schyłek lata

Kilimandżaro

schyłek lata

Lato już odchodzi, już to czuć, ale świat jeszcze ciepły, jeszcze rozpachniony dziką miętą, zapachem końskiej sierści i skoszonej trawy.

Wykorzystuję każdą wolną chwilę na spacery, łapię każdy promień słońca, bo niedługo bez wątpienia nadejdzie tradycyjny walijski monsun. Oddycham jakoś lepiej. Patrzę na wędrujące nad łąkami mgły, podświetlone pierwszymi promieniami słońca, wciągam do płuc zapach rozmokłej ziemi, który tak lubię. Wokół mnie zataczają kółka bandy rozbrykanych jaskółek. Muskam palcami dłoni kamienny płot, patrzę jak biała czapla wzbija się majestatycznie w powietrze tuż przez moimi oczami. Dłubię sobie kaloszkiem w błotku. Tracę oddech z wrażenia na widok zimorodka przycupniętego na kijku o kilka metrów ode mnie, w miejscu gdzie dwie rzeki łączą się i płyną zgodnie do morza. To właściwie trudno jest opisać, to co się wtedy czuje. Mam nadzieję, że też ci się zdarza takie nieopisanie.

Dwie rzeki

Albo takie,o.

Wczoraj poszłam na spacer wieczorny na łąki z końmi i znalazłam przy płocie kamiennym reklamówkę z jabłkami, co się dobrze złożyło, bo zawsze chciałam tym koniom te jabłka i nigdy nie pamiętałam żeby kupić. Pożyczyłam więc sprytnie jedno zielone jabłko z reklamówki i poszłam szukać swojego ulubionego konia, który wygląda jak wzorek z czekolady na cappuccino z costy, i teraz ja nie wiem, jak to działa, ale z samego koń-ca pola wypatrzył mi to jabłko w kieszeni inny koń wielki jak Kilimandżaro i dawaj kłusem w moim kierunku, co ja się trochę zacukałam, bo taki wielki i my się tak dobrze jeszcze nie znamy z tymi końmi i nigdy nie wiem co takiemu koniu strzeli.

Dotruchtał do mnie i trąca. Ok, ok, luzik, tu proszę, jabłuszko, miła koninka, taś taś, oooo, smakuje widzę, to super, to ja już, prawda, pójdę. I ruszam powoli, a koń za mną. I zachodzi mi drogę, i szturcha po plecach, i po kieszeniach, koleś mówię, nie mam już żadnych jabłek, mam kubek po kawie papierowy, chcesz? Ała. Nie chcesz, spoko. I znów ja krok do przodu, koń też. Ja w bok, koń też. Trochę szybciej, lecz wciąż z godnością. I jeszcze szybciej, już mniej godnie. Koń-ec koń-ców, jeśli ktoś pamięta jak się koń-czyły odcinki Benny Hilla, to proszę sobie zwizualizować mnie z tym koniem okładającym mnie pyskiem po głowie, galopujących po tych polach z charakterystyczną muzyczką w tle. Dziękibogu ktoś musiał zaszeleścić tą siatką z jabłkami pięć kilometrów dalej, bo Kilimandżaro zastrzygło uszami, natychmiast straciło zainteresowanie moją osobą i raczym kłusem pognało w kierunku kolejnej ofiary.

Uff.

Kilimandżaro

Każdego dnia rano robię w ogrodzie jogę – powietrze jest czyste, rześkie, a chmury płyną sobie w dal, podświetlone wstającym słońcem. Już bardzo dawno nie byłam taka spokojna. Praktykuję uważność, telefon coraz częściej zostawiam w domu i wreszcie, wreszcie znowu jestem jakby bardziej, mocniej, barwniej.

I idę niespiesznie do przodu. Może Walia podaruje mi w tym roku prawdziwe babie lato?

Uaha kalosze dwa

 

Reklamy

szlachciAnka

zielono

Przez dobrych kilka lat Walia wypełniała mi życie emocjami odkryć: już wracam, tylko jeszcze sprawdzę co tam za rogiem, a za rogiem taki wodospad, że człowiek automatycznie uśmiecha się całym ciałem. Na skutek różnych spraw mam obecnie mniej czasu na eksplorację bliższych i dalszych Zarogów, ale nadal uwielbiam się poszwędać kiedy tylko mogę. Tylko teraz coraz częściej szwędam się w poszukiwaniu nie tyle emocji, ile świętego spokoju.

10 minut drogi od domu mam taki malowniczy wiesiuń, kilka chałup krytych strzechami, pola, łąki z końmi, kościół, kamienne płoty, rzeka i malownicze ruiny zamku. Kiedy mówię ‚chałup’, mam na myśli styl, nie standard czy wartość rynkową, o nie. Dość często widuję w okolicy ludzi, którzy nie muszą wstawać o 6 rano, a w czasie kiedy normalni ludzie w pracy piją już drugą kawę, i próbują kontrolować wzrastający poziom frustracji, oni obchodzą swoje włości. W kaloszach i marynarkach w kratę, z hartem albo dwoma u boku. Sprawdzają czy konie all right, czy płot nie uszkodzony, potem może wstępują na plebanię na porcelanową filiżankę herbatki i obowiązkowy herbatniczek, pogadają o polityce, panie dzieju, o tym, jak im się koń wyścigowy zepsiuł, a ktoś im się próbował włamać do willi na południu Francji.

[000549]

I ja sobie tak przedwczoraj, rozumiesz, wymyśliłam, że założę te kalosze i tak pójdę sobie obejść te włości udając, że, prawda, moje. Fajnie było. Pogadałam z końmi, posprawdzałam gdzie zielsko wyrosło po szyję, zajrzałam do kamiennego kościoła pod wezwaniem świętego spokoju, poudawałam włościankę przed zabłąkanym w przerażającym świecie natury cyklistą szosowym. Jak on tak skakał śmiesznie w tej lajkrze i tych bucikach cyklistowych z rowerem na plecach po tych moich błotnistych wertepach z końskimi kupami, hy hy.. Posiedziałam sobie nad błyszczącą w porannym słońcu rzeką. Przez chwilę poczułam, jak to mogłoby być żyć takim życiem. Bez paraliżującej wszelką chęć zmian świadomości istnienia rachunków do zapłacenia. Niezapłacenie których grozi tym i tamtym, zasadniczo końcem świata.

Z drugiej strony taka sytuacja. Której byłam świadkiem kilka dni temu. Człowiek i koń podróżują sobie razem. Zatrzymali się na noc przy małym rezerwacie otoczonym zielonymi wzgórzami środkowej Walii. Człowiek rozwiesza pranie, a koń chodzi za nim krok w krok. Człowiek wchodzi do namiotu, a koń staje obok i uderza pyskiem w ‚ściankę’. Idź sobie, dobiega z wnętrza namiotu, zjedz trochę trawy czy coś, zajęty jestem. Koń prycha po czym odwraca się w stronę rozwieszonego prania i zaczyna ściągać je z linki. Człowiek wychodzi z namiotu, no co wy wyprawiasz, przestań, no już dobrze, dobrze. Wyjmuje z namiotu szczotkę i zaczyna czesać końską grzywę; cały czas coś przy tym klaruje z czułością. Koń prycha kilka razy w odpowiedzi, a potem kładzie człowiekowi głowę na ramieniu. I tak stoją, i sobie o czymś gadają, a grzywa coraz ładniejsza, a moje serce topi się i wsiąka w wysoką rezerwatową trawę.

Człowiek był raczej Cyganem niż nadzianym właścicielem ziemskim, ale praca od 9-17 też prawdopodobnie jest mu obca. Za to poczucie wolności na pewno nie. Wolności od kieratu, nieustannego hałasu, pilnych rachunków, telefonów zmieniających ludzi w zombie, mediów społecznościowych dla których ‚społeczność’ tak naprawdę oznacza tylko konglomerat potencjalnych stargetyzowanych odbiorców reklam, miejsce gdzie kwitną najgorsze cechy ludzkie i rodzą się uzależnienia wcale nie gorsze od innych pochłaniających życie nałogów.

Człowiek i koń

Od ponad dwóch tygodni jestem na zwolnieniu ‚na stresa’ z powodu posiadania strasznej suki w pracy. Chodzę na spacery po plaży, robię jogę na świeżym powietrzu, medytuję i nie wybiegam myślą dalej niż teraz. Nic-nie-muszenie jest błogosławieństwem. Dopiero z tej perspektywy widzę, jak bardzo praca, za którą mi nawet nie płacą adekwatnie, zdominowała moje życie. Jak ludzie, których nawet nie zapraszałam namieszali mi w środku.

Dopiero siedząc w punkcie gdzie dwie rzeki łączą się i płyną wspólnie do widocznego w oddali morza czuję, jak bardzo brakuje w moim życiu w tej chwili przestrzeni. Myślę, że chyba chciałabym hodować konie. Szlachcianką bym sobie pobyła, o. Może herbatniczek do tej kawki, proszę, proszę. Bardzo chętnie, niezmiernie hrabiemu dziękuję. Na zdrowie moja droga, na zdrowie. Jak tam krewni hrabiny w Monaco? Trochę martwią się o wpływ Brexitu na nasze osiem kasyn, ale kuzyn ostatnio rozmawiał w tej sprawie z Brukselą i ogólnie jest dobrej myśli,  poza tym wszyscy zdrowi, dziękibogu.

Ech.

konie

 

lato, deszcz, Kijek

Niebo

Żwirowo-kamienista ścieżka błyszczy w deszczu. Wokół takie lato-nielato walijskie, dalekie od kontynentalnych upałów, mokre, zielone jak młody groszek, rozpachnione rozmokłą ziemią.

Jest coś w tej letniej mokrości, co podnosi na duchu i poprawia nastrój (w przeciwieństwie do opadów jesienno-zimowych, które wpływają na człowieka przybijająco w stopniu porównywalnym do wpływu młotka na gwóźdź). Nie wiem, może to wrażenie przebywania w zielonej dżungli, może czystość kropel wody na paprociach, może trudności piętrzące się na śliskich kamienisto-błotnistych ścieżkach, często owocujące zjazdem z górki na tyłku. Może zwariowany łomot nabrzmiałych od ciągłych ulew wodospadów. A może wszystko razem.

wodospad

Nie zrozum mnie źle, jestem ogromną fanką słońca i skwierczących temperatur ‚powyżej 16 stopni’, które czasem nam się tu zdarzają. Odżywam, nabieram pędu, biegam po okolicznych wzgórzach, wystawiam twarz na to straszliwe promieniowanie UV.  Wywietrzam z siebie smutek i zmęczenie materiału. Coraz trudniej o ciszę wewnętrzną ostatnimi czasy, ale przedwczoraj znalazłam kijek, ot, niespecjalnie przystojny, ale za to z charakterem, i od tej pory posiadłam tajemną sztukę opróżniania się z wszelkiej zbędnej myśli. Otóż skupiam się teraz głównie na kijku. Wszystko inne się we mnie wycisza. Wygodnie ci, kijku? Chcesz odpocząć? Ja bym siadła, rozumiesz.. Pacz jaki widok. Pomacham se tobą, arajt? Hej, ale nie możesz być takim bezimiennym kijkiem, już wiem, nazwę cię Kijek.

Kijek

Ale deszcz, zwłaszcza ten ponury, zimny i padający dosłownie z każdego kierunku, jest tak częsty w tej krainie, że musiałam nauczyć z nim żyć. Kiedyś wymyśliłam nawet, że pogoda jest tak naprawdę jedynie stanem umysłu, więc spoko, jesteśmy w stanie się przekonać, że tak naprawdę jest po prostu za-je-biś-cie i nie będzie deszcz pluł nam w twarz. Cała spęczniałam z dumy, że takie coś cool wymyśliłam, sama, i natychmiast spróbowałam tę myśl głęboką sprzedać koledze z pracy, z którym przedzieram się przez poranne ulewy z parasolem w jednej i kawą w drugiej ręce, najczęściej pod wiatr. Kolega już otworzył usta, żeby skomentować bez wątpienia w pełnym szacunku zachwycie, ale zwrotny wiatr walnął go parasolem w twarz i  rozlał mu kawę na całą marynarkę i sporą część spodni. Zamknęliśmy temat.

woda

Jeszcze jedno z tym deszczem letnim. Najlepsze jest to, jak czasem zasępione chmury się rozstąpią, i nagle całą tę zieloną mokrość zalewa jasność niebiańska. Odbija się w rzece, w kroplach wody na liściach, w kałuży na ścieżce, w oczach tej małej, co jak dwa błękity. Ta mała zbliża się do 40 i zupełnie się do tego nie poczuwa. To jakiś błąd jest w kalkulacjach, 40 to dla ludzi starych jest, a ja jestem dzieckiem w skarpetkach w paski i z watą cukrową na patyku. Na Kijku.

priorytety

 

 

 

 

Idzie po mnie

kawa

Idzie po mnieKiedy codzienność mnie trochę przyciska do ziemi, czerpię pewnego rodzaju pociechę z przyglądania się odpływom i przypływom, które są niczym innym, jak gwarantowanymi, nieuchronnie po sobie następującymi totalnymi zwrotami akcji.

Przyzwyczaiłam się do porannych spacerów nad morzem. O świcie tam zwykle nikogo nie ma, nie licząc jakiegoś szczególnie oddanego sprawie wędkarza. Świat szumi i otula człowieka rześkim powietrzem; w skałach zawsze można wypatrzeć jakąś sympatyczną miejscówkę do kontemplacji wkurzonych fal przypływu rozbijających się z furią o brzeg.

Czasem podczas tych wypraw coś się zdarzy, uśmiech, krótka rozmowa, zwyczajna propozycja. Podzielę się z panią kawą, skoro pani nie ma. Ale przecież. Nie mogę. Muszę. Muszę jechać. Dwie minuty z panem rozmawiałam i już zdążyliśmy wybudować dom Z Widokiem Na Morze i Kominkiem. Muszę jechać, zdecydowanie, przecież, poważni, dorośli, odpowiedzialni, spętani. Często pani tu przychodzi? Proszę pana, ja tu mieszkam. Co tydzień w sobotę o wschodzie słońca tu mieszkam. W międzyczasie mieszkam gdzie indziej, ale tu mi się bardziej podoba. A pan? Tak? To kawał drogi. Że nie tak daleko..? Proszę natychmiast zgasić ten uśmiech. Dorośli, spętani. Jechać. Muszę. Miłego dnia. Miłego życia.

Czasem przez drogę przebiega rudy lis, i znów nie wiem czy to na szczęście, czy na zmianę pogody, nie znam się za dobrze na oczywistych znakach od losu. Czasem z pobocza wyfrunie niespiesznie kania ruda. To taki ptaszek drapieżny z rudym ogonem w kształcie latawca (jej angielska nazwa to red kite, czyli rudy latawiec). Patrzę zahipnotyzowana, jak się wznosi majestatycznie, powoli, aż zmienia się w rdzawą plamkę i znika w zamglonej tarczy wstającego słońca.

Czasem zatrzymuję się na tę kawę, co jej z tamtym panem nie wypiłam. Kojarzysz ten moment kiedy kupujesz kawę w kafejce, i jest to najgorsza kawa w historii kawy, i wstajesz od stolika i idziesz do sprzedawczyni i syczysz z wściekłością co to jest piłaś to to kiedyś wiedźmo rogata, a ona patrzy Ci w oczy tym szyderczym tonem głosu i wskazuje na plakietkę z napisem nie obrażać obsługi, po czym sięga za kantorek i wyciąga agresywnie wyglądający plastikowy widelec; ale ty jesteś szybsza i chwytasz za butlę keczupu i rozlewasz ją na głowie wiedźmy z szaleńczą satysfakcją… I w tym momencie zdajesz sobie sprawę, że nadal siedzisz przy stoliku, ściskając w ręce butlę keczupu, który spływa sobie radośnie na obrus, a cała kafeja się na ciebie gapi. Tego. Ostrożnie odstawiasz keczup, kurczysz się odrobinę w sobie, heroicznie dopijasz najgorszą kawę w historii kawy, dziękujesz sprzedawczyni z uśmiechem i wychodzisz obiecując sobie, że następnym razem na pewno im pokażesz, kurde, no.

I takie buty.

Spacerem

Miasto z belgijskiej koronki / Gent

W motelu w stylu amerykańskim koleś w kowbojkach całą noc chodził wte i wewte po moim suficie, nie pospałam, ale za to napisałam w głowie krwawy horror o motelu w stylu amerykańskim, w którym niewyspana Polka morduje gości w kowbojkach i sprzedaje na organy. I jeszcze napisałam 64 haiku. Czy haiki? O wiośnie. Nie wiem, czemu o wiośnie. One chyba wszystkie są o wiośnie, tylko jedno znałam, co było o miksowaniu cementu, ale podejrzewam, że to nie było prawdziwe haiku, tylko ktoś sobie robił niesmaczne żarty, bo ludzie dzisiaj nie mają za grosz szacunku dla rzeczy wzniosłych.

Pan śniadaniowy w obskurnej kafei przymotelowej patrzy na mnie nieprzytomnie. C’est frois, zimne, powtarzam z odcieniem dumy, bo to już przecież 15 lat minęło od ostatniego lektoratu z francuskiego. Jajecznica, cieciu, zimna. W lodówce ją trzymacie? Oczy jak spodki patrzą na mnie bezradnie. Może źle wypowiad.. zaczyna Boski, ale przytomnie nie kończy.  Frois, pokazuję palcem na podgrzewacz. Pan śniadaniowy ufnie wtyka w podgrzewacz palec, ah, oui, froid! Rozpromienia się w ogromnym karaibskim uśmiechu,  po czym znika w kuchni, gdzie zostaje niechybnie porwany przez kosmitów, wniosek ten wyciągam na podstawie faktu, że już go więcej nie zobaczymy.

A Za Rogiem – w pierwszych promieniach porannego słońca, jeszcze świeże od nocnej ulewy – stare miasto. Kamienice, mosty, kanały. Takie tam te, rozumiesz, starokontynentalne. Uśmiech rozrasta się we mnie jak bańka mydlana, na te dwie godziny wyrwane z codzienności, na ten przypadkowy postój w drodze, bo przecież nie cel się liczy, a droga, to po drodze zbierasz kolory, kształty, zapachy, budynki Oper do Których Nigdy, sklepy z Prawdziwą Czekoladą dla Turystów, handlarzy rybą o poranku, średniowieczne fasady, przepraszam zgubiliście się? Nie mówicie po flamandzku? Inglisz? Spoko. Pokazać mapa. Prawy lewy zakręcony wtrójnasób potem i zaraz. Prosty, widzi? Uśmiecham się międzynarodowym uśmiechem bezgranicznej wdzięczności, myśląc, przerąbane, nigdy nie znajdziemy tego parkingu, a właśnie skończył się opłacony czas parkowania.

Możemy się w związku z tym nie spieszyć, w sumie. Patrz jakie fajne Schody Do Wody. Siędę. Będę tak tu siędzieć, aż mi tyłek przymarznie. W kokonie chwilowej szczęśliwości.

Gent

Człowiek w kapeluszu przemierza pospiesznie ulice starówki; stukot obcasów na kocich łbach jeszcze długo unosi się w powietrzu. Ciekawe, czy spał w moim motelu.

Miasto jak stara flamandzka koronka budzi się do życia.

Gent

Gent

Gent

idziesz?

sen o dolinie / niemodny ucisk w sercu

idziesz?

Czasem czuję, jakbym była zamknięta we wspomnieniu pewnego miejsca o nazwie Nevis Gorge. Cudowne więzienie, które w mojej głowie obrosło warstwami fantazyjnych dodatków, jak brytyjskie wybrzeże skorupkami ostryg.

To dolina z wodospadem w środku szkockich gór. Jestem tam prawie codziennie przed snem; siadam na kocu niedaleko od wodospadu, ze słońcem na twarzy, z plecami opartymi o drewniany schodek małej chaty. Jest wino, też, czemu nie. Czasem nawet zaszaleję z deską serów z oliwkami; ostatecznie to moja fantazja, co, kurde. Przede mną rozciąga się szerokie, płaskie dno doliny zamknięte ze wszystkich stron koroną gór; meandrująca cokolwiek leniwie rzeka błyszczy w popołudniowym słońcu. Jak to komuś wytłumaczyć, że czasem w tym zawalonym idiotycznymi nagłówkami i ludzkim szumem świecie widzisz coś tak pięknego, że stajesz w miejscu i ryczysz.

Jak wytłumaczyć komuś rozmiłowanemu w akrylowych pazurach i sztucznych rzęsach co robi z człowiekiem zapach mokrej ziemi w środku podeszczowego lasu? Jaki opisać komuś z nosem w ajfonie balon emocji, ten ucisk w sercu, kiedy patrzy się na wyzłocone późnowieczornym słońcem góry? Opowiedzieć o tym, jak już niczego więcej się dziś nie spodziewasz, i nagle za rogiem obezwładnia cię widok krystalicznie czystej rzeki wypływającej niemal z wnętrza góry; góry brunatnej, pooranej jasnymi żlebami, z czapą śniegu na głowie.

Dolina

Trudno jest pisać o miłości do krajobrazu i natury bez ryzyka ugrzęźnięcia w lingwistycznym kiczowisku. Poza tym, to niemodne. Nie na czasie. Nikogo to już nie interesuje. Zupełnie. Zupełnie..?

Popatrz tam – Alun wskazuje na horyzont ponad dachami budynków college’u – my tu w słońcu, a tam ściana deszczu. Uwielbiam patrzeć na takie ściany deszczu. Iść w ich kierunku. Nie boję się deszczu. Mógłbym tak bez końca.

Uśmiecham się pod nosem. Już dawno przypadkowa osoba nie powiedziała do mnie czegoś równie cudownie nieużytecznego.

Niemodny ucisk w sercu.

Dolina

wyspa rajskich ptaków

dscn9087-2

Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Mogę być w Azji, sądząc po tarasach uprawnych. Albo w Andach, sądząc po tych samych tarasach, bujnej zieleni i skalistych górach zachodzących błyskawicznie mgłą. To znaczy tak zakładam, bo nigdy nie byłam w Andach. Ani w Azji.  Przez cały pobyt na Maderze nie mogę się oprzeć uczuciu, że tak wiele wielkiego pięknego świata skumulowało się w tej jednej malutkiej wyspie.

Mieszkając w kraju zbudowanym głównie z mżącego deszczu doceniam każdy wyjazd w ciepłe i suche okoliczności przyrody. Ten moment, kiedy wysiadając z samolotu stawiasz pierwszy krok na dostawionych schodach i wpadasz wprost w ramiona wytęsknionego, wymarzonego słońca – i już wiesz, że tak będzie przez cały pobyt. Że to gwarantowane. Że będziesz to kochać dramatycznie, i snuć wizje wygranych w totka, które pozwolą ci się teleportować na wyspy szczęśliwe na zawsze, zbudować luksusową chatę z dachem z liści bananowca przy plaży pod klifem i heeej, la dolce vita..

dsc_1232dsc_0926

Madera to wyspa wiosny i lata. Jest ciepła, czasem upalna, ale z bryzą. Jak się nieco oddalisz od wybrzeża to i popada, i ochłodzi. Idealne warunki do wędrówek. Jest też niesamowicie górzysta; góry schodzą praktycznie do oceanu. Stąd te wszechobecne tarasy. Człowiek walczy o każdą potencjalną płaską przestrzeń na której można zasadzić bananowca. Albo dom. Góry zapewniają też deszcz; deszcz zapewnia wodę, a woda nasyca wyspę życiem. Madera jest obłędnie zielona, w odróżnieniu np. od pobliskich Kanarów albo wysp greckich.

To zielona wyspa tropikalna, oblana ze wszystkich stron niebieskim Atlantykiem, i upstrzona białymi domami z czerwonymi dachami.  To prawdziwa uczta dla zmysłów.
dsc_1264

dscn9548

Góry skrywają w sobie drzewa laurowe, wilgoć, gekony, wodospady, tajemnicze ścieżki biegnące wzdłuż levad. Levady to sekret tej wyspy.

O tym niezwykłym systemie irygacji pisałam już wcześniej, dodam tylko, że spacery ścieżkami biegnącymi wzdłuż levad to najlepszy sposób zaprzyjaźnienia się z wyspą. Szczególnie kuszące są szlaki towarzyszące levadom górskim. Prowadzą cię wijącymi się urwiskami w głąb wyspy, do jej serca, pozwalając poczuć jej rytm, zrozumieć, nawiązać kontakt.

 dsc_1033dscn9604

Stworzyć system komunikacji dla takiej górzystej wyspy nie jest łatwo. Dopiero gęsta sieć tuneli umożliwiła sprawne i w miarę szybkie przemieszczanie się nie tylko między krańcami tej niedużej wyspy, ale nawet między sąsiednimi wsiami. Tunele wprowadzają za to kompletny chaos w życie gps-ów. Przykłady instrukcji otrzymywanych od starego poczciwego tomtoma:

  • Skręć w lewo. Najprawdopodobniej.
  • Jest co najmniej 50% szans, że za tym tunelem będziesz skręcać w prawo.
  • Jezusmaria, widziałaś to??
  • Za sto metrów dojechałaś na miejs.. taaak, hm, tego..
  • Czy to Niemcy??
  • Zwariowałaś, nie jadę tam.
  • Skręć w lewo. W lewo. W lewo, cieciu!! Oj, sori, miałem na myśli to drugie lewo.
  • Wydaje mi się, że byliśmy już dziś w tym tunelu. Dwa razy.
  • Wiedziałem, że to Niemcy!

Obecnie nawigacja twierdzi, że cierpi na zespół stresu pourazowego i odmawia wychodzenia z domu.

Na szczęście Madera jest tak mała, że trudno się tak naprawdę zgubić.

1
Kilka innych rzeczy typowych dla Madery.

To Portugalia, więc oczywiście kraj drzew korkowych. Od kiedy wina zamyka się zakrętkami, główny produkt eksportowy tego kraju stracił na wartości. Trzeba było coś wymyślić, więc wymyślono produkcję gadżetów na potrzeby turystów (Madera w ogóle dopiero przysposabia się do masowej turystyki, co jest kolejnym z jej atutów. Mam nadzieję, że ten stan wpółdrogi pozostanie jak najdłużej). Drugi produkt flagowy Madery to banan. Drzewa bananowe są wszędzie; z banana, w odróżnieniu od korka, nie da się zrobić sandałów i magnesu na lodówkę, ale jako owoc eksportowy nie traci na popularności. Co jeszcze; ciacha tu lubią. Kawę. Ich leżakujące przez dekady wino jest słynne na cały świat. Lubią poncz, mocny jak diabli. Mają drugi najwyższy klif na świecie, Cabo Girão, bagatelka, 580m. Można sobie popatrzeć w dół przez przeszkloną podłogę, jak kto, prawda, ma chęć.

dscn9653dsc_1271

Ciekawostka: Madera ma niewiele piaszczystych plaż, więc kompensuje to kompleksami basenów z wodą morską. Bardzo fajny pomysł; piscinas można spotkać głównie na północy wyspy, a wstęp na nie jest tani jak przysłowiowy barszcz.

dscn9196 dscn9797

Nie będę tu pisała o tzw. atrakcjach, must-see itp. Znam siebie, wyszłyby z tego kilometry tekstu. Wychodzę z założenia, że każdy kto planuje wyjazd jest w stanie zaopatrzyć się w przewodnik albo pogrzebać w internecie.  Wyspę można objechać w jeden dzień. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ale nie o to chodzi przecież. Zamiast, jak nakazują przewodniki, spędzać cenny dzień czy dwa w stolicy, Funchal, podążaj za levadami, gekonami, dzikimi kamienistymi plażami, kup owoce od przydrożnego sprzedawcy, wetrzyj w nadgarstki olejek wyciśnięty z liścia przydrożnego eukaliptusa. Zamieszkaj gdzieś w hotelu na końcu drogi, otoczonym szumem Atlantyku i śpiewem cykad. Pozwól tej wyspie zamknąć się w ramionach i odpędzić od ciebie wszelki stres życia codziennego.

I wypatruj rajskich ptaków.

dsc_1280

I nie ma tu komarów. Serioserio.