Oswoić nieznane. Poradnik początkującego emigranta.

anna w walii

Początki są zawsze trudne. Wyjechałeś ze wszystkiego, co znasz. Wyjechałeś z domu, z przyjaciół, ze wspólnej płaszczyzny kulturowej. Nagle otacza cię nowa rzeczywistość, często przerażająco niedostępna, zwłaszcza, jeśli nie jesteś biegły w języku. Wszyscy tak zaczynamy; niektórzy z nas wchodzą w Nowe szybciej niż inni i świetnie się w nim odnajdują; niektórzy nigdy.

Kilka moich obserwacji, które mogą ci pomóc.

Nie zamykaj się w domu. Zacznij wychodzić, poznawać okolicę. Im częściej będziesz to robił, tym bardziej swobodnie będziesz się czuł.

Znajdź sobie jedno czy dwa specjalne miejsca, które będą tylko twoje. Chodź tam często, zawsze kiedy jest ci ciężko, kiedy potrzebujesz uciec, ale też kiedy jesteś szczęśliwy. Z czasem te miejsca staną się dla ciebie ważne, będą stanowić schronienie i jednocześnie punkt zaczepienia w Nowym. Im więcej będzie takich miejsc, tylko szybciej zauważysz, że właściwie nie czujesz się w Nowym już tak bardzo obco.

Wyciągnij rękę do ludzi z którymi przyjechałeś żyć. Oni też są ciebie ciekawi. Nawet jeśli wstydzisz się lub nie umiesz mówić w ich języku, powiedz ‚cześć’ i uśmiechnij się do kogoś na ulicy. Nikt w takiej sytuacji nie będzie wymagał od ciebie dyskusji politycznej; a życzliwość i uśmiech jest najskuteczniejszym orężem przeciwko lękom i uprzedzeniom. Wrzuć sąsiadce kartkę świąteczną przez dziurę na listy. Dzięki takim prostym gestom z czasem poczujesz się coraz bardziej włączony w Nowe.

Poczytaj trochę o Nowym. Spróbuj zrozumieć z jakiego punktu w historii i kulturze przychodzą ludzie, z którymi przyjechałeś żyć. Spróbuj się dowiedzieć, co jest dla nich ważne. Z czego się śmieją. Na kogo głosują. Oglądaj lokalne wiadomości.

Nigdy nie krytykuj głośno w chamski sposób kraju, do którego przyjechałeś żyć. Jesteś tu gościem.

Spróbuj zacząć wychodzić do kawiarni, restauracji. Nawet jeśli za pierwszym razem spocisz się cały jak mysz, bo nie będziesz mógł dogadać się z kelnerem, to za drugim razem będzie już lepiej, a za trzecim będziesz miał ‚swój’ stolik. Kolejna ‚swoja’ rzecz, która pomoże ci się oswoić z Nowym. Spróbuj lokalnego jedzenia, nawet jeśli uważasz połączenie rybki z octem za niedorzeczne.

Jeśli miałeś jakąś pasję w Polsce, spróbuj ją kontynuować. To prostsze niż myślisz.

Nie wstydź się tego kim jesteś, ale nie manifestuj w hałaśliwy sposób swojej odmienności, nie dawaj ludziom z którymi przyjechałeś żyć do zrozumienia, że wyświadczasz im łaskę zaszczycając ich swoim bezcennym towarzystwem. Nie bądź roszczeniowy.

Obserwuj. Ucz się języka. Miej otwarty umysł. Przyjmij inność z zaciekawieniem, nie z wystawionymi pazurami.

Czerp z Nowego. Kto wie, może przyjeżdżając tu podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu.

Jeśli mimo tego wszystkiego po kilku latach nadal będziesz czuł się w Nowym jak obcy, wróć do domu. Nie ma sensu się męczyć. Nie jesteś porażką. To po prostu nie dla ciebie.

still

drzewa cynamonowe

Bywa różnie, co nie.

Po przesadzeniu się z rodzimego gruntu na nowy, obcy, każdy emigrant musi znaleźć swój sposób na hodowanie nowych korzeni. U mnie korzenie rosną przez nogi. Schodziłam i zjeździłam Walię wszerz i wzdłuż, i chociaż nigdy nie będę ‚stąd’, to udało mi się nawiązać z tym krajem rodzaj związku partnerskiego opartego na zrozumieniu. Ja rozumiem kraj, a kraj pozwala mi się rozumieć. Mam sporo czułości do walijskiego krajobrazu, tak często smaganego podłymi okolicznościami pogody. Lubię język. I fakt, że gdziekolwiek się nie wybiorę, nie będzie tam tłumów. To ogromny plus Walii: nigdy nie została odkryta i zepsuta przez tę naprawdę masową turystykę (podejrzewam, że pogoda może mieć z tym coś wspólnego, hm). Łatwo tu znaleźć i zaadoptować ‚swoje’ miejsca, które z czasem mogą zastąpić te, które miało się kiedyś, w poprzednim życiu.

Najważniejsze, to znaleźć chwilę, żeby wpaść w jakąś kałużę, zjechać na tyłku z błotnistego pagórka, wypić herbatę pod drzewem. Złapać kilka minut zimowego słońca na twarzy. Odtruć codzienność. Ziemia, powietrze i słońce są wszędzie takie same (z tym słońcem to trochę poleciałam), i może nie trzeba trzymać się tak kurczowo wspomnień o Polsce, jak robi to wielu, ale tworzyć nowe, tutejsze. Tak jest po prostu łatwiej. Budować więzi. Safety net.

DSC_0017b

I tylko czasem myślę, że miło by było mieszkać gdzieś, gdzie słońce świeci cały rok a w donicach przed domem rosną drzewa cynamonowe. Albo pomarańczowe. Migdałowce. O.

pola rzepakowe

No więc, jadę sobie tradycyjnie busem do Berlina łapać samolot do domu; tym razem w busie nie ma żadnych buraków, polskich ani angielskich, cisza i pełna kurtura, nawet nikt nie świeci laptopem ani komórką po oczach;  pan niemiecki policjant, który zwykle nas kontroluje przez sześć godzin w poszukiwaniu wietnamskiej kontrabandy nie pojawia się, prawdopodobnie utkwił na lotnisku w Hiszpanii wracając z urlopu uahahaha! (demonicznie i z satysfakcją); tylko raz musimy się przesiadać, bo się cioś ziepsiuło – no w ogóle cud i balonik, panie. Żółty.

I nuda.

Więc patrzę sobie za okno i rozmyślam nad konsystencją rzeczy. Konkretnie pól rzepakowych. Patrzę, jak płynnie przechodzą z ziemi polskiej, przez smętną byłą enerdowską granicę, opuszczoną przez służby, na ziemię niemiecką; rozlewają się po horyzont i uwodzą soczystością barw zupełnie nieświadome dramatycznych konfliktów, podziałów administracyjnych i problemów społecznych ziem, które wzięły w swoje posiadanie.  Pchają mi się rozmaite refleksje natury ogólnej, których na szczęście nie chce mi się przytaczać, ale znalazło się miejsce i na politykę i na historię i na „Głową w mur” i na wstęp do „Europy” Normana Daviesa (tyle zdążyłam przeczytać przed wyjazdem). Z refleksji ogólnej przeszłam płynnie w bardziej szczegółową i  zachciało mi się wyprowadzić analizę swojej tożsamości, od ponad czterech lat z nalepką ‚emigrant‚ w funkcji constans.

Pamiętam jak dawno temu koleżanka rayuell, od wielu lat emigrantka w Niemczech, wypowiadała się na Fabryce o swojej polsko-niemieckiej tożsamości; mówiła, że żyje w Niemczech już 30 lat i dopiero powoli zaczyna czuć się jak u siebie, chociaż jest pewna, że na zawsze zachowa pewien pierwiastek obcości. Ironicznie, ten sam pierwiastek towarzyszy jej w Polsce. I jest coraz większy.

Bo to chyba tak właśnie jest, że emigrant (mówimy o człowieku dorosłym) wyrwany z korzeniami ze swojego środowiska macierzystego nigdy się nie przyjmie całkowicie w tym Nowym, Obcym. Może się przyzwyczaić, może przyjąć język, może kupić dom i założyć rodzinę, może mieć ulubione miejsca, ale zawsze będzie czuł się obco, bo nic nie poradzi na obcość wynikającą z braku współnej płaszczyzny narodowej, historycznej, kulturowej, wspólnych dowcipów, teleranków, cukierków z dzieciństwa, wspólnego postrzegania rzeczywistości. O ile rzepakowi zwisa tożsamość narodowa, to człowiek musi się określać, musi przynależeć, musi się definiować.  „Obcej” tożsamości emigrant nigdy nie nabędzie w 100%-ach, stara, polska, rozmywa się na skutek odcięcia od codziennych probelmów i wydarzeń, Małysza, zboża na torach i telexpressu. I ostaje się migrant jako ta sierota; wydaje mu się, że będzie mu lepiej, jak się będzie na tej emigracji trzymał z innymi sierotami, „swoimi” – ale przez to nigdy nie uda mu się zintegrować z miejscowymi i zawsze będzie istniał w nowej rzeczywistości tylko na pół gwizdka.

Z drugiej strony żyjemy w czasach wielkich migracji i mieszania kultur; taka jest dzisiaj dynamika życia, że niepiśmienna kobieta w burce przywieziona z zapadłej wiochy w Afganistanie potrafi przystosować się do życia w Londynie. Jeśli ona potrafi, to przecież nam, Polakom, ludziom z tej samej szeroko pojętej płaszczyzny cywilizacyjnej powinno być znacznie łatwiej. I jest łatwiej, oczywiście, ale i tak czasem dokuczliwie, bezkorzennie, dziwnie.

Na szczeście przez większość czasu można sobie po prostu żyć dniem codziennym, nie zawracać dupy całym powyższym tożsamościowym pitoleniem, a pola rzepakowe traktować jedynie w kategorii estetycznej. O wiele zdrowiej.

Photo: David Wall

Kuba się zastanawia

Kuba się zastanawia, co się zmieniło w jego odbiorze rzeczywistości od czasu jak napisał ten tekst. Ostatni przyzwoity tekst.

ruszyłem! z impetem w zakurzoną lirykę
znad taśm produkcyjnych obudziłem krzykiem
swoją muzę zalaną wariatkę Industrię kochankę
wymowną; piszemy emigracyjny song o Narodzie
wybranym do struktur przeszedłszym niejedno morze

gdy jest mi źle nie szukam prawdy w bogu
ledwo żywym w świątyniach szybkiej obsługi
(ewangelia fish’n’chips według świętego jerzego)
ledwo żywym jak stare dobre tradycje polish
wchodzisz ściągaj buty ukłoń się pani domu

prawd o życiu jest tyle w niecałkiem podłym bridgend
co polaków polaczków i pięknych polek w fabrykach
całe to popolowisko niedługo zarośnie chaszczami
nie zostanie z nas nic polskiego prócz archiwum peseli
i kompleksów; i goryczy że nas w starym kraju nie chcieli

jestem wciśnięty w mur hadriański rozbity na atomy
gdzie mam się obrócić co mam ze sobą zrobić
kto mnie odciął od podłoża tępym nożem Ja Naród!
blimey! wódki by się napił w łonie dziewiczym schował
polski tułacz wieczne skaranie pożal się ledwo żywy boże

I wychodzi mu, że nawet wódki już mu się nie chce. Ot, co.

Obserwuję, jak odchodzi. Patrzy w lustro i próbuje uchwycić gdzieś między piegami na nosie a niebieską plamką w oku przemijającą tożsamość. Ojczyzna to ziemia i groby, tak, słyszeliśmy, widzieliśmy, byliśmy na wycieczce szkolnej w Zakopcu.  Kuba się naczytał, narozumiał, nawiedział, ale odczuł dopiero z daleka. Z bardzo daleka. Kuba kocha cmentarz na Pęksowym Brzysku w stopniu obłąkanym, leje czy grzmi, idzie, stawia znicze, ma znowu tak mało czasu.

Ale ciężko się buduje Nowe z nogami w cemencie Starego, więc  na codzień Kuba odrzuca przeszłość, miejsca, czas, emocje, ludzi, nawet wiersze. Odrzuca Ciechowskiego z jego „Nie pytaj o Polskę”, który jeszcze czasem potrafi wzbudzić w nim poczucie niechcianej głupiej winy.  Tak łatwiej, w nocy już nie śni, w dzień cieszy się życiem.  Z drugiej strony, kiedy wszystko cichnie,  patrzy i obserwuje zmiany, które w nim zachodzą, płaszczyzny których nie znał, świadomości, które się dopominają przemyślenia.  Kuba czuje się Polakiem o wiele bardziej za granicą niż w Polsce. Lecz nie czuje się już przynależny Polsce.  Polska staje się ciepłym wspomnieniem, źródłem, początkiem, czułą macicą, do której nie ma powrotu.  Bo nie tylko Kuba się zmienia, Polska też się zmienia. I już coraz mniej wiedzą o sobie wzajemnie, i nie wkurzają się już na siebie, i nie obgadują za plecami, nie płaczą nad sobą, stają się sobie obcy. Obojętni. Kuba patrzy na ten proces wzajemnego wypłukiwania się i jeszcze nie wie, czy to dobrze, czy źle, ale wie, że mosty zostały spalone. A proces szukania nowego kontynentu, którego ułamkiem się stanie, już się rozpoczął.  Bo przecież nikt nie może być samoistną wyspą. Nawet Hugh Grant.

kuba