Miasto z belgijskiej koronki / Gent

W motelu w stylu amerykańskim koleś w kowbojkach całą noc chodził wte i wewte po moim suficie, nie pospałam, ale za to napisałam w głowie krwawy horror o motelu w stylu amerykańskim, w którym niewyspana Polka morduje gości w kowbojkach i sprzedaje na organy. I jeszcze napisałam 64 haiku. Czy haiki? O wiośnie. Nie wiem, czemu o wiośnie. One chyba wszystkie są o wiośnie, tylko jedno znałam, co było o miksowaniu cementu, ale podejrzewam, że to nie było prawdziwe haiku, tylko ktoś sobie robił niesmaczne żarty, bo ludzie dzisiaj nie mają za grosz szacunku dla rzeczy wzniosłych.

Pan śniadaniowy w obskurnej kafei przymotelowej patrzy na mnie nieprzytomnie. C’est frois, zimne, powtarzam z odcieniem dumy, bo to już przecież 15 lat minęło od ostatniego lektoratu z francuskiego. Jajecznica, cieciu, zimna. W lodówce ją trzymacie? Oczy jak spodki patrzą na mnie bezradnie. Może źle wypowiad.. zaczyna Boski, ale przytomnie nie kończy.  Frois, pokazuję palcem na podgrzewacz. Pan śniadaniowy ufnie wtyka w podgrzewacz palec, ah, oui, froid! Rozpromienia się w ogromnym karaibskim uśmiechu,  po czym znika w kuchni, gdzie zostaje niechybnie porwany przez kosmitów, wniosek ten wyciągam na podstawie faktu, że już go więcej nie zobaczymy.

A Za Rogiem – w pierwszych promieniach porannego słońca, jeszcze świeże od nocnej ulewy – stare miasto. Kamienice, mosty, kanały. Takie tam te, rozumiesz, starokontynentalne. Uśmiech rozrasta się we mnie jak bańka mydlana, na te dwie godziny wyrwane z codzienności, na ten przypadkowy postój w drodze, bo przecież nie cel się liczy, a droga, to po drodze zbierasz kolory, kształty, zapachy, budynki Oper do Których Nigdy, sklepy z Prawdziwą Czekoladą dla Turystów, handlarzy rybą o poranku, średniowieczne fasady, przepraszam zgubiliście się? Nie mówicie po flamandzku? Inglisz? Spoko. Pokazać mapa. Prawy lewy zakręcony wtrójnasób potem i zaraz. Prosty, widzi? Uśmiecham się międzynarodowym uśmiechem bezgranicznej wdzięczności, myśląc, przerąbane, nigdy nie znajdziemy tego parkingu, a właśnie skończył się opłacony czas parkowania.

Możemy się w związku z tym nie spieszyć, w sumie. Patrz jakie fajne Schody Do Wody. Siędę. Będę tak tu siędzieć, aż mi tyłek przymarznie. W kokonie chwilowej szczęśliwości.

Gent

Człowiek w kapeluszu przemierza pospiesznie ulice starówki; stukot obcasów na kocich łbach jeszcze długo unosi się w powietrzu. Ciekawe, czy spał w moim motelu.

Miasto jak stara flamandzka koronka budzi się do życia.

Gent

Gent

Gent

Reklamy
idziesz?

sen o dolinie / niemodny ucisk w sercu

idziesz?

Czasem czuję, jakbym była zamknięta we wspomnieniu pewnego miejsca o nazwie Nevis Gorge. Cudowne więzienie, które w mojej głowie obrosło warstwami fantazyjnych dodatków, jak brytyjskie wybrzeże skorupkami ostryg.

To dolina z wodospadem w środku szkockich gór. Jestem tam prawie codziennie przed snem; siadam na kocu niedaleko od wodospadu, ze słońcem na twarzy, z plecami opartymi o drewniany schodek małej chaty. Jest wino, też, czemu nie. Czasem nawet zaszaleję z deską serów z oliwkami; ostatecznie to moja fantazja, co, kurde. Przede mną rozciąga się szerokie, płaskie dno doliny zamknięte ze wszystkich stron koroną gór; meandrująca cokolwiek leniwie rzeka błyszczy w popołudniowym słońcu. Jak to komuś wytłumaczyć, że czasem w tym zawalonym idiotycznymi nagłówkami i ludzkim szumem świecie widzisz coś tak pięknego, że stajesz w miejscu i ryczysz.

Jak wytłumaczyć komuś rozmiłowanemu w akrylowych pazurach i sztucznych rzęsach co robi z człowiekiem zapach mokrej ziemi w środku podeszczowego lasu? Jaki opisać komuś z nosem w ajfonie balon emocji, ten ucisk w sercu, kiedy patrzy się na wyzłocone późnowieczornym słońcem góry? Opowiedzieć o tym, jak już niczego więcej się dziś nie spodziewasz, i nagle za rogiem obezwładnia cię widok krystalicznie czystej rzeki wypływającej niemal z wnętrza góry; góry brunatnej, pooranej jasnymi żlebami, z czapą śniegu na głowie.

Dolina

Trudno jest pisać o miłości do krajobrazu i natury bez ryzyka ugrzęźnięcia w lingwistycznym kiczowisku. Poza tym, to niemodne. Nie na czasie. Nikogo to już nie interesuje. Zupełnie. Zupełnie..?

Popatrz tam – Alun wskazuje na horyzont ponad dachami budynków college’u – my tu w słońcu, a tam ściana deszczu. Uwielbiam patrzeć na takie ściany deszczu. Iść w ich kierunku. Nie boję się deszczu. Mógłbym tak bez końca.

Uśmiecham się pod nosem. Już dawno przypadkowa osoba nie powiedziała do mnie czegoś równie cudownie nieużytecznego.

Niemodny ucisk w sercu.

Dolina

wyspa rajskich ptaków

dscn9087-2

Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Mogę być w Azji, sądząc po tarasach uprawnych. Albo w Andach, sądząc po tych samych tarasach, bujnej zieleni i skalistych górach zachodzących błyskawicznie mgłą. To znaczy tak zakładam, bo nigdy nie byłam w Andach. Ani w Azji.  Przez cały pobyt na Maderze nie mogę się oprzeć uczuciu, że tak wiele wielkiego pięknego świata skumulowało się w tej jednej malutkiej wyspie.

Mieszkając w kraju zbudowanym głównie z mżącego deszczu doceniam każdy wyjazd w ciepłe i suche okoliczności przyrody. Ten moment, kiedy wysiadając z samolotu stawiasz pierwszy krok na dostawionych schodach i wpadasz wprost w ramiona wytęsknionego, wymarzonego słońca – i już wiesz, że tak będzie przez cały pobyt. Że to gwarantowane. Że będziesz to kochać dramatycznie, i snuć wizje wygranych w totka, które pozwolą ci się teleportować na wyspy szczęśliwe na zawsze, zbudować luksusową chatę z dachem z liści bananowca przy plaży pod klifem i heeej, la dolce vita..

dsc_1232dsc_0926

Madera to wyspa wiosny i lata. Jest ciepła, czasem upalna, ale z bryzą. Jak się nieco oddalisz od wybrzeża to i popada, i ochłodzi. Idealne warunki do wędrówek. Jest też niesamowicie górzysta; góry schodzą praktycznie do oceanu. Stąd te wszechobecne tarasy. Człowiek walczy o każdą potencjalną płaską przestrzeń na której można zasadzić bananowca. Albo dom. Góry zapewniają też deszcz; deszcz zapewnia wodę, a woda nasyca wyspę życiem. Madera jest obłędnie zielona, w odróżnieniu np. od pobliskich Kanarów albo wysp greckich.

To zielona wyspa tropikalna, oblana ze wszystkich stron niebieskim Atlantykiem, i upstrzona białymi domami z czerwonymi dachami.  To prawdziwa uczta dla zmysłów.
dsc_1264

dscn9548

Góry skrywają w sobie drzewa laurowe, wilgoć, gekony, wodospady, tajemnicze ścieżki biegnące wzdłuż levad. Levady to sekret tej wyspy.

O tym niezwykłym systemie irygacji pisałam już wcześniej, dodam tylko, że spacery ścieżkami biegnącymi wzdłuż levad to najlepszy sposób zaprzyjaźnienia się z wyspą. Szczególnie kuszące są szlaki towarzyszące levadom górskim. Prowadzą cię wijącymi się urwiskami w głąb wyspy, do jej serca, pozwalając poczuć jej rytm, zrozumieć, nawiązać kontakt.

 dsc_1033dscn9604

Stworzyć system komunikacji dla takiej górzystej wyspy nie jest łatwo. Dopiero gęsta sieć tuneli umożliwiła sprawne i w miarę szybkie przemieszczanie się nie tylko między krańcami tej niedużej wyspy, ale nawet między sąsiednimi wsiami. Tunele wprowadzają za to kompletny chaos w życie gps-ów. Przykłady instrukcji otrzymywanych od starego poczciwego tomtoma:

  • Skręć w lewo. Najprawdopodobniej.
  • Jest co najmniej 50% szans, że za tym tunelem będziesz skręcać w prawo.
  • Jezusmaria, widziałaś to??
  • Za sto metrów dojechałaś na miejs.. taaak, hm, tego..
  • Czy to Niemcy??
  • Zwariowałaś, nie jadę tam.
  • Skręć w lewo. W lewo. W lewo, cieciu!! Oj, sori, miałem na myśli to drugie lewo.
  • Wydaje mi się, że byliśmy już dziś w tym tunelu. Dwa razy.
  • Wiedziałem, że to Niemcy!

Obecnie nawigacja twierdzi, że cierpi na zespół stresu pourazowego i odmawia wychodzenia z domu.

Na szczęście Madera jest tak mała, że trudno się tak naprawdę zgubić.

1
Kilka innych rzeczy typowych dla Madery.

To Portugalia, więc oczywiście kraj drzew korkowych. Od kiedy wina zamyka się zakrętkami, główny produkt eksportowy tego kraju stracił na wartości. Trzeba było coś wymyślić, więc wymyślono produkcję gadżetów na potrzeby turystów (Madera w ogóle dopiero przysposabia się do masowej turystyki, co jest kolejnym z jej atutów. Mam nadzieję, że ten stan wpółdrogi pozostanie jak najdłużej). Drugi produkt flagowy Madery to banan. Drzewa bananowe są wszędzie; z banana, w odróżnieniu od korka, nie da się zrobić sandałów i magnesu na lodówkę, ale jako owoc eksportowy nie traci na popularności. Co jeszcze; ciacha tu lubią. Kawę. Ich leżakujące przez dekady wino jest słynne na cały świat. Lubią poncz, mocny jak diabli. Mają drugi najwyższy klif na świecie, Cabo Girão, bagatelka, 580m. Można sobie popatrzeć w dół przez przeszkloną podłogę, jak kto, prawda, ma chęć.

dscn9653dsc_1271

Ciekawostka: Madera ma niewiele piaszczystych plaż, więc kompensuje to kompleksami basenów z wodą morską. Bardzo fajny pomysł; piscinas można spotkać głównie na północy wyspy, a wstęp na nie jest tani jak przysłowiowy barszcz.

dscn9196 dscn9797

Nie będę tu pisała o tzw. atrakcjach, must-see itp. Znam siebie, wyszłyby z tego kilometry tekstu. Wychodzę z założenia, że każdy kto planuje wyjazd jest w stanie zaopatrzyć się w przewodnik albo pogrzebać w internecie.  Wyspę można objechać w jeden dzień. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ale nie o to chodzi przecież. Zamiast, jak nakazują przewodniki, spędzać cenny dzień czy dwa w stolicy, Funchal, podążaj za levadami, gekonami, dzikimi kamienistymi plażami, kup owoce od przydrożnego sprzedawcy, wetrzyj w nadgarstki olejek wyciśnięty z liścia przydrożnego eukaliptusa. Zamieszkaj gdzieś w hotelu na końcu drogi, otoczonym szumem Atlantyku i śpiewem cykad. Pozwól tej wyspie zamknąć się w ramionach i odpędzić od ciebie wszelki stres życia codziennego.

I wypatruj rajskich ptaków.

dsc_1280

I nie ma tu komarów. Serioserio.

Levady na wyspie szczęśliwej

dsc_1232

Obracam w palcach srebrzysto-zielony listek eukaliptusa. Zgniatam w kulkę i wcieram w nadgarstki. Przybliżam dłonie do twarzy i wdycham głęboko zapach znany dotąd tylko z cukierków na kaszel.

Jest problem z eukaliptusami. Są bezkonkurencyjne w walce z komarami, więc wszyscy je kochają. Nasadzono ich tu setki tysięcy. Eukaliptusy również wyjątkowo łatwo płoną. Stąd szalejące pożary buszu. Po których pozostają poczerniałe kikuty drzew, domów i planów życiowych.

dsc_1064

Znów wędrujemy ciepłą ziemią, mówi poeta, śpiewa bard, a ja wprowadzam w życie. Tym razem wędrujemy wzdłuż levadas, wyjątkowych kanałów irygacyjnych, którymi woda spływa z serca mglistych gór na obrzeża tej tropikalnej wyspy; niektóre levadas mają kilkaset lat i budowali je niewolnicy. Autentyczni kolesie z łańcuchami na nogach, rozumiesz. Przesuwam dłonią po kamiennym murku trzystuletniej levady, zamykam oczy. Jesteś tam gdzieś? Echo z przeszłości? Jak tyś te kanały budowało nad tymi przepaściami, w tych łańcuchach..?

Jak zamajtasz ręką to dowiesz się, że woda w levadach jest bystra i zimna. Czasem wpadnie do niej liść, czasem nerwowy gekon, a czasem sześć zielonych jabłek, jedno po drugim; i tak mkną w dół jak kajakarze górscy na torze, w regularnym odstępie, przepisowo, zdyscyplinowane. Zdecydowanie bardziej zdezorganizowane są gekony. Często przysypiają na ścieżkach na słońcu, tracąc czujność, i w ostatniej chwili rozstępują się przez człowiekiem w chaotycznym popłochu jak fale morza Czerwonego przed Izraelitami. Bezcenne.

dscn9640

dscn9630

dsc_1163

Levady biegnące zalesionymi łańcuchami górskimi, nierzadko nad sympatycznymi urwiskami, wymagają pewnego samozaparcia i przynajmniej minimalnej kondycji, którą ja akurat zostawiłam w hotelu, więc hm letko nie było. Ale za to pięknie nad życie. Dobry but trekkingowy to tutaj raczej konieczność. W hotelu co rusz natykałam się na skręconą kostkę, najczęściej niemiecką. Inne levady biegną po płaskich krawędziach klifów, bardzo przyjaznych niewytrenowanemu użytkowniku, ale z kolei z niewielką ilością cienia. Jeszcze inne prowadzą przez zagajniki eukaliptusowe przeplatane prastarymi drzewami laurowymi (z listy światowego dziedzictwa Unesco). Są też takie, które najzupełniej przypadkowo przebiegają koło sklepów z pamiątkami. Słowem: każdemu wedle potrzeb.

dscn9587

dscn9359

dscn9362

Levad i biegnących wzdłuż nich ścieżek jest na wyspie niezliczona ilość. Kiedyś ścieżki służyły głównie panom levadowym do prowadzenia niezbędnych prac, np. wyciągania z levady martwych zwierzątek, albo przekierowywaniu wody wedle potrzeb; obecnie odkrywają je również wielbiciele aktywnego wypoczynku (ci stuknięci maniacy co nie usiedzą na tyłku przy basenie), poszukiwacze samotności w pięknych okolicznościach przyrody oraz niemieccy emeryci. Levady są zazwyczaj dobrze oznaczone i trudno się zgubić – zasadniczo należy podążać za rynną z wodą. Niektóre levady są popularniejsze od innych, już zdążyły sobie wyrobić renomę na rynku turystycznym; na innych nie spotkasz człowieka. To lubimy.

dsc_1174

dsc_1057

dscn9346

Ale co..? Że gdzie? Na Maderze, oczywiście. Wyspie ubranej w zieleń, góry i bananowce, ukołysanej Atlantykiem i ciepłej od słońca, które wystarczająco często pozwala od siebie odpocząć. Wyspie szczęśliwej, zrelaksowanej, chociaż wcale nie najbogatszej. Gdyby jakiś, prawda, totolotek się trafił, to Madera byłaby miejscem na której spędziłabym następne trzy miesiące myśląc co dalej. A potem prawdopodobnie następne trzy.  I jeszcze.

No sori Kreto. Spadłaś na drugie.

dscn9603

[jedyne takie miasto]

g8

Ciemna brama wygina się sennie w koci grzbiet. Za bramą złote światła i deszcz zmieniają świat w mokrą bajkę na dobranoc; jest w niej coś o brukowanych ulicach i smętnym saxofonie, i o tym jak deszcz pluje do fontanny. Ktoś biegnie z kimś drugim, śmieją się. Sprzedawca róż opiera twarz na dłoniach i wpatruje się smętnie w kałuże. Koleś koło mnie pali papierosa. Stoimy tak dłuższą chwilę, zapatrzeni w ten deszcz, jakby wyjęci z teraźniejszości, on z tym papierosem, ja z niejasnym przeczuciem alternatywnych wszechświatów, i możliwości ukrytych tuż pod powierzchnią, na wyciągnięcie ręki; próbuję je złapać, ale umykają, splatają się z dymem papierosowym i ulatują na zawsze, nigdy niesprecyzowane.

g11

Rano budzi mnie słońce na twarzy. Jest mi dobrze. Tak dobrze już dawno mi nie było. Słyszę jak za oknem pierwsze statki ruszają w górę rzeki. Przez dłuższą chwilę pozwalam słońcu puszczać zajączki przez siatkę rzęs, w końcu otwieram oczy. Mieszkanie w starej kamienicy jest jasne, radosne; na ścianie pod sufitem odbija się falująca za oknami rzeka. Na zewnątrz pierwsze głodne stopy kłapią po deptaku w poszukiwaniu śniadania. Wychodzę na zalaną słońcem ulicę. Inne kamienice też budzą się do życia: dzień dobry, guten morgen, גוט מארגן – mówią kamienice uśmiechając się do siebie rozwartymi na oścież oknami.

g3

g1

g4

g2

g5

Potem trzeba będzie się oganiać od natrętnych sprzedawców bursztynów; brońbosz nie wolno nawiązywać kontaktu wzrokowego. Dowiem się, że to miasto muzyki. Czerwonych dachów na których wylegują się gargulce, które mają pamięć dłuższą od najstarszych górali, guten morgen, גוט מארגן, dzień dobry. Dwadzieścia lat zabrało mi dotarcie do ciebie, miasto. Co to jest 20 lat, śmieje się srebrny dzwon ratuszowy. Ja pamiętam wolne miasto i żurawie, spichlerze pełne towarów, tkaniny z obcych krajów, bursztynowy szlak i wielojęzyczny gwar kupców. Pamiętam też jak przyszli i powiedzieli: od dziś nienawidzisz sąsiada swojego.

DSC_8759

DSC_8746

DSC_8786

A wieczór znów powita gwarem kawiarnianym i dźwiękami saksofonu, wiolonczeli, harmonii. Ponad rzędem starych kamienic rozłoży się tęcza idealna, a nad nią druga. Obejmą te kamienice kolorowymi ramionami jak czułe matki. Jednocześnie zachodzące słońce przebije się przez granatowe podeszczowe chmury i wyzłoci je niesamowitą poświatą. Przechodnie będą się zatrzymywać w zdumieniu, połączeni dziwną wspólnotą w obliczu czegoś wyjątkowego. Też stanę, chociaż tak naprawdę to spadnę na dno czarnej rozpaczy. Bo jedyny obiektyw zdolny oddać sprawiedliwość zjawisku został w domu. W bramie obok, jakże adekwatnie, grają na skrzypcach melodię z Requiem dla Snu.

Ale czasem wystarczy się odwrócić, i okazuje się, że magik-życie ma coś tam jeszcze na dnie kapelusza. ten

Potem można jeszcze długo chodzić tu i tam, przyjemnie bez celu, wsłuchując się w puls miasta, unikając kontaktu wzrokowego z natrętnymi sprzedawcami bursztynów.

31

gd22

DSC_8575

gd45673Tyle lat mieszkam za granicą, że w Polsce czuje się coraz częściej jak turystka. Zdarza mi się bezwiednie mówić w sklepach po angielsku. Ale to miasto, to miasto dotyka we mnie czegoś dogłębnie polskiego; takiego polskiego, które nie wyrzuca poza nawias, szanuje odmienność i żyje z sąsiadem jak z człowiekiem. Jeszcze tu wrócę.

Nawet nie wiem kiedy przyczepił się do mnie kot z bursztynowymi oczyma. No co zrobić; nieopatrzny kontakt wzrokowy pogrzebał szanse na ucieczkę. Tymczasem już dobrze po północy, wszystko powoli cichnie, nocne powietrze przyjemnie wypełnia płuca. אַ גוטע נאַכט, guten nacht, dobranoc, szepczą kamienice. Gasną uśmiechy okien.

DSC_0455

arbuz

31

Samochód pnie się mozolnie po żwirowej drodze; profesor z wnusią zabrany na stopa ma na sobie czarny wełniany płaszcz i długie czarne spodnie. Jestem profesorem z LA, mówi profesor. Przyjechałem na sympozjum profesorów. Acha, kiwam głową. Wnusia jest prześliczna. Wiesz, że to na co patrzysz to w sumie katastrofa ekologiczna? Informuje profesor, najwyraźniej wciąż w gorączce sympozyjnej. Kiedyś tu wszędzie rosły lasy, ale przyjechali Wenecjanie i przerobili je na flotę, która potem – subsequently – zatonęła. W takim razie to najładniejsza katastrofa ekologiczna jaką widziałam – uśmiecham się. Wnusia nic nie rozumie, ale też się uśmiecha. Cudnym uśmiechem bez jedynek. Profesor ociera pot z czoła. Na skutek nieodpowiedzialnej gospodarki rabunkowej struktura geologiczna wyspy również uległa zaburzeniu, dodaje. Stare dzieje, wtrąca trzeszczący pod kołami żwirek.

27

Szukamy ukrytej plaży. Nie wiem jak ją znajdziemy, skoro jest ukryta, mówi mi do ucha Tinker, która siedzi na moim ramieniu. Ukryte z definicji zawiera możliwość odnalezienia, odpowiadam tajemniczo, tak tajemniczo, że sama nie rozumiem. Skaczemy po skałkach. Nigdzie nie ma żywej duszy, jedynie profesor w oddali studiuje w skupieniu życie codzienne i zwyczaje godowe kreteńskich głazów narzutowych. Wygląda jak wielki czarny wielbłąd z kolorowym motylem wnusi przy nodze. Przedzieramy się przez kolczaste krzaczory. Podrapane łydki przeżywają sentymentalny skok w czasie do dzieciństwa siniaków i blizn eksploracyjnych. S. wyjmuje kolec z ucha. To prawdziwy dar umieć znaleźć kolec w uchu przy krzaczorach o wysokości 30 cm. Podziwiamy z należytym szacunkiem. Po chwili wychodzimy prosto na srebrny piasek dzikiej plaży. Woda jest turkusowo-szmaragdowa i całkowicie przejrzysta. Japierdolę, wzdycha Tinker, znana z szerokiego wachlarza środków ekspresji. Czujesz jak bardzo tu jesteśmy? Teraz? Woda zatoki błyszczy figlarnie. To chyba najładniejsza zatoka w okolicy, co jest naprawdę sporym komplementem w kraju złożonym głównie z ładnych zatok. Opadamy wdzięcznym plaszczakiem na piaseczek i leżymy prawie godzinę, ubrani jedynie we własne wyobrażenia o sobie, od czasu do czasu przewracając się na drugą stronę jak krokiety na patelni. Słońce wkrada się do krwioobiegu i rozlewa płynnie po całym ciele. Marzę, żeby każda minuta trwała dwa lata.

26

Gdybyś miała powiedzieć czego ci teraz brakuje do szczęścia.? Pyta Tinker wyczesując palcami ciepły piasek z włosów i śledząc rozleniwionym wzrokiem rozbłyski słońca na wodzie. Chciałabym, żeby ludzie byli dla siebie milsi, a na świecie zapanował pokój. I jeszcze chciałabym takiego soczystego arbuza.

 

thank fuck for small mercies

hike

Zamglone słońce przyjemnie rozgrzewa zestresowane ciało. Wieczny mit śródziemnomorskich wysp. Raj. Gaje oliwne, owoce granatu prosto z drzewa, życie zwalnia do punktu: tu i teraz. Nie wybiegam myślami nawet do za chwilę. Jeśli kiedyś tu przyjedziesz, a powinieneś, uważaj na uchwyt od prysznica, nie prowokuj go, jest dość nerwowy. Wczoraj został mi w ręce. Klątwa lizbońska. W Lizbonie zostały mi w ręce drzwiczki od trzech szafek, uchwyt na ręcznik i karnisz od zasłony. Nie został mi za to nawet złamany grosz.

J. powiedział kiedyś, ładnie podsumowując zagadnienie: thank fuck for small mercies, co jest właściwie nieprzetłumaczalną wariacją na cytat z Biblii odnośnie wdzięczności za drobne łaski. Postanowiłam sobie to wytatuować na plecach jako motto życiowe. Na plecach, bo na czole się nie zmieści. Anyway. Na wysokości 10.000 metrów rozegrał się wyrywający z fotela spektakl pod tytułem zachód słońca ponad chmurami. Pierwsza drobna łaska tej podróży. Szybki pozamarzały; co się dziwisz, przecież mówił kaptyn, że minus 50 na zewnątrz. Więc zdjęcie do dupy, ale ogólne pojęcie daje:

zach

Zaraz potem samolot wleciał w absolutną ciemność śródziemnomorskiej nocy; dosłownie z minuty na minutę zaległ Mordor. Uuuu, oznajmiła złowieszczo pani w fotelu za mną i niezwłocznie zakupiła buteleczkę pierwszej pomocy 7.5%. Teraz wyobraź sobie, że wracasz z gór, i tak się właśnie nagle robi ciemno, a potem we wstecznym lusterku widzisz pierwszą błyskawicę. Potem następną i następną, i wygląda to tak, jakby zaczęły cię gonić. Usiłujesz sobie nerwowo przypomnieć, czy w samochodzie to jesteś uziemiony, czy wręcz przeciwnie; na szczęście zanim rozwikłasz tę zagadkę dojedziesz na miejsce. W samą porę, bo za sekundę rozpęta się piekło i szatani. Grzmoty i błyskawice będą napierać właściwie bezustannie przez prawie trzy godziny. Pomimo czarnej nocy momentami będzie jasno jak w dzień. Dojdzie ulewa, która prawie natychmiast zrobi kuku dachowi w recepcji.

DSC_4025

Stałam na balkonie. Trzy godziny stałam. Z otwartą paszczą. Szkoda, że tego nie widziałeś, bo wyobraźnia to jednak za mało, a takie burze to raz w życiu chyba tylko (chociaż ostatecznie były trzy, w tym jedna w trakcie startu z lotniska). Nie dziwię się już, że to w tych okolicach wymyślili Zeusa Gromowładnego. Sama straciłam wiarę we własny ateizm. Kto ich tam wie, tych bogów. Ostatecznie tam w górach jest szczyt o nazwie Olimp. Chciałam dla ciebie nagrać to wszystko, ale zapomniałam wcisnąć record. Bardzo mnie to rozzłościło, ale potem na nogę wskoczył mi spanikowany gekon-albinos i skutecznie odwrócił moją uwagę. Sam rozumiesz. Albinos. Gekon. Na nogę.

 IMG_1348

Tymczasem trudno jakoś nie myśleć.. Syria tuż za rogiem. Tu takie piekło, a tam ludzie na tych swoich łupinach. Ilu utonęło, kiedy liczyłam błyskawice..? Ilu utonęło, kiedy patrzyłam na zachód słońca 35 tysięcy stóp nad nimi? Czy łatwiej się umiera przy zachodzie słońca..?

No, już, już. Cicho. Łaski. O, proszę. Siedzisz sobie nocą na plaży; morze jest spokojne, a noc ciepła i rozgwieżdżona. Z niejasnych przyczyn znów odmawiasz sobie tych dwóch rzeczy, na które masz najbardziej ochotę: zasnąć i spać tak całą noc przy cichutkim poszumie fal, oraz nocnego pływania. Odmawiasz sobie, bo nie masz ręcznika, bo potem będzie zimno, bo woda była za słona.. bla bla. Jak zwykle zostajesz z żalem, że sobie odmówiłeś, człowieku, sumo żalów na grzechy niepopełnione. Ale ta godzina na pustej ciepłej ciemnej plaży jednak zostanie w tobie. Powiedzmy, taka półłaska. Zawsze to jakiś rezultat, c’nie.

plaza

Albo taka sytuacja: idziesz na malutki hiking w góry, siadasz, żeby chwilkę odpocząć przy mizernym lokalnym wodospadzie, i wtedy właśnie, w środku śródziemnomorskiej wyspy niedaleko od Syrii, podchodzi do ciebie koleś z Izraela i częstuje cię winogronami. Bo akurat ma, a ty nie. To się dzieli. Potem sobie gadacie, i okazuje się, że nie tylko wie, że Walia nie leży w Anglii, co często ‚myli się’ nawet rodakom mieszkającym w rzeczonych, ale spędził w niej kiedyś kilka dni w podróży służbowej – w dodatku w mieście, w którym pracujesz i do niedawna mieszkałeś. Śmiejecie się, zdumieni. Bezcenne.

Swoją drogą, nadal często zdumiewa mnie właśnie to, jak łatwo nawiązać rozmowę i nić porozumienia z ludźmi z innych krajów i kultur, pomimo, że dla żadnego z nas angielski nie jest językiem ojczystym. Wszyscy jesteśmy tacy sami, chociaż tak cudnie inni, powiedziała Anna tonem starej kobiety i schyliła się, żeby podnieść orzech włoski, który właśnie poczuł zew przygody i postanowił urwać się z drzewa, uderzając ją w głowę, właśnie tu, w tym małym sennym jesiennym miasteczku w środku gór. Pyszny. Dość powiedziałabym wymierna łaska.

DSC_3951

A swoją drogą, Cypr to w ogóle zdumiewająca wyspa. Na obrzeżach skwierczące lato, bezlitosna płowa pustka i żar pustyni spala mnie, a w środku o 13 stopni mniej, pyszna zieloność przechodząca w złoto jesieni, lasy piniowe i zapach polskiego zakopiańskiego października. To lubimy.

A po tych całych zadymach burzowych na koniec jeszcze zdenerwowało się zwykle spokojne morze Śródziemne i zafundowało dzieciakom skoki przez biało-szmaragdowe fale. I czemu nie pobiegłam w te fale? Dodaj to do ogólnej sumy żalów za te grzechy niepopełnione.

12046980_10153417872398423_1650382494302146463_n

I ta kawa jak słodka lawa w przedpołudniowym słońcu. No właśnie. Thank fuck for small mercies indeed.

12141787_1056311467736444_7246628531485035172_n