zimna woda zdrowia doda

DSC_0042

Bywało się. Na północy Walii, łatać kolejne dziury w wiedzy o miejscu stałego pobytu. To lubimy. Pogoda rozczarowała – w ogóle nie lało. Taka anomalia. Przywiozłam tyle materiału, że sama nie wiem, co najpierw fotoszopować. To zacznijmy od końca.

Często jest tak, że na gwoździe programu włazi się całkiem niespodziewanie i już prawie w drodze do domu. Czasem szuka się po prostu jakiegoś sensownego śniadania, bo w tanim motelu mają tylko marsy i fajki, i zjedzie się z drogi na chybił trafił za strzałką na pub; a potem nagle wpada się na takie rzeczy właśnie, jak Holywell z ‚cudowną studnią św Winifred’.

DSC_0028

‚Cudowna studnia świętej Winifred’ (Fryderyki?) w Holywell to miejsce szczególne, i nawet jak się nie jest wierzącym, to trudno nie poczuć w powietrzu tej atmosfery oczekiwania i nadziei, którą przesiąkły przez wieki jej mury. Już od 13 stuleci studnia przyciąga pielgrzymów z całego kraju, włączając koronowane głowy. Wielu z nich zostawiło swoje autografy na murach; najstarsza data jaką znalazłam to 1595. Niektórzy megaoptymiści zostawili na świadectwo cudu swoje już niepotrzebne kule; wtedy jeszcze nikt nie wiedział o sile autosugestii, która silna jest, ale na krótką metę. Założę się, że niejeden szybko pożałował swojego spontanu; i potem był płacz, i zgrzytanie zębów i dłuuuugie czołagnie do domu.

DSC_0006

DSC_0039

Sama Winifred była podobno dziewczęciem o wielu walorach; walorami nie chciała się podzielić z lokalnym księciem, więc sympatyczny młodzieniec poderżnął jej gardło. Legenda głosi, że panna zmarła, po czym zmartwychwstała; ale możliwe jest też, że książę nie znał się za dobrze na podrzynaniu i nie przeciął żadnych znaczących tych i owych. Anyway, w miejscu gdzie Winifred padła chwilowym trupem wytrysnęło źródło o uzdrowicielskiej mocy. Bajka bajka, ale nogę z artretyzmem do źródła się wsadziło jak nikt nie patrzył, tak..? Nie pomogło, ale podobno trzeba coś tam jeszcze mamrotać.

Jak na swój status i znaczenie, Holywell utrzymuje dość niski profil. Nie ma w nim plastikowych madonn jak w Lourdes; klienci po cud przychodzą i wychodzą, jakby od niechcenia, czasem zorganizowanym truchtem przekuśtyka wycieczka. Jeśli ktoś chciałby się wybrać przy okazji wizyty na północy, to najlepiej z samego rana. Jak będziesz miał szczęście, to wpuszczą cię na teren jeszcze przed otwarciem, i wtedy będziesz ty, Winifredowe źródło, średniowieczna atmosfera, pięć wieków graffiti i poranne mgły. Warto.

A o tym, że rzecz jest znana w pewnych kręgach świadczy ta oto notatka z okna ze sklepu z różańcami i biletami wstępu (cołaska 80 pensów):

DSC_0062

Uśmiechnęłam się złośliwie i poszłam sobie zaptacić za śniadanie. Pierwszy w życiu Welsh Rarebit (rodzaj grillowanej kanapki) w kafei obok; całkiem dobry, o, proszę:

DSC_0065

Z innej beczki, zapodawałam to już kiedyś na fb, ale od nadmiaru pi-aru głowa nie boli. Przynajmniej nie mnie. Jest nowa inicjatywa z dużym potencjałem, w której biorę udział jak mi czas pozwala: Blogerzy Ze Świata (Polacy) mieszkający w różnych częściach globu publikują artykuły na temat co to tam panie w tych częściach słychać – z punktu widzenia emigranta. Warto zerknąć.

Tymczasem.