nikt nie wie, że tu jestem

BeFunky_P1090025.jpg

Jak często możesz pozwolić sobie na luksus całkowitego odcięcia się od cywilizacji? Zniknięcia z wszystkich radarów, poczucia tej szczególnej wyższości nad resztą świata: oto nikt nie ma pojęcia gdzie jesteś. Jesteś jedynym tymczasowym posiadaczem jakiegoś skrawka ziemi.

Wzgórza Llynfi Valley porosła wysoka trawa, szumią drzewa, dzicy ptacy krzyczą na przedeszczowym niebie. Siedzę na korzeniu, ogryzam długopis w oczekiwaniu na szał weny twórczej i popijam herbatę z termosu; z przykrością stwierdzam, że ostatnią. Wierny towarzysz termos odchodzi niniejszym do krainy Wiecznej Szczelności. Dookoła nie ma żywej duszy, nie licząc paru owiec. Nie licząc, bo jak powszechnie wiadomo owce nie mają duszy, tylko szczęki, wełnę i kupy. Jest tak cicho, że aż sama ze sobą zaczynam się czuć niezręcznie. I nagle czuję, że ktoś się na mnie gapi. Znasz to uczucie, kiedy nagle unoszą ci się włosy na głowie..? Odwracam powoli głowę i zamieram. O metr ode mnie siedzi Wiewiór. Przekrzywia łebek i taksuje mnie, zastanawiając się, co z tym dziwem zrobić, do czego to to się nadaje. Czy można zaciągnąć do dziupli, albo zakopać na zimę? Orzech jest? Pyta wiewiórcze spojrzenie. Jest, jest, w plecaku mam, fistaszki z tymi takimi jogurtowymi. Nie przepadam, mówi spojrzenie a zauważyłaś, że fistaszków w paczce zawsze jest mnóstwo, a tych takich jogurtowych dwa? Kiwamy głowami nad takim jawnym oszustwem, jak dwie babciny nad stanem dzisiejszej młodzieży, po czym Wiewiór traci zainteresowanie, przeskakuje nad moją głową i oddala się niespiesznie. Na wszelki wypadek rozsypuję dookoła kilka fistaszków. Kiedyś wróci. Zawsze wracają. Może będzie wystarczająco głodny na fistaszka, może wspomni z czułością.

BeFunvvky_Chromatic_1.jpg

Ja przepraszam, ale muszę przerwać pisanie, odstawić herbatę i wstać, bo jakieś żukopodobne domaga się drogi dojazdowej do swojego korzenia. Pcha się gówienko małe jakby nie widziało, że tu Wyższa Inteligencja siedzi. Ruszam dalej, pod górę, wzrokiem przeczesuję okolicę. Mojemu sokolemu spojrzeniu nic nie umknie, myślę z dumą, po czym ładuję się centralnie w kolczaste krzaczory. Pogratulować, minął już wszak dłuższy czas od kiedy wpadłam z tyłkiem w podobny ciernisty gąszcz. Rekonwalescencja trwała 2 tygodnie i wymagała zaangażowania osób trzecich. Natychmiast przestań sobie to wyobrażać, arajt?? Bramka, jest bramka; po drugiej stronie siedzi Królik. Nie widzi mnie, zastygam nad tą bramką z nogą w powietrzu. Dzisiaj jest jakiś dzień miłości świata zwierzęcego do mnie, czy co..? Tymczasem Królik wykonuje słupek, strzyże wąsem i daje nogę. Gramolę się przez bramkę i z jakiejś przyczyny biegnę za nim. Królik znika w norce, przy której niestety nie ma żadnej buteleczki z napisem ‚wypij mnie’. Buteleczki nie ma, ale jest Krowa. Dwie Krowy. Duże Krowy. Bardzo duże. Na szczęście okazuje się, że nie mają ochoty na żadne interakcje ze mną. W zasadzie to chyba powinnam się poczuć dotknięta, ale brak krowiego zainteresowania jest mi akurat na rękę; wystarczy mi obrażeń na ten jeden dzień.

BeFunky_P1090070.jpg

Wspominałam, że w tej okolicy nie spotyka się ludzi..? Za to spotyka się ślady po nich. Hamak, siatka z czymś, nawet nie chcę wiedzieć z czym. Wygasłe palenisko. Ciekawa jestem, gdzie jest lokator. Mam nadzieję, że nie przygląda mi się zza krzaków z Zamiarem mrożącym krew w żyłach. Urodziłam się z bardzo bujną wyobraźnią, co ma na pewno również jakieś plusy dodatnie.

hamak.jpg

wodaa.jpg

Buty całe w błocie. Krokomierz wskazuje 4 km. Czas zawracać. Wtłoczyć się z powrotem w cywilizację. Oczywiście zaczyna siąpić. I pewnie będzie siąpić przez te całe powrotne 4 km. Na twoim miejscu bym się pospieszył, dobiega z norki, w telewizji mówią, że na południu możliwe burze i lokalne podtopienia, zwłaszcza na terenach wiejskich.

BeFunky_null_1.jpg

 

______________

PS. Nowy projekcik: zapraszam do rzucenia okiem wszystkich z Walii, zwłaszcza południowej, którzy lubią się powłóczyć, albo jeszcze nie wiedzą czy lubią i chcieliby spróbować. W ofercie sprawdzone osobiście trasy na każdą kondycję, a nawet jej brak. Walijskie wędrowanie.

i znów wędrujemy ciepłą ziemią

image

Bywa różnie, co nie. Czasem trzeba wyławiać zirytowanego robala z herbaty. Tłumaczyć  zmęczonym nogom, że tu się nie ma co opierdalać, trzech latek nie mają, na rączki nie wezmę i nie, loda też nie kupimy. Czasem gałęź wyglądająca na pewniaka pęknie ci w dłoni i zjedziesz na dupsku kilka metrów w dół pagórka, ratując przede wszystkim jezusmaria! aparat; siłą rzeczy tu i ówdzie pojawi się siniak. Wdepniesz po kolano w sprytnie zakamuflowaną błotnistą maź. Te kilka mikrych niedogodności nie ma jednak znaczenia wobec tego, że przypadkiem wejdziesz do lasu akurat w tym miejscu, w którym ktoś zgubił szmaragdowe jeziorko z wodospadem i mini tamą. Napatoczysz się na polankę czerwoną od poziomek, zza krzaka skoczy ci do gardła wzruszeniem pole niebieskich dzwonków. Staniesz, co prawda tylko na sekundę, ale jednak, oko w oko z sarną. Na ramieniu usiądzie ci motyl. Ptaszory wczoraj dostały wiosennej głupawki; niesamowite operowe trele cichły tylko wtedy, kiedy z nieba dolatywał charakterystyczny odgłos polującej pustułki czy tam innego sokoła.

image

image

Mam szczęście, bo mieszkam praktycznie u wylotu kilku dolin, mój dom otaczają wzgórza. Brzmi to lepiej niż wygląda, głównie dlatego, że cały widok zasłaniają mi zaborczo drzewa, a od frontu mam główną drogę przelotową przez gęsto zamieszkałą Llynfi Valley. Ale wystaczy przejść na drugą stronę ulicy i jestem w lesie, mam do wyboru dwa rezerwaty oraz nieskończoną ilość przypadkowych ścieżek, na których tylko z rzadka można spotkać inną żywą duszę. Podjadę pięć minut wozem i mogę godzinami szlajać się po piaszczystych szlakach szczytami wzgórz. W dzień taki jak wczoraj, ze słońcem na twarzy, bryzą we włosach i gupią radością w sercu człowiek czuje się zupełnie jakby pojechał sobie gdzieś na fajne wakacje. Odrestaurowany, otrzepany z pajęczyn. Czasem mówię do Boskiego, który przecież nie ma pojęcia o tych sprawach, że o, tu to zupełnie jak w Bieszczadach, albo w Beskidach. Może mniej koloru, albo po prostu inny rodzaj koloru. Dla mnie najważniejszym zmysłem do przywoływania dobrych wspomnień jest zapach, i jak tak pachnie latem, słońcem i sosnami, to natychmiast przenoszę się na wakacje do babci, mam 10 lat i zaraz dostanę kogielmogiel. Z kakałem.

image image

Spacerując po Walii rozumiem, dlaczego Tolkien ukochał sobie ten kraj i czerpał z niego tyle inspiracji w swoich książkach o Śródziemiu. W lasach często się natykam na ten specyficzny walijski mix przyrody i postindustrialu, jakieś porośnięte mchem schody do nikąd, fragmenty starych ceglanych murów, elementy konstrukcji przemysłowych zarośnięte krzakami, rozpadajacy się budynek, wszystko to stwarza atmosferę w której łatwo dać się ponieść fantazji, i wyobrazić sobie, jak wiele księżyców temu Elfy opuszczały tę krainę udając się do Białej Przystani, a ich eleganckie pałace rujnował upływ czasu i siła natury.

image

image

image

Tak więc, mili i drodzy, czy w Walii, czy gdziekolwiek indziej, idźcie i szwędajcie się wszyscy, bo nie ma to jak się zmęczyć, naładować akumulatory, przy okazji odkryć coś, co jest niewidoczne dla większości, zapomniane. I zawsze noście ze sobą termos z herbatą, choćby po to, żeby podtopić robala. Nie lubimy robala. Wszystko ci w ogrodzie zeżre, tylko chwasta nie ruszy. Zaraza i skaranieboskie, pani.

image