schyłek lata

Kilimandżaro

schyłek lata

Lato już odchodzi, już to czuć, ale świat jeszcze ciepły, jeszcze rozpachniony dziką miętą, zapachem końskiej sierści i skoszonej trawy.

Wykorzystuję każdą wolną chwilę na spacery, łapię każdy promień słońca, bo niedługo bez wątpienia nadejdzie tradycyjny walijski monsun. Oddycham jakoś lepiej. Patrzę na wędrujące nad łąkami mgły, podświetlone pierwszymi promieniami słońca, wciągam do płuc zapach rozmokłej ziemi, który tak lubię. Wokół mnie zataczają kółka bandy rozbrykanych jaskółek. Muskam palcami dłoni kamienny płot, patrzę jak biała czapla wzbija się majestatycznie w powietrze tuż przez moimi oczami. Dłubię sobie kaloszkiem w błotku. Tracę oddech z wrażenia na widok zimorodka przycupniętego na kijku o kilka metrów ode mnie, w miejscu gdzie dwie rzeki łączą się i płyną zgodnie do morza. To właściwie trudno jest opisać, to co się wtedy czuje. Mam nadzieję, że też ci się zdarza takie nieopisanie.

Dwie rzeki

Albo takie,o.

Wczoraj poszłam na spacer wieczorny na łąki z końmi i znalazłam przy płocie kamiennym reklamówkę z jabłkami, co się dobrze złożyło, bo zawsze chciałam tym koniom te jabłka i nigdy nie pamiętałam żeby kupić. Pożyczyłam więc sprytnie jedno zielone jabłko z reklamówki i poszłam szukać swojego ulubionego konia, który wygląda jak wzorek z czekolady na cappuccino z costy, i teraz ja nie wiem, jak to działa, ale z samego koń-ca pola wypatrzył mi to jabłko w kieszeni inny koń wielki jak Kilimandżaro i dawaj kłusem w moim kierunku, co ja się trochę zacukałam, bo taki wielki i my się tak dobrze jeszcze nie znamy z tymi końmi i nigdy nie wiem co takiemu koniu strzeli.

Dotruchtał do mnie i trąca. Ok, ok, luzik, tu proszę, jabłuszko, miła koninka, taś taś, oooo, smakuje widzę, to super, to ja już, prawda, pójdę. I ruszam powoli, a koń za mną. I zachodzi mi drogę, i szturcha po plecach, i po kieszeniach, koleś mówię, nie mam już żadnych jabłek, mam kubek po kawie papierowy, chcesz? Ała. Nie chcesz, spoko. I znów ja krok do przodu, koń też. Ja w bok, koń też. Trochę szybciej, lecz wciąż z godnością. I jeszcze szybciej, już mniej godnie. Koń-ec koń-ców, jeśli ktoś pamięta jak się koń-czyły odcinki Benny Hilla, to proszę sobie zwizualizować mnie z tym koniem okładającym mnie pyskiem po głowie, galopujących po tych polach z charakterystyczną muzyczką w tle. Dziękibogu ktoś musiał zaszeleścić tą siatką z jabłkami pięć kilometrów dalej, bo Kilimandżaro zastrzygło uszami, natychmiast straciło zainteresowanie moją osobą i raczym kłusem pognało w kierunku kolejnej ofiary.

Uff.

Kilimandżaro

Każdego dnia rano robię w ogrodzie jogę – powietrze jest czyste, rześkie, a chmury płyną sobie w dal, podświetlone wstającym słońcem. Już bardzo dawno nie byłam taka spokojna. Praktykuję uważność, telefon coraz częściej zostawiam w domu i wreszcie, wreszcie znowu jestem jakby bardziej, mocniej, barwniej.

I idę niespiesznie do przodu. Może Walia podaruje mi w tym roku prawdziwe babie lato?

Uaha kalosze dwa

 

Reklamy

dwa wodospady

wodospad-sepia

Taka sprawa. Kiedy kilka lat temu pierwszy raz pojechałam na wodospady wiedziałam o nich niewiele, a ponieważ mapy są generalnie poniżej mojej godności włóczykija, oczywiście natychmiast się zgubiłam. Temu faktowi, oraz tradycyjnemu już zawracam bo umęczyłam się jak norka, tylko jeszcze zerknę co tam za rogiem zawdzięczam niezwykłe spotkanie. Wyjątkowo przystojny rozłożysty wodospad lśniący w ostrych promieniach wczesnozimowego słońca wyłonił się przed moimi oczami zupełnie niespodziewanie; i nie był to żaden tam zen-poszumek w tle, ale regularna ogłuszająca kaskada wkurzonej wody. Magia. Fotka na górze niestety nie oddaje zjawisku sprawiedliwości.

Przez kilka następnych lat próbowałam tam wrócić, ale nigdy nie udało mi się odnaleźć drogi. Wiedziałam tylko, że trzeba było wejść do rzeki, obedrzeć skórę na tyłku przełażąc przez skałę, prawie skręcić nogę w kostce na wertepach; ogólnie mało pomocna wiedza w krainie, która składa się prawie wyłącznie z takich atrakcji.

W końcu znalazłam sobie innego ulubieńca w zastępstwie i przyjęłam, że tamten mi się przewidział. Zastępczy ulubieniec nazywał się wdzięcznie Sgwd Isaf Clun-Gwyn i wyglądał o tak:

dsc_0299

Ten wodospad poruszył we mnie czułą strunę z kilku powodów. Po pierwsze, stosunkowo niewiele osób tam dociera. Wymaga to pewnego wysiłku. W dodatku wodospad jest tak schowany, że nie każdy podejmujący ten wysiłek go zauważy. Po drugie, jest jakoś tak elegancko ‚zaprojektowany’, że wraz z otaczającą go zielenią tworzy obraz idealny, ten z kategorii przysiądźmy i posiedźmy bez słowa, pozwalając się ugłaskać i ukoić.

I tak sobie chodziłam do niego trzy, cztery razy w roku, wciąż gdzieś tam podskórnie marząc, że może kiedyś odnajdę ten pierwszy.

DSCN0181DSCN0204

Któregoś dnia grzebałam za czymś w archiwum i znalazłam kilka zdjęć z tamtego pamiętnego przypadkowego spotkania. Jeden szczegół przykuł moją uwagę, i nagle poczułam jakbym dostała między oczy i jednocześnie uniosła się w górę. Głaz, wypatrzyłam ten głaz, który wyglądał tak znajomo. O’matko.. Jak ja mogłam tego nie skojarzyć przez tyle lat..?

Okazało się, że moje dwie miłości to jeden i ten sam wodospad. Tylko widziany z innej perspektywy i przez to wyglądający inaczej.

Życie ma swoje momenty.

Happy days!

wod

Bonus: na drugą stronę Sgwd Isaf Clun-Gwyn dociera bardzo niewiele osób, a dopiero z drugiej strony można zobaczyć i docenić rozmiar i kształt wodospadu. Włóczykij dwa razy bardziej usatysfakcjonowany.

Króciutki wytwór amatorskiej kinematografii dokumentujący spotkanie po latach.

zamknięcie sezonu na gości

Walia w modzie! Co rusz dostaje entuzjastycznego maila od jakiegoś podróżnika, który wpadł się poszwędać, a przy okazji zobaczył to i owo z polecanych tu ciekawostek. Co jest bardzo miłe; wódki im polać, hej! Lato i jesień nas tego roku pogodowo rozpieszczają. Goście nadpływają i odpływają z powrotem do swoich kątów na ziemi, zabierając ze sobą kawałek tej zielonej krainy i zostawiając ciepłe wspomnienia i radość planowania re-wizyty.

Z przyjemnością i niemałą porcją lokalnej dumy zabieraliśmy gości tam i siam, na ile czas pozwalał; odświeżyliśmy stare znajomości, jak cukierkowe Tenby, odkryliśmy nowe, np. Green Bridge w Pembrokeshire, do którego nie dotarliśmy uprzednio z uwagi na manewry armii. Armia manewruje tam dość intensywnie i pozostawia po sobie dymiące placki, co samo w sobie jest atrakcją – ostatecznie, ile razy w życiu możesz zostać ostrzelany z czołgu? Goście przechodzili za wodospadem, biegali po największych plażach Europy, walczyli z wiatrem spychającym z klifu i balansowali radośnie pomiędzy owczymi gówienkami. Skręcali kolana uciekając przed przypływem i zasypiali w samochodzie od nadmiaru tlenu. Jedli jeżyny z krzaków i próbowali rozplątywać włosy potraktowane walijską bryzą. Znaleźli grzyba. Była cream tea i sunday dinner, i piwo z lemoniadą i ryba z frytami. Prawie zupełnie nie padało, co totalnie zrujnowało pieczołowicie budowany przeze mnie na tym blogu obraz nieustającego walijskiego monsunu. Moja reputacja legła w gruzach, ale Walia myślę wybroniła się całkiem nieźle.

Zastanawiam się jak tu przekuć to w biznes.. :)

BeFunky_DSC_0368.jpg

BeFunky_null_3.jpg nijk 33 11.jpg gb.jpg 66.jpg

BeFunky_null_2.jpg BeFunky_DSC_0408.jpgBeFunky_Chromatic_1.jpg

BeFunky_DSC_0504.jpg BeFunky_IMG_0105.jpg

BeFunky_DSC_0320 BeFunky_DSC_0320.jpg bb.jpg mik

44.jpg33.jpg

Niniejszym sezon na gości uważa się za zamknięty – do wiosny.

miw.jpg

PS. Fotki 2,5,7,12,18,19 należą do MH. Dziękować :*

dwa na trzy

DSC_0087

To był ten ich wymarzony ląd, dwa na trzy, wynajęty kąt.. śpiewała kiedyś Edyta Geppert.  Ja nie wiem, czy pani Geppert była w Conwy w północnej Walii, ale faktem jest, że słowa piosenki nie są tylko pustym chwytem marketingowym promujacym politykę mieszkaniową Polski Ludowej. Są faktem. Mało tego, są faktem Autentycznym.

Oto proszę bardzo, Najmniejszy Dom w Wielkiej Brytanii. Oficjalnie, według brytyjskiego wydania księgi rekordów Guinessa. Wymiary dwa na trzy na trzy.

DSC_0090 (2)

Posiadanie czegoś ‚naj’ to jak dar z niebios dla każdej miejscowości. Nie może więc naturalnie zabraknąć w Conwy inicjatywy o charakterze turystyczno-łupieżczym. Inicjatywa przebrana za blondynę w tradycyjnym stroju walijskim pobiera za wstęp do Najmniejszego Domu 1 elżbietę, informując miłym głosem z akcentem z Liverpoolu, że dom to autentyk, i że jeszcze do połowy lat 60-tych był zamieszkały, mieszkało w nim małżeństwo staruszków, no czy to nie słodkie, i że nie, niestety nie ma w nim telewizora. Proszę, proszę, sekundka, tylko włączę magnetofon z nagraniem przewodnika, już już. O.

DSC_0091

Zdjęcie pokazuje praktycznie cały pokój z wyposażeniem; na pięterku stoi łóżko. Nic więcej nie miało szans zmieścić się w Najmniejszym Domu. W charakterze łazienki występuje wiadro. Widok z mini okna wychodzi na otwartą przestrzeń portu i zatoki, co mogło ewentualnie wynagradzać skromność przestrzeni życiowej, albo i nie. Magnetofon usłużnie informuje cię, że jeszcze do połowy lat 60-tych dom był zamieszkały; mieszkał w nim samotny rybak.

No i prosze, właśnie odwiedziłeś Atrakcję i zaoszczędziłam ci jedną elżbietę. Fajna jestem, co?

DSC_0096

Co do samego miasteczka Conwy, to jak najbardziej warto się tam wybrać; ale o tym to już, prawda, inną razą. Tymczasem bardzo serdecznie pozdrawiam panstwa, bardzo serdecznie.

zmiana wystroju wnętrza

DSC_0082

Na wstępie mojego listu chciałam bardzo serdecznie podziękować za wszystkie życzenia urodzinowe, zwłaszcze te wieszczące rychłą karierę, sławę i pieniądz. Teraz to już tylko siedzieć i czekać na pomyślny rozwój spraw. To siedzę i czekam.

W przerwach w siedzeniu i czekaniu słucham szumu morza za oknem małego hotelu w New Quai, w zachodniej Walii (Cardigan Bay). Bo czasem trzeba sobie po prostu pozwolić. Zmienić wystrój wnętrz. Odzyskać perspektywę. Złazić nogi w jakichś ładnych okolicznościach przyrody. Potem dalej sobie pozwalać. Np. na Eton Mess. Już ci wszystko ładnie opisuję, no więc bierzesz gigantyczną bezę, kruszysz, kroisz truskawki/maliny na drobne i na wszystko zarzucasz bitą śmietanę. Zraszasz kropelką soku z truskawek/malin. W prostocie przepisu tkwi jego absolutny geniusz.

Wimbledon-Eton-Mess1

goodtoknow.co.uk

To moja trzecia wizyta w zatoce Cardigan. Jest wiele fajnych rzeczy związnych z tą zatoką, np. delfiny, które najczęściej widać z brzegu na zasadzie: o, tam, tam, delfin, patrz, patrz, no kurde, przecież mówię tam, nie widzisz, a dupa, już odpłynał. Albo miniaturowe wioseczki z portami. Bardzo ładne, ale w trochę smutny sposób. Większość kolorowych cottages należy do ludzi, którzy mieszkają w Anglii i zjeżdżają do Cardigan Bay raz do roku, na wakacje; taki stan rzeczy sprawia, że poza sezonem wioski przypominają atrakcyjne wydmuszki, ładnie odmalowane i puste w środku. Ponieważ zainteresowanie winduje w górę ceny nieruchomości, lokalni mieszkańcy nie mogą sobie pozwolić na kupno domu w swojej wsi. Rolnicy nie mają komu sprzedawać produktów, z wyjątkiem sezonu turystycznego. Lokalne społeczności kurczą się i zanikają. W eterze wybrzeża dominują setki angielskich akcentów; tu i ówdzie ktoś jeszcze wywiesza walijską flagę, ale nie wiem, czy na znak rozpaczliwego buntu wobec zachodzących zmian, czy po prostu jako atrakcję turystyczną. Smutne. A przecież Walia zachodnia to język walijski na codzień i chyba najlepiej zachowana kultura ‚prawdziwych’ Walijczyków.

DSC_0260

Z drugiej strony, jak bym miała kasę to też bym sobie taki domek kupiła. Wprowadziłabym się na stałe i pisała mrożące krew w żyłach thrillery o falach rozbijających się o murek.

nk

DSC_0048

I jeszcze, gdyby ktoś szukał imienia dla wioski, którą właśnie buduje, albo np. dla dziecka, to może skorzystać z już istniejących wzorów walijskich, np. z mojego osobistego faworyta właśnie z okolic Cardigan Bay: PLWMP (czytaj: plump). Wyobraź sobie jak wołasz do dziecka w supermarkecie: odłóż zaraz tego lizaczka Plump, nie ma mowy, zjadłeś już 17, mamusia już nie ma pieniążków, wstawaj z podłogi, ja najmocniej panią przepraszam, zwykle nie pluje na obcych.. Plumpeczku, nie gryź pana, przepraszam, ja za wszystko zapłacę, ojezu, gdzie te pie… lizaki..

1

Cardigan Bay to piękne miejsce, idealne, żeby się troche zgubić i trochę znaleźć. Gorąco polaca się czynną eksplorację. I jeszcze orientacja w terenie, dzięki uprzejmości nieocenionych google maps:

mapka

A gdyby kogoś interesowało więcej, to TU jest moja poprzednia relacja z Cardigan Bay. Enjoy.

Plwmp.

 

Walijczycy – wstęp do zagadnienia

Po pierwsze, nie należy nazywać ich Anglikami. Bo:

  • Walia, wbrew powszechnemu mniemaniu naszych rodaków, także zamieszkałych lokalnie, nie znajduje się w Anglii
  • Walia została podbita przez Anglię wiele księżyców temu i sprowadzona do roli zbiornika wody pitnej dla Birmingham
  • powoduje to nieżyczliwy stosunek.

Walijczycy, mieszkańcy Kornwalii (Cornish) i Szkoci pochodzą od Celtów, jedynych rdzennych mieszkańców Wielkiej Brytanii, o czym ktoś powinien powiedzieć angielskim nacjonalistom.

Walijczycy posiadają swój język, złożony z karkołomnych kombinacji głównie spółgłosek i malowniczych nazw własnych np. Llanfihangel-ar-Arth, Pontrhydfeldigiad, Bwlch-Y-Cibau, Esgairgiliog albo  Cwmystwyth.  Niektórzy nawet nim mówią. Język walijski jest najstarszym używanym językiem w Europie. Tolkien inspirował się nim tworząc nazwy i języki Śródziemia. Żaden znany mi Walijczyk nie wygląda jak Legolas, ale nie tracę nadziei.

Walijczycy mówią po angielsku ze specyficznym akcentem, którego się  z niezrozumiałych dla mnie przyczyn zazwyczaj wstydzą np. jak go słyszą w telewizorze. Akcent składa się z mnóstwa podakcentów lokalnych; dodatkowo w użyciu (głównie w Valleys, czyli dolinach) znajduje się tzw. Wenglish, czyli angielski z walijskimi naleciałościami. Cała ta mieszanka przyprawia nieprzygotowanych cudzoziemców o sympatyczny roztrój nerwowy.

Słówka, którymi zjednamy sobie Walijczyków: cariad (kariad – kochanie), ach-y-fi  (ahawi – fuj, błe, okropność, syf, znów zapomniałeś o prysznicu; szerokie spektrum negatywnych znaczeń, którym zazwyczaj towarzyszy wymowny grymas), biwt (biut – ślicznotka, także w odniesieniu do panów); ślicznotce, damskiej czy męskiej można zaproponować: ‚give us a cwtch‚ (kucz, przytul się). Dzień dobry z rana to bore da a dobranoc nos da. Alternatywnie można stosować alrite butt? /alrite luv? Siemasz stary/siemasz kochanieńka). Dziękujemy przy użyciu diolch.  Walia to Cymru (kamri), ale już na tablicach przy wjeździe do kraju będzie napisane  Croeso y Gymru (krojso i gamri – witamy w Walii), bo język walijski ma coś takiego co się nazywa mutacjami, i wierz mi, nie chcesz, żebym się wdawała w szczegóły. Na znakach drogowych często widnieje napis gwasanaethau który oznacza parking z kiblami i zbójecko drogą kawą. Ysbyty to szpital, ysgol szkoła, heddlw policja a gwesty hotel. To najczęściej spotykane napisy. Nie należy jednak wpadać w panikę; wszystkie znaki drogowe są dwujęzyczne; z tą różnicą, że w południowej Walii angielski jest na górze a walijski pod spodem a na północy i zachodzie na odwrót.

Walijczycy dużo śpiewają, zwłaszcza kolektywnie. Wyprodukowali kilka międzynarodowych sław,  takich jak Tom Jones, Manic Street Preachers, Stereophonics, Kids in Glas Houses, Funeral for a Friend, Lostprophets, Duffy (hm) czy Katherine Jenkins.

Jako mały podległy kraj, omijany zazwyczaj w planach rozwoju przez Westminster, Walia ma spory kompleks niższości, który przejawia się w ostentacyjnym manifestowaniu lokalnego patriotyzmu, wspomnianej niechęci do Anglików oraz fanatycznym wspieraniu drużyny narodowej w rugby, zwłaszcza w czasie meczów z Anglią.  Od nieco ponad 10 lat Walia ma swój parlament, który nawet to i owo może bez pytania o zgodę Londynu, np.  może produkować biurokrację.

Stereotypowy Walijczyk generalnie mało interesuje się światem zewnętrznym, chyba, że ten sam do niego przyjedzie i wsadzi mu palec w oko; pije ohydną herbatę z mlekiem, mówi ciągle przepraszam i dziękuję (nic dziwnego, że Polakom trudno się przystosować), uśmiecha się do nieznajomych na ulicy i maniakalnie narzeka na pogodę. Tyle stereotyp; w rzeczywistości jest dokładnie tak samo.

Tyle na razie, bo się zmęczyłam i idę oglądać Stellę. Kto ma ochotę zmierzyć się z walijskim akcentem, zapraszam: zwiastun.

Ta ta!

ptaszory


Dla odmiany, będzie o ptakach. Nie żebym się jakoś specjalnie na nich znała, ale od kiedy mam aparat lubię sobie wyskoczyc na godzinkę lub dwie do rezerwatu Glamorgan Canal Nature Reserve w Cardiff, posiedziec w kryjówce, poobserwowac, popstrykac. Niewiele rzeczy potrafi tak wyciszyc. Walia jest bardzo bogata w ptaki, najbardziej popularnym (uznawanym za symbol UK)  jest robin, czyli nasz rudzik,  łatwo rozpoznawalny po pomarańczowym brzuszku oraz nieustraszonej postawie wobec życia. Są bardzo ciekawskie, niepłochliwe, inteligentne i za nic mają naszą rzekomą dominację w królestwie zwierząt.  Kiedyś schodzę sobie po kamiennych schodkach przez las, patrzę, a z naprzeciwka skacze mi na spotkanie robin. Jeśli myślisz, że zszedł mi z drogi, to się mylisz. Doskakał mi do kostki, zatrzymał się,  przekrzywił łebek i spojrzal mi wymownie w oczy. Przez chwilę siłowaliśmy się na autorytety, po czym pokornie usunęłam się na bok a robin poskakał sobie dalej, nie poświęcając mi więcej żadnej uwagi. Pobita przez żałosne stworzenie wielkości cytryny. Uwielbiam je. Egzemplarz na fotce poniżej był zaprawionym w bojach o ziarno powszednie cwaniakiem, dobrze wiedział, że powdzięczenie się na gałęzi do tych dziwacznych ludzi z wielkimi obiektywami zazwyczaj zwiększa szanse na zróżnicowane menu.

Drugim najpopularniejszym ptakiem jest bluetit, czyli nasza sikora modra. W przeciwieństwie do rudzika jest bardzo płochliwa i traktuje nas, ludzi, z należytym szaconkiem.

Miewa też złe nawyki żywieniowe i często preferuje siedzący tryb życia, no ale ostatecznie mówimy tu o ptakach brytyjskich:

Dośc popularne są zięby, chaffinch, lubiące czasem se kuknąc zza winkla:

Mniej popularne, ale prześliczne są gile (bullfinch); kiedyś było ich mnóstwo, teraz trudno je spotkac, ale za to łatwo poznac po pięknej kolorystyce:

Często spotykany jest nuthatch, czyli kowalik, o charakterystycznej wydłużonej sylwetce i akrobatycznym stosunku do gałęzi drzew:

Kilka lat temu niektóre gatunki ptaków drapieżnych (birds of prey) w Wielkiej Brytanii znalazły się na krawędzi wyginięcia; groziło to m.in. narodowemu symbolowi Walii, red kite, czyli kani rudej. Dzięki pięknej charakterystycznej sylwetce trudno ją pomylic z innym ptakiem. Dzięki zabiegom obrońców przyrody i wolontariuszy, dokarmiących je reguralnie krwawym mięchem ku uciesze tłumów (można znaleźc w necie, jakby kto chciał, np. tu i tu) populacja odrodziła się i ma się całkiem dobrze. Foto Thomas Kraft:

Innym popularnym ptakiem drapieżnym jest kestrel, czyli pustułka:

Walia ma również szczęście bycia domem dla przeróżnych czaplowatych, takich, o:

Jest jedna ptaszyna, której nigdy nie udało mi się sfotografowac w postaci innej, niż kolorowej smugi w oddali; przepiękny kingfisher, czyli zimorodek, spotykany przeważnie przy rzekach i stawach. Długo istniał dla mnie jako ptak mityczny, na zasadzie ‚o, kingfisher, kingfisher, no był, ale już poleciał‚, aż wczoraj udało nam się go wypatrzec przy pomocy lornetki, i nawet obejrzec w akcji. Zdjęcia nie wyszły, póki co zamieszczam fotkę wykonaną przez Paula, mojego znajomego z flickra rat_salad:

Kaczek i kaczkowatych też ci u nas dostatek:

A wszystko to głodne zimą i czeka na człowieka

A przy okazji, skoro o karmieniu głodnych mowa, z prawej strony na stronie głównej jest taki  banerek ‚pusta miska‚. Poprzez klikanie można nakarmic zwierza. To nic nie kosztuje. Klikaj, klikaj.

Powyższy wpis to tylko najbardziej oczywisty przegląd walijskich ptaszorów. Jest jeszcze mnóstwo innych, jak np. dziecioły, sójki, cudne pliszki, łabędzie, może kiedyś uda mi się skompletowac rozszerzone kompendium.

I jeszcze zagadka dnia: co to są te małe ślicznotki, zdjęcie jest podłej jakości, ale może ktoś rozpozna:

Na sam już koniec coś z innej beczki gatunkowej. Do mnie mówisz??

No do ciebie, misiu-pysiu. Oh. Bug-ger off!