O Vale of Ewyas, koślawym kościółku i heroicznej porażce ku chwale ojczyzny

Zapomniałam! Na śmierć zapomniałam i nie pamiętam o czym. Bardzo proszę zainteresowane osoby o maila, w przeciwnym razie, no cóż. Niejasno przeczuwam, że to miało jakiś związek z fotografią. Zapomniałam też, ale to zaraz naprawię, o dwóch małych przytulnych kościółkach w Brecon Beacons; w tej liczbie jednym architektonicznie niezrównoważonym. To coś dla tuptusiów – oblatywaczy sakralnych, ale nie tylko. Jeżeli zaś chodzi o wieści z lokalnego podwórka polonijnego, to też nie pamiętam, ale na pewno coś z zasiłkami, więc w zasadzie tylko się cieszyć.

Przytulne kościółki są na całodzienną wycieczkę, niewyczerpującą a przyjemną i z dala od utartych szlaków, dzięki czemu można się poczuć trochę jak Odkrywca-Eksplorator, np. taki Pan Scott, o którym będzie mowa na końcu, oraz można wstąpić do obiektu sakralnego (otwartego!) za darmo i spędzić w nim samotną chwilkę czy dwie, co fajne jest i lubimy. Gdzie jesteśmy: Brecon Beacons, Góry Czarne (Black Mountains), dolina o wdzięcznej tolkienowskiej nazwie Vale of Ewyas. O, tu już ładnie i w przybliżeniu pokazuje nam nieocenione google:

Na początek wioseczka Patrishow, tyciunie to, niepozorne i trzeba jechać pod górkę, żeby się dostać do kościoła. Trzeba sobie zaparkować nieco poniżej, na prowizorycznym mini parkingu-zakręcie, przy rzeczce o tej:

i potem się rozejrzec dookoła, bo tam w krzakach jest sprytnie ukryte takie coś, zwane tutaj ‚well’, rodzaj studni życzeń, kapliczki, połączenie tradycji chrześcijańskiej z pogańską, twór w którym zasadniczo chodzi o to, żeby za coś podziękować, albo o coś poprosić. Widziałam takich już kilka w Walii; nie znajdziesz ich w większych miastach, gdzie społeczeństwo utraciło nie tylko jakąkolwiek więź z religią, ale i z własnymi celtyckimi korzeniami; ale ‚nawsi’ postęp idzie wolniej. Nie mają biedule tesco.

W intencji lub w podzięce ludzie zostawiają przy studni coś osobistego, co kto ma przy sobie: monetę, sznureczek, coś od dziecka, krzyżyk z patyczków, wstążkę, kolczyk, co bardziej kreatywni zawiązują na gałęzi skarpetę. Se wrzuciłam pieniążek na intencję grubszej gotówki, no i proszę, przedwczoraj znalazłam na ulicy funta. Zakładam życzliwie związek przyczynowo-skutkowy. Nie będziemy się czepiać, że studnię życzeń w Patrishaw odwiedziłam osiem miesięcy temu. Te sprawy rozwijają się powoli, czasem całe życie, albo i dłużej.

A na wzgórzu, za kamienną bramą, jest już kościół ze stareńką mini kapliczką i oczywiście cmentarzem. Widoki piękne, sielskie (ostatecznie to park narodowy), ludzi wcale, cisza i spokój. Na ścianach kościoła stare freski, 10 przykazań po staroangielsku, kościotrup ku pokrzepieniu serc oraz inne sympatyczne motywy chrześcijańskie. Bardzo to wszystko ładne, szczególnie, kiedy promienie słońca przeciskają się do środka i rozlewają po kamiennych płytach i bielonych ścianach.

 

Druga atrakcja dnia to Cwmyoy (czyt. Kumjoj). Znowu nieduża, uroczo położona wioseczka, ale kościółek, który do niej należy jest dość sławny i odwiedza go nieco więcej turystów. Z daleka wygląda tak:

A w środku tak:

Pierwsze, co rzuca się w oczy, poza sufitem i zielonkawą poświatą to główna atrakcja Cwmyoy: unikatowy koślawy ołtarz, podobno skutek ruchów tektonicznych, czy tam innych kopalnianych, dokładnie już nie pamiętam, które naruszyły strukturę wieży kościelnej; wygląda to uroczo i trzeba się przepychać, bo każdy chce mieć zdjęcie. Kościółek w Cwmyoy ma też kilka atrakcyjnych detali, jak starą pianolę (zakładam, że to pianola, nie  znam się, ale brzmi ładnie, fotka u góry) oraz takie różne, o:

 

No. Tyle turystyki, teraz jeszcze trochę kultury. Właśnie mija sto lat, od kiedy pan kapitan Robert Falcon Scott wyprawił się z Cardiff wraz z czterema innymi panami zdobywać po raz pierwszy biegun południowy. Wyprawa miała charakter naukowy i panowie się nie spieszyli, i może dlatego na biegunie zastali norweską flagę pana Amundsena zatkniętą tam kilka tygodni wcześniej. Ruszyli w drogę powrotną, lecz szczęście im nadal nie sprzyjało i koniec końców wszyscy zginęli na skutek głodu i zimna. Wyprawa nazywana jest jedna z największych brytyjskich heroicznych porażek, i jako dziedziczka wielu heroicznych porażek innego narodu rozumiem dumę z osiągnięcia. Anyway, cały ten wstęp po to, żeby cię rodaku zachęcić do odwiedzenia (darmowej!) wystawy na temat ekspedycji pana Scotta w muzeum w Cardiff. Tu proszę, więcej detali. Sama wystawa jest nieduża, ale ciekawa, zwłaszcza, że wyświetlany jest film nakręcony przez nieszczęsnych podróżników, na którym sobie biegają z pingwinami, wiecznie żywi, wiecznie szczęśliwi.

A legenda mówi, że kiedy już zdali sobie sprawę, że kończy się prowiant i mogą umrzeć jeden po drugim nie doczekając pomocy, kapitan Scott popatrzył na swoją rację żywnościową, na kolegów, z którymi związał się jak z rodziną, i powiedział, że musi ‚wyskoczyć coś załatwić’. I poszedł. Znaleziono go zamarzniętego niedaleko chaty, w której czekali na ratunek.

Taki bohater.

A jedzenia i tak nie wystarczyło.

idziemy w kulturę

Ha! :

3847136774_75ba4e2360

Tak, tak, te figurki na owianej mgłą scenie Cardiff Millennium Stadium to czwórka z Dublina. Z wielką przyjemnością optaszkowuję „zobaczyć U2 live” na mojej liście rzeczy do zrobinia zanim umrę (spoko, na liście jest też „być nieprzyzwoicie bogatą” więc długie życie przede mną). Świetnie zorganizowany koncert, stadion cudnej urody, muza jaka jest, każdy wie (chociaż mogliby grać więcej starszych kawałków), piwko łatwo dostępne – czego chcieć więcej od sobotniego wieczoru w Stolycy.

Bo to już tak jest, że jak ktoś złakniony kultury wyższej niż xbox, xfactor i festyny ludowe, to musi sobie pojechać co najmniej do Cardiff. W B. przejawem najwyższej kultury jest wysoki budynek biblioteki głównej, odwiedzany głównie przez babcie szukające ofiar do pogadania o tym, jak to drzewiej bywało, panie (taki bibliotekarz osaczony przez wytrenowane babcie nie ma żadnych szans) i emigrantów bez dostępu do internetu (w bibliotekach mogą dostąpić za darmola, tylko trzeba się zarejestrować, posiadając dowód na posiadanie stałego adresu, np. list zaadresowany do siebie).

Ale w Cardiff mają to i owo. Po pierwsze, mają muzeum narodowe z galeriami, które często goszczą interesujące wystawy fotograficzne, takie jak ta: No such thing as society . Polecam gorąco, oczywiście jeśli takie rzeczy kogoś kręcą; używając suchych faktów, wystawa prezentuje ogrom zmian w społeczeństwie brytyjskim za ‚panowania’ Margaret Thatcher. Jak Polaka zapytać o panią T. to coś mu się będzie kołatało o żelaznej damie, pierwszej (i ostatniej jak dotąd) kobiecie-premierze, co starsi wspomną strajki górnicze i pałowanie ludu pracującego walczącego o swoje miejsca pracy (brzmi znajomo..? No patrz, a inny system polityczny); no i brytyjski dobrobyt, który nastał za jej czasów. I międzynarodowy szacunek.

Natomiast jak zapytać o panią T. statystycznego Walijczyka, to prawdopodobnie zrobi sie zielony na twarzy i wypowie się niecenzuralnie; jest bowiem pani T. uważana za odpowiedzialną nie tylko za praktyczne zlikwidowanie górnictwa i całej związanej z nim struktury przemysłowej w Walii, a co za tym idzie, wysłanie całych miasteczek na zasiłki na pograniczu nędzy; ale przede wszystkim wini się ją za stworzenie kultury życia na zasiłku, obejmującej całe pokolenia, która jest wielkim kłopotem dla dzisiejszych rządów zarówno ze względów finansowych, jak i społecznych (postępująca degradacja lokalnych społeczności w całem i jednostkowo). No i jeszcze ten dobrobyt, stworzony m.in. przez preferencyjne traktowanie banków i zachęcanie ludzi do wydawania pieniędzy, których nie mieli, legł u podstaw dzisiejszego wielkiego kryzysu.

Tytuł wystawy jest cytatem z wypowiedzi pani minister, zaserwowanym, jak sądzę, z delikatną nutką ironii. Wystawa czynna jest do 31 października, wstęp darmowy (jak i do całego muzeum, pełnego różnych bohomazów i takich tam). W przerwie od tego ukulturalniania się można napić się herbatki w kawiarni w holu muzeum, ale odradzałabym ciasta, wyglądają kusząco, ale są zazwyczaj drugiej świeżości (поздравляю Вас, Михаил Афанасьевич, мне здесь без Вас ужасно скучно ). Muzeum:

museum

Przy okazji, jak kto lubi dobry film, to nie mogę nie polecić conajmniej dwóch brytyjskich filmów usytuowanych w omawianej epoce: Billy Elliot (znakomity, jeden z moich ukochanych filmów) i Full Monty, znany u nas jako Goło i wesoło. Oprócz dobrej zabawy dostajemy jeszcze cenny rzut oka na realia nieodległej historii kraju, w którym sobie postanowilismy zamieszkać. W Full Monty warto zwrócic uwagę na Roberta Carlyre, któren uznaną gwiazdą brytyjskiego filmu jest. Jamie Bell jako Billy jest wart Oscara i rozpościera się przed nim świetlana aktorska przyszłość. Billy Elliot, nawiasem mówiąc, świeci wielkie triumfy jako spektakl muzyczny w Londynie od conajmniej dwóch sezonów.

Apropos kina. Żadko, panie dzieju, można w multipleksie w B. zobaczyć coś, co nie jest pop papką. Jako była pracownica małego kina studyjnego w Ojczyźnie cierpię na syndom Braku Filmu Nieanglojęzycznego w oficjalnej brytyjskiej dystrybucji kinowej. Ale w Cardiff mają takie kino, gdzie grają rzeczy z całego świata; byłam tam tylko dwa razy, bo zawsze mi brakuje czasu na taką wyprawę, ale miałam bardzo pozytywne wrażenia. Oprócz indywidualnych filmów mają przeglądy, cykle i takie tam.  Nazywa się to Chapter i jest czymś więcej, niż kinem, mają tam i galerię, i scenę teatralną, i takie tam różne.

To tyle tej kultury na razie, bo ileż to można.

______________________

PS. Zabawna ironia losu: pani T. zamykała brytyjskie kopalnie, bo taniej było importować wegiel.. z Polski (między innymi). 20 lat później zamknięto większość polskich kopalni, bo taniej było sprowadzać węgiel z Chin. Money rules the world, panie.