Ydych chi’n siarad Cymraeg?

1 485

Są na tym świecie takie dziwoki, które lubią sobie dla relaksu otworzyć na chybił trafił książkę z objaśnieniami walijskich nazw własnych, albo poprzyglądać się mapie Walii myśląc ze złośliwą satysfakcją, jaki koszmar przechodzi pracownik angielskiego call centre próbując wklepać w system, że klient mieszka w Walii w Pontrhydfendigaid na ulicy Heol Llansantffraid, albo na ulicy Ffordd-Y-Gyfraith w Llansanffraid-ym-Mechain (przychodzi na myśl casus Brzęczyszczykiewicza z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową’). Zwłaszcza jak klient jest z Polski i sam jest kompletnie zagubiony w swoim adresie, lecz prze desperacko do przodu, gubiąc po drodze połowę spółgłosek, przestawiając samogłoski i nazywając literki z polska: cy, dy, e, nie, wróć, cy, by, i.. Po kilku minutach walk po obu stronach ściele się lingwistyczny trup; pot i krew zalewa słuchawki telefonów. W końcu advisor wpada na pomysł, żeby spróbować kodu pocztowego i wszyscy oddychają z ulgą (znów pod warunkiem, że klient dobrze przeliteruje). Jest. Uf. Nie będziemy już sprawdzać, czy ulica się zgadza, na pewno się zgadza… Że co trzeci list nie dojdzie, to już tam taki, prawda, szczególik.

Język walijski (z grupy celtyckich), najstarszy używany język w Europie, przypomina mi walijskie plaże – żwir chrobocze pod stopami, skały i kamienie wydają głuchy odgłos jak się po nich chodzi, a piaskiem się pluje jak człowieku naleci. Jest w nim chropowatość dźwięku i malowniczość poezji pisanej. Popatrz tylko na taki fragment pięknej pieśni Calon Lan:

Calon lân yn llawn daioni
Tecach yw na’r lili dlos
Does ond calon lân all ganu
Canu’r dydd a chanu’r nos

… no co, nie ładny? Nietrudno uwierzyć, że Tolkien inspirował się walijskim tworząc języki Śródziemia.

Na codzień posługuje się tym językiem tylko jakieś 20% Walijczyków, głównie z zachodu i północy kraju. To nie jest język łatwy do nauki, zwłaszcza w porównaniu z angielskim. Obcokrajowiec, który po raz pierwszy wjeżdża do Walii, natychmiast dostaje kociokwiku na skutek obcowania z podwójnym nazewnictwem na znakach drogowych i trochę to trwa, zanim się przyzwyczai. Można się kręcić w kółeczko na rondzie przez pięć minut próbując desperacko skoordynować swoje położenie z mapą i polec. Sat nav bardzo ułatwia sprawę; dodatkowo można polewać z tego, jak się system głosowy męczy z wymową i również no pasaran. No ale ostatecznie wystarczy podążać za strzałką, która poprowadzi cię jak biały królik Alicję wprost do krainy lingwistycznych czarów.

Nie jest łatwo, przynajmniej początkowo, polskim kierowcom autobusów albo taksówek w Walii. Jeśli wziąć pod uwagę, że rodowici Walijczycy sami czasem nie wiedzą, jak te cudne kobylaste kombinacje spółgłosek wypowiedzieć, a Polak to już napewno nie wie, i że dodatkowo każdy z nich nałoży na nie cień swojego pierwszego języka (którym dla większości Walijczyków jest angielski), ustalenie dokąd delikwent chce może chwilę trwać. Co przezorniejsi rodacy noszą przy sobie karteluszki z adresem, jak te dziecioki w czasie wojny.

A swoja drogą, zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda badanie wzroku u brytyjskiego okulisty jeśli pacjent nie posiada umiejętności spellingu po angielsku? To fajna zabawa; nie jestem pewna, czy okulary będą właściwe, ale wszyscy się uśmiechają i jest bardzo miło. Na szczęście większości polskich liter zaprawiony w bojach okulista się domyśli; ciekawa jestem tylko jak to wygląda, jak przychodzi taki np. Chińczyk. OK, prawdopodobnie pokazują mu obrazki, jak dziecku, ale skąd okulista wie, że odpowiedź się zgadza..?? No?? Może ktoś zna jakiegoś okulistę i mógłby się zapytać? Byłabym zobowiązana.

Ponieważ mam fioła na punkcie opisywanego zagadnienia, mogłabym pisać na ten temat godzinami; ale i tak pewnie mało kto doczytał do trzeciego akapitu; więc powiem tylko, że wróciłam z wakacji, na które się spóźniłam (budzikom śmierć!) i czuję się cokolwiek odnowiona, na tę chwilę.

DSC_0358