o co w ogóle chodzi z tą Walią?

Jeden z komentarzy do poprzedniego wpisu zainspirował mnie do popełnienia notki na temat Walii jako takiej. Turystycznie daję ostatnio ciała głównie z powodu braku czasu, ale też z powodu pewnego zmęczenia materiału. Potrzebuję odmiany. Powstał plan dużej wyprawy do Marakeszu w przyszłym roku, walczy z planem jeszcze większej wyprawy do Peru, na razie remis. Tymczasem za dwa tygodnie będę spacerowac po Wałach Chrobrego (zakładając, że przetrwam podróż autobusem liniowem) a za miesiąc lecę do Portugalii, odpoczywac, szukac fado, cwiczyc bardzo potrzebne a dźwięczne com licença, você fala inglês? oraz równie użyteczne não entendi, robic nic na plaży (tere fere) oraz odwiedzic Lizbonę (ukłony dla filmu Lisbon Story za dziwaczny całokształt). Przy okazji podróży, polecam dzieło pary Gervais&Merchant (tych od ‚Office’u’) pt. Idiot Abroad. Bohater Karl to fenomen, Anglik w najbardziej ciasnomózgowym i ksenofobicznym wydaniu, oderwany od swojej puszki fasolki Heinz, tostera i wakacji w Blackpool i wyrzucony za granicę, gdzie czuję się wyjątkowo dyskomfortowo. To typ, którzy stojąc przy Wielkim Murze Chińskim mówi ze skwaszonym wyrazem twarzy: Great? What’s so great about it? It’s All Right Wall of China :/ Innit.

Ale do rzeczy. Jeśli ktoś zapytałby mnie: no to jak tu się mieszka? To po tych prawie 6 latach odpowiedziałabym: głównie mokro. Z uwagi na położenie geograficzne i ukształtowanie terenu Walia obdarzona jest łagodnym klimatem ale niestety również nadprodukcją szarych deszczowych dni. Jeśli ktoś jest meteoropatą, to przesrane, przepaszam za żargon techniczny. Ta skatologia się mnie coś trzyma Ptysiu jak nomen-omen kupa podeszwy buta. Anyway. W związku z tym, że mokro, jest też bardzo zielono, chociaż roślinnośc nie jest przesadnie zróżnicowana. Zwłaszcza na klifach, chyba najpiękniejszym elemencie walijskiego krajobrazu. Zdjęcie poniżej nie jest zdjęciem klifu.


Malownicze krajobrazy, w tej liczbie klify, plaże, góry (bardziej Bieszczady niż Tatry), wodospady, farmy, małe miasteczka, podwójne nazewnictwo na znakach drogowych, wszechobecna uprzejmośc, całkowity brak życia politycznego, co za tym idzie święty spokój, owce, pokazowy patriotyzm, przyziemnośc, różnorodnośc akcentów, owce, bezustanne narzekanie na pogodę, jakakolwiek by akurat nie była, brak ośrodków kultury, owce, stagnacja, brak zainteresowania dla świata zewnętrznego. Ostatnio dochodzi również brak perspektyw na zatrudnienie. Walia w skrócie, uproszczając. Bez lukru, ale i bez cykuty.

Ja, doceniając całą niekwestionowaną urodę i fotogenicznośc walijskiego krajobrazu, którego nie widac na zdjęciu poniżej,  niestety należę do tych, którym deszcz doskwiera. Nie mieliśmy prawie wcale lata w tym roku, z wyjątkiem okolic Wielkanocy; i wiemy, że im bliżej do października, tym będzie gorzej. Gdybym miała wybór, przeprowadziłabym się na południe kontynentu. Albo do Stambułu. Ale nie mam, więc trzeba to jakoś zorganizowac, żeby się dało życ. W końcu się jakoś przyzwyczaic. Innit.

W kwestii fot, badam, czy seksowna babka zwiększy ilośc odsłon bloga.

Migawkę wyzwalała: ja. Modelka: seksowna babka Jo. Mejkap: Ptyś i Jo. Zboże: rolnika, mam nadzieję, że jeszcze nie odkrył wydeptanych przez nas kręgów, a jeśli odkrył, to przypisał je wielkostopym kosmitom.

awaria oprogramowania owczarka

Będąc obecnie w biegu przez płotki trzydziestu sześciu półetatów udało mi się jednakże mimochodem zauważyc, że oto nadszedł lipiec oraz wreszcie jakieś dwa dni lata. Błogosławieństwo, którym jednak nie mam za bardzo czasu się cieszyc. Wszystko jest tak pięknie zdezorganizowane, zmienne, niewiadome, intrygujące, optymistyczne i jest tego dużo.  W sumie lubię, ale też troszkę nie. Już wiem dlaczego często ludzie rezygnują z chaosu samozatrudnienia na rzecz uporządkowanego etaciku 8-16.

Przegrzewam się i dochodzi do spięc w systemie oraz poza; zaczynam myślec z tęsknotą o wakacjach. Najlepiej żeby była turkusowa woda i herbata z lodem. Gdzieś nieprzesadnie daleko. Przez tydzień robic nic. Oooch. Na razie w sferze marzeń. Na szczęście nadchodzący weekend będzie piękny i boski: Anna w Cotswalds. Podobno najpiękniejsze wioseczki Anglii. Najprawdziwsze angielskie śniadania. Cream tea na każdym rogu. Wiejska rezydencja w charakterze hotelu. Maciupka odrobinka luksusu. Zamierzam znakomicie się bawic, nabyc posz-akcent, zrobic 2800 zdjęc i zmontowac wreszcie znowu jakiś turystyczny wpis na blogu bądź co bądź o charakterze turystycznym.

Tymczasem pozdrawiam, Ciebie, czytaczu, moje cztery pomidory w ogrodzie, oraz Mię i Mammę Mii, moje dwie ostatnie modelki, bardzo fajne kobitki.