vamos a la playa, o, o, o … !

aber

Proszę bardzo, oto plaża Aberavon w Port Talbot, tym od okropnego przemysłu dymiącego przy M4. Przemysł jest przy drugim końcu plaży i w sumie prawie go nie widać, a poza tym już właściwie upadł i dymi tylko dla przyzwoitości i żeby nie było; więc osobiście nie widzę problemu. Taką plażą można sobie iść i iść, a nawet dojść do Swansea i iść dalej, co nie, a na końcu tego iścia/szednięcia jest zawsze jakaś kafeja, thankyouverymuch. A wrócić to już karetką, bo to jednak kawał wybrzeża a my nie jesteśmy tak znowu fit.

Przy okazji chciałam zapodać, że skoro zima już prawie za nami, to postanowiłam optymistycznie poszerzyć blogasek o podstronę ‚plaże’ (w budowie). Na podstronie umiejętnie pokrywam szerokie spektrum zagadnienia przy użyciu niewielkiego zasobu umiejętnie wyselekcjonowanych słów i kilku znakomitych, nieznacznie jedynie wyfotoszopowanych, fotografii.

A jakbym miała wybrać najfajniejszą plażę z wszystkich, które widziałam, bez ograniczeń geograficznych, to Praia de Falesia i jej siostry z Algarve na południu Portugalii będą niekwestionowanymi faworytkami. Piękne brunatnawe klify, czysta ciepła woda, drobny piaseczek, cudo. Jak ktoś się tam wybiera w tym roku, to zazdraszczam.

DSC_0041

Właśnie mi się przypomniało jak smakuje świeży sok z portugalskich pomarańczy; zwłaszcza z takich, które się własnoręcznie zwinęło z sadu obok ośrodka. Albo dojrzałe owoce granatu prosto z drzewa. Bajka, pani.

DSC_0196

Odstąp, zimo. Vamos a la playa, choćby i w walijskim deszczu.

o spacerach wybrzeżem, indian summer i głuchocie selektywnej

Idzie jesień, co można poznać głównie po tym, że wszystkie pająki z południowej Walii wprowadziły się do mojej łazienki. Poza tym to właściwie jej nie widać, bo pogodę mamy lepszą niż przez całe lato. Tubylcy nazywają ten stan rzeczy indian summer i modlą się, żeby trwał jak najdłużej, najlepiej do świąt. Najważniejsze zaś jest to, że za dwa tygodnie wraca Dexter. Oglądanie Dextera jest odświeżające i terapeutyczne. Poza tym jestem zmęczona i pomieszali mi się klienci i zdrowego zapisałam do szpitala a Ogryzka do urzędu pracy; Ogryzek wpadł w panikę i natychmiast stracił słuch; poszliśmy do pani laryngolog i pani powiedziała dużo fajnych rzeczy o pracy mózgu, co ja nie wiem, o co chodziło, ale nic nie szkodzi, bo pani była bardzo ładna i nawet Ogryzek zapomniał nie tylko, że nie słyszy, ale nawet że nie rozumi po angielsku i ochoczo potakiwał z zaangażowaniem.

W międzyczasie byłam na półwyspie Gower w okolicy Langland Bay koło Swansea; Langland Bay może pochwalić się wielką piaszczystą plażą na której w słoneczne dni obozują przeciwnicy czynnego wypoczynku, posiadacze dzieci i wyznawcy św. Grilla.

Ostrzegam, jeśli wybierzesz się tam w weekend z ładną pogodą, możesz mieć problem ze znalezieniem miejsca parkingowego. Możesz jednak sprytnie pojechać pod stromę górkę ‚w miasto’ i zaparkować na ulicy za darmo; to kawałek od plaży, ale do przejścia. Chyba, że będziesz tachał ze sobą grilla. Ja wymiękam.

Jeżeli zaś jesteś zwolennikiem aktywnego wypoczynku, to z Langland Bay możesz się np. przespacerować się do sąsiedniej Caswell Bay; spacerek odbywa się bardzo ładnym fragmentem słynnej ścieżki spacerowej Wales Coast Path, biegnącej wdzięcznym zawijasem wzdłuż całego walijskiego wybrzeża. Na zdjęciu na górze. Polecam, bo idzie się bardzo przyjemnie, nie nadto długo i tylko momentami pod górkę, a na końcu zawsze czeka jakaś kafeja z herbatą i ciastem marchewkowym. To lubimy.

O odmowie zbliżenia w hrabstwie Surry, tropieniu skamielin i owsianym krzyżu

Cytat dnia, pochodzący z artykułu z prasy brytyjskiej, przedrukowanego przez onet, popełnionego wskutek ucisku kreatywnego geniuszu dziennikarskiego na zwoje mózgowe autora:

Dwa dni wcześniej, jak wyjaśniło się w czasie rozprawy, Pani Casey odmówiła zbliżenia intymnego z Lingiem w puszczy Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego w Wisley (hrabstwo Surrey).

Piękne, prawda? Serdecznie pozdrawiam, również autora przekładu.

Tączasą, w Walii pada. Znaczy, wracamy do normy; nie dla nas zmiany klimatyczne, ocieplenia globalne oraz indywidualne tudzież susze i pożary, trapiące odległy a mityczny świat zewnętrzny i kontynentalny. Jednak my, polskie tuptusie-oblatywacze, nie upadamy na duchu, o nie. Dzisiaj w menu coś dla Tropicieli Skamielinek, mieszkających w Południowej Walii. Tropiciel Skamielinek mieszkający w Południowej Walii wygląda tak jak ja, łatwo można więc rozpoznać; pod warunkiem oczywiście, że akurat nie podszywam się pod młodą, śliczną pasterkę kóz albo lokalną fabrykę głośników samochodowych wysokiej jakości (w upadłości) (pozdrawiam).

Anyway. Tropienie Skamielinek to zajęcie nieskomplikowane, acz, prawda, wymaga pewnego zacięcia. Czasem trzeba poskakać po kamcurkach, tudzież postukać czymś w coś, byle ostrożnie, żeby nie spowodować np. nagłego osuwu zdenerwowanego klifu, w konsekwencji – pewnego dyskomfortu dla Tropiciela. Być może nawet końca kariery.

Gdzie tropić? Prawie na każdej plaży Południowej Walii, zaczynając od tu opisanego Southerndown, w którym znalazłam największego amonita jakiego widziałam w życiu; niestety nie mogłam zabrać i położyć w ogródku, albowiem po pierwsze był wrośnięty w skałę, a po drugie, nie mam ogródka. Dzięki czemu możesz sobie go znaleźć i zobaczyć na własne oczy. Na zdjęciu zaznaczone gdzie szukać. Wszystko dla ciebie, kochany ziomuniunieczku.

Zdecydowanie rajem dla Tropicieli Skamielinek jest już uprzednio opisane St. Donat’s. Można tam spotkać okazy najróżniejszych kształtów i kolorków, również nawiązujące do prehistorycznej brytyjskiej tradycji kulinarnej ‚fish&chips”.

Tropić można też w uprzednio opisanym Nashpoint oraz jeszcze nie opisanym Llantwitt Major.

Ogólnie Tropienie Skamielinek fajne jest i satysfakcjonujące, a także inspirujące artystycznie :

Poza tym, chciałam jeszcze powiedzieć, że na skutek wyprzedaży w polskim sklepie posiadam obecnie 138 torebek płatków owsianych zwykłych ‚Kupiec’ oraz 36 paczek przeterminowanego kwasku cytrynowego o nazwie ‚kwasek cytrynowy’. Chętnych do uwolnienia mnie od tego krzyża uprasza się o kontakt feletoniczny lub jakikolwiek, prawdę mówiąc. Uprasza się nie pikietować przeciw ani za.

o pierdzącym morzu, Three Cliffs Bay i przemytniczym raju

Dowcip o kolorycie lokalnym: czy wiesz, jak się nazywa owca przywiązana do latarni w Cardiff? Centrum Rekreacyjne. Istota dowcipu dostępna wtajemniczonym oraz pewnej grupie baców z Podhala.

Do rzeczy jednak. Lato ma się ku końcowi, co widać, słychać i czuć, lecz nie upadajmy na duchu, jesień też piękna, a np. dla spaceru po klifach pora roku nie ma w ogóle większego znaczenia. Oczywiście, najefektowniejsze są późnym letnim popołudniem, kiedy słońce zaczyna pochylać się nad horyzontem, a światło przybiera taki ciepły, niemal złoty kolor; ale warto się wypuszczać na długie nadmorskie spacery o każdej porze roku, bo to dobre jest dla zdrowia, panie.

Naukowcy odkryli co nas tak pociąga w morzu. Chodzi o jego zapach, który kodujemy od najmłodszych lat, i który zawsze będzie nam się kojarzył z latem, wakacjami, zamkami z piasku, młodością, wakacyjną miłością itp. Zapach miłych wspomnień. Pochodzenie zapachu morza jest jednak raczej trywialne – okazuje się, że jest on efektem działania bakterii, które odżywiając się odpadami organicznymi np. martwymi glonami wytwarzają rozmaite gazy. Jednym zdaniem: morze pierdzi. Jak romantycznie.

No, to skoro nam to puszczające bąki morze tak dobrze robi na samopoczucie, to dawaj, jedziemy.  Konkretnie jedziemy na półwysep Gower, miejsce o outstanding natural beauty, jak to ładnie określają tubylcy. I tu mam dwie propozycje, a może nawet trzy. Pierwsza to zatoka Three Cliffs Bay (Trzech Klifów), na oko jakieś 40 minut jazdy na zachód od Swansea, oto już leci do ciebie mapka orientacyjna (kliknij żeby powiększyć) by nieocenione Google; zasadniczo chodzi o to, żeby się kierować po znakach na Gower, drogą A4118 i  w pewnym momencie zjechać w lewo do miejscowości Southgate. Tam sobie ładnie zaparkować na całkiem sporym nadmorskim i bezpłatnym (sic!) parkingu należącym do National Trust i puścić się wzdłuż wybrzeża, że tak powiem, w prawo.

Spacerek będzie całkiem przyzwoity, kilkugodzinny (łącznie wte i wewte), bardzo atrakcyjny widokowo; może być w dół i pod górkę po wydmach, polecam obuwie łatwe do zrzucenia. Jak się wdrapiesz na skałkę, to widok będzie m.in. taki (nie licząc sandałów):

Plaże Gower są bardzo rozległe, dobrze sie po nich chodzi; nigdy nie ma tam wielkich tłumów. Tytułowe trzy klify na fotkach służą m.in. amatorom wspinaczek skałkowych. Amatorom architektur służą ruinki zamku Pennard, wybudowanego dawno temu i znajdującego się bardziej w głębi zatoki przy polu golfowym (można dojść idąc wzdłuż rzeki na zdjęciu). Ruinki można sobie odwiedzić nieodpłatnie, co lubimy bardzo.

Gdyby ktoś chciał sobie zafundować dłuuuugi całodniowy spacer wybrzeżem, to po dotarciu do 3CB można sobie iść dalej i dojdzie się do propozycji drugiej, Zatoki Oxwich, której uroki opisałam już o tutaj.

Propozycja trzecia: Port Eynon. Żeby się tam dostać po prostu nie zjeżdżasz z drogi A4418 w Southgate, a jedziesz nią do końca. Parking przy morzu jest płatny, ale nie ździerają. Samo Port Eynon to taka sobie ot wioseczka, przyjemna, ale bez ekscytacji, natomiast posiada w swojej linii brzegowej dwie atrakcje, z których pierwszą jest tzw. Salt House z XVIII w, któren służył był za przemytniczą melinę paserską ukrytą pomysłowo pod szyldem zakładu do ekstrakcji soli z wody morskiej. Częściowo wyglądał tak:

Przemyt był jedną z bardziej rozpowszechnionych profesji w tych stronach kilka stuleci temu. Pomysłowość panów przemycających była nieograniczona jak głupota dziedziczki hilton; do dziś mamy okazję podziwiania przemytniczej ‚dziupli’ sprytnie wbudowanej w klif, skutecznie maskujący przed wścibskim zainteresowaniem służb oraz przypadkowych przechodniów. Dostęp wymaga pewnej akrobatyki, ale poradzisz sobie, chyba, że nie masz nogi. Trzeba iść od Port Eynon wzdłuż wybrzeża w prawo (górą klifu), i w pewnym momencie podążyć za ścieżką przecinającą klif mniej więcej w połowie. Będziesz skakał po skałkach, więc upewnij się, że twój sprzęt fotograficzny nie będzie się o nie radośnie obijał. Warto się potrudzić, bo satysfakcja ekploratorska gwarantowana. Nie każdy tam dochodzi, nie każdy umie to miejsce znaleźć. W trakcie maksymalnego odpływu podejrzewam – ale nie wiem na pewno – że można się tam też dostać idąc podnóżem klifu.

Intrygujące to miejsce nosi nazwę Culver Hole (prawdopodobnie od staroangielskiego słowa culufre, oznaczającego gołębia), i jak na prawdziwą przemytniczą dziuplę przystało posiada dziwną, mocno odczuwalną atmosferkę. Chętny może się – zachowując ostrożność – zmierzyć ze zwisającą liną i spróbować dostać do środka, w którym to środku są podobno cztery piętra, sporo gołębich gówienek i kto tam wi co jeszcze, panie.

To tyle na dziś.

Jeszcze coś z innej półki. Obejrzałam ostatnio dwa filmy godne uwagi: szwedzko-duński „Evil” o przystojnym chłopcu, który jedzie sobie do szkoły z internatem i tam napotyka piekło bully’ingu, i staje mężnie i wychodzi zwycięsko, oraz amerykański „Precious„, o grubej czarnej lasce, która ma w życiu przesrane, lecz mimo to staje mężnie i wychodzi zwycięsko. Plus Mariah Carey w epizodzie – o dziwo, nawet nie chce się na jej widok rzucić bigosem w telewizor. Polecam oba, odradzam zaś korzystanie z opinii użytkowników filmwebu, skądinąd profesjonalnego serwisu filmowego; mam wrażenie, że siedzi tam trzech dwunastolatków wypożyczonych z forum onetu, znanej wylęgarni tęgich mózgów, pali zioło i plecie sobie od rzeczy.