idziesz?

sen o dolinie / niemodny ucisk w sercu

idziesz?

Czasem czuję, jakbym była zamknięta we wspomnieniu pewnego miejsca o nazwie Nevis Gorge. Cudowne więzienie, które w mojej głowie obrosło warstwami fantazyjnych dodatków, jak brytyjskie wybrzeże skorupkami ostryg.

To dolina z wodospadem w środku szkockich gór. Jestem tam prawie codziennie przed snem; siadam na kocu niedaleko od wodospadu, ze słońcem na twarzy, z plecami opartymi o drewniany schodek małej chaty. Jest wino, też, czemu nie. Czasem nawet zaszaleję z deską serów z oliwkami; ostatecznie to moja fantazja, co, kurde. Przede mną rozciąga się szerokie, płaskie dno doliny zamknięte ze wszystkich stron koroną gór; meandrująca cokolwiek leniwie rzeka błyszczy w popołudniowym słońcu. Jak to komuś wytłumaczyć, że czasem w tym zawalonym idiotycznymi nagłówkami i ludzkim szumem świecie widzisz coś tak pięknego, że stajesz w miejscu i ryczysz.

Jak wytłumaczyć komuś rozmiłowanemu w akrylowych pazurach i sztucznych rzęsach co robi z człowiekiem zapach mokrej ziemi w środku podeszczowego lasu? Jaki opisać komuś z nosem w ajfonie balon emocji, ten ucisk w sercu, kiedy patrzy się na wyzłocone późnowieczornym słońcem góry? Opowiedzieć o tym, jak już niczego więcej się dziś nie spodziewasz, i nagle za rogiem obezwładnia cię widok krystalicznie czystej rzeki wypływającej niemal z wnętrza góry; góry brunatnej, pooranej jasnymi żlebami, z czapą śniegu na głowie.

Dolina

Trudno jest pisać o miłości do krajobrazu i natury bez ryzyka ugrzęźnięcia w lingwistycznym kiczowisku. Poza tym, to niemodne. Nie na czasie. Nikogo to już nie interesuje. Zupełnie. Zupełnie..?

Popatrz tam – Alun wskazuje na horyzont ponad dachami budynków college’u – my tu w słońcu, a tam ściana deszczu. Uwielbiam patrzeć na takie ściany deszczu. Iść w ich kierunku. Nie boję się deszczu. Mógłbym tak bez końca.

Uśmiecham się pod nosem. Już dawno przypadkowa osoba nie powiedziała do mnie czegoś równie cudownie nieużytecznego.

Niemodny ucisk w sercu.

Dolina

pamelo żegnaj

DSCN1651

Wieczór w górach zawsze zapada błyskawicznie. Dzień był pełen wrażeń, jesteśmy zmęczeni. Samochód porusza się płynnie po szkockich serpentynach; nikt nic nie mówi. Na drodze nie ma żadnego ruchu; światła samochodu co rusz odbijają się od powierzchni któregoś z licznych jezior. Opieram czoło o szybę, pozwalam krajobrazowi przepływać przeze mnie swobodnie, bez żadnych zakłóceń. W gasnącym świetle dnia złotawe łańcuchy górskie zmieniają się w brunatne. Wyglądają jak porysowane gigantycznym widelcem: setkami, tysiącami żlebów pędzą w dół małe wodospady. Tu i ówdzie wciąż leżą białe czapy śniegu. Góry są tak blisko, przy samej drodze, w pewnej chwili ogarnia mnie przemożone pragnienie, żeby wysiąść i te brunatne góry objąć, i tak zostać. Wrażenie jest tak silne, że mam łzy w oczach. Ej, niech ktoś wciśnie pauzę. Zatrzymać tę chwilę.

Jutro już będziemy stąd wyjeżdżać. Słuchaj! Nic nie słyszysz, no właśnie. Taka cisza. Powiedzcie mi coś na do widzenia, szkockie góry. Szkockie góry puszczają do mnie oko księżycem odbitym od powierzchni jeziora. To jedyne źródło światła. Bezchmurne nocne niebo wspiera się tysiącem galaktyk na szczytach, jak zmęczony wędrowiec. Ja mam jednak generalnie szczęście do pogody. Przecież mogłoby lać. Mogłaby zejść mgła, jak kiedyś w Zakopanem, kiedy musiałam kupić pocztówkę żeby udowodnić Boskiemu, że jesteśmy w górach; sfochowane Tatry wyłoniły się zza mgły pięć minut później, wywaliły do nas jęzor i znowu zniknęły, tym razem na dobre. Jak statek-widmo. Ale generalnie to mam szczęście do pogody, tak. Odpukać.

No więc, Pamelo żegnaj. Dziękuję ci za obłędną ilość krystalicznie czystego powietrza, która sprawiła, że każdej nocy miałam tak intensywne sny, że po przebudzeniu czułam się jakbym właśnie sześć razy wbiegła na Ben Nevis. Ostatni raz tak intensywnie śniłam jakieś 15 lat temu. We śnie ukazał mi się trójkąt na niebie i kazał mi bezzwłocznie urodzić syna bożego, dzięki Bogu, że nie jestem wierząca, bo może dziś byłabym przywódczynią jakiejś krwiożerczej sekty podprowadzającej staruszkom drobne na jedzenie dla kota.

Highlands, wy jesteście jak zdrowie. Ile was trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto potrzebował tlenu i wyjechał z was unosząc się w powietrzu jak niebieski balonik. Jak dziecko z koglem-moglem w letni wakacyjny poranek. W tle Lato z Radiem. Ze szklarni dochodzi zapach pomidorów. Dziecko jeszcze nie wie, że to tak zawsze nie będzie. Ja już wiem.

wrtqr

na drugim końcu tęczy

DSCN1707

Lubię wyspy; jest w nich coś dziwnie pociągającego. Ich mieszkańcy tworzą niewielkie zamknięte społeczności, często zahartowane jako ta stal sowiecka przez wymagające warunki życia; taki mikroświat wewnątrz wielkiego świata poza wyspą. Niby część całości, ale nie do końca. Szkocja ma mnóstwo wysp – więc chociaż jedna musiała paść moim łupem w trakcie tej wyprawy.

Wyspa Skye należy do Hebryd Wewnętrznych, archipelagu położonego przy zachodnim wybrzeżu Szkocji. Sporo o niej słyszałam; od zaprzyjaźnionych szkocjofilów dostałam przykaz bezwzględnego odwiedzenia pod groźbą zawieszenia stosunków trójstronnych. Ale co, mam się tłuc te trzy godziny w jedną stroną, to sam dojazd tam i z powrotem zajmie mi pół dnia, zwariowaliście. Masz się tłuc. Ostatecznie jak zwykle wykonuję szybką kalkulację: jakie są szanse, że wrócę w te same okolice? Minimalne. Jedziemy.

DSCN1712

W drodze odrobinę popaduje, ale generalnie szkocka pogoda bardzo mnie rozczarowała. Odpowiednio nastraszona spodziewałam się potopów, huraganów i polarnych temperatur, a tu takie tam sobie, prawda, a to słoneczko, a to trochę chmurek, żadnych poważniejszych ekscesów. Cherlawy deszczyk ustaje jakby nożem uciął po stu metrach zostawiając po sobie kolorowe wspomnienie na niebie. A po chwili kolejny cherlawy deszczyk ustaje zostawiając po sobie… powtórz. Skye słynie ze swoich tęcz; nic dziwnego, skoro pogoda jest tak sympatycznie zwariowana.

DSC_0194DSC_0174DSC_0181

Na Skye można się dostać promem albo przez most. Z braku czasu nasz pobyt zostaje okrojony do przejazdu drogą wzdłuż całej północnej linii brzegowej. Widoki pieszczą oko. Przestrzeń, dzikość i ta nieszczęsna remoteness, dla której mimo kolektywnego wysiłku nie mogliśmy z kolegą Marcinem W. znaleźć odpowiednio pojemnego polskiego przekładu. Często mam wrażenie, że tak właśnie musi wyglądać Islandia na której nigdy nie byłam. Drogi na Skye, o, tu można by napisać kilka poematów, zwłaszcza satyrycznych; drogi są często wąskie, wijące się, nierówne, falujące; podróż nimi jest atrakcją sama w sobie. Nie stosować po jedzeniu.

DSCN1773

Gwoździe programu? Przypominający penisa, no offence, Old Man of Storr, specyficzna formacja skalna. Czubek, że tak powiem, widać na zdjęciu powyżej. Quiraing, formacje skalne na samym końcu wyspy, do których jedzie się prawie nieistniejącą drogą, odmawiając pacierze. Mostek poniżej. Najlepsza niedomowa pomidorowa jaką jadłam w życiu, a jadłam wiele, zaserwowana w Portree, ‚stolicy’ wyspy.  Wpadający momentami w turkus kolor wody w morzu. Krystalicznie czyste powietrze.

13

DSCN1750 12 DSCN1726

Jak to jest żyć w takim odizolowanym od wielkiej cywilizacji świecie? Pan Od Zupy jak na złość pochodził z Irlandii, i nie wiedzieć czemu poczuł się w obowiązku zachwalać partię konserwatywną i Margaret Thatcher, co natychmiast zważyło Boskiemu całkiem przyzwoite chilli con carne w żołądku. Bezceremonialne epatowanie swoimi politycznymi poglądami jest strasznie niebrytyjskie i jest oznaką braku dobrego wychowania, pamiętaj rodaku :) Zanim jednak skądinąd bardzo sympatyczny pan z Irlandii okazał się w oczach Boskiego megaburakiem, opowiedział, że tak, co tu kryć, żyją głównie z turystów, no i oczywiście z hodowli łososi. Pogoda, no wiesz, różnie, w zeszłym tygodniu troszkę wiało, jak jadłem zupę to trochę nam tu chodziła elewacja, tynk mi wpadł do zupy, ale to wiesz, nic takiego znowu nadzwyczajnego, ostatecznie. W życiu bym stąd nie wyjechał, kończy pan. Ostatnio piłem kawę na tarasie i przeleciał mi orzeł. Boski patrzy na pana z podwójną niechęcią.

hjk dfg

No właśnie, podobno mają tam unikatową populację orłów złotych. Miałam wielką nadzieję, że mi też przeleci, ale ostatecznie nie można mieć wszystkiego.

A tu, proszę bardzo cała podróż sfilmowana moją drżąca ręką. Dopiero się uczę, więc nie ma co kręcić nosem. Jest jak jest. Zapiąć pasy, bo wytrzęsie.

I jeszcze tylko mapek wyprawy dzięki uprzejmości Google.

mapek

if in doubt, travel

ddfhsdf

Z podziękowaniem dla Kate, która kazała mi tam bezwzględnie pojechać. xx

Ścieżka biegnąca wzdłuż wąwozu jest dość wąska i w sporej części kamienista. Jest piękny wiosenny poranek; wygląda na to, że słońce postanowiło akurat dzisiaj pójść na ten sam spacer. Biorąc pod uwagę wszystkie mrożące krew w żyłach opowieści o szkockiej pogodzie czuję się jak królowa życia. Cieszę się tym bardziej, że w Glen Nevis Visitor Centre przestrzegano, że podczas deszczu ścieżka może być śliska i dość niebezpieczna. Dodatkowo trwają właśnie pierwsze wiosenne roztopy i w wielu miejscach śnieg spływa żlebami z gór tworząc mniejsze i większe wodospady, które często przecinają ścieżki zmieniając je w śliskie pułapki. Nie ma w tym określeniu żadnej przesady; sama doświadczyłam chwili utraty równowagi, po której adrenalina trzęsła moimi nogami jeszcze przez dobre pięć minut.

DSCN1980

Sam wąwóz jest również wąski i wysoki; jego dołem płynie rwąca rzeka, której odgłos towarzyszy ścieżce zwłaszcza na końcowym etapie. Za to w momencie, kiedy wąwóz otwiera się na dolinę, hałaśliwa i zbuntowana rzeka zmienia się w stateczną i, no offence, dość płytką matronę. Stoję w miejscu, obracając się powoli dookoła; za moimi plecami wyrastają wciąż jeszcze tu i ówdzie ośnieżone szczyty, a na horyzoncie wyłania się cel wyprawy, wodospad Steall, trzeci co do wysokości w Szkocji. Wokół prawie nie ma żywej duszy. Wiesz, jak to jest, jak czasem widzisz coś tak pięknego, że podstępne wzruszenie chwyta cię za gardło. Słońce przyjemnie ogrzewa twarz, powietrze jest kryształowo czyste. Już wiem, że żadne zdjęcie nie odda tej chwili, tego uczucia. M. zawsze płacze w wyjątkowo pięknych miejscach; chyba się zaraziłam. Nie na darmo ten spacer określany jest jako jeden z najpiękniejszych w Szkocji.

xdffh

dol

DSCN2009 wod

Wiem, że w trakcie i zaraz po obfitych opadach ten wodospad prezentuje się o wiele bardziej okazale, ale wiesz co, wyjątkowo chyba bym się nie zamieniła.

Co jeszcze: z jednej strony doliny stoi mały domek, do którego prowadzi zwisający most linowy dla wielbicieli ryzyka. Przeznaczenia domku nie jestem pewna, ale wyobrażam sobie co to musi być za przeżycie spędzić w nim noc, z dźwiękiem pędzącej wody w tle, i z niebem ciężkim od gwiazd w charakterze dachu nad doliną. A rano można wyjść przed drzwi z poranną kawą i siedzieć, i patrzeć, aż się zorientujesz, że kawa już dawno wystygła; i nie będzie to miało znaczenia, w co może teraz trudno uwierzyć.

Po drugiej stronie dolina otwiera się jeszcze szerzej, pozwalając ostatecznie zamknąć się w objęciach gór. Nie wierzę, że to napisałam; Mniszek Helena byłaby ze mnie dumna. Ale tamto miejsce uderzyło z mocą tornada w mój wrodzony sarkazm i na kilka chwil zmieniło mnie w słodką bezwolną istotkę, zdolną co najwyżej od czasu do czasu podnosić szczękę z tej ciepłej wiosennej ziemi. Lawinę żółtozielonej zazdrości wzbudził we mnie widok dwóch kolesi namiotujących sobie na środku doliny. Całe to dobro mieli tylko dla siebie. Szkocja to jedyny bodajże kraj Wspólnoty, w którym można namiotować na dziko. To lubimy.

dolina A jeszcze ci powiem, że ta dolina jest wypełniona kamieniami i większość z nich wygląda jak obsypana srebrnym brokatem. Normalnie takie kamienie tracą połysk jak wyschną, ale nie te z wąwozu Nevis. Przywiozłam kilka; leżą teraz obok mnie i pobłyskują sobie zalotnie. wodo __________________

Info praktyczne: wąwóz Nevis (Nevis Gorge) z wodospadem Steall (Steall Falls) znajduje się niedaleko od Glen Nevis Visitor Centre w miejscowości Fort William. Wystarczy jechać coraz bardziej zwężająca się drogą do samego końca i zaparkować na parkingu. Uwaga, podejrzewam, że latem jest tam megatrudno znaleźć wolne miejsce. Dojście do wodospadu zajmuje jakieś 30-40 minut. W okolicy sa jeszcze inne wodospady, ale nie miałam czasu na więcej.steallMapka dzięki uprzejmości google. Więcej info w poprzednich wpisach.   .

jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń

DSCN1489

Po latach odwlekania nieuchronnego dotarłam wreszcie do Szkocji. To był wyjazd spontaniczny, nieplanowany, z nabazgraną na szybko listą obowiązkowych atrakcji wysępionych od zaprzyjaźnionych szkocjofilów, dzięki czemu niekoniecznie zawsze zgodnych z oficjalnym stanowiskiem władz. Wyjazd troszkę terapeutyczny w założeniu; dużo miałam ostatnio na głowie, za dużo. Pierwszy taki wyjazd, ale już wiem, że nie ostatni.

Droga jest długa, bo ponad dziewięciogodzinna. Jedzie się głównie autostradami, więc nuda i zmęczenie obezwładniają; ale wszystko mija jak ręką odjął z chwilą wjazdu do Szkocji, minięcia Glasgow i wjechania na malowniczą drogę A82. Na horyzoncie pojawia się pierwsza wyższa góra, a za nią następna, z czapką śniegu na szczycie i miniwodospadem biegnącym w dół żlebem; a potem pierwsze loch, czyli jezioro w języku gaelickim. Wokół drogi pojawia się coraz więcej gór; i jakby tego wszystkiego było mało, akurat dziś świat wokół rozświetla ‚złota godzina’. Krajobraz chwyta za gardło. W środku w człowieku rośnie kula pozytywnej energii. Po trzech dniach oczy zaczną boleć od zachłannego wpatrywania się, ale jeszcze nie teraz; teraz żałuję tylko, że nie mam ich dookoła głowy.

hg

hgf

DSCN1506

Pojawia się to specyficzne górskie powietrze, czyste i rześkie. Inne. Złoty wieczór zaprzecza wszystkim przerażającym opowieściom o szkockiej pogodzie, dzięki którym w bagażniku mam trzy kurtki przeciwdeszczowe i trzy pary butów do wędrówek. Oraz czapkę i szalik. No co.. Właściwie to jestem rozczarowana. Byłam przygotowana na najgorsze, a najgorsze wzięło sobie akurat zaległy urlop i tyle je widzieli. O, tyle. Raz.

DSCN1671

Jest już właściwie ciemno, kiedy dojeżdżamy do Fort William, niewielkiej turystycznej miejscowości u podnóża Ben Nevis’a, najwyższej brytyjskiej góry. Wybraliśmy to miejsce ze względu na Travelodge, tani motel, oraz ze względu na bliskość kilku postawionych sobie naprędce celów. Fort William nie wyrywa może z butów, ale jest w nim spokój i przyjemna, nienachalna posezonowa atmosfera. Stoję przy jeziorze; dość gwałtownie zapada noc, i po chwili jedyne światło w okolicy to blask wypalanych na wzgórzach po drugiej stronie jeziora torfowisk; w ciemności wyglądają trochę jak stygnąca lawa. W okolicy unosi się specyficzny przyjemny zapach, staram się nie myśleć o setkach jeśli nie tysiącach małych zwierząt i ptaków, które ten proceder co roku zabija.

DSCN1945

Idziemy spać, pełni oczekiwań. Zapomniałam o pracy, o nawale spraw, telefon zapodziałam gdzieś w walizce. Jestem gotowa. Bring it on, Szkocjo.

IMG_20150327_172737