pola rzepakowe

No więc, jadę sobie tradycyjnie busem do Berlina łapać samolot do domu; tym razem w busie nie ma żadnych buraków, polskich ani angielskich, cisza i pełna kurtura, nawet nikt nie świeci laptopem ani komórką po oczach;  pan niemiecki policjant, który zwykle nas kontroluje przez sześć godzin w poszukiwaniu wietnamskiej kontrabandy nie pojawia się, prawdopodobnie utkwił na lotnisku w Hiszpanii wracając z urlopu uahahaha! (demonicznie i z satysfakcją); tylko raz musimy się przesiadać, bo się cioś ziepsiuło – no w ogóle cud i balonik, panie. Żółty.

I nuda.

Więc patrzę sobie za okno i rozmyślam nad konsystencją rzeczy. Konkretnie pól rzepakowych. Patrzę, jak płynnie przechodzą z ziemi polskiej, przez smętną byłą enerdowską granicę, opuszczoną przez służby, na ziemię niemiecką; rozlewają się po horyzont i uwodzą soczystością barw zupełnie nieświadome dramatycznych konfliktów, podziałów administracyjnych i problemów społecznych ziem, które wzięły w swoje posiadanie.  Pchają mi się rozmaite refleksje natury ogólnej, których na szczęście nie chce mi się przytaczać, ale znalazło się miejsce i na politykę i na historię i na „Głową w mur” i na wstęp do „Europy” Normana Daviesa (tyle zdążyłam przeczytać przed wyjazdem). Z refleksji ogólnej przeszłam płynnie w bardziej szczegółową i  zachciało mi się wyprowadzić analizę swojej tożsamości, od ponad czterech lat z nalepką ‚emigrant‚ w funkcji constans.

Pamiętam jak dawno temu koleżanka rayuell, od wielu lat emigrantka w Niemczech, wypowiadała się na Fabryce o swojej polsko-niemieckiej tożsamości; mówiła, że żyje w Niemczech już 30 lat i dopiero powoli zaczyna czuć się jak u siebie, chociaż jest pewna, że na zawsze zachowa pewien pierwiastek obcości. Ironicznie, ten sam pierwiastek towarzyszy jej w Polsce. I jest coraz większy.

Bo to chyba tak właśnie jest, że emigrant (mówimy o człowieku dorosłym) wyrwany z korzeniami ze swojego środowiska macierzystego nigdy się nie przyjmie całkowicie w tym Nowym, Obcym. Może się przyzwyczaić, może przyjąć język, może kupić dom i założyć rodzinę, może mieć ulubione miejsca, ale zawsze będzie czuł się obco, bo nic nie poradzi na obcość wynikającą z braku współnej płaszczyzny narodowej, historycznej, kulturowej, wspólnych dowcipów, teleranków, cukierków z dzieciństwa, wspólnego postrzegania rzeczywistości. O ile rzepakowi zwisa tożsamość narodowa, to człowiek musi się określać, musi przynależeć, musi się definiować.  „Obcej” tożsamości emigrant nigdy nie nabędzie w 100%-ach, stara, polska, rozmywa się na skutek odcięcia od codziennych probelmów i wydarzeń, Małysza, zboża na torach i telexpressu. I ostaje się migrant jako ta sierota; wydaje mu się, że będzie mu lepiej, jak się będzie na tej emigracji trzymał z innymi sierotami, „swoimi” – ale przez to nigdy nie uda mu się zintegrować z miejscowymi i zawsze będzie istniał w nowej rzeczywistości tylko na pół gwizdka.

Z drugiej strony żyjemy w czasach wielkich migracji i mieszania kultur; taka jest dzisiaj dynamika życia, że niepiśmienna kobieta w burce przywieziona z zapadłej wiochy w Afganistanie potrafi przystosować się do życia w Londynie. Jeśli ona potrafi, to przecież nam, Polakom, ludziom z tej samej szeroko pojętej płaszczyzny cywilizacyjnej powinno być znacznie łatwiej. I jest łatwiej, oczywiście, ale i tak czasem dokuczliwie, bezkorzennie, dziwnie.

Na szczeście przez większość czasu można sobie po prostu żyć dniem codziennym, nie zawracać dupy całym powyższym tożsamościowym pitoleniem, a pola rzepakowe traktować jedynie w kategorii estetycznej. O wiele zdrowiej.

Photo: David Wall