwykle takie rzeźby są przeraźliwie nudne i nikt nie zwraca na nie uwagi. W tym przypadku wandalizm pamiątkowy wynikający z potrzeby pozostawienia po sobie trwałego śladu na tym padole nie tylko wzbogacił zabytek wizualnie, ale sam stał się zabytkiem.

DSCN2878DSCN2880Katedra ma również malownicze krużganki i przylegający cmentarzyk, a za płotem, po sąsiedzku mieszka wspomniany już Pałac Biskupa. Niejako między jednym a drugim znajduje się Peniless Porch, czyli w dosłownym tłumaczeniu ‚ganek dla ludzi bez grosza przy duszy’, zaułek żebraczy, prawnie ustanowiony w 1450. Nie przypomina to komuś troszkę gildii żebraczej z Ankh Morpork..?

2Tuz obok katedry znajduje się brama skrywająca prawdziwy skarb, jedną z najsłynniejszych ulic Anglii – Vicar’s Close. Ulica szczyci się statusem najstarszej nieprzerwanie zamieszkałej ulicy w Europie; i tak, robi wrażenie, i tak, najprawdopodobniej skręci cię z zazdrości. Budynki powstały w połowie XIV w i jakoś strasznie mocno się podobno z zewnątrz nie zmieniły. Charakterystyczne kominy Vicar’s Close to jedna z pocztówkowych ikon Anglii. Popatrz sam.

Podsumowując, pełne średniowiecznego czaru Wells to miejsce idealne na całodniową wycieczkę. Nie bez znaczenia jest fakt, że w czasach komercjalizacji totalnie wszystkiego wstęp do katedry jest bezpłatny, well.. dotacje mile widziane, ale jednak wstęp bezpłatny. To lubimy.

I jeszcze mają tam gadające toalety. Przysięgam. Nie zwariowałam.

fochPS. Gdzie jesteśmy, mapka dzięki uprzejmości Google.

wells map

był sobie pałac

6

… a tam, o, proszę, znajduje się pierwszy oryginalny pałac biskupa, chociaż na dzisiejsze standardy to raczej komórka na miotły – chichocze z ogłuszającym wdziękiem Pan Przewodnik – i ma już osiemset lat! – dodaje puchnąc z dumy, co budzi obawy o los szwów w jego i tak już dobrze dopasowanej marynarce. Następnie splata serdelkowate paluszki na piersi, kieruje wzrok ku niebu dla stosownej inspiracji i kontynuuje. Pierwszy biskup był człowiekiem praktycznym, nie lubił gadżetów i nie bawił się w żadne tam, prawda, ozdobne po-pier-dół-ki. Drugi miał już większe aspiracje, o, to tam wybudował, i tamto, a następny zainwestował w przydomowy ogródek, nic wystawnego, 14 akrów. Kolejny biskup oświecony łaską pańską zwiększył podatki tak bardzo, że dla powstrzymania naporu zdenerwowanych podatników musiał sobie wybudować o ten tu widoczny Wielki Gruby Mur.

A ta wolno sobie stojąca ścianka z oknami? W czasie Wojny Róż przyszli po cynę z dachu katedry, żeby ją, prawda, przetopić na działa, as you do, na szczęście mała łapóweczka przekonała ich, że cyna z dachu Great Hall’u biskupstwa jest lepszej jakości, więc katedra ocalała, ale Great Hall od tamtego czasu służył głównie za zbiornik deszczówki. Któryś tam z kolei biskup był estetą, doszedł do wniosku, że nie podobają mu się cztery ściany bez dachu, i że jedna będzie wyglądać lepiej, i w duchu wiktoriańskiego romantyzmu wyburzył pozostałe. Tu są chusteczki dla członków National Trust, proszę, proszę. Nic nie szkodzi, niech pani dmucha bez krępacji. Matko, ależ pani ma potencjał! Nasz obecny biskup nadal mieszka na terenie pałacu, ale zajmuje z małżonką jedynie skromne dwupokojowe mieszkanko. O, a oto i biskup, proszę bardzo, ten tam w dresie, sortuje śmieci. Pomachajmy do biskupa, wszyscy machają, bardzo ładnie.

7ogrody pocz palacyk

A tutaj są te źródła właśnie, które dały naszemu Wells nazwę (well – studnia, również inne źródło wody, najczęściej o jakichś superwłaściwościach). Jeden biskup umyślił sobie, że jak podaruje te źródlaną wodę mieszkańcom to zyska dodatkowe punkty u pracodawcy na Górze; dlatego właśnie przez miasto płynie woda w specjalnych rynienkach, zauważyliście? Jako backup biskup sprytnie ogłosił, że źródło wyschnie, jeśli obdarowani przestaną mu żarliwie dziękować w modlitwach. Na wszelki wypadek do dziś się odprawia mszę w jego intencji. W tych kręgach to nigdy nic nie wiadomo – szepcze Pan Przewodnik, z niejasnej przyczyny rozglądając się nerwowo dookoła. Grupa z przyczyn jeszcze mniej jasnych natychmiast robi to samo.

wells

well

A tu, za murkiem, o, to były jelenie na które sobie państwo biskupstwo polowało z królami i innymi celebrytami. I jeszcze była tam kiedyś bitwa. Słynna bitwa o Wells. Słyszeliście o niej oczywiście..? Grupa gwałtownie wykazuje zainteresowanie układaniem wzorków z kamyczków; pan w panamie ogląda paznokcie tak intensywnie, jakby od tego zależało jego życie. Nie mówcie mi, że nikt o niej nie słyszał??? – Pan Przewodnik jest wzburzony. Proszę się przyjrzeć temu polu bardzo uważnie, bardzo uważnie! Wszyscy rzucamy się do dziury w płocie i gapimy się intensywnie na puste pole mając nadzieje zobaczyć tam odkupienie win. Chuda dziwoszka w okularach gapi się tak mocno, że marszczy nos, co z kolei unosi jej górną wargę do góry nadając wygląd zębatej myszy. Widzicie..? Nie widzicie, i nie zobaczycie, ha! Bo nic tam nie ma! Nie było żadnej bitwy, uhahaha, ale was nabrałem! Było tak: atakujący wystrzelili siedem kul, obrońcy uciekli, a wieczorem wszyscy razem spotkali się w pubie.

I jeszcze tylko wam opowiem o łabędziach z Wells. Otóż biskup taki i taki nauczył je uderzać w taki specjalny gong jak są głodne i wtedy się je karmi. Ta umiejętność zakodowała się w pamięci genetycznej kolejnych pokoleń łabędzi. Niestety, ta parka, którą tu widzicie, rzadko używa gongu. To smutne; nie wiemy, dlaczego. Dlaczego? – dramatyczne pytanie zawisa w powietrzu. Może nie są głodne? ryzykuje nieśmiało pan w panamie. Pan Przewodnik rzuca mu spojrzenie pełne politowania. Nie proszę pana, bo są sztuczne, uahahaha.

DSCN2911

 __________

Wpis luźno oparty na panu przewodniku-wolontariuszu z Bishops Palace and Gardens w Wells (hrabstwo Somerset), posiadaczu tubalnego głosu i barwnego sposobu narracji. Zarówno miejsce, jak i usługi przewodnika (wliczone w cenę) bardzo polecam.

Info praktyczne: wstęp: £7.20. Parkingi pay and display w całej okolicy.

Inne ciekawe rzeczy w Wells: przepiękna katedra, ulica Vicar’s Close, ogólnie bardzo przyjemne miasto, więcej szczegółów wkrótce.

kierunek północ

 IMG_0272

No więc, Yorkshire. Leży na dalekiej północy, jest największym hrabstwem w Anglii i zamieszkują je ludzie wymawiający tylko jedną – najczęściej środkową – sylabę w każdym słowie. Ich rozmowa przypomina mi szybkie odbijanie piłki tenisowej, ale niewykluczone, że to ja mam jakiś uszczerbek na słuchu. Wieść gminna niesie, że mieszkańcy Yorkshire uważają się za lepszych Anglików od reszty Anglików, swoje hrabstwo określają skromnie jako „god’s own county”, i najchętniej widzieliby je jako terytorium niepodległe. Najlepiej gdzieś przy Kanarach. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale faktem jest, że właściwie każde hrabstwo w Anglii ma swoją specyfikę, akcent(y), produkty, historię, tradycje, wrogów i przyjaciół; zazwyczaj północ nie lubi południa, wschód zachodu a ludzie z Kornwalii nie lubią nikogo.

7

Bogatą historię Yorkshire widać np. w nazwach miejscowości. Rzymianie, Normanowie i Wikingowie pozostawili po sobie np. sympatyczne łamańce językowe w rodzaju Bramham cum Oglethorpe, Laughton-en-le-Morthen, Ouse, Appleton-le-Street czy Heckmondwike. Przez stulecia niesforne hrabstwo wplątywało się w coraz to nowe polityczno-religijne afery, włączając przegraną z kretesem ‚Wojnę Róż‚, oraz rewolucję przemysłową. Ślady tych wydarzeń są łatwe do wypatrzenia; Anglia żyje otoczona swoją historią, czasem tylko zamykając ją w muzeach ze zbójeckimi cenami wstępu.

6

Przejazd przez Yorkshire przypomina trochę przejazd przez Belgię. Ciągnące się w nieskończoność proste drogi otaczają wielkie otwarte przestrzenie ubarwione w tej chwili kwitnącym masowo rzepakiem; co jakiś czas na drogę wyskoczy jakąś ubożuchna wiesiunia z boarding school dla nizin społecznych* (sarkazm taki). Hrabstwo posiada w swoich granicach aż dwa i pół parku narodowego, rozliczne rezerwaty i inne strefy ochrony krajobrazu oraz efektowne wybrzeże morza Północnego. Posiada też, o zgrozo, Yorkshire curd tarts, czyli babeczki, które smakują jak połączenie polskiego sernika z kremem brulee. Dwa inne typowe ciasteczka z regionu to h’eccles cake i Bakewell tart, moim zdaniem nie tak pyszowate jak curd tart, curd tart, you’re my curd tart (na melodię Sex Bomb), ale też zdecydowanie warte przetestowania.

IMG_0246

IMG_0247

Głównym miastem hrabstwa jest słynny York. Skoro słynny, to oczywiście oblepiony turystami. Moja cierpliwość do tłumów jest tylko nieznacznie większa od cierpliwości do zakupów; obie zamykają się w jakichś 40 minutach. Chciałabym mieć możliwość powłóczenia się po ulicach Yorku o piątej rano albo w nocy; można tam wypatrzeć tyle uroczych starych detali, zwłaszcza w The Shambles, świetnie zachowanej średniowiecznej ulicy (a raczej całej dzielnicy). Katedra w Yorku  (Minster) oczywiście, tak; nie żebym namawiała do złego, ale wślizgnięcie się tylnym wejściem oszczędzi ci dychę. Ja w ogóle jestem zadeklarowanym przeciwnikiem rip-off’u (oskubywania konsumenta z kasy) i walczę z nim wszelkimi dostępnymi metodami, np. tresspassingiem albo omijaniem szerokim łukiem. Polecam.

5 4 8

2

W Yorku mają też ciekawe muzeum kolei, National Railway Museum, w którym można sobie np. obejrzeć najszybszy pociąg na świecie, japoński ‚bullet’, czyli ‚pocisk’. Dla mnie bullet już na zawsze pozostanie wspomnieniem traumatycznym; to w nim pieprznął mi o podłogę ukochany obiektyw, Sigma 10-20mm, wart więcej niż większość moich pozostałych aktywów razem wziętych. Huk, szkło; prawie sama grzmotnęłam o tę cholerną podłogę. Na szczęście jakimś nieprawdopodobnym cudem obiektyw działa, a stłukł się tylko filtr UV. Japońska technologia..

IMG_0241IMG_0283 IMG_0280

Więcej o tym, co Tygryski NAPRAWDĘ lubią w Yorkshire następnym razem.

Dodam tylko, że najlepszym i najtańszym sposobem parkowania w Yorku jest Park and Ride. Jest chyba z pięć albo sześć różnych parkingów, a autobusy kursują co 10-15 minut.

1

 * Dla tych, co nie wiedzą, brytyjskie boarding schools to ekskluzywne płatne szkoły z internatem, do których wysyła się dziecioki z rozdziałem na płeć już w wieku 3-4 lat; wracają do domu tylko na wakacje. Vide organizacja Hogwartu. Szkoły są najczęściej lokowane poza miastami, w ‚dobrym’ sąsiedztwie i uważane są za najlepszą inwestycję w przyszłość dziecka. Poziom kształcenia i wpajana dyscyplina, a także zawierane przyjaźnie i wyrabiane koneksje czynią przyszłość ucznia przewidywalnie promienną. Jedną z najsłynniejszych szkół boardingowych jest Eton, którą ukończył m.in. premier Cameron czy książę William. Czaisz, o co w tym wszystkim chodzi. To kraj który tak naprawdę nigdy nie miał rewolucji społecznej na miarę francuskiej i pozostaje w dużym stopniu organizmem klasowym.

 

kręgle, staruszki i samobójcy

east

Na południu Anglii jest bardzo ciekawie; można np. pograć w kręgle. Gra w kręgle polega na noszeniu szpanerskich butów, robieniu min typu jeeee who’s the prezes now, he?? i wykonywaniu rytualnego tańca z wymachem bioder za każdym razem jak kula trafi w kołki. Nie ogarniam, nie czuję; mimo to ograłam sześć osób. OK, to prawda, że trzy z ogranych osób miały łącznie mniej niż 12 lat, ale to nie ma znaczenia. Historia zapamięta fakt zwycięstwa, nie jego jakość.

harry

Poza tym, na południu Anglii znajduje się Eastbourne, w którym już kiedyś byłam, i które kiedyś zrobiło na mnie bardzo przyjemne wrażenie. Może dlatego, że w odróżnieniu od większości brytyjskich kurortów wakacyjnych nie jest mekką rodzin z dziećmi, ale emerytów. Eastbourne jest powleczone delikatną patyną wiktoriańskiego uroku, a jego rezydenci przechadzają się statecznie w eleganckich chodzikach, leżakują na promenadzie z kocykiem na kolankach i nie grają w crazy mini golfa. Występuje tu również mniejsze niż w innych kurortach natężenie kiczu. W dodatku ta część kraju uważana jest za najsłoneczniejszą w Wielkiej Brytanii (cieszy się ośmioma, a nie jak inne części sześcioma słonecznymi dniami w roku). Tym razem słońce miało focha i w głównej roli występował huragan; na ekranie gościnnie pojawiała się też zimna mżawa. Wiało tak, że spychało z chodnika, i można się było na tym wietrze prawie położyć zaprzeczając prawom grawitacji, co fajne było i potencjalnie pożyteczne, np. jakby się trzeba było uchylić przed nisko przelatującymi porwanymi przez wiatr staruszkami. Z jakiejś przyczyny nie mogłam przestać się śmiać; od śmiechu i wiatru łzy leciały mi po twarzy. To lubimy.

DSC_0106c

W Eastbourne może się człowieku przydażyć również wiele innych interesujących rzeczy.

Można np. siedzieć na ławce i przyglądać się, jak żwawa staruszeczka ciągnie za sobą kupkę zbolałego psiego nieszczęścia; jak nieopatrznie nawiążesz kontakt wzrokowy, to staruszeczka zaraz ci opowie z detalami, jak to nieszczęście długo cierpiało na straszliwe zaparcia. Jak tylko zorientowałam się, że to po pewnych psich herbatniczkach, natychmiast oddałam całe sześć paczek do pobliskiego schroniska, dodaje staruszeczka pękając z dumy nad swoim dobrym serduszkiem i megainteligencją.

Można też uciekać przed zimnym deszczem i schować się w kafei, której nie powstydziłby się najwcześniejszy peerel. Kafeja tytuuje się najstarszą lodziarnią w Eastbourne i w związku z tym sprzedaje głównie frytki oraz zatrudnia kelnerkę w adekwatnym do reputacji lokalu wieku. W menu był głównie Zjazd Frytek z Talerza Podczas Transportu, Prawie Gorąca Herbata w Połowie Na Podłodze i możliwość bezwstydnego podłuchiwania stałych bywalców. Jedna niezwykle zadbana pani w jedwabnej chustce i w pełnym makijażu opowiadała drugiej pani w chustce z makijażem, jak to jej młodsza córka właśnie miała zoperowane biodro i zniosła to bardzo dobrze jak na 78-latkę. Słit or łot.

3

Potem można iść poszukać czegoś do zjedzenia w którejś z młodszych knajpek. Wybór wege jest w Eastbourne trochę ograniczony, chyba, że jesteś fanem frytek; na szczęście mają kilka knajp włoskich, a włoskie zawsze mają wege, za co je lubimy bardzo. Niestety, wegemenu bylo tym razem ograniczone głównie do koziego sera, co jest straszne i nie lubimy. Trzeba sobie radzić, więc pytam kelnerkę, czy mogą mi zrobić calzone z kurczakiem bez kurczaka, bo jestem wegetariankąna co pani odpowiada z entuzjazmem, że jak najbardziej. Super, to biegnij, Lola, bo głodni. Za 10 minut pani wraca. Dumnie stawia przede mną calzone bez kurczaka, za to artystycznie obłożone włoską szyneczką prosciutto i radośnie oznajmia: proszę bardzo, jedno wegetariańskie cal.. o. O. Szynka.. Hm. Trochę szyneczki nie przeszkadza chyba..? Szef tak się starał..

6 5

Po zjedzeniu wege calzone z szynką (bez szynki) można znowu rzucić wyzwanie sztormowemu wiatru i skoczyć na znajdujące się nieopodal majestatyczne białe klify Beachy Head. Beachy Head to ikona wśród brytyjskich krajobrazów, głównie za sprawą malowniczej pasiastej latarni. To również słynna na cały kraj mekka samobójców. Ja tam nie wiem jak ktokolwiek może skoczyć z tego klifu przy takim silnym odpychającym wietrze od morza. Bardziej prawdopodobne jest, że  delikwent się zmęczy próbami, wróci do domu, napije się ciepłej herbaty w filiżance bone china z różyczkami (czynność znana ze swych właściwości antydepresyjnych) i zacznie wszystko od początku.

Szkoda, że tak wielu jednak próbuje do skutku. U stóp majestatycznego klifu życie kończy średnio 20 osób rocznie. Liczba potencjalnych samobójców jest tak znaczna, że klify są reguralnie patrolowane przez Beachy Head Chaplaincy Team – chrześcijańską organizację charytatywną niosącą wsparcie desperatom. Działają  prężnie, i co najważniejsze skutecznie. Według ich strony tylko w zeszłym roku udało im się odwieść od przedwczesnego spotkania z wiecznością 364 osoby. Szacuneczek.

No. Mówiłam, że ciekawie na tym angielskim południu.

PS. To te same białe klify co w słynnym Dover, które znajduje się o jakieś pół godziny jazdy od Beachy Head. Jeszcze więcej o południu Anglii można poczytać tu.

beachy head 8

DSC_0191 4 7

kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków

No to pojechałam obejrzeć to legendarne Blackpool.  Legendarne Blackpool wygląda m.in tak:

DSC_0020i jest kurortem na zachodnim wybrzeżu Anglii, w którym relaksuje się głównie tzw. klasa pracująca oraz co poniektórzy beneficjenci systemu świadczeń socjalnych. Będzie już ponad sto lat jak Wiktorianie wymyślili, całkiem słusznie, że robotnik powinien mieć 1 dzień wolny w tygodniu, a potem nawet całe dwa tygodnie każdego roku, żeby mógł podreperować zdrowie naruszone niewolniczą pracą w kopalniach i innych produktach Wielkiej Rewolucji Przemysłowej. Więcej to nie, bo mu się w głowie poprzewraca. Robotnik z podreperowanym zdrowiem będzie wydajniej pracował, odkryli sprytnie Wiktorianie. I tak powstały wczasy pracownicze; a potem te wszystkie miejsca do zakwaterowania wczasów i dostarczenia rozrywki stosownej do statusu społecznego; np. właśnie Blackpool. Wiktorianie ogólnie mieli głowę do interesów, nie bez znaczenia pozostawał więc fakt, że robotnik na wakacjach wydawał kasę garściami, raz do roku mogąc poczuć się jak panisko. Acha,  jeśli ktoś nie wie, to Wiktorianie to byli ci faceci w cylindrach i kobiety w kapeluszach i kiecach do ziemi w serialach BBC osadzonych w epoce królowej, i tu przytomnie zgadłeś, Wiktorii.

DSC_0195

Największe lata świetności kurort przeżywał pod koniec XIX w, ale do tej pory wie dokładnie co robić, żeby oprzeć się nie tylko konkurencji tanich wczasów w słonecznej Hiszpanii, ale ogólnemu spadkowi koniunktury, który dotyka tego typu miejsc w całym kraju np. na skutek tej nieszczęsnej recesji. Recepta na zarabianie dużej kasy w Blackpool to dostarczyć klasie pracującej dokładnie tego, czego jej potrzeba.

Np. salony z tandetnymi automatami do gry. Wesołe miasteczka. Trzy mola. Wielką wieżę na wzór francuski. Tanie noclegi, tanie żarcie (zapach frytek drugiej świeżości unosi się w powietrzu jak zapach trawy w Amsterdamie), relatywnie tanie napoje wyskokowe, figury woskowe celebrytów z oper mydlanych, kluby zdolne pomieścić każdą ilość wieczorów kawalerskich, wyroby kabaretopodobne i ogólnie kicz w megastężeniu.

DSC_0146 DSC_0192 DSC_0092 DSC_0178Zniechęcony? Niesłusznie. Jestem pierwszą osobą, która po przeczytaniu powyższego opisu nie dałaby się tam zaciągnąć przysłowiowymi wołami; a jednak byłam i wróciłam pozytywnie rozczarowana (uwielbiam ten lingwistyczny flirt wykluczających się przeciwieństw). Po pierwsze, miasto ma czym oddychać. Wszystkie jego atrakcje, zamiast stłaczać się w jedną małą klaustrofobiczną strefę hałasu, są rozciągnięte wzdłuż wielokilometrowego pasu wybrzeża; miasto oddzielone jest od bezkresnego morza przystojną promenadą oraz trakcją tramwajową (ewenement na skalę kraju). Tramwaje śmigają w prawo i lewo co kilka minut. To właśnie wzdłuż trakcji tramwajowej rozkwitają pod koniec roku słynne blackpoolskie iluminacje. Kolejny genialny pomysł jak przedłużyć sezon letni, przyciągnąć tysiące ludzi do miasta i zarabiać kasę. Świateł jest podobno milion, i mają najróżniejsze kolory i kształty.  Dodają miastu wiele uroku; co tu dużo gadać – robią wrażenie.

DSC_0186

DSC_0190 DSC_0211 lightsOprócz świateł najsłynniejszą atrakcją Blackpool jest wieża zbudowana na podobieństwo tej francuskiej. Z wieży roztacza się Widok Nie Do Pogardzenia, i całe szczęście, bo sam wjazd na szczyt kosztuje 13 elżbiet. Wieża ma miejscami szklaną podłogę (ma się trochę wrażenie stąpania w powietrzu) i widać z niej jedną z ozdób promenady – sprytnie ułożoną ‚gazetę’ z tekstami z najlepszych brytyjskich komedii. Z wieży nie można skoczyć, dodam na wszelki wypadek gdyby ktoś, prawda, rozważał, czysto teoretycznie, oczywiście.

DSC_0153 DSC_0097

Ogólnie, proszę państwa, jak ktoś się waha, jechać czy nie, to mówię: jechać. Nie na tydzień, uchowajbosh, ale na weekend jak najbardziej. Zwłaszcza, jak ktoś jest gejem, bo tam mają dużo gej-frendli klubów, tzn. tak słyszałam.

Acha, żeby zobaczyć iluminacje trzeba jechać w okolicach października-listopada, bo 10 listopada je wyłączają, Gremliny w banku Gringotta zaczynają przeliczać zyski i upychać w tajemnych skrytkach, a miasto zapada w zasłużoną acz krótką drzemkę regeneracyjną – do świąt.

DSC_0034

jesienne liście, żelazne mosty

DSC_0046

Jest takie miasteczko w Anglii, w hrabstwie Shropshire (West Midlands), które nazywa się Ironbridge. Znane jest głównie z wynalezienia wielkiej rewolucji przemysłowej. Tak przynajmniej przechwala się lokalna informacja turystyczna; inne źródła wspominają o miasteczku tylko jako jednym z wielu ognisk zapalnych rewolucji. W każdym razie, gdziekolwiek ognia nie rozpalono, woda wrzała również w Ironbridge. Rewolucja wynalazła tanie sposoby wytwarzania żelaza, zamieniła produkcję ręczną na maszynową, i położyła podwaliny pod zmorę naszych czasów: agresywny kapitalizm oparty na redukcji kosztów i maksymalizacji zysków. Symbolem narodzin nowej ery był most, od którego pochodzi nazwa miejscowości. Pierwszy na świecie most zbudowany z żelaza. Oddany do użytku w 1781 do dziś zachwyca elegancką linią rozciągniętą w łuk ponad rzeką Severn. W tamtych czasach to było wydarzenie o randze pierwszego lotu w kosmos lub wynalezienia grillowanego camembertu. No co, każdy ma swoje priorytety. Świat na moment osłupiał w zachwycie, po czym rzucił się w wir obłąkanego wyścigu o prymat w postępie technicznym.

DSC_0037

Ironbridge miało swój okres wiktoriańskiej prosperity a potem, w okolicach połowy XX wieku, swój okres upadku. Z postindustrialnego marazmu wyrwało je UNESCO, obejmując most i okolicę swoim patronatem jako część światowego dziedzictwa kulturalnego. Co oczywiście przyciągnęło w te okolice masową turystykę, wydajnie podnosząc poziom życia mieszkańców, thank you very much.

aa

DSC_0065

Spacerując po Ironbridge i przyległych wioskach, w których przyjemna dla oka architektura miesza się z pozostałościami po industrialu, można niemal przenieść się w czasie. Zwłaszcza teraz, jesienią, kiedy opadłe liście i dym z domowych kominków pięknie współtworzą atmosferę świata, który już dawno przeminął.

DSC_0094

Od razu uprzedzam: pół dnia to za mało na Ironbridge. W okolicy jest chyba ze sześć różnych muzeów, a na dokładkę ‚wiktoriańskie miasteczko’ w którym panie noszą długie kiece i kapelusze ze wstążkamy, a panowie cylindery. Wszystkie muzea są płatne; ale samo włóczenie się po mieście i okolicy, most oraz park and ride są za darmo. W trakcie włóczenia się można się np. napatoczyć na nietypowy cmentarzyk quarków, na którym chowają każdego, niezależnie od religii, poglądów czy stosunku do serów pleśniowych; trzeba tylko wyrazić życzenie, i stajemy się małą tabliczką pod płotem. I już.

DSC_0120

A wszystkie  chodniki w Ironbridge mają żelazne krawędzie, co jest bardzo unikalne i fajne i lubimy.

DSC_0021

To chyba tyle. Jeszcze mapek orientacyjny dzięki uprzejmości google i Oficjalna strona Ironbridge.

mapek

Na koniec jeszcze chciałam powiedzieć, że jakby ktoś chciał się nauczyć prowadzenia koparek przedsiębiernych lub zbierakowych, albo nawet chwytakowych, to służę pomocą. Niedawno skończyłam tłumaczenie stu pytań i odpowiedzi odnośnie bhp na budowie; jeśli kiedykolwiek będę chciała popełnić jakąś zbrodnię to spokojnie mogę, bo pokutę już odbyłam.  Mimo wszystko, wciąż uwielbiam tą robotę.

DSC_0138

Tu byłem. Król Artur.

Nic tak nie służy przemysłowi turystycznemu jak powłóczyste zamglone legendy, których prawdziwość jest trudna do udowodnienia i poniekąd nawet niepożądana. Legendy można sobie ukształtować, z faktami już trudniej. Jedną z najjaśniejszych gwiazd turystyki brytyjskiej jest oczywiście król Artur. Istnieje przynajmniej kilka potencjalnych miejsc urodzenia i zgonu króla, plus kilka miejsc pochówku niezależnych od miejsca zgonu; potencjalne groby z królem, bez króla i z częścią króla; poważna liczba potencjalnych Camelotów. I są dziesiątki kamieni wolnostojących, o które rzekomo wsparł się król i popadł w zadumę nad istotą wszelkich spraw, np. walorów Ginewry. Jedyne, co łączy je wszystkie, to wyrażenia prawdopodobnie, według legend oraz powszechnie uważa się, że. Ot, taki malusi bufor bezpieczeństwa gdyby jednak okazało się, że złotodajny król nie tylko nie zmarł w Brytanii, ale w ogóle się nie urodził.

Błyskawicznie przenosimy się do Kornwalii, konkretnie o tu… (dziękujemy ci google za twe szczodre mapy)

mapka

…do jednego z najsłynniejszych miejsc dojących królewską franczyzę. Zamek Tintagel w Kornwalii powszechnie uważany jest za miejsce poczęcia Artura. Zamek to określenie nieco na wyrost, jak sami możecie zobaczyć na zdjęciach pod spodem, pożyczonych ze strony English Heritage; musiałam pożyczyć, bo jak tam byłam sześć lat temu to pogoda była totalnie zasmarkana i na zdjęciach wyszła głównie mistyczna angielska mżawa. A szkoda, bo Kornwalia to piękne miejsce na tej poczciwej Ziemi, o czym już kiedyś przekonywałam.

tintagel-banner-oct-2

tintagel-banner-oct-4

W chwili obecnej zamek znajduje się praktycznie na krawędzi klifu, nawet coś tam się niedawno osunęło odkrywając jeszcze więcej ruin i prawdopodobnie miedziany nocnik królewski. Z powodu rojal ledżend i lokalizacji Tintagel jest promowany wszem i wobec jako najromantyczniejsze ruiny Anglii. Pod zamkiem jest zatoczka i sklep z plastikowymi arturami oraz dostępna w czasie odpływu grota Merlina, kolejnej gwiazdy turystyki brytyjskiej, niemal równie złotonośnej. Dostępu do ruin zamku strzeże szwadron bab biletowych kasujących jak za  wstęp do Taj Mahal; jak się przejdzie baby to rozhuśtany most nad rwącym morzem stromo w górę to już mały pikuś.

A niedaleko od zamku znajduje się sympatyczna wioseczka o nazwie też Tintagel, w której mają taką pocztę stareńką z falistym dachem i mnóstwo infrastruktury do łupienia turysty.

fg 129

A tak w ogóle, to król Artur to bardziej postać celtycka niż angielska i dlatego Walia też ma swoje własne miejsca urodzeń, zgonów i zadum nad Ginewrą. Szczególnie wszelkich rozmiarów kamienie oraz potencjalne Cameloty są do wytropienia na terenie całego kraju. Jakby ktoś chciał sobie potropić to można zacząć stąd.

A oto przykład rojal kamienia do znalezienia na półwyspie Gower. Prawda, jaki niezmiernie efektowny?

Jeśli chodzi zaś o Merlina, to osobiście najbardziej lubię go w wyrażeniu Merlin’s beard! używanego przez pana Weasley’a w harrympotterze celem wyrażenia bezdennego zdumienia złożonością świata zewnętrznego.

wwwtoonpool.com

A poza tym, to wróble zostały objęte ochroną prawną w UK jako gatunek zagrożony wyginięciem, a wiosna została anulowana. Ale kurde przynajmniej sprawiedliwie, wszędzie.

niektórym to zawsze pod górę

DSC_0062

The Malverns to pasmo wzgórz na pograniczu trzech angielskich hrabstw: Herefordshire, Worcestershire i Gloucestershire. Kto wymówi poprawnie i bez zająknięcia wszystkie trzy nazwy, ten będzie moim smokiem i zabiję dla niego księżniczkę. Czy jakoś tak; mogłam coś pomieszać, bo się od tego latania po wzgórzach przeziębiłam i nie mogę się na niczym skupić. Wpływa to niekorzystnie na moją pracę; np. wczoraj totalnie straciłam wątek, kiedy komisja lekarska zapytała mi klientkę: do you have any trouble emptying your bowels?*. Zaległo pięć sekund ciszy, w czasie których wszystkie nadające się do zastosowania w tych okolicznościach przekłady wyparowały jej z głowy, po czym Ania wywaliła z kamiennym profesjonalizmem na twarzy: z kupką u pani wszystko w porządku? Klientka postawiła oczy w słup, po czym przytomnie odpowiedziała pokazując prawdziwą klasę: nie narzekam, dzięki bogu; a u pani?

Jesteśmy tu (mapka by google):

mapka

wzg

No więc, the Malverns to wzgórza idealne do niewyczerpujących spacerów dla zdrowia. Nawet posiadały kiedyś status uzdrowiska. Konkretnie, status uzdrowiska posiadało sympatyczne miasteczko Great Malvern; w czasach wiktoriańskich przywożono tu bladolice Angielki o kruchym zdrowiu i wystawiano je na działanie zimnego górskiego powietrza, cudownej wody ze źródła, cream tea oraz całego tego pozostałego jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach opalamy się. Po dawnej świetności pozostało trochę architektury, np. ten hotel:

DSC_0021

Albo ta milusia kafejka, w której można nabyć herbatkę z ciachem; tzn. tak zakładam, bo akurat była zamknięta, co odebrałam jako osobistą zniewagę. W kafei znajduje się również ujście wody źródlanej, którą z powodu jej nadzwyczajnych właściwości leczniczych należy pić tylko po przegotowaniu.

kaffe

DSC_0183

DSC_0188

Alternatywnie można posłużyć się własnym przenośnym kateringiem, wyjątkowo tym razem składającym się również z torebek do herbaty; miły sercu brew należy popijać niespiesznie, ciesząc oko wielką otwartą przestrzenią.

DSC_0074

A potem iść sobie dalej, iść, w stronę słońca, i nawet się trochę zmęczyć, i poczuć takie miłe ogólne zadowolenie, że się zmęczyło, jak również pierwsze objawy kataru.

DSC_0083

Jeszcze zdążyć trzasnąć poniższą fotkę z myślą o panu BD, który zarekomendował miejsce:

DSC_0219

I spadamy do domu.

____________

* Czy ma pani jakieś problemy z wypróżnianiem?

o białych klifach, domach na wodzie i nauce języków obcych

Południowa część angielskiego wybrzeża, tak mniej więcej od Dover do Weymouth, charakteryzuje się posiadaniem białych klifów. Białe klify, jak sama nazwa wskazuje, są zwykle koloru szarego. I to wcale nie dlatego, że są jeszcze niedojrzałe, jak w znanym dowcipie o jagodach. Po prostu brudzą się na skutek działania nieżyczliwych czynników pogodowych. Dostęp do klifów jest utrudniony, po pierwsze dlatego, że okupowane są zwykle przez National Trust żądający haraczu w postaci pay and display;  a po drugie nie zawsze da się zejść do podnóża klifu z uwagi na jego budowę. Szare białe klify zbudowane są bowiem z kredy, która jest budulcem nerwowym i skłonnym do dramatycznych scen, obejmujących np. nagły osuw, często w towarzystwie jakiejś nieruchomości albo osób. Niektóre osoby spadają z własnej woli, co dodaje klifom specyficznej atmosferki i zwiększa sprzedaż breloczków w sklepach National Trust.

Plaże, jak widać, Południowa Anglia ma raczej do podziwiania, niż do opalania; szkoda, biorąc pod uwagę, że ma najwięcej słońca w całym kraju. Musisz mi niestety uwierzyć na słowo. Powyższe foty zostały zrobione w okolicy Beachy Head, niedaleko Eastbourne, East Sussex i padało. A przy okazji, serdecznie polecam nie spożywać niczego w kafei National Trust przy parkingu National Trust, oby sczezła.

A niedaleko znajduje się rezerwat przyrody Seven Sisters, oferujący m.in. takie widoki:

Jeszcze więcej efektownych klifów znalazłam już w innym hrabstwie, w Dorset, w rejonie Bournemouth, na tzw. wyspie Purbeck. Wyspa nie jest wyspą, ale nie czepiajmy się szczegółów. Miejsce w którym znajdują się klify nazywa się Studland Beach and Nature Reserve; nigdy nie zgadniesz, kto kasuje za parking. To ładne miejsce z ładnym spacerkiem do klifów, które wyglądają m.in. o tak:

Nieco dalej na północ znajduje się zatoka z pasmem piaszczystych plaży. Jestem fAnką tej okolicy, bo można tam zaparkować na drodze za darmo, tuż obok płatnego parkingu zgadnij czyjego. Plus to bardzo przyjemne miejsce o zagranicznej atmosferze (zagranica – zabawnie względne pojęcie), a plaża wygląda jak plaża, co też jest wyjątkowo zagraniczne:

Część zatoki nazywa się ładnie Shell Bay (zatoka muszelek); pływają po niej domy, molo się chwieje, a kafeja na nabrzeżu (o zaskakującej nazwie ‚Shell Bay’) ma Widok i rewelacyjną sałatkę z mozarellą. Żeby nie być gołosłownym:

Ten biały szczegół pod drzewem to właśnie kafeja z Widokiem i mozarellą. Jakby ktoś był w tej okolicy, zwłaszcza latem, to nie ma się co szczypać, warto się potraktować odrobiną gastronomicznego luksusu w nadzwyczaj przyjemnych, kontynentalnych okolicznościach przyrody.

Na koniec mapka orientacyjna gdzie dziś bylim, by google:

Tymczasem wracam już z tych angielskich wojaży do Walii, konkretnie do Swansea, które mam niemal za progiem, a które dotąd uparcie ignorowałam, zupełnie nie wiem, dlaczego.

Jeśli chodzi zaś o naukę języków obcych, to od kilku dni przekartkowuję książkę do hiszpańskiego celem przyszpanowania znajomością w trakcie nadchodzących wakacji na Gran Canarii; i jestem w stanie założyć się o wszystko co posiadam (czyli  niewiele, ale czerwony leżak jest całkiem do rzeczy) że NIKT nie przerobił NIGDY żadnego kursu (czy książkowego czy interaktywnego) do końca, a większość wymięka przy 30 procentach.

Jak nie, jak tak. Es verdad ¿no?

O Cotswolds, tyłku Pippy i szlachetnej sztuce fotografii komercyjnej

Fajnie jest byc tłumaczem, bo a to człowiek asystuje przy wyrywaniu zęba, a to przy usypianiu pacjenta do operacji przez Szczególnie Przystojnego Anestezjologa, a to przy przesłuchaniu na okolicznośc podejrzenia o przestępstwo b-e; nie dośc, że się dobrze bawi, to jeszcze mu za to conieco płacą. Nie może byc lepiej. Po drugie, ja naprawdę bardzo proszę, żeby już nikt nie wspominał o tyłku Pippy Middleton. Również informuję, że otwarty został rachunek bankowy, na który można już wpłacac duże kwoty pieniędzy, które zostaną przekazane mi na zakup biletu na koncert Dżordża M. (w towarzyszeniu orkiestry symfonicznej) w grudniu. Bilet jest, oczywiście, zbójecko drogi, więc nie ściskaj kurczawo portfela, no już, już, ostatecznie chodzi przecież o wspieranie szlachetnej inicjatywy kulturalnej. No i na pewno Dżordż zaśpiewa to, i jak będzisz się czuł wiedząc, że przez twoje skąpstwo omija mnie coś takiego..?

Po kolejne: TA-DAM! Oto strzelają korki od szampana, faluje wiwatujący tłum, podrabiany tancerz flamenco wystukuje obcasami Final Countdown (kto dziś pamięta Joey Tempesta?), Szczególnie Przystojni Anestezjolodzy poluzowują kołnierzyki, cycate hostessy roznoszą orzeszki, przedstawiciele prasy lokalnej entuzjastycznie wypisują peany w swoich nołtbukach, ajfonach i jednym tradycyjnym notesie w niebieską linię. Drodzy Przybyli! Oto jest. Wreszcie. Moja pierwsza strona internetowa! <oklaski>. Oczywiście nie taka jak bym sobie życzyła, ale darmowa, a na darmowe się nie wybrzydza. Na razie wystarczy. Tym samym, starania o fotograficzne zawodowstwo uważam za otwarte. <oklaski>. Dziękuję, dziękuję. Pan w tylnym rzędzie wyjmie tę paczkę pistaszków z kieszeni, jak mu nie wstyd. <chichot>. No więc, drodzy, drogie,  Tutaj można rzucic okiem na to co robię oraz może nawet złożyc zamówienie. Każdy entuzjastyczny feedback mile widziany, negatywny proszę napisac komuś innemu, najlepiej konkurencji <śmiech, oklaski, ktoś łamie górną dwójkę na orzeszku>.

Tymczasem Cotswolds, Anglia, obiecane, a już prawie zapomniane w nawale spraw.

Z racji olbrzymiej popularności regionu nie może w nim zabraknąc standardowych atrakcji, jak: Łupienie Turystów połączone z Trochę Olewczym Stosunkiem, średniej jakości Full English Breakfast, średniej jakości Cream Tea, Mnóstwo Ładnych Rzeczy do Fotografowania przez Turystów oraz  Dużo Chińczyków. Gdzie jesteśmy – mapka by nieocenione google:

Cotswolds słynie głównie z malowniczych wioseczek, podobno typowo angielskich, tak ładnych, że aż oczy bolą. Tak ładnych, że wyglądają wręcz nienaturalnie, jak plany filmowe; każdorazowe pojawienie się istoty ludzkiej w drzwiach lub oknie stanowi pewnego rodzaju szok dla organizmu i wszyscy Chińczycy rzucają się, żeby zrobic istocie zdjęcie. Utrzymywanie takiego ładnego stanu rzeczy bardzo opłaca się mieszkańcom; po pierwsze kwitnie turystyka, po drugie przemysł filmowy, który naturalnie ukochał sobie Cotswolds, hojnie wynagradza swoje ‚plenery’ za wszelkie niedogodności związanie z częstą obecnością ekip filmowych. Ja z resztą nie mam nic przeciw, dzięki temu mogę sobie pochodzic po wiosce w której Chłopiec Który Przeżył przeżył swoje pierwsze spotkanie z Tym, Którego Imienia Nie Można Wypowiadac. Niewtajemniczeni niechaj spłoną wstydem pod moim potępieńczym spojrzeniem. Niezwłocznie rzucam na nich Imperiusa, na skutek którego dokonają niezwłocznej dotacji na rzecz mojego spotkania z Dżordżem.

 

    

Nie ma sie co rozpisywac, najlepiej sobie pojedź i zobacz. Wspomnę jeszcze tylko o jednym miejscu, które warto na pewno odwiedzic będąc w tamtych rejonach: Bath. Miasto znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego Unesco i szczyci się posiadaniem zabytkowych rzymskich łaźni uzdrowiskowych oraz gorących źródeł, które owe łaźnie od czasów rzymskich sobie zasilają. Bath jest ogólnie ładnym miastem ze starą architekturą, jednym z najciekawszych i najbardziej znanych jej elementów jest tzw. Royal Crescent, długi, efektownie zaokrąglony rząd domów z miesięcznym czynszem przewyższającym roczny dochód mojego gospodarstwa domowego, i koleżanki też. Poniższe zdjęcia pochodzą z Wikipedii.

Jakub mówi, że z anestezjologa jest ostatecznie niewielki pożytek, i jeśli ma się wybór, to on osobiście skupiałby się na dentystach.