o plagach walijskich, jednym wodospadzie i grubej kasie

Dotknęła nas plaga wichur i ulew. Horror jakiś, panie. Płot wygiął się w malowniczy pałąk. Pergola trzyma się w kupie wyłącznie z sympatii dla oplatającego ją wiciokrzewu. Starszy Wróbelski pilnie potrzebował gdzieś polecieć, walczył, walczył, w końcu rąbnęło nim o sąsiadki komin i uznał, że pierdoli, aż tak mu się nie spieszy. Nawet nasiona wywiało z doniczek. Trudno w takich warunkach myśleć o czymkolwiek innym niż koc, herbata i oglądanie seriali. Chyba, że właśnie nabyto drogą kupna nowe Buty do Wędrówek domagające się testów pogodowych. Dzięki czemu dziś mogę zaoferować coś dla miłośników kąpieli błotnych, ukrytych wodospadów i mżawy w twarz. Miłośnik ukrytych wodospadów i mżawy w twarz wygląda tak:

Miłośnik kąpieli błotnych nie wygląda, bo utkwił w błocie i nikt go od tej pory nie widział.

Do rzeczy. Wytropiłam kolejny wodospad. Znajduje się w parku Narodowym Brecon Beacons, w Górach Czarnych, w miejscowości Talgarth, o, tu (mapka by nieocenione google):

Po dojechaniu do Talgarth należy się kierować na rezerwat leśny Pwll-Y-Wrach i zaparkować na mini parkingu przy uschłym dębie. Jak nie ma miejsca, to zaparkować w Talgarth i sobie dotuptać.

A potem tuptać dalej bagienną ścieżką przez las usiany niebieskimi i białymi dzwonkami, i w konsekwencji znaleźć wodospad o taki:

Usiąść i zamyślić się. Pogrzebać kijkiem w błotku. Przeczytać w przewodniku, że Pwll-Y-Wrach oznacza ‚sadzawkę czarownic’, co podobno ma związek z sympatycznym  średniowiecznym obyczajem wrzucania bab do głębokiej wody. Jeśli po wrzuceniu baba utonęła to świetnie, znaczy, niewinna była, nie przez nią krówy przestały dawać mleko; jak wypłynęła, to szybko należało wytłuc z niej szatana razem z życiem przy użyciu długich drągów. Paragraf 22, panie. Ale wodospad bardzo ładny. Koneserzy gatunku na pewno docenią. Błotko też.

Był jeszcze jeden cel wyjazdu: znaleźć poleconą w jednym z komentarzy plantację żonkili, i NAPRAWDĘ nie wiem jak to się stało, że w zamian znaleźliśmy kafeję. Ale nie żałuję, bo z okien kafei można było zobaczyć m.in. jak koń z panią przewraca się na dżipa, a gromada owłosionych harleyowców z Albionu popija w deszczu popołudniową herbatkę z filiżanek w różyczki. Kafeja składała się głównie z książek i sosów:

.. oraz grubej kasy na stare pieniądze..

.. które były absolutnie obłąkane i całe szczęście, że je zmienili. No bo tak. Teraz mamy funta i pensy. Przed 1971 r było tak: 1 funt (pound, zwany też sovereign, czyli suwerenem ) to było 20 szylingów (shilling, zwany alternatywnie bobem); 1 szyling to było 12 pensów (penny). Pens dzielił się na: dwa półpensy (halfpenny)  albo cztery ćwierćpensy (quarter penny). Jeden półpens składał się z dwóch farthings. Były trzypensówki, sześciopensówki (sixpense); dwa szylingi nazywały się alternatywnie two bobs, pięć szylingów tworzyło crown czyli koronę; 1 funt i jeden szyling tworzyły 1 gwineę.. zgubiłeś się i ziewasz, nic nie szkodzi, ja też, a to jeszcze wcale nie koniec, ale chyba już sobie darujemy, thank you very much. Podążanie tą ścieżką przyniesie nam jedynie finansowy ból głowy.

No i wygląda ostatecznie na to, że na łikendzie będę stawiać nowy płot, co jest na pewno fascynujące a nawet wręcz przeciwnie. Bardzo serdecznie pozdrawiam państwa, bardzo serdecznie.