Powiedz stary gdzieś ty był..

.. przez okrągły rok – pewnie świat nie szczędził ci zmartwień ani trosk. I choć grałeś, nie dał los tych najlepszych kart – siadaj! może byś coś zjadł? (byle nie na stacji serwisowej w Reading). Tak mi się przypomniało. Jak na blog turystyczny o Walii, to w ostatnim roku bardzo się zaniedbałam. Czasu mam mniej, więcej rzeczonych trosk, i przez ostatnie lato głównie lało; nie wspominając o fakcie, że już prawie wszędzie byłam:>

Czas się trochę poszerzyć (metaforycznie). Zaczęłam prowadzić siostrzany blog po angielsku, ot, żeby sobie poćwiczyć czasy zaprzeszłe i tryby przypuszczające; przypuszczające głównie, i słusznie, że się na nich kompletnie nie znam. A także dla kasy. Albowiem dobra wieść jest taka, że mam tony materiału, wystarczy wrzucić niniejszy blog w google translatora, dodać coś niepoprawnego politycznie, coś o imigrantach i zasiłkach, a szybko zostanę Wydarzeniem Medialnym na Wyspach. And that’s ok, bo ja jestem gotowa na sławę i kasę. Mam już nawet zestaw kompromitujących mnie materiałów do przypadkowego wycieknięcia do sieci gdy pierwsza fala popularności zacznie opadać. Wybrałam już też nowy samochód, nic wielkiego, bo po co to się zaraz afiszować:

db5-side

Jakby kto miał ochotę też sobie poćwiczyć tryby, to zapraszam na annainwales.

Tymczasem..

w drogę, już najwyższy czas. Przewietrzyć zapleśniałe od ciągłego deszczu mózgi. Jest taka droga, którą lubię nawet bardziej od opisywanej już kiedyś A470. Jest z resztą jej odnogą i zaczyna się w okolicy zbiorników wodnych w Brecon Beacons, o tu (kliknij, żeby powiększyć):

mapka

Dziękujemy ci google za te hojne mapy, które z twojej dobroci oglądać możemy. Jak już się znajdziesz w tej lokalizacji, to trzeba sobie pojechać w górę na Hirwaun właśnie drogą A4059.

road

Dalej to będzie już tak:

dzikie kunie

DSC_0426

przestrzeń

9

owłosieni bajkerzy

12

typowe południowowalijskie miasteczka w Dolinach

15

dziecioki z lodami w typowych miasteczkach w Dolinach

DSC_0453

I więcej. Bardzo przyjemna trasa, zwłaszcza, jak się w jedną stronę pojedzie A470 a wróci właśnie A4059. Szczególnie teraz, bo tu i ówdzie może nawet zalegać śnieg (ostatecznie to góry, chociaż niewysokie) i zaraz krajobraz wygląda jakoś szlachetniej.  Na owce uważać, bo się lubią pałętać po asfalcie, bez żadnego szaconku dla ruchu zmotoryzowanego.

To jedziesz.

Jezu, ale ja się wcale nie chwaliłam! Ranyboskie, jak mogłam zapomnieć. Po sześciu latach bezowocnego uganiania się po rezerwatach w pogoni za tym, co zdążyłam już przyjąć za stworzenie mityczne, ustrzeliłam zimoroda (kingfisher). Siedział jak byk, tuż przed moimi oczami, przez 10 minut; zapomniałam oddychać. Prawdziwy taki, cudeńko, niunieczek prześliczny anusiny, ciapulek kochaniunienieczki, ptasiuń cichusi, moja lulajże perełeczka:

KING

Jeszcze tylko ta sława i kasa, i jestem spełniona.

o dwóch pierwszych razach

Nastrój mam ostatnio wyjątkowo podły, to prawda. Media ciągle trąbią o najbardziej deszczowym lecie od ośmiuset lat; całe szczęście, że to robią, bo jeszcze byśmy przeoczyli. Woda wydaje się być absolutnie wszędzie, zwłaszcza tam, gdzie jej zupełnie nie powinno być.

Poza tym zorientowałam się, że jednemu mojemu sandałku obwisa nieestetycznie pasek i postanowiłam pójść do pana szewca, po raz pierwszy w życiu.  Pan szewc zażądał prezentacji, pomacał, postukał, pocmokał, obmierzył, zapisał, skasował i kazał wrócić we wtorek.

We wtorek z dumą zaprezentował swoje dzieło: pasek, co prawda, jak obwisał, tak obwisa, ale za to mam nowy dwucentymetrowy obcas. Fajnie zrobiłem, co nie, ale o co chodzi, coś ci się stało kochanieńka, jakiś, eee.. problem..? może wody..?

[Tylko kurwa nie wody!! Nóż, tasak, topór, obcęgi, widelec, wykałaczkę..]

Przejdźmy do rzeczy ciekawszych. Na quadach byłam. Też pierwszy raz w życiu.  Nie było lekko. Przez pierwsze pięć minut chciałam zeskoczyć i pójść sobie i nigdy nie wrócić, ale mi było wstyd, bo tam na quadzie jest napisane, że dozwolone dla dzieci od lat 12. Więc się spięłam w sobie i pojechałam, mamrocząc niecenzuralnie i spływając potem z wysiłku, głównie logistycznego. Wcale się tego tak łatwo nie prowadzi :>

Potem było już tylko lepiej: kałuże, błotko, wertepy, górki, dołki, kowbojskie okrzyki; pod koniec nabrałam takiej werwy, że nie zdążyłam zauważyć, że na środek ścieżki wyskoczyło mi drzewo. I tak sobie na nim zawiśliśmy malowniczo, quad i ja, w pozycji niekoniecznie przewidzianej instrukcją obsługi, na kilka minut, aż przyszedł pan quadowy i nas naprawił. Adrenalina ciągle gdzieś tam we mnie buzuje, chociaż może to tylko wkurw pogodowy.

Quady to nie najtańszy sport, ale ostatecznie od czasu do czasu trzeba sobie na to czy tamto pozwolić. Godzina jazdy po wertepach w miejscu o nazwie „Quad Challenge” (niedaleko Swansea) kosztuje 38 funtów. Jeździ się za panem quadowym, gęsiego; pan quadowy czasem udziela instrukcji, pyta czy wszystko arajt, no i oczywiście wie, jak zdjąć quad z drzewa, co ważne jest, i lubimy. Acha, warto ubrać się w coś, czego raczej nie będzie żal wywalić.

Polecam z czystym sumieniem, pomimo błotnistych okoliczności przyrody.

w gruncie rzeczy właściwie o niczym

Chciałam powiedzieć, że tak: śniegu to właściwie nie ma, chociaż podobno jest, a blog przechodzi modernizację, i zostaje rozdzielony na część turystyczną oraz nie. Również chciałam powiedzieć, że Ogryzek był ostatnio u laryngologa i było to doświadczenie traumatyczne dla wszystkich zainteresowanych (oprócz Ogryzka, który nic nie słyszał). Oraz, że kupiłam na ebayu nowe srebrne kolczyki z koralem z Hong Kongu za 0.99 funta i właśnie mi je przysłali i są cudne i jestem w ekstazie. Zawartość srebra w srebrze jest prawdopodobnie zerowa, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Red. Jakubek zaś wybiera się na spotkanie z duchami (zwane w języku lokalnem ‚ghost-watching’) do Llancaiach Fawr i cały jest Oczekiwaniem w Podnieceniu. Tzn. kiedy akurat nie służy translatorską pomocą rodakom w potrzebie i nie trafia go szlag na naturę systemu. Red. jest srodze zawiedziony poziomem zlewactwa i niekompetencji, jaki zastał był w Wielkiej Brytanii, i nieustannie zadaje sobie pytanie, jak ON EARTH!  dorobili się tej ‚wielkiej’ z taką postawą. Tzn. zapewne kiedyś było inaczej; kiedyś, zanim kraj opanowała zaraza i pożoga o nazwie ‚call centre’, która zredukowała petenta do ciągu liter na monitorze znudzonego słuchawkowego i rozmyła jakąkolwiek odpowiedzialność przy użyciu znanego środka wybielającego o nazwie ‚to nie ja, to kolega’.

Dwa ważne odkrycia w tym miesiącu:  zawartość kalorii w peanut butter, czyli maśle z orzeszków ziemnych – 600 kcal/10g (osobiście uważam, że to ohydne kłamstwo rozpowszechniane przez zawistnych producentów opcji czekoladowej), oraz kanadyjski  film Incendies (Pogorzelisko) z jak zwykle fantastyczną Lubną Azabal. Jak wpadnie Ci w oko, to o jezu, koniecznie. Nie czytać opisów, nie czytać recenzji, ewentualnie zobaczyć zwiastun. Przy końcu na chwilę umrzeć w fotelu, ze zdrętwiałą ręką w dawno zapomnianej misce popcornu.

Poza tym, zawsze warto pamiętać, że im bardziej Puchatek zagląda do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie ma.

O Vale of Ewyas, koślawym kościółku i heroicznej porażce ku chwale ojczyzny

Zapomniałam! Na śmierć zapomniałam i nie pamiętam o czym. Bardzo proszę zainteresowane osoby o maila, w przeciwnym razie, no cóż. Niejasno przeczuwam, że to miało jakiś związek z fotografią. Zapomniałam też, ale to zaraz naprawię, o dwóch małych przytulnych kościółkach w Brecon Beacons; w tej liczbie jednym architektonicznie niezrównoważonym. To coś dla tuptusiów – oblatywaczy sakralnych, ale nie tylko. Jeżeli zaś chodzi o wieści z lokalnego podwórka polonijnego, to też nie pamiętam, ale na pewno coś z zasiłkami, więc w zasadzie tylko się cieszyć.

Przytulne kościółki są na całodzienną wycieczkę, niewyczerpującą a przyjemną i z dala od utartych szlaków, dzięki czemu można się poczuć trochę jak Odkrywca-Eksplorator, np. taki Pan Scott, o którym będzie mowa na końcu, oraz można wstąpić do obiektu sakralnego (otwartego!) za darmo i spędzić w nim samotną chwilkę czy dwie, co fajne jest i lubimy. Gdzie jesteśmy: Brecon Beacons, Góry Czarne (Black Mountains), dolina o wdzięcznej tolkienowskiej nazwie Vale of Ewyas. O, tu już ładnie i w przybliżeniu pokazuje nam nieocenione google:

Na początek wioseczka Patrishow, tyciunie to, niepozorne i trzeba jechać pod górkę, żeby się dostać do kościoła. Trzeba sobie zaparkować nieco poniżej, na prowizorycznym mini parkingu-zakręcie, przy rzeczce o tej:

i potem się rozejrzec dookoła, bo tam w krzakach jest sprytnie ukryte takie coś, zwane tutaj ‚well’, rodzaj studni życzeń, kapliczki, połączenie tradycji chrześcijańskiej z pogańską, twór w którym zasadniczo chodzi o to, żeby za coś podziękować, albo o coś poprosić. Widziałam takich już kilka w Walii; nie znajdziesz ich w większych miastach, gdzie społeczeństwo utraciło nie tylko jakąkolwiek więź z religią, ale i z własnymi celtyckimi korzeniami; ale ‚nawsi’ postęp idzie wolniej. Nie mają biedule tesco.

W intencji lub w podzięce ludzie zostawiają przy studni coś osobistego, co kto ma przy sobie: monetę, sznureczek, coś od dziecka, krzyżyk z patyczków, wstążkę, kolczyk, co bardziej kreatywni zawiązują na gałęzi skarpetę. Se wrzuciłam pieniążek na intencję grubszej gotówki, no i proszę, przedwczoraj znalazłam na ulicy funta. Zakładam życzliwie związek przyczynowo-skutkowy. Nie będziemy się czepiać, że studnię życzeń w Patrishaw odwiedziłam osiem miesięcy temu. Te sprawy rozwijają się powoli, czasem całe życie, albo i dłużej.

A na wzgórzu, za kamienną bramą, jest już kościół ze stareńką mini kapliczką i oczywiście cmentarzem. Widoki piękne, sielskie (ostatecznie to park narodowy), ludzi wcale, cisza i spokój. Na ścianach kościoła stare freski, 10 przykazań po staroangielsku, kościotrup ku pokrzepieniu serc oraz inne sympatyczne motywy chrześcijańskie. Bardzo to wszystko ładne, szczególnie, kiedy promienie słońca przeciskają się do środka i rozlewają po kamiennych płytach i bielonych ścianach.

 

Druga atrakcja dnia to Cwmyoy (czyt. Kumjoj). Znowu nieduża, uroczo położona wioseczka, ale kościółek, który do niej należy jest dość sławny i odwiedza go nieco więcej turystów. Z daleka wygląda tak:

A w środku tak:

Pierwsze, co rzuca się w oczy, poza sufitem i zielonkawą poświatą to główna atrakcja Cwmyoy: unikatowy koślawy ołtarz, podobno skutek ruchów tektonicznych, czy tam innych kopalnianych, dokładnie już nie pamiętam, które naruszyły strukturę wieży kościelnej; wygląda to uroczo i trzeba się przepychać, bo każdy chce mieć zdjęcie. Kościółek w Cwmyoy ma też kilka atrakcyjnych detali, jak starą pianolę (zakładam, że to pianola, nie  znam się, ale brzmi ładnie, fotka u góry) oraz takie różne, o:

 

No. Tyle turystyki, teraz jeszcze trochę kultury. Właśnie mija sto lat, od kiedy pan kapitan Robert Falcon Scott wyprawił się z Cardiff wraz z czterema innymi panami zdobywać po raz pierwszy biegun południowy. Wyprawa miała charakter naukowy i panowie się nie spieszyli, i może dlatego na biegunie zastali norweską flagę pana Amundsena zatkniętą tam kilka tygodni wcześniej. Ruszyli w drogę powrotną, lecz szczęście im nadal nie sprzyjało i koniec końców wszyscy zginęli na skutek głodu i zimna. Wyprawa nazywana jest jedna z największych brytyjskich heroicznych porażek, i jako dziedziczka wielu heroicznych porażek innego narodu rozumiem dumę z osiągnięcia. Anyway, cały ten wstęp po to, żeby cię rodaku zachęcić do odwiedzenia (darmowej!) wystawy na temat ekspedycji pana Scotta w muzeum w Cardiff. Tu proszę, więcej detali. Sama wystawa jest nieduża, ale ciekawa, zwłaszcza, że wyświetlany jest film nakręcony przez nieszczęsnych podróżników, na którym sobie biegają z pingwinami, wiecznie żywi, wiecznie szczęśliwi.

A legenda mówi, że kiedy już zdali sobie sprawę, że kończy się prowiant i mogą umrzeć jeden po drugim nie doczekając pomocy, kapitan Scott popatrzył na swoją rację żywnościową, na kolegów, z którymi związał się jak z rodziną, i powiedział, że musi ‚wyskoczyć coś załatwić’. I poszedł. Znaleziono go zamarzniętego niedaleko chaty, w której czekali na ratunek.

Taki bohater.

A jedzenia i tak nie wystarczyło.

o co w ogóle chodzi z tą Walią?

Jeden z komentarzy do poprzedniego wpisu zainspirował mnie do popełnienia notki na temat Walii jako takiej. Turystycznie daję ostatnio ciała głównie z powodu braku czasu, ale też z powodu pewnego zmęczenia materiału. Potrzebuję odmiany. Powstał plan dużej wyprawy do Marakeszu w przyszłym roku, walczy z planem jeszcze większej wyprawy do Peru, na razie remis. Tymczasem za dwa tygodnie będę spacerowac po Wałach Chrobrego (zakładając, że przetrwam podróż autobusem liniowem) a za miesiąc lecę do Portugalii, odpoczywac, szukac fado, cwiczyc bardzo potrzebne a dźwięczne com licença, você fala inglês? oraz równie użyteczne não entendi, robic nic na plaży (tere fere) oraz odwiedzic Lizbonę (ukłony dla filmu Lisbon Story za dziwaczny całokształt). Przy okazji podróży, polecam dzieło pary Gervais&Merchant (tych od ‚Office’u’) pt. Idiot Abroad. Bohater Karl to fenomen, Anglik w najbardziej ciasnomózgowym i ksenofobicznym wydaniu, oderwany od swojej puszki fasolki Heinz, tostera i wakacji w Blackpool i wyrzucony za granicę, gdzie czuję się wyjątkowo dyskomfortowo. To typ, którzy stojąc przy Wielkim Murze Chińskim mówi ze skwaszonym wyrazem twarzy: Great? What’s so great about it? It’s All Right Wall of China :/ Innit.

Ale do rzeczy. Jeśli ktoś zapytałby mnie: no to jak tu się mieszka? To po tych prawie 6 latach odpowiedziałabym: głównie mokro. Z uwagi na położenie geograficzne i ukształtowanie terenu Walia obdarzona jest łagodnym klimatem ale niestety również nadprodukcją szarych deszczowych dni. Jeśli ktoś jest meteoropatą, to przesrane, przepaszam za żargon techniczny. Ta skatologia się mnie coś trzyma Ptysiu jak nomen-omen kupa podeszwy buta. Anyway. W związku z tym, że mokro, jest też bardzo zielono, chociaż roślinnośc nie jest przesadnie zróżnicowana. Zwłaszcza na klifach, chyba najpiękniejszym elemencie walijskiego krajobrazu. Zdjęcie poniżej nie jest zdjęciem klifu.


Malownicze krajobrazy, w tej liczbie klify, plaże, góry (bardziej Bieszczady niż Tatry), wodospady, farmy, małe miasteczka, podwójne nazewnictwo na znakach drogowych, wszechobecna uprzejmośc, całkowity brak życia politycznego, co za tym idzie święty spokój, owce, pokazowy patriotyzm, przyziemnośc, różnorodnośc akcentów, owce, bezustanne narzekanie na pogodę, jakakolwiek by akurat nie była, brak ośrodków kultury, owce, stagnacja, brak zainteresowania dla świata zewnętrznego. Ostatnio dochodzi również brak perspektyw na zatrudnienie. Walia w skrócie, uproszczając. Bez lukru, ale i bez cykuty.

Ja, doceniając całą niekwestionowaną urodę i fotogenicznośc walijskiego krajobrazu, którego nie widac na zdjęciu poniżej,  niestety należę do tych, którym deszcz doskwiera. Nie mieliśmy prawie wcale lata w tym roku, z wyjątkiem okolic Wielkanocy; i wiemy, że im bliżej do października, tym będzie gorzej. Gdybym miała wybór, przeprowadziłabym się na południe kontynentu. Albo do Stambułu. Ale nie mam, więc trzeba to jakoś zorganizowac, żeby się dało życ. W końcu się jakoś przyzwyczaic. Innit.

W kwestii fot, badam, czy seksowna babka zwiększy ilośc odsłon bloga.

Migawkę wyzwalała: ja. Modelka: seksowna babka Jo. Mejkap: Ptyś i Jo. Zboże: rolnika, mam nadzieję, że jeszcze nie odkrył wydeptanych przez nas kręgów, a jeśli odkrył, to przypisał je wielkostopym kosmitom.

o wyprawie na północ, włoskim kiczu w walijskim deszczu i Małej Polsce

Bywało się ostatnio, bywało. W północnej Walii się bywało. Na pograniczu parku narodowego Snowdonia, o którym już wcześniej to i owo pisałam. Konkretnie się bywało o tu:

Park Narodowy Snowdonia ma to między innymi do siebie, że można po nim iść pod górę oraz w dół, i wpaść po kolano w krowi placek sprytnie ucharakteryzowany na kawałek skały magmowej, na której – jakby się mogło wydawać – można wesprzeć nogę podczas wspinaczki terenem bagiennym. Można też, co rzadkie, popatrzeć sobie z góry na nisko przelatujące jety brytyjskiej armi, które tam sobie nisko przelatują. Jak tam konkretnie jest, to widać na górze i poniżej.

Atrakcyjność tej części kraju polega na tym, że morze spotyka się tu z górami; piaszczysto-kamienne plaże otulane są czule nie tylko przez wielokilometrowe pływy, ale i przez rozległe, łagodne łańcuchy górskie, niektórym kojarzące się z Bieszczadami. Najlepszy sposób na poznanie tej części kraju to spędzenie tu dwóch, trzech dni – atrakcji najróżniejszych jest dużo, a jeśli ktoś chce tylko odpocząć w ładnych okolicznościach przyrody, to też nie będzie rozczarowany. Oczywiście pod warunkiem, że nie leje. Hm. Tak. Tego.

Zakładając jednak, że pożądasz atrakcji i przygody, oto proszę bardzo, przykładowy plan wizyty, obliczony na cały dzień. Na początek Barmouth – nieduże miasteczko kurortowe, w którym mają dużo automatów do gry i bud z frytami, czyli jest to zasadniczo miejscowość nastawiona na turystę-wczasowicza z dzieciami. Ale ma w sobie coś niewątpliwie krajobrazowo atrakcyjnego – olbrzymie ujście rzeki (estuary), które w czasie odpływu wygląda jak ogromna pustynia. Przecina je żeliwny most, który służy między innymi jednej z głównych atrakcji turystycznych w tej okolicy – kolejce wąskotorowej.  Kolejka sobie przebiega tu i tam, i jest fajna i polecana przez przewodniki, ja nie skorzystałam, bo mi zabrakło czasu.

Barmouth ma dość ciekawą architekturę; rzędy domów dosłownie wrastają w skały – podobno jest to efekt kaprysu architektonicznego pewnej bogatej damy, jak mi wyszeptał konspiracyjnie Pan Sprzedawca Lodów Zorientowany Lokalnie. Jeśli nie masz całego dnia i zapasu sucharów, nie daj się nabrać na „panoramic walk”, czyli szlak spacerowy pod górę z Widokami. Dojdziesz prawie do brzegów Irlandii, a panoramy nie zobaczysz. Zarosła, ukradli, nie wiem. Uwaga praktyczna: jeśli wybierzesz się na spacer po olbrzymiej plaży, uważaj na sprzęt fotograficzny – mocno tam zawiewa piaskiem.

Z miasteczka B. skaczemy sobie do Harlech żeby zobaczyć jeden z najbardziej znanych walijskich zamków. Mocno powiązany z historią walki zbrojnej przeciw Anglikom, jest imponującym przykładem średniowiecznej architektury i ikoną pejzażu walijskiego. To od jego nazwy wzięła swój tytuł słynna pieśń Men of Harlech, wykonywana przez każdy szanujący się chór w Walii. Chór posiadany jest przez każdą szanującą się walijską metropolię, niezależnie od ilości mieszkańców i przychodu na głowę mieszkańca.  Tu można sobie posłuchać tej pieśni w wykonaniu bodajże 13-letniej(!) Charlotte Church, lokalnej selebriti. Dla tych, którzy lubią wiedzieć więcej: Walia nie zawsze była podległa Anglii; wiele krwi przelano i wiele walk stoczono dawno temu w obronie niepodległości. Dwa imiona, które warto znać, to Llewelyn (czyt. chlułelyn – imię władców Walii, w tej liczbie ostatniego niepodległego; llewelyn to obecnie też jedno z najpopularniejszych walijskich nazwisk) oraz Owain Glyndŵr (czyt. ołajn glyndur) taki walijski William Wallace, wielki patriota i bojownik o Przegraną Sprawę. Jako przedstawicielka narodu złożonego prawie głównie z walki o przegrane sprawy odczuwam dla niego sporą sympatię.

Uwaga praktyczna: trzeba sobie zaparkować w miasteczku; jeśli nie znajdziesz miejsca na ulicy za darmo, przy zamku jest nieduży parking pay&display. Wstęp kosztuje 3.60. W okolicy można nabyć drogą kupna kawę i loda oraz zrobić siku.

No to polataliśmy sobie po zamcurach, czas na coś lżejszego, bardziej kobiecego. Uprzedzam, tanio nie będzie, ale to mus, nie ma zmiłuj. Mus nazywa się Portmeirion i znajduje się niedaleko Porthmadog, następnego lokalnego kurorciku. Portmeirion to prywatna wioska (dlatego musisz płacić za wstęp – 8/osobę, i tu poznajemy pożyteczne angielskie słówko rip-off), którą wymyślił sobie jeden architekt o długim i arystokratycznym nazwisku, którego nie podam, bo i po co. Grunt, że wiemy, że pan był wizjonerem, nie bał się realizować marzeń oraz był posiadał kapitał. Panu zbrzydło ponure, smagane wiatrem i deszczem kamienne budownictwo północnej Walii i postanowił sobie zbudować wioskę w romantyczno-kiczowatym stylu włosko-renesansowym. Wioska jest obecnie przedsięwzięciem czysto komercyjnym; jeśli chcesz zabrać ukochaną na romantyczny weekend do walijskich Włoch, będzie Cię to kosztowało od stówy za ienia). Tysiak, jeśli chcesz zostać na tydzień. Lecz cóż nawet taki pieniądz, kiedy dziewczę Ci zakwili z miłości. Poza tym po pierwszych zachwytach najprawdopodobniej zacznie lać, więc przy odrobinie szcześcia nie wyjdziecie z sypialni.

Na koniec ciekawostka; otóż mają w tamtej okolicy, w Penrhos, niedaleko Pwllheli, coś takiego, o czym kiedyś opowiadał mi jeden pan Miły Kustosz w St. Fagans w Cardiff, ale zupełnie mi wyleciało z głowy i kiedy nagle zobaczyłam przy drodze taki oto napis:

poczułam się lekko wyprowadzona z równowagi i natychmiast zarządziłam skręt w prawo celem rozwikłania Tajemnicy. Znalazłam byłą bazę RAFu, sprzedaną Polskiej Spółdzielni Mieszkaniowej po wojnie i zaadoptowaną na osiedle mieszkaniowe; jak na polską wspólnotę przystało jest tam kościół, kapliczka z Matko Bosko, dziurawe drogi, biblioteka ze świetlicą, szpitalik itp.  Pierwsi rezydenci podobno nazwali to miejsce, nie wiedzieć czemu, Małą Polską. Obecnie osiedle pełni głównie rolę domu spokojnej starości; ‚mieszkania’ wynajmowane są również turystom za rozsądne ceny. Tyle wyszperałam w internecie; nie udało mi się spotkać tam żywej duszy, więc nie mam faktów z pierwszej ręki.

Warto sobie zobaczyć galerię tego faceta – jemu się udało spotkać kilka dusz. A to strona Spółdzielni.

To tyle, ciotki i wujki; to wy sobie planujcie, pakujcie manatki, termosy i chińskie zupki, a ja sobie tu jeszcze posiedzę. I posłucham tego. I jest rewelacyjnie.

Au revoir, Joanno. Bonne chance! :)