Nowa Anna

Dwa miesiące temu jakiś życzliwy rodak zaraportował mnie do skryptów fejsbukowych jakobym była fałszywym profilem. Odcięto mnie w trybie natychmiastowym od moich dwóch stron (Anna w Walii i Smok Walijski) bez żadnej możliwości chociażby wyjaśnienia ponad półtora tysiącu czytaczy wtf.

Mój niemożebny wkurw na FB wynika głównie z tego, że nigdy nie złamałam żadnej z ich zasad współżycia społeczności. Nigdy nie zaangażowałam się w nic szemranego, chamskiego czy kontrowersyjnego. Prowadziłam sobie dwie fajne i dość pożyteczne stronki, na których wytworzyła się sympatyczna społeczność fajnych ludzi. Wystarczyło żeby któryś ze skryptów z ludzkimi imionami przejrzał moją działalność. Nikt się nie wysilił. Olano mnie totalnie.

Ostatecznie mnie odblokowano, ale już im nie ufam. Tych, który chcą mnie nadal czytywać, zapraszam na nową stronkę Dziewczyna z Termosem. Na razie głównie przenoszę tam rzeczy publikowane uprzednio na fejsie, ale z czasem mam nadzieję wrzucać nowe teksty.

Zapraszam, kto ma ochotę, i pozdrawiam.

Anna

 

 

 

Kamienie, wulkany i wiatr

Wiatr kręci oberki z piasku na ulicach małego pueblo. Okna białych pudełkowych domów są szczelnie zamknięte. Piasek i tak wpycha się dosłownie wszędzie, taka uroda tej malutkiej wyspy. Piasek i skała. Zastygły ogień i szmaragdowa woda. Dzięki nieustającemu wiatrowi na wyspie nigdy nie jest piekielnie upalnie; ma idealny klimat wiecznej ciepłej wiosny.

Miałam takie marzenie, żeby kiedyś chociaż na chwilę zamieszkać w chacie na dzikiej plaży. Wiesz, otwierasz drzwi, a tam wschód słońca, fale niemal wdzierają się do środka, cywilizacja ludzkiego hałasu nie istnieje. Oto, proszę bardzo: marzenie się spełniło. I teraz wiem, że po drugiej stronie codzienności jest ta moja przestrzeń i czas obiecane i dane. Piasek, bryza, niebieskość zdarzeń.

Nigdy nie spodziewałam się, że wrócę na Kanary. Gran Canaria odwiedzona kilka lat temu rozmyła się w moich wspomnieniach nie pozostawiając wiele po sobie. Ale znajomy od lat powtarzał: musisz pojechać na Lanzarote. Zakochasz się.

Pierwsze wrażenie wyspy było niekomfortowe. Matko, jakie to nieżyczliwe człowieku miejsce. Spustoszone, wypłowiałe, niegościnne. Pola zastygłej lawy, prawie żadnych roślin i brzuchy wulkanów. Stu wulkanów – na wyspie o wielkości nieco ponad 800 km2. Przy liczbie mieszkańców 140 tysięcy.  Sto wulkanów. S t o.

 

9

Ostatni wybuch wulkanu nastąpił w latach 30-tych XVIII w. Pokrył pół wyspy lawą, którą można dziś oglądać pod postacią niekończących się pól ostrej pumeksowej skały, od której najlepiej trzymać się z daleka, jeśli osiem dziur w kolanie nie jest na twojej bucket  liście. Po ostatnim wybuchu większość mieszkańców wyjechała i trudno im się dziwić. Na wyspie nadal prawie nic nie rośnie, oprócz sporadycznych winorośli uprawianych w specjalnych lejach. Nic się nie pasie. Jak żyć?

Teraz to z turystyki. Na szczęście w bardzo przemyślany sposób. Lanzarote nie zmieniło się w potwora jakim miejscami jest Gran Canaria. Czuwał nad tym pan Manrique, artysta, miłośnik wyspy, autorytet. Ograniczył prawnie dziki rozrost turystycznej bańki. Zakazał zmian w architekturze. Nakazał chronić wyjątkowy wizerunek wyspy. Wyspa jest pełna jego rzeźb, obrazów, budynków, które zaprojektował. Jego styl był unikalny i łatwo rozpoznawalny.

Lanzarote znalazło sposób na siebie, który pozwala godzić turystykę z tradycją. Wyspa skłania się ku ekologii, wegetarianizmowi, weganizmowi, hipsterom, surferom, rowerzystom, rękodziełu itp. Ma generalnie dość wyluzowaną atmosferę.

Po dwóch dniach niepewności co do własnych uczuć wkradła się we mnie czułość dla tych pustkowi nieszczęsnych. Zaczęłam dostrzegać kolory, grę światła; pomogły długie poranne spacery plażą, wyjazd na niedzielny rynek w Teguise, pełen miejscowych artystów i grubych Afrykanek w kolorowych czepcach wyglądających jak cudowne motyle. To w Teguise natychmiast przepuściłam cały swój budżet na bransoletki ze skały wulkanicznej, ukochane od pierwszego spojrzenia spódnicospodnie i temu podobne niezbędności.

2jp20170923_235906220170922_145905

2 the essance of lanzarote

23

Ja zawsze wolę odludzie, ale Lanzarote ma oczywiście miejsca bardziej turystyczne. Zwłaszcza na południu wyspy znaleźć można kilka kurortów w których toczy się standardowe życie przeciętnego turysty. Wyspa posiada kilka must-see atrakcji, najczęściej związanych z artystą Manrique oraz 1 szczególny park narodowy, Timanfaya, w którym można podziwiać totalnie marsjański krajobraz czerwonych i zielonych wulkanów. Warto je wszystkie zobaczyć. Ale jeszcze bardziej warto wypożyczyć samochód i urwać się w teren. Wejść na przypadkowy wulkan. Odnaleźć swoją własną plażę. Wyczaić mniej popularne, a równie warte grzechu punkty widokowe. Pozwolić szumowi pustynnego wiatru wypełnić sobie głowy, przepędzić wszelki stres, a na koniec zabrać ze sobą wspomnienie niesamowitego relaksu.

20170917_190735

 

schyłek lata

Kilimandżaro

schyłek lata

Lato już odchodzi, już to czuć, ale świat jeszcze ciepły, jeszcze rozpachniony dziką miętą, zapachem końskiej sierści i skoszonej trawy.

Wykorzystuję każdą wolną chwilę na spacery, łapię każdy promień słońca, bo niedługo bez wątpienia nadejdzie tradycyjny walijski monsun. Oddycham jakoś lepiej. Patrzę na wędrujące nad łąkami mgły, podświetlone pierwszymi promieniami słońca, wciągam do płuc zapach rozmokłej ziemi, który tak lubię. Wokół mnie zataczają kółka bandy rozbrykanych jaskółek. Muskam palcami dłoni kamienny płot, patrzę jak biała czapla wzbija się majestatycznie w powietrze tuż przez moimi oczami. Dłubię sobie kaloszkiem w błotku. Tracę oddech z wrażenia na widok zimorodka przycupniętego na kijku o kilka metrów ode mnie, w miejscu gdzie dwie rzeki łączą się i płyną zgodnie do morza. To właściwie trudno jest opisać, to co się wtedy czuje. Mam nadzieję, że też ci się zdarza takie nieopisanie.

Dwie rzeki

Albo takie,o.

Wczoraj poszłam na spacer wieczorny na łąki z końmi i znalazłam przy płocie kamiennym reklamówkę z jabłkami, co się dobrze złożyło, bo zawsze chciałam tym koniom te jabłka i nigdy nie pamiętałam żeby kupić. Pożyczyłam więc sprytnie jedno zielone jabłko z reklamówki i poszłam szukać swojego ulubionego konia, który wygląda jak wzorek z czekolady na cappuccino z costy, i teraz ja nie wiem, jak to działa, ale z samego koń-ca pola wypatrzył mi to jabłko w kieszeni inny koń wielki jak Kilimandżaro i dawaj kłusem w moim kierunku, co ja się trochę zacukałam, bo taki wielki i my się tak dobrze jeszcze nie znamy z tymi końmi i nigdy nie wiem co takiemu koniu strzeli.

Dotruchtał do mnie i trąca. Ok, ok, luzik, tu proszę, jabłuszko, miła koninka, taś taś, oooo, smakuje widzę, to super, to ja już, prawda, pójdę. I ruszam powoli, a koń za mną. I zachodzi mi drogę, i szturcha po plecach, i po kieszeniach, koleś mówię, nie mam już żadnych jabłek, mam kubek po kawie papierowy, chcesz? Ała. Nie chcesz, spoko. I znów ja krok do przodu, koń też. Ja w bok, koń też. Trochę szybciej, lecz wciąż z godnością. I jeszcze szybciej, już mniej godnie. Koń-ec koń-ców, jeśli ktoś pamięta jak się koń-czyły odcinki Benny Hilla, to proszę sobie zwizualizować mnie z tym koniem okładającym mnie pyskiem po głowie, galopujących po tych polach z charakterystyczną muzyczką w tle. Dziękibogu ktoś musiał zaszeleścić tą siatką z jabłkami pięć kilometrów dalej, bo Kilimandżaro zastrzygło uszami, natychmiast straciło zainteresowanie moją osobą i raczym kłusem pognało w kierunku kolejnej ofiary.

Uff.

Kilimandżaro

Każdego dnia rano robię w ogrodzie jogę – powietrze jest czyste, rześkie, a chmury płyną sobie w dal, podświetlone wstającym słońcem. Już bardzo dawno nie byłam taka spokojna. Praktykuję uważność, telefon coraz częściej zostawiam w domu i wreszcie, wreszcie znowu jestem jakby bardziej, mocniej, barwniej.

I idę niespiesznie do przodu. Może Walia podaruje mi w tym roku prawdziwe babie lato?

Uaha kalosze dwa

 

szlachciAnka

zielono

Przez dobrych kilka lat Walia wypełniała mi życie emocjami odkryć: już wracam, tylko jeszcze sprawdzę co tam za rogiem, a za rogiem taki wodospad, że człowiek automatycznie uśmiecha się całym ciałem. Na skutek różnych spraw mam obecnie mniej czasu na eksplorację bliższych i dalszych Zarogów, ale nadal uwielbiam się poszwędać kiedy tylko mogę. Tylko teraz coraz częściej szwędam się w poszukiwaniu nie tyle emocji, ile świętego spokoju.

10 minut drogi od domu mam taki malowniczy wiesiuń, kilka chałup krytych strzechami, pola, łąki z końmi, kościół, kamienne płoty, rzeka i malownicze ruiny zamku. Kiedy mówię ‚chałup’, mam na myśli styl, nie standard czy wartość rynkową, o nie. Dość często widuję w okolicy ludzi, którzy nie muszą wstawać o 6 rano, a w czasie kiedy normalni ludzie w pracy piją już drugą kawę, i próbują kontrolować wzrastający poziom frustracji, oni obchodzą swoje włości. W kaloszach i marynarkach w kratę, z hartem albo dwoma u boku. Sprawdzają czy konie all right, czy płot nie uszkodzony, potem może wstępują na plebanię na porcelanową filiżankę herbatki i obowiązkowy herbatniczek, pogadają o polityce, panie dzieju, o tym, jak im się koń wyścigowy zepsiuł, a ktoś im się próbował włamać do willi na południu Francji.

[000549]

I ja sobie tak przedwczoraj, rozumiesz, wymyśliłam, że założę te kalosze i tak pójdę sobie obejść te włości udając, że, prawda, moje. Fajnie było. Pogadałam z końmi, posprawdzałam gdzie zielsko wyrosło po szyję, zajrzałam do kamiennego kościoła pod wezwaniem świętego spokoju, poudawałam włościankę przed zabłąkanym w przerażającym świecie natury cyklistą szosowym. Jak on tak skakał śmiesznie w tej lajkrze i tych bucikach cyklistowych z rowerem na plecach po tych moich błotnistych wertepach z końskimi kupami, hy hy.. Posiedziałam sobie nad błyszczącą w porannym słońcu rzeką. Przez chwilę poczułam, jak to mogłoby być żyć takim życiem. Bez paraliżującej wszelką chęć zmian świadomości istnienia rachunków do zapłacenia. Niezapłacenie których grozi tym i tamtym, zasadniczo końcem świata.

Z drugiej strony taka sytuacja. Której byłam świadkiem kilka dni temu. Człowiek i koń podróżują sobie razem. Zatrzymali się na noc przy małym rezerwacie otoczonym zielonymi wzgórzami środkowej Walii. Człowiek rozwiesza pranie, a koń chodzi za nim krok w krok. Człowiek wchodzi do namiotu, a koń staje obok i uderza pyskiem w ‚ściankę’. Idź sobie, dobiega z wnętrza namiotu, zjedz trochę trawy czy coś, zajęty jestem. Koń prycha po czym odwraca się w stronę rozwieszonego prania i zaczyna ściągać je z linki. Człowiek wychodzi z namiotu, no co wy wyprawiasz, przestań, no już dobrze, dobrze. Wyjmuje z namiotu szczotkę i zaczyna czesać końską grzywę; cały czas coś przy tym klaruje z czułością. Koń prycha kilka razy w odpowiedzi, a potem kładzie człowiekowi głowę na ramieniu. I tak stoją, i sobie o czymś gadają, a grzywa coraz ładniejsza, a moje serce topi się i wsiąka w wysoką rezerwatową trawę.

Człowiek był raczej Cyganem niż nadzianym właścicielem ziemskim, ale praca od 9-17 też prawdopodobnie jest mu obca. Za to poczucie wolności na pewno nie. Wolności od kieratu, nieustannego hałasu, pilnych rachunków, telefonów zmieniających ludzi w zombie, mediów społecznościowych dla których ‚społeczność’ tak naprawdę oznacza tylko konglomerat potencjalnych stargetyzowanych odbiorców reklam, miejsce gdzie kwitną najgorsze cechy ludzkie i rodzą się uzależnienia wcale nie gorsze od innych pochłaniających życie nałogów.

Człowiek i koń

Od ponad dwóch tygodni jestem na zwolnieniu ‚na stresa’ z powodu posiadania strasznej suki w pracy. Chodzę na spacery po plaży, robię jogę na świeżym powietrzu, medytuję i nie wybiegam myślą dalej niż teraz. Nic-nie-muszenie jest błogosławieństwem. Dopiero z tej perspektywy widzę, jak bardzo praca, za którą mi nawet nie płacą adekwatnie, zdominowała moje życie. Jak ludzie, których nawet nie zapraszałam namieszali mi w środku.

Dopiero siedząc w punkcie gdzie dwie rzeki łączą się i płyną wspólnie do widocznego w oddali morza czuję, jak bardzo brakuje w moim życiu w tej chwili przestrzeni. Myślę, że chyba chciałabym hodować konie. Szlachcianką bym sobie pobyła, o. Może herbatniczek do tej kawki, proszę, proszę. Bardzo chętnie, niezmiernie hrabiemu dziękuję. Na zdrowie moja droga, na zdrowie. Jak tam krewni hrabiny w Monaco? Trochę martwią się o wpływ Brexitu na nasze osiem kasyn, ale kuzyn ostatnio rozmawiał w tej sprawie z Brukselą i ogólnie jest dobrej myśli,  poza tym wszyscy zdrowi, dziękibogu.

Ech.

konie

 

lato, deszcz, Kijek

Niebo

Żwirowo-kamienista ścieżka błyszczy w deszczu. Wokół takie lato-nielato walijskie, dalekie od kontynentalnych upałów, mokre, zielone jak młody groszek, rozpachnione rozmokłą ziemią.

Jest coś w tej letniej mokrości, co podnosi na duchu i poprawia nastrój (w przeciwieństwie do opadów jesienno-zimowych, które wpływają na człowieka przybijająco w stopniu porównywalnym do wpływu młotka na gwóźdź). Nie wiem, może to wrażenie przebywania w zielonej dżungli, może czystość kropel wody na paprociach, może trudności piętrzące się na śliskich kamienisto-błotnistych ścieżkach, często owocujące zjazdem z górki na tyłku. Może zwariowany łomot nabrzmiałych od ciągłych ulew wodospadów. A może wszystko razem.

wodospad

Nie zrozum mnie źle, jestem ogromną fanką słońca i skwierczących temperatur ‚powyżej 16 stopni’, które czasem nam się tu zdarzają. Odżywam, nabieram pędu, biegam po okolicznych wzgórzach, wystawiam twarz na to straszliwe promieniowanie UV.  Wywietrzam z siebie smutek i zmęczenie materiału. Coraz trudniej o ciszę wewnętrzną ostatnimi czasy, ale przedwczoraj znalazłam kijek, ot, niespecjalnie przystojny, ale za to z charakterem, i od tej pory posiadłam tajemną sztukę opróżniania się z wszelkiej zbędnej myśli. Otóż skupiam się teraz głównie na kijku. Wszystko inne się we mnie wycisza. Wygodnie ci, kijku? Chcesz odpocząć? Ja bym siadła, rozumiesz.. Pacz jaki widok. Pomacham se tobą, arajt? Hej, ale nie możesz być takim bezimiennym kijkiem, już wiem, nazwę cię Kijek.

Kijek

Ale deszcz, zwłaszcza ten ponury, zimny i padający dosłownie z każdego kierunku, jest tak częsty w tej krainie, że musiałam nauczyć z nim żyć. Kiedyś wymyśliłam nawet, że pogoda jest tak naprawdę jedynie stanem umysłu, więc spoko, jesteśmy w stanie się przekonać, że tak naprawdę jest po prostu za-je-biś-cie i nie będzie deszcz pluł nam w twarz. Cała spęczniałam z dumy, że takie coś cool wymyśliłam, sama, i natychmiast spróbowałam tę myśl głęboką sprzedać koledze z pracy, z którym przedzieram się przez poranne ulewy z parasolem w jednej i kawą w drugiej ręce, najczęściej pod wiatr. Kolega już otworzył usta, żeby skomentować bez wątpienia w pełnym szacunku zachwycie, ale zwrotny wiatr walnął go parasolem w twarz i  rozlał mu kawę na całą marynarkę i sporą część spodni. Zamknęliśmy temat.

woda

Jeszcze jedno z tym deszczem letnim. Najlepsze jest to, jak czasem zasępione chmury się rozstąpią, i nagle całą tę zieloną mokrość zalewa jasność niebiańska. Odbija się w rzece, w kroplach wody na liściach, w kałuży na ścieżce, w oczach tej małej, co jak dwa błękity. Ta mała zbliża się do 40 i zupełnie się do tego nie poczuwa. To jakiś błąd jest w kalkulacjach, 40 to dla ludzi starych jest, a ja jestem dzieckiem w skarpetkach w paski i z watą cukrową na patyku. Na Kijku.

priorytety

 

 

 

 

Idzie po mnie

kawa

Idzie po mnieKiedy codzienność mnie trochę przyciska do ziemi, czerpię pewnego rodzaju pociechę z przyglądania się odpływom i przypływom, które są niczym innym, jak gwarantowanymi, nieuchronnie po sobie następującymi totalnymi zwrotami akcji.

Przyzwyczaiłam się do porannych spacerów nad morzem. O świcie tam zwykle nikogo nie ma, nie licząc jakiegoś szczególnie oddanego sprawie wędkarza. Świat szumi i otula człowieka rześkim powietrzem; w skałach zawsze można wypatrzeć jakąś sympatyczną miejscówkę do kontemplacji wkurzonych fal przypływu rozbijających się z furią o brzeg.

Czasem podczas tych wypraw coś się zdarzy, uśmiech, krótka rozmowa, zwyczajna propozycja. Podzielę się z panią kawą, skoro pani nie ma. Ale przecież. Nie mogę. Muszę. Muszę jechać. Dwie minuty z panem rozmawiałam i już zdążyliśmy wybudować dom Z Widokiem Na Morze i Kominkiem. Muszę jechać, zdecydowanie, przecież, poważni, dorośli, odpowiedzialni, spętani. Często pani tu przychodzi? Proszę pana, ja tu mieszkam. Co tydzień w sobotę o wschodzie słońca tu mieszkam. W międzyczasie mieszkam gdzie indziej, ale tu mi się bardziej podoba. A pan? Tak? To kawał drogi. Że nie tak daleko..? Proszę natychmiast zgasić ten uśmiech. Dorośli, spętani. Jechać. Muszę. Miłego dnia. Miłego życia.

Czasem przez drogę przebiega rudy lis, i znów nie wiem czy to na szczęście, czy na zmianę pogody, nie znam się za dobrze na oczywistych znakach od losu. Czasem z pobocza wyfrunie niespiesznie kania ruda. To taki ptaszek drapieżny z rudym ogonem w kształcie latawca (jej angielska nazwa to red kite, czyli rudy latawiec). Patrzę zahipnotyzowana, jak się wznosi majestatycznie, powoli, aż zmienia się w rdzawą plamkę i znika w zamglonej tarczy wstającego słońca.

Czasem zatrzymuję się na tę kawę, co jej z tamtym panem nie wypiłam. Kojarzysz ten moment kiedy kupujesz kawę w kafejce, i jest to najgorsza kawa w historii kawy, i wstajesz od stolika i idziesz do sprzedawczyni i syczysz z wściekłością co to jest piłaś to to kiedyś wiedźmo rogata, a ona patrzy Ci w oczy tym szyderczym tonem głosu i wskazuje na plakietkę z napisem nie obrażać obsługi, po czym sięga za kantorek i wyciąga agresywnie wyglądający plastikowy widelec; ale ty jesteś szybsza i chwytasz za butlę keczupu i rozlewasz ją na głowie wiedźmy z szaleńczą satysfakcją… I w tym momencie zdajesz sobie sprawę, że nadal siedzisz przy stoliku, ściskając w ręce butlę keczupu, który spływa sobie radośnie na obrus, a cała kafeja się na ciebie gapi. Tego. Ostrożnie odstawiasz keczup, kurczysz się odrobinę w sobie, heroicznie dopijasz najgorszą kawę w historii kawy, dziękujesz sprzedawczyni z uśmiechem i wychodzisz obiecując sobie, że następnym razem na pewno im pokażesz, kurde, no.

I takie buty.

Spacerem

Miasto z belgijskiej koronki / Gent

W motelu w stylu amerykańskim koleś w kowbojkach całą noc chodził wte i wewte po moim suficie, nie pospałam, ale za to napisałam w głowie krwawy horror o motelu w stylu amerykańskim, w którym niewyspana Polka morduje gości w kowbojkach i sprzedaje na organy. I jeszcze napisałam 64 haiku. Czy haiki? O wiośnie. Nie wiem, czemu o wiośnie. One chyba wszystkie są o wiośnie, tylko jedno znałam, co było o miksowaniu cementu, ale podejrzewam, że to nie było prawdziwe haiku, tylko ktoś sobie robił niesmaczne żarty, bo ludzie dzisiaj nie mają za grosz szacunku dla rzeczy wzniosłych.

Pan śniadaniowy w obskurnej kafei przymotelowej patrzy na mnie nieprzytomnie. C’est frois, zimne, powtarzam z odcieniem dumy, bo to już przecież 15 lat minęło od ostatniego lektoratu z francuskiego. Jajecznica, cieciu, zimna. W lodówce ją trzymacie? Oczy jak spodki patrzą na mnie bezradnie. Może źle wypowiad.. zaczyna Boski, ale przytomnie nie kończy.  Frois, pokazuję palcem na podgrzewacz. Pan śniadaniowy ufnie wtyka w podgrzewacz palec, ah, oui, froid! Rozpromienia się w ogromnym karaibskim uśmiechu,  po czym znika w kuchni, gdzie zostaje niechybnie porwany przez kosmitów, wniosek ten wyciągam na podstawie faktu, że już go więcej nie zobaczymy.

A Za Rogiem – w pierwszych promieniach porannego słońca, jeszcze świeże od nocnej ulewy – stare miasto. Kamienice, mosty, kanały. Takie tam te, rozumiesz, starokontynentalne. Uśmiech rozrasta się we mnie jak bańka mydlana, na te dwie godziny wyrwane z codzienności, na ten przypadkowy postój w drodze, bo przecież nie cel się liczy, a droga, to po drodze zbierasz kolory, kształty, zapachy, budynki Oper do Których Nigdy, sklepy z Prawdziwą Czekoladą dla Turystów, handlarzy rybą o poranku, średniowieczne fasady, przepraszam zgubiliście się? Nie mówicie po flamandzku? Inglisz? Spoko. Pokazać mapa. Prawy lewy zakręcony wtrójnasób potem i zaraz. Prosty, widzi? Uśmiecham się międzynarodowym uśmiechem bezgranicznej wdzięczności, myśląc, przerąbane, nigdy nie znajdziemy tego parkingu, a właśnie skończył się opłacony czas parkowania.

Możemy się w związku z tym nie spieszyć, w sumie. Patrz jakie fajne Schody Do Wody. Siędę. Będę tak tu siędzieć, aż mi tyłek przymarznie. W kokonie chwilowej szczęśliwości.

Gent

Człowiek w kapeluszu przemierza pospiesznie ulice starówki; stukot obcasów na kocich łbach jeszcze długo unosi się w powietrzu. Ciekawe, czy spał w moim motelu.

Miasto jak stara flamandzka koronka budzi się do życia.

Gent

Gent

Gent

idziesz?

sen o dolinie / niemodny ucisk w sercu

idziesz?

Czasem czuję, jakbym była zamknięta we wspomnieniu pewnego miejsca o nazwie Nevis Gorge. Cudowne więzienie, które w mojej głowie obrosło warstwami fantazyjnych dodatków, jak brytyjskie wybrzeże skorupkami ostryg.

To dolina z wodospadem w środku szkockich gór. Jestem tam prawie codziennie przed snem; siadam na kocu niedaleko od wodospadu, ze słońcem na twarzy, z plecami opartymi o drewniany schodek małej chaty. Jest wino, też, czemu nie. Czasem nawet zaszaleję z deską serów z oliwkami; ostatecznie to moja fantazja, co, kurde. Przede mną rozciąga się szerokie, płaskie dno doliny zamknięte ze wszystkich stron koroną gór; meandrująca cokolwiek leniwie rzeka błyszczy w popołudniowym słońcu. Jak to komuś wytłumaczyć, że czasem w tym zawalonym idiotycznymi nagłówkami i ludzkim szumem świecie widzisz coś tak pięknego, że stajesz w miejscu i ryczysz.

Jak wytłumaczyć komuś rozmiłowanemu w akrylowych pazurach i sztucznych rzęsach co robi z człowiekiem zapach mokrej ziemi w środku podeszczowego lasu? Jaki opisać komuś z nosem w ajfonie balon emocji, ten ucisk w sercu, kiedy patrzy się na wyzłocone późnowieczornym słońcem góry? Opowiedzieć o tym, jak już niczego więcej się dziś nie spodziewasz, i nagle za rogiem obezwładnia cię widok krystalicznie czystej rzeki wypływającej niemal z wnętrza góry; góry brunatnej, pooranej jasnymi żlebami, z czapą śniegu na głowie.

Dolina

Trudno jest pisać o miłości do krajobrazu i natury bez ryzyka ugrzęźnięcia w lingwistycznym kiczowisku. Poza tym, to niemodne. Nie na czasie. Nikogo to już nie interesuje. Zupełnie. Zupełnie..?

Popatrz tam – Alun wskazuje na horyzont ponad dachami budynków college’u – my tu w słońcu, a tam ściana deszczu. Uwielbiam patrzeć na takie ściany deszczu. Iść w ich kierunku. Nie boję się deszczu. Mógłbym tak bez końca.

Uśmiecham się pod nosem. Już dawno przypadkowa osoba nie powiedziała do mnie czegoś równie cudownie nieużytecznego.

Niemodny ucisk w sercu.

Dolina

wyspa rajskich ptaków

dscn9087-2

Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Mogę być w Azji, sądząc po tarasach uprawnych. Albo w Andach, sądząc po tych samych tarasach, bujnej zieleni i skalistych górach zachodzących błyskawicznie mgłą. To znaczy tak zakładam, bo nigdy nie byłam w Andach. Ani w Azji.  Przez cały pobyt na Maderze nie mogę się oprzeć uczuciu, że tak wiele wielkiego pięknego świata skumulowało się w tej jednej malutkiej wyspie.

Mieszkając w kraju zbudowanym głównie z mżącego deszczu doceniam każdy wyjazd w ciepłe i suche okoliczności przyrody. Ten moment, kiedy wysiadając z samolotu stawiasz pierwszy krok na dostawionych schodach i wpadasz wprost w ramiona wytęsknionego, wymarzonego słońca – i już wiesz, że tak będzie przez cały pobyt. Że to gwarantowane. Że będziesz to kochać dramatycznie, i snuć wizje wygranych w totka, które pozwolą ci się teleportować na wyspy szczęśliwe na zawsze, zbudować luksusową chatę z dachem z liści bananowca przy plaży pod klifem i heeej, la dolce vita..

dsc_1232dsc_0926

Madera to wyspa wiosny i lata. Jest ciepła, czasem upalna, ale z bryzą. Jak się nieco oddalisz od wybrzeża to i popada, i ochłodzi. Idealne warunki do wędrówek. Jest też niesamowicie górzysta; góry schodzą praktycznie do oceanu. Stąd te wszechobecne tarasy. Człowiek walczy o każdą potencjalną płaską przestrzeń na której można zasadzić bananowca. Albo dom. Góry zapewniają też deszcz; deszcz zapewnia wodę, a woda nasyca wyspę życiem. Madera jest obłędnie zielona, w odróżnieniu np. od pobliskich Kanarów albo wysp greckich.

To zielona wyspa tropikalna, oblana ze wszystkich stron niebieskim Atlantykiem, i upstrzona białymi domami z czerwonymi dachami.  To prawdziwa uczta dla zmysłów.
dsc_1264

dscn9548

Góry skrywają w sobie drzewa laurowe, wilgoć, gekony, wodospady, tajemnicze ścieżki biegnące wzdłuż levad. Levady to sekret tej wyspy.

O tym niezwykłym systemie irygacji pisałam już wcześniej, dodam tylko, że spacery ścieżkami biegnącymi wzdłuż levad to najlepszy sposób zaprzyjaźnienia się z wyspą. Szczególnie kuszące są szlaki towarzyszące levadom górskim. Prowadzą cię wijącymi się urwiskami w głąb wyspy, do jej serca, pozwalając poczuć jej rytm, zrozumieć, nawiązać kontakt.

 dsc_1033dscn9604

Stworzyć system komunikacji dla takiej górzystej wyspy nie jest łatwo. Dopiero gęsta sieć tuneli umożliwiła sprawne i w miarę szybkie przemieszczanie się nie tylko między krańcami tej niedużej wyspy, ale nawet między sąsiednimi wsiami. Tunele wprowadzają za to kompletny chaos w życie gps-ów. Przykłady instrukcji otrzymywanych od starego poczciwego tomtoma:

  • Skręć w lewo. Najprawdopodobniej.
  • Jest co najmniej 50% szans, że za tym tunelem będziesz skręcać w prawo.
  • Jezusmaria, widziałaś to??
  • Za sto metrów dojechałaś na miejs.. taaak, hm, tego..
  • Czy to Niemcy??
  • Zwariowałaś, nie jadę tam.
  • Skręć w lewo. W lewo. W lewo, cieciu!! Oj, sori, miałem na myśli to drugie lewo.
  • Wydaje mi się, że byliśmy już dziś w tym tunelu. Dwa razy.
  • Wiedziałem, że to Niemcy!

Obecnie nawigacja twierdzi, że cierpi na zespół stresu pourazowego i odmawia wychodzenia z domu.

Na szczęście Madera jest tak mała, że trudno się tak naprawdę zgubić.

1
Kilka innych rzeczy typowych dla Madery.

To Portugalia, więc oczywiście kraj drzew korkowych. Od kiedy wina zamyka się zakrętkami, główny produkt eksportowy tego kraju stracił na wartości. Trzeba było coś wymyślić, więc wymyślono produkcję gadżetów na potrzeby turystów (Madera w ogóle dopiero przysposabia się do masowej turystyki, co jest kolejnym z jej atutów. Mam nadzieję, że ten stan wpółdrogi pozostanie jak najdłużej). Drugi produkt flagowy Madery to banan. Drzewa bananowe są wszędzie; z banana, w odróżnieniu od korka, nie da się zrobić sandałów i magnesu na lodówkę, ale jako owoc eksportowy nie traci na popularności. Co jeszcze; ciacha tu lubią. Kawę. Ich leżakujące przez dekady wino jest słynne na cały świat. Lubią poncz, mocny jak diabli. Mają drugi najwyższy klif na świecie, Cabo Girão, bagatelka, 580m. Można sobie popatrzeć w dół przez przeszkloną podłogę, jak kto, prawda, ma chęć.

dscn9653dsc_1271

Ciekawostka: Madera ma niewiele piaszczystych plaż, więc kompensuje to kompleksami basenów z wodą morską. Bardzo fajny pomysł; piscinas można spotkać głównie na północy wyspy, a wstęp na nie jest tani jak przysłowiowy barszcz.

dscn9196 dscn9797

Nie będę tu pisała o tzw. atrakcjach, must-see itp. Znam siebie, wyszłyby z tego kilometry tekstu. Wychodzę z założenia, że każdy kto planuje wyjazd jest w stanie zaopatrzyć się w przewodnik albo pogrzebać w internecie.  Wyspę można objechać w jeden dzień. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ale nie o to chodzi przecież. Zamiast, jak nakazują przewodniki, spędzać cenny dzień czy dwa w stolicy, Funchal, podążaj za levadami, gekonami, dzikimi kamienistymi plażami, kup owoce od przydrożnego sprzedawcy, wetrzyj w nadgarstki olejek wyciśnięty z liścia przydrożnego eukaliptusa. Zamieszkaj gdzieś w hotelu na końcu drogi, otoczonym szumem Atlantyku i śpiewem cykad. Pozwól tej wyspie zamknąć się w ramionach i odpędzić od ciebie wszelki stres życia codziennego.

I wypatruj rajskich ptaków.

dsc_1280

I nie ma tu komarów. Serioserio.

przed tobą ekscytująca podróż

dsc_1139

*

Hotel ze śladami dawnej świetności znajduje się na końcu drogi, w małej wiosce przykrytej płaszczem drzew bananowych. Wielkie okna wychodzą na Atlantyk; mężczyzna w białym ma wschody i zachody słońca tylko dla siebie. Jedyne dźwięki jakie słyszy w nocy to szum oceanu i cykady. Niebo ugina się od gwiazd; podziwia niekończące się konstelacje leżąc na plecach na zaciemnionym tarasie widokowym, z papierosem w jednej i zapalniczką z drzewa korkowego w drugiej dłoni. Przypomina mu się film, w którym stara cyganka stawia komuś tarota; widząc śmierć, uśmiecha się i mówi ‚przed tobą ekscytująca podróż’.

Któregoś wieczoru wracając z lokalnego casa de vinhos zauważa tę parę idącą kilkadziesiąt metrów przed nim. Latarnie otaczają ich ciepłym światłem, ale w nich samych jest chłód. Nie trzymają się za ręce, nie rozmawiają; utrzymują dystans, może bezwiednie. Ona idzie lekko kołysząc biodrami, jakby tańczyła; zahipnotyzowany nie może oderwać oczu od białej spódnicy prześwitującej w światłach przejeżdżających od czasu do czasu samochodów. Mógłbym tak iść za nią latami. W jej rytmie.

 *

Te dwie rano, tamte trzy po południu, ta na noc i proszę pamiętać, żeby porządnie popić. Nie wolno sobie lekceważyć. Proszę być w kontakcie.

*

Przygląda się Drodze Mlecznej, kątem oka dostrzegając spadającą gwiazdę. Taki paradoks. Wszyscy cię widzą, ale tak naprawdę ciebie już dawno nie ma. Podmuch wiatru znad Atlantyku unosi w dal popiół z papierosa.

 ‚Przed tobą ekscytująca podróż’.

___________

Dla M.N.

 

Levady na wyspie szczęśliwej

dsc_1232

Obracam w palcach srebrzysto-zielony listek eukaliptusa. Zgniatam w kulkę i wcieram w nadgarstki. Przybliżam dłonie do twarzy i wdycham głęboko zapach znany dotąd tylko z cukierków na kaszel.

Jest problem z eukaliptusami. Są bezkonkurencyjne w walce z komarami, więc wszyscy je kochają. Nasadzono ich tu setki tysięcy. Eukaliptusy również wyjątkowo łatwo płoną. Stąd szalejące pożary buszu. Po których pozostają poczerniałe kikuty drzew, domów i planów życiowych.

dsc_1064

Znów wędrujemy ciepłą ziemią, mówi poeta, śpiewa bard, a ja wprowadzam w życie. Tym razem wędrujemy wzdłuż levadas, wyjątkowych kanałów irygacyjnych, którymi woda spływa z serca mglistych gór na obrzeża tej tropikalnej wyspy; niektóre levadas mają kilkaset lat i budowali je niewolnicy. Autentyczni kolesie z łańcuchami na nogach, rozumiesz. Przesuwam dłonią po kamiennym murku trzystuletniej levady, zamykam oczy. Jesteś tam gdzieś? Echo z przeszłości? Jak tyś te kanały budowało nad tymi przepaściami, w tych łańcuchach..?

Jak zamajtasz ręką to dowiesz się, że woda w levadach jest bystra i zimna. Czasem wpadnie do niej liść, czasem nerwowy gekon, a czasem sześć zielonych jabłek, jedno po drugim; i tak mkną w dół jak kajakarze górscy na torze, w regularnym odstępie, przepisowo, zdyscyplinowane. Zdecydowanie bardziej zdezorganizowane są gekony. Często przysypiają na ścieżkach na słońcu, tracąc czujność, i w ostatniej chwili rozstępują się przez człowiekiem w chaotycznym popłochu jak fale morza Czerwonego przed Izraelitami. Bezcenne.

dscn9640

dscn9630

dsc_1163

Levady biegnące zalesionymi łańcuchami górskimi, nierzadko nad sympatycznymi urwiskami, wymagają pewnego samozaparcia i przynajmniej minimalnej kondycji, którą ja akurat zostawiłam w hotelu, więc hm letko nie było. Ale za to pięknie nad życie. Dobry but trekkingowy to tutaj raczej konieczność. W hotelu co rusz natykałam się na skręconą kostkę, najczęściej niemiecką. Inne levady biegną po płaskich krawędziach klifów, bardzo przyjaznych niewytrenowanemu użytkowniku, ale z kolei z niewielką ilością cienia. Jeszcze inne prowadzą przez zagajniki eukaliptusowe przeplatane prastarymi drzewami laurowymi (z listy światowego dziedzictwa Unesco). Są też takie, które najzupełniej przypadkowo przebiegają koło sklepów z pamiątkami. Słowem: każdemu wedle potrzeb.

dscn9587

dscn9359

dscn9362

Levad i biegnących wzdłuż nich ścieżek jest na wyspie niezliczona ilość. Kiedyś ścieżki służyły głównie panom levadowym do prowadzenia niezbędnych prac, np. wyciągania z levady martwych zwierzątek, albo przekierowywaniu wody wedle potrzeb; obecnie odkrywają je również wielbiciele aktywnego wypoczynku (ci stuknięci maniacy co nie usiedzą na tyłku przy basenie), poszukiwacze samotności w pięknych okolicznościach przyrody oraz niemieccy emeryci. Levady są zazwyczaj dobrze oznaczone i trudno się zgubić – zasadniczo należy podążać za rynną z wodą. Niektóre levady są popularniejsze od innych, już zdążyły sobie wyrobić renomę na rynku turystycznym; na innych nie spotkasz człowieka. To lubimy.

dsc_1174

dsc_1057

dscn9346

Ale co..? Że gdzie? Na Maderze, oczywiście. Wyspie ubranej w zieleń, góry i bananowce, ukołysanej Atlantykiem i ciepłej od słońca, które wystarczająco często pozwala od siebie odpocząć. Wyspie szczęśliwej, zrelaksowanej, chociaż wcale nie najbogatszej. Gdyby jakiś, prawda, totolotek się trafił, to Madera byłaby miejscem na której spędziłabym następne trzy miesiące myśląc co dalej. A potem prawdopodobnie następne trzy.  I jeszcze.

No sori Kreto. Spadłaś na drugie.

dscn9603

kruche ciasteczko

DSC_0481

życie się jakoś tak rozproszyło, podzieliło na drobne. Niby jeden obraz, a jak się przyjrzeć, to wszystko odrębne puzzle

Ucieka z pracy, idzie na pola, siedzi i medytuje. Gra melodyjki na telefonie i wypatruje w przestrzeni recepty na ciszę w głowie. Przeczesuje źdźbła trawy ręką, szuka tej dziewczyny którą kiedyś była, z poczuciem humoru, lekkiej jak ptasie pióro; widzi rąbek prześwitującej sukienki, ale zanim dobiegnie sukienka już chowa się za następnym źdźbłem, i następnym, i w końcu znika zupełnie w wysokiej trawie.

W tym kraju wszystko w człowieku się kurczy. Może od deszczu, a może od mentalności ludzkiej. Tylko nazwy miejscowości pozostają niezmienne od stuleci. Jadłam dziś śniadanie w Rhosllannerchrugog, a lekki lunch w Llanvihangel Crucornau; założę się o wszystkie pieniądze jakich nie mam, że nawet nie przeczytałeś tych nazw. Nic nie szkodzi. Ja też nie. Jeśli chodzi o  walijskie nazwy własne to wyznaję dwie zasady: copy and paste.

DSC_0500

Brexit-srexit, wczorajszy nius, podobnie jak wszystkie wojny tego świata czy wyplute na brzegi Europy uchodźcze dzieci. Lato które nie nastąpiło właśnie się kończy; zmierzch z jezior żagle zdjął, już pokemony odleciały stąd. Fenk fak for dat.

Śmiech w tej trawie słyszy, taki niby śmiech, ale w sumie może wcale nie śmiech; znów miga jej z daleka sukienka, a potem przypomina jej się Sekretne Życie Pszczół i May, która zbierała w sobie wszystkie pokraczności tego świata i w końcu musiała je utopić razem z opakowaniem.

Czeka na coś optymistycznego. Życzliwego. Jak kruche ciasteczko z karmelem albo lot balonem nad niekończącą się bielą Antarktydy. Wybiega z domu o siódmej rano i patrzy jak pierwsze promienie słońca przedzierają się przez liście drzew. W porankach jest magia i jest nadzieja; codziennie nowa, nawet jeśli trwa tylko chwilę. Czyta Dezyderatę:

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.

 

DSC_0466

[jedyne takie miasto]

g8

Ciemna brama wygina się sennie w koci grzbiet. Za bramą złote światła i deszcz zmieniają świat w mokrą bajkę na dobranoc; jest w niej coś o brukowanych ulicach i smętnym saxofonie, i o tym jak deszcz pluje do fontanny. Ktoś biegnie z kimś drugim, śmieją się. Sprzedawca róż opiera twarz na dłoniach i wpatruje się smętnie w kałuże. Koleś koło mnie pali papierosa. Stoimy tak dłuższą chwilę, zapatrzeni w ten deszcz, jakby wyjęci z teraźniejszości, on z tym papierosem, ja z niejasnym przeczuciem alternatywnych wszechświatów, i możliwości ukrytych tuż pod powierzchnią, na wyciągnięcie ręki; próbuję je złapać, ale umykają, splatają się z dymem papierosowym i ulatują na zawsze, nigdy niesprecyzowane.

g11

Rano budzi mnie słońce na twarzy. Jest mi dobrze. Tak dobrze już dawno mi nie było. Słyszę jak za oknem pierwsze statki ruszają w górę rzeki. Przez dłuższą chwilę pozwalam słońcu puszczać zajączki przez siatkę rzęs, w końcu otwieram oczy. Mieszkanie w starej kamienicy jest jasne, radosne; na ścianie pod sufitem odbija się falująca za oknami rzeka. Na zewnątrz pierwsze głodne stopy kłapią po deptaku w poszukiwaniu śniadania. Wychodzę na zalaną słońcem ulicę. Inne kamienice też budzą się do życia: dzień dobry, guten morgen, גוט מארגן – mówią kamienice uśmiechając się do siebie rozwartymi na oścież oknami.

g3

g1

g4

g2

g5

Potem trzeba będzie się oganiać od natrętnych sprzedawców bursztynów; brońbosz nie wolno nawiązywać kontaktu wzrokowego. Dowiem się, że to miasto muzyki. Czerwonych dachów na których wylegują się gargulce, które mają pamięć dłuższą od najstarszych górali, guten morgen, גוט מארגן, dzień dobry. Dwadzieścia lat zabrało mi dotarcie do ciebie, miasto. Co to jest 20 lat, śmieje się srebrny dzwon ratuszowy. Ja pamiętam wolne miasto i żurawie, spichlerze pełne towarów, tkaniny z obcych krajów, bursztynowy szlak i wielojęzyczny gwar kupców. Pamiętam też jak przyszli i powiedzieli: od dziś nienawidzisz sąsiada swojego.

DSC_8759

DSC_8746

DSC_8786

A wieczór znów powita gwarem kawiarnianym i dźwiękami saksofonu, wiolonczeli, harmonii. Ponad rzędem starych kamienic rozłoży się tęcza idealna, a nad nią druga. Obejmą te kamienice kolorowymi ramionami jak czułe matki. Jednocześnie zachodzące słońce przebije się przez granatowe podeszczowe chmury i wyzłoci je niesamowitą poświatą. Przechodnie będą się zatrzymywać w zdumieniu, połączeni dziwną wspólnotą w obliczu czegoś wyjątkowego. Też stanę, chociaż tak naprawdę to spadnę na dno czarnej rozpaczy. Bo jedyny obiektyw zdolny oddać sprawiedliwość zjawisku został w domu. W bramie obok, jakże adekwatnie, grają na skrzypcach melodię z Requiem dla Snu.

Ale czasem wystarczy się odwrócić, i okazuje się, że magik-życie ma coś tam jeszcze na dnie kapelusza. ten

Potem można jeszcze długo chodzić tu i tam, przyjemnie bez celu, wsłuchując się w puls miasta, unikając kontaktu wzrokowego z natrętnymi sprzedawcami bursztynów.

31

gd22

DSC_8575

gd45673Tyle lat mieszkam za granicą, że w Polsce czuje się coraz częściej jak turystka. Zdarza mi się bezwiednie mówić w sklepach po angielsku. Ale to miasto, to miasto dotyka we mnie czegoś dogłębnie polskiego; takiego polskiego, które nie wyrzuca poza nawias, szanuje odmienność i żyje z sąsiadem jak z człowiekiem. Jeszcze tu wrócę.

Nawet nie wiem kiedy przyczepił się do mnie kot z bursztynowymi oczyma. No co zrobić; nieopatrzny kontakt wzrokowy pogrzebał szanse na ucieczkę. Tymczasem już dobrze po północy, wszystko powoli cichnie, nocne powietrze przyjemnie wypełnia płuca. אַ גוטע נאַכט, guten nacht, dobranoc, szepczą kamienice. Gasną uśmiechy okien.

DSC_0455

arbuz

31

Samochód pnie się mozolnie po żwirowej drodze; profesor z wnusią zabrany na stopa ma na sobie czarny wełniany płaszcz i długie czarne spodnie. Jestem profesorem z LA, mówi profesor. Przyjechałem na sympozjum profesorów. Acha, kiwam głową. Wnusia jest prześliczna. Wiesz, że to na co patrzysz to w sumie katastrofa ekologiczna? Informuje profesor, najwyraźniej wciąż w gorączce sympozyjnej. Kiedyś tu wszędzie rosły lasy, ale przyjechali Wenecjanie i przerobili je na flotę, która potem – subsequently – zatonęła. W takim razie to najładniejsza katastrofa ekologiczna jaką widziałam – uśmiecham się. Wnusia nic nie rozumie, ale też się uśmiecha. Cudnym uśmiechem bez jedynek. Profesor ociera pot z czoła. Na skutek nieodpowiedzialnej gospodarki rabunkowej struktura geologiczna wyspy również uległa zaburzeniu, dodaje. Stare dzieje, wtrąca trzeszczący pod kołami żwirek.

27

Szukamy ukrytej plaży. Nie wiem jak ją znajdziemy, skoro jest ukryta, mówi mi do ucha Tinker, która siedzi na moim ramieniu. Ukryte z definicji zawiera możliwość odnalezienia, odpowiadam tajemniczo, tak tajemniczo, że sama nie rozumiem. Skaczemy po skałkach. Nigdzie nie ma żywej duszy, jedynie profesor w oddali studiuje w skupieniu życie codzienne i zwyczaje godowe kreteńskich głazów narzutowych. Wygląda jak wielki czarny wielbłąd z kolorowym motylem wnusi przy nodze. Przedzieramy się przez kolczaste krzaczory. Podrapane łydki przeżywają sentymentalny skok w czasie do dzieciństwa siniaków i blizn eksploracyjnych. S. wyjmuje kolec z ucha. To prawdziwy dar umieć znaleźć kolec w uchu przy krzaczorach o wysokości 30 cm. Podziwiamy z należytym szacunkiem. Po chwili wychodzimy prosto na srebrny piasek dzikiej plaży. Woda jest turkusowo-szmaragdowa i całkowicie przejrzysta. Japierdolę, wzdycha Tinker, znana z szerokiego wachlarza środków ekspresji. Czujesz jak bardzo tu jesteśmy? Teraz? Woda zatoki błyszczy figlarnie. To chyba najładniejsza zatoka w okolicy, co jest naprawdę sporym komplementem w kraju złożonym głównie z ładnych zatok. Opadamy wdzięcznym plaszczakiem na piaseczek i leżymy prawie godzinę, ubrani jedynie we własne wyobrażenia o sobie, od czasu do czasu przewracając się na drugą stronę jak krokiety na patelni. Słońce wkrada się do krwioobiegu i rozlewa płynnie po całym ciele. Marzę, żeby każda minuta trwała dwa lata.

26

Gdybyś miała powiedzieć czego ci teraz brakuje do szczęścia.? Pyta Tinker wyczesując palcami ciepły piasek z włosów i śledząc rozleniwionym wzrokiem rozbłyski słońca na wodzie. Chciałabym, żeby ludzie byli dla siebie milsi, a na świecie zapanował pokój. I jeszcze chciałabym takiego soczystego arbuza.

 

wszechświat równoległy

DSCN6076

Od lat po drodze na ulubione klify mijam brązowy drogowskaz z napisem Ewenny Priory. Zajechaliśmy tam raz, dawno temu, ale wszystko było pozamykane, a ogrody i budynki okazały się własnością prywatną i nie było do nich wstępu. Jedynym dostępnym elementem składowym całości był cmentarz. Po którym dostojnie spacerowały.. pawie. Również własność prywatna.

Dziś jak zwykle minęłam brązowy znak. I przypomniało mi się, że kilku obieżyświatów ze Swansea wspomniało na fb o zamiarze odwiedzenia opactwa, więc.. skoro już tu jestem i mam jeszcze godzinkę.. Zawróciłam. Ewenny to mała wioska. Kamienne murki, kamienne domy, pola, owce. Do opactwa prowadzi wąska droga z mijankami, przy budynkach opactwa są miejsca parkingowe. Widzę zaparkowane samochody; ciekawe czy to oznacza, że tereny opactwa będą dostępne..

Nie są. Ale za to otwarty jest kościół przylegający do starych kamiennych murów opactwa. Z wnętrza dochodzą jakieś hałasy; idę. Okazuje się, że w środku trwa wielkie wiosenne sprzątanie. Buczą odkurzacze, śmigają ścierki; w środku krząta się jakieś 7-8 osób. Hello! uśmiecha się do mnie drobna krótkowłosa blondynka koło 50-tki. Pytam czy mogę wejść, jak najbardziej, odpowiada. Ktoś oferuje mi miotełkę do kurzu, wszyscy się śmieją.

pri

Kościół jest nieduży, ładny i zadbany. Siedzę chwilkę podziwiając kamienne łuki i drzwi z bladoróżowego drewna. Blondynka podchodzi i mówi, przepraszam, że przeszkadzam, ale przez te drzwi można przejść do krypty, chcesz zobaczyć?

No ba. Blondynka prowadzi mnie do środka i zaczyna opowiadać. O tym, że w zeszłym roku świętowali 900-lecie (!) kościoła. Że kościół był kiedyś silnie związany z rodziną, która mieszka obok, i łaskawie* posiada wszystko dookoła (*sarkazm mój). Rodzina nazywa się Picton-Turbervill i podobno, jak mówi mi blondynka z odcieniem lokalnej dumy, mieszka tu od 1000 (!) lat. Na ścianach kościoła pełno jest tablic upamiętniających jej najróżniejszych bohaterskich członków poległych sobie to tu, to tam. Podziwiam z należytym entuzjazmem. Blondynka zamyśla się przez chwilkę i dodaje z odcieniem żalu: ale już nie przychodzą do kościoła tak często jak kiedyś.

Blondynka jest w widoczny sposób dumna ze swojego kościoła. Wiesz, tu jest taka fantastyczna akustyka, mamy tu koncerty i każdy artysta zarzeka się, że w lepszym miejscu nigdy nie występował. Ja 20 lat mieszkałam we Francji i Francja się po prostu nie umywa do Ewenny (tu uniosłam lekko brwi). A tu patrz, oto reprodukcja obrazu Williama Turnera, który artysta namalował tu właśnie, w tym miejscu gdzie stoisz. Popatrz jakie piękne światło. Wtedy krypta popadała w ruinę, służyła za kurnik i chlew, dzisiaj sama zobacz. Chyba dobrze się nią opiekujemy, uśmiecha się; w kącikach oczu pojawiają się urocze zmarszczki.

turner

A tę szklaną ściankę wykonał (tu z nabożeństwem zapodaje jakieś ukraińsko brzmiące nazwisko i patrzy na mnie oczekując reakcji. Z zapałem kiwam głową przyglądając się ściance jakby była wykonana co najmniej przez Leonarda). Nagle przypomina sobie o czymś niezmiernie ważnym: kilka lat temu odwiedził nas książę Karol!

photo: wales online

A tam zobacz, szklane kafle wykonane przez Caitlin, dziewczynę z Ewenny Pottery. Córkę tego tam, z miotełką. Ich rodzina też tu mieszka od dawna. Od dwustu lat. To najstarsza pottery (pottery oznacza garncarstwo) w Walii.  Znam to miejsce. Kiedyś kupiłam u nich ręcznie robiony dzbanuszek. I drugi, czerwony, dla znajomej Holenderki. Bardzo jej się podobał.

pot

Blondynka zostawia mnie w krypcie i wraca do sprzątania. Stoję sobie podziwiając fragmenty starych celtyckich krzyży i kamienne łukowe sklepienia; z kościoła dobiega śmiech i przekomarzanie się, słońce wpada do środka przez malutkie okienka rozbijając się na świetlne smugi.

Wiesz, mam wrażenie, że na chwilę dane mi jest zerknąć za kamienny płot starego świata. Którego mieszkańcy żyją jakby równolegle do głównego nurtu, w swoich wielkich ziemiańskich domach, mają psy pasterskie z którymi chodzą na długie spacery w kaloszach i kufajkach, i prawdopodobnie lubią polowania. Blondynka też należy do tego świata. Świadczy o tym nie tylko fakt, że ładnie się wyraża, że wrodzona brytyjska powściągliwość typowa dla wyższych klas społecznych powstrzymuje ją od niegrzecznego ‚skąd jesteś’.. ale przede wszystkim fakt, że dziś czwartek. Normalni ludzie są w biurze 9-17. W fabryce. W ciężarówce. Blondynka lata z miotełką po kościele w czynie społecznym dla swojej parafii.

Niedaleko stąd znajduje się wioseczka Merthyr Mawr ze swoimi cudownymi kolorowymi domami krytymi strzechą, kamiennymi płotkami.. i majątkami pochowanymi tu i ówdzie, z dala od wścibskich spojrzeń pospólstwa. Państwo hrabiostwo, państwo baronostwo, równoległy świat, który nigdy nie przetnie się ze światem 9-17.

To ten sam świat z którego pochodzą oderwani od rzeczywistości zwykłego zjadacza tosta z marmoladą brytyjscy Torysi. Wielka Brytania nigdy nie miała rewolucji społecznej na miarę francuskiej. Stary bogaty świat ma się bardzo dobrze thank you very much, odcięty od ‚tych ludzi’, zabezpieczony układami i powiązaniami płynącymi głęboko, głęboko pod skórą kraju od setek lat. To wciąż społeczeństwo klasowe, mimo, że demokrację, równość i co tam jeszcze ma na sztandarach. Na co komu w demokracji monarchia? Born to privilege, co tłumaczy się dosłownie jako urodzony w przywileju, powinno odejść w końcu do lamusa historii, jeśli chcemy mówić o prawdziwie sprawiedliwym społeczeństwie równych szans.

Rant over.. A do kościoła sobie pojedź, wystarczy pół godzinki. Jest otwarty codziennie. Jako bonus uprzywilejowane pawie na przykościelnym cmentarzu pokrzykujące na siebie i prezentujące majestatyczne ogony.

Blondynka macha do mnie, ściskając w drugiej dłoni ucho od pękatego porcelanowego czajniczka. Przerwa na tea and cake, everyone.. Stary świat ma swoje urocze słabostki. Trochę szkoda, że już muszę iść.

DSCN6058