[jedyne takie miasto]

•15/08/2016 • 6 komentarzy

g8

Ciemna brama wygina się sennie w koci grzbiet. Za bramą złote światła i deszcz zmieniają świat w mokrą bajkę na dobranoc; jest w niej coś o brukowanych ulicach i smętnym saxofonie, i o tym jak deszcz pluje do fontanny. Ktoś biegnie z kimś drugim, śmieją się. Sprzedawca róż opiera twarz na dłoniach i wpatruje się smętnie w kałuże. Koleś koło mnie pali papierosa. Stoimy tak dłuższą chwilę, zapatrzeni w ten deszcz, jakby wyjęci z teraźniejszości, on z tym papierosem, ja z niejasnym przeczuciem alternatywnych wszechświatów, i możliwości ukrytych tuż pod powierzchnią, na wyciągnięcie ręki; próbuję je złapać, ale umykają, splatają się z dymem papierosowym i ulatują na zawsze, nigdy niesprecyzowane.

g11

Rano budzi mnie słońce na twarzy. Jest mi dobrze. Tak dobrze już dawno mi nie było. Słyszę jak za oknem pierwsze statki ruszają w górę rzeki. Przez dłuższą chwilę pozwalam słońcu puszczać zajączki przez siatkę rzęs, w końcu otwieram oczy. Mieszkanie w starej kamienicy jest jasne, radosne; na ścianie pod sufitem odbija się falująca za oknami rzeka. Na zewnątrz pierwsze głodne stopy kłapią po deptaku w poszukiwaniu śniadania. Wychodzę na zalaną słońcem ulicę. Inne kamienice też budzą się do życia: dzień dobry, guten morgen, גוט מארגן – mówią kamienice uśmiechając się do siebie rozwartymi na oścież oknami.

g3

g1

g4

g2

g5

Potem trzeba będzie się oganiać od natrętnych sprzedawców bursztynów; brońbosz nie wolno nawiązywać kontaktu wzrokowego. Dowiem się, że to miasto muzyki. Czerwonych dachów na których wylegują się gargulce, które mają pamięć dłuższą od najstarszych górali, guten morgen, גוט מארגן, dzień dobry. Dwadzieścia lat zabrało mi dotarcie do ciebie, miasto. Co to jest 20 lat, śmieje się srebrny dzwon ratuszowy. Ja pamiętam wolne miasto i żurawie, spichlerze pełne towarów, tkaniny z obcych krajów, bursztynowy szlak i wielojęzyczny gwar kupców. Pamiętam też jak przyszli i powiedzieli: od dziś nienawidzisz sąsiada swojego.

DSC_8759

DSC_8746

DSC_8786

A wieczór znów powita gwarem kawiarnianym i dźwiękami saksofonu, wiolonczeli, harmonii. Ponad rzędem starych kamienic rozłoży się tęcza idealna, a nad nią druga. Obejmą te kamienice kolorowymi ramionami jak czułe matki. Jednocześnie zachodzące słońce przebije się przez granatowe podeszczowe chmury i wyzłoci je niesamowitą poświatą. Przechodnie będą się zatrzymywać w zdumieniu, połączeni dziwną wspólnotą w obliczu czegoś wyjątkowego. Też stanę, chociaż tak naprawdę to spadnę na dno czarnej rozpaczy. Bo jedyny obiektyw zdolny oddać sprawiedliwość zjawisku został w domu. W bramie obok, jakże adekwatnie, grają na skrzypcach melodię z Requiem dla Snu.

Ale czasem wystarczy się odwrócić, i okazuje się, że magik-życie ma coś tam jeszcze na dnie kapelusza. ten

Potem można jeszcze długo chodzić tu i tam, przyjemnie bez celu, wsłuchując się w puls miasta, unikając kontaktu wzrokowego z natrętnymi sprzedawcami bursztynów.

31

gd22

DSC_8575

gd45673Tyle lat mieszkam za granicą, że w Polsce czuje się coraz częściej jak turystka. Zdarza mi się bezwiednie mówić w sklepach po angielsku. Ale to miasto, to miasto dotyka we mnie czegoś dogłębnie polskiego; takiego polskiego, które nie wyrzuca poza nawias, szanuje odmienność i żyje z sąsiadem jak z człowiekiem. Jeszcze tu wrócę.

Nawet nie wiem kiedy przyczepił się do mnie kot z bursztynowymi oczyma. No co zrobić; nieopatrzny kontakt wzrokowy pogrzebał szanse na ucieczkę. Tymczasem już dobrze po północy, wszystko powoli cichnie, nocne powietrze przyjemnie wypełnia płuca. אַ גוטע נאַכט, guten nacht, dobranoc, szepczą kamienice. Gasną uśmiechy okien.

DSC_0455

arbuz

•21/05/2016 • 6 komentarzy

31

Samochód pnie się mozolnie po żwirowej drodze; profesor z wnusią zabrany na stopa ma na sobie czarny wełniany płaszcz i długie czarne spodnie. Jestem profesorem z LA, mówi profesor. Przyjechałem na sympozjum profesorów. Acha, kiwam głową. Wnusia jest prześliczna. Wiesz, że to na co patrzysz to w sumie katastrofa ekologiczna? Informuje profesor, najwyraźniej wciąż w gorączce sympozyjnej. Kiedyś tu wszędzie rosły lasy, ale przyjechali Wenecjanie i przerobili je na flotę, która potem – subsequently – zatonęła. W takim razie to najładniejsza katastrofa ekologiczna jaką widziałam – uśmiecham się. Wnusia nic nie rozumie, ale też się uśmiecha. Cudnym uśmiechem bez jedynek. Profesor ociera pot z czoła. Na skutek nieodpowiedzialnej gospodarki rabunkowej struktura geologiczna wyspy również uległa zaburzeniu, dodaje. Stare dzieje, wtrąca trzeszczący pod kołami żwirek.

27

Szukamy ukrytej plaży. Nie wiem jak ją znajdziemy, skoro jest ukryta, mówi mi do ucha Tinker, która siedzi na moim ramieniu. Ukryte z definicji zawiera możliwość odnalezienia, odpowiadam tajemniczo, tak tajemniczo, że sama nie rozumiem. Skaczemy po skałkach. Nigdzie nie ma żywej duszy, jedynie profesor w oddali studiuje w skupieniu życie codzienne i zwyczaje godowe kreteńskich głazów narzutowych. Wygląda jak wielki czarny wielbłąd z kolorowym motylem wnusi przy nodze. Przedzieramy się przez kolczaste krzaczory. Podrapane łydki przeżywają sentymentalny skok w czasie do dzieciństwa siniaków i blizn eksploracyjnych. S. wyjmuje kolec z ucha. To prawdziwy dar umieć znaleźć kolec w uchu przy krzaczorach o wysokości 30 cm. Podziwiamy z należytym szacunkiem. Po chwili wychodzimy prosto na srebrny piasek dzikiej plaży. Woda jest turkusowo-szmaragdowa i całkowicie przejrzysta. Japierdolę, wzdycha Tinker, znana z szerokiego wachlarza środków ekspresji. Czujesz jak bardzo tu jesteśmy? Teraz? Woda zatoki błyszczy figlarnie. To chyba najładniejsza zatoka w okolicy, co jest naprawdę sporym komplementem w kraju złożonym głównie z ładnych zatok. Opadamy wdzięcznym plaszczakiem na piaseczek i leżymy prawie godzinę, ubrani jedynie we własne wyobrażenia o sobie, od czasu do czasu przewracając się na drugą stronę jak krokiety na patelni. Słońce wkrada się do krwioobiegu i rozlewa płynnie po całym ciele. Marzę, żeby każda minuta trwała dwa lata.

26

Gdybyś miała powiedzieć czego ci teraz brakuje do szczęścia.? Pyta Tinker wyczesując palcami ciepły piasek z włosów i śledząc rozleniwionym wzrokiem rozbłyski słońca na wodzie. Chciałabym, żeby ludzie byli dla siebie milsi, a na świecie zapanował pokój. I jeszcze chciałabym takiego soczystego arbuza.

 

wszechświat równoległy

•17/03/2016 • 14 komentarzy

DSCN6076

Od lat po drodze na ulubione klify mijam brązowy drogowskaz z napisem Ewenny Priory. Zajechaliśmy tam raz, dawno temu, ale wszystko było pozamykane, a ogrody i budynki okazały się własnością prywatną i nie było do nich wstępu. Jedynym dostępnym elementem składowym całości był cmentarz. Po którym dostojnie spacerowały.. pawie. Również własność prywatna.

Dziś jak zwykle minęłam brązowy znak. I przypomniało mi się, że kilku obieżyświatów ze Swansea wspomniało na fb o zamiarze odwiedzenia opactwa, więc.. skoro już tu jestem i mam jeszcze godzinkę.. Zawróciłam. Ewenny to mała wioska. Kamienne murki, kamienne domy, pola, owce. Do opactwa prowadzi wąska droga z mijankami, przy budynkach opactwa są miejsca parkingowe. Widzę zaparkowane samochody; ciekawe czy to oznacza, że tereny opactwa będą dostępne..

Nie są. Ale za to otwarty jest kościół przylegający do starych kamiennych murów opactwa. Z wnętrza dochodzą jakieś hałasy; idę. Okazuje się, że w środku trwa wielkie wiosenne sprzątanie. Buczą odkurzacze, śmigają ścierki; w środku krząta się jakieś 7-8 osób. Hello! uśmiecha się do mnie drobna krótkowłosa blondynka koło 50-tki. Pytam czy mogę wejść, jak najbardziej, odpowiada. Ktoś oferuje mi miotełkę do kurzu, wszyscy się śmieją.

pri

Kościół jest nieduży, ładny i zadbany. Siedzę chwilkę podziwiając kamienne łuki i drzwi z bladoróżowego drewna. Blondynka podchodzi i mówi, przepraszam, że przeszkadzam, ale przez te drzwi można przejść do krypty, chcesz zobaczyć?

No ba. Blondynka prowadzi mnie do środka i zaczyna opowiadać. O tym, że w zeszłym roku świętowali 900-lecie (!) kościoła. Że kościół był kiedyś silnie związany z rodziną, która mieszka obok, i łaskawie* posiada wszystko dookoła (*sarkazm mój). Rodzina nazywa się Picton-Turbervill i podobno, jak mówi mi blondynka z odcieniem lokalnej dumy, mieszka tu od 1000 (!) lat. Na ścianach kościoła pełno jest tablic upamiętniających jej najróżniejszych bohaterskich członków poległych sobie to tu, to tam. Podziwiam z należytym entuzjazmem. Blondynka zamyśla się przez chwilkę i dodaje z odcieniem żalu: ale już nie przychodzą do kościoła tak często jak kiedyś.

Blondynka jest w widoczny sposób dumna ze swojego kościoła. Wiesz, tu jest taka fantastyczna akustyka, mamy tu koncerty i każdy artysta zarzeka się, że w lepszym miejscu nigdy nie występował. Ja 20 lat mieszkałam we Francji i Francja się po prostu nie umywa do Ewenny (tu uniosłam lekko brwi). A tu patrz, oto reprodukcja obrazu Williama Turnera, który artysta namalował tu właśnie, w tym miejscu gdzie stoisz. Popatrz jakie piękne światło. Wtedy krypta popadała w ruinę, służyła za kurnik i chlew, dzisiaj sama zobacz. Chyba dobrze się nią opiekujemy, uśmiecha się; w kącikach oczu pojawiają się urocze zmarszczki.

turner

A tę szklaną ściankę wykonał (tu z nabożeństwem zapodaje jakieś ukraińsko brzmiące nazwisko i patrzy na mnie oczekując reakcji. Z zapałem kiwam głową przyglądając się ściance jakby była wykonana co najmniej przez Leonarda). Nagle przypomina sobie o czymś niezmiernie ważnym: kilka lat temu odwiedził nas książę Karol!

photo: wales online

A tam zobacz, szklane kafle wykonane przez Caitlin, dziewczynę z Ewenny Pottery. Córkę tego tam, z miotełką. Ich rodzina też tu mieszka od dawna. Od dwustu lat. To najstarsza pottery (pottery oznacza garncarstwo) w Walii.  Znam to miejsce. Kiedyś kupiłam u nich ręcznie robiony dzbanuszek. I drugi, czerwony, dla znajomej Holenderki. Bardzo jej się podobał.

pot

Blondynka zostawia mnie w krypcie i wraca do sprzątania. Stoję sobie podziwiając fragmenty starych celtyckich krzyży i kamienne łukowe sklepienia; z kościoła dobiega śmiech i przekomarzanie się, słońce wpada do środka przez malutkie okienka rozbijając się na świetlne smugi.

Wiesz, mam wrażenie, że na chwilę dane mi jest zerknąć za kamienny płot starego świata. Którego mieszkańcy żyją jakby równolegle do głównego nurtu, w swoich wielkich ziemiańskich domach, mają psy pasterskie z którymi chodzą na długie spacery w kaloszach i kufajkach, i prawdopodobnie lubią polowania. Blondynka też należy do tego świata. Świadczy o tym nie tylko fakt, że ładnie się wyraża, że wrodzona brytyjska powściągliwość typowa dla wyższych klas społecznych powstrzymuje ją od niegrzecznego ‚skąd jesteś’.. ale przede wszystkim fakt, że dziś czwartek. Normalni ludzie są w biurze 9-17. W fabryce. W ciężarówce. Blondynka lata z miotełką po kościele w czynie społecznym dla swojej parafii.

Niedaleko stąd znajduje się wioseczka Merthyr Mawr ze swoimi cudownymi kolorowymi domami krytymi strzechą, kamiennymi płotkami.. i majątkami pochowanymi tu i ówdzie, z dala od wścibskich spojrzeń pospólstwa. Państwo hrabiostwo, państwo baronostwo, równoległy świat, który nigdy nie przetnie się ze światem 9-17.

To ten sam świat z którego pochodzą oderwani od rzeczywistości zwykłego zjadacza tosta z marmoladą brytyjscy Torysi. Wielka Brytania nigdy nie miała rewolucji społecznej na miarę francuskiej. Stary bogaty świat ma się bardzo dobrze thank you very much, odcięty od ‚tych ludzi’, zabezpieczony układami i powiązaniami płynącymi głęboko, głęboko pod skórą kraju od setek lat. To wciąż społeczeństwo klasowe, mimo, że demokrację, równość i co tam jeszcze ma na sztandarach. Na co komu w demokracji monarchia? Born to privilege, co tłumaczy się dosłownie jako urodzony w przywileju, powinno odejść w końcu do lamusa historii, jeśli chcemy mówić o prawdziwie sprawiedliwym społeczeństwie równych szans.

Rant over.. A do kościoła sobie pojedź, wystarczy pół godzinki. Jest otwarty codziennie. Jako bonus uprzywilejowane pawie na przykościelnym cmentarzu pokrzykujące na siebie i prezentujące majestatyczne ogony.

Blondynka macha do mnie, ściskając w drugiej dłoni ucho od pękatego porcelanowego czajniczka. Przerwa na tea and cake, everyone.. Stary świat ma swoje urocze słabostki. Trochę szkoda, że już muszę iść.

DSCN6058

 

wiertarka

•14/03/2016 • 3 komentarzy

Korzystając z dnia wolnego poszłam sprawdzić czy mnie nie ma w rezerwacie Za Rogiem. I wyobraź sobie, byłam..! Mało tego, był również mój termos z gorącą herbatą z cytryną. Życie jest jednak pełne uroczych niespodzianek.

bl

Taka sytuacja. Na mojej ulubionej Drewnianej Ławie Koło Stawu rozsiadł się Rudy. Podchodzę bliżej. Zajęte, spadaj cieciu, informuje mnie Rudy życzliwie. Posuń się troszkę, przecież się zmieścimy, podejmuję próbę uprzejmej negocjacji. Nie, odburkuje z wnętrza Rudego, który jest znany ludziom od obserwacji ptaszorów ze swojego lwiego serca i oślego uporu. Siadam mimo wszystko, ignorując rzucane mi mordercze spojrzenia. Wyciągam termos. Rudy, lew i osioł przyglądają się tej czynności z widoczną rozterką. Po chwili lew podskakuje bliżej i dziobie w plecak. Dawaj tego batona energetycznego z ziarnem. Tu schowałaś. Przecież wiem. Wzdycham z rezygnacją i wyciągam batona, kładę ziarnko na dłoni. Wziął. Przełknął. Spojrzał na mnie z ukosa, ale jakby łagodniej. No dobra, możesz tu ewentualnie chwilę posiedzieć, mówi. I tak miałem wpaść do Cześka po wiertarkę. Ciao.

 rudy

wsiąść do pciągu bylejakiego

•28/02/2016 • 5 komentarzy

DSC_1240

6:56 do B. Zamykam oczy, pciąg rozpędza się i po kilku sekundach płynnie wchodzi w tryb monotonnej kołyski. 9 minut i już wiem, co będzie za chwilę. Tuż za stacją wpadnę na szefa, który radośnie oznajmi, że wszystko się wali! Softłer nie działa, i hardłer nie działa, a czynnik ludzki nie zawiódł tylko dlatego, że się rozchorował. Szef nie sypia po nocach, więc dłubie zdalnie w systemie próbując naprawiać ciągłe mniejsze i większe czkawki systemowe; to sens jego życia. Z żoną rozmawia przez fejsa. Troubleshooting! Oznajmi szef entuzjastycznie już za chwilę, już za 9 minut.  Znowu.

Czuję jak budzi się we mnie koci, przeciągający się z pomrukiem sprzeciw. Nie mam dziś na to ochoty. Odwalcie się wszyscy i wasz niekończący się troubleshooting też.

Chyba zostanę sobie w tym pciągu. Zobaczymy, dokąd jeżdżą pciągi byle jakie.

Strzelam palcem w mapę na telefonie. Kupuję bilet. Przez następne 2.5 godziny dwukrotnie się  przesiadam. Stacyjki są coraz mniejsze i coraz bardziej urocze. Wiesz, mają te takie wiktoriańskie żelazne wsporniki zdobione w różne kształty i kolory. Z każdą następną stacyjką ubywa pasażerów i przybywa słońca za oknem. W pewnym momencie zostaję całkiem sama w całym ogromnym przedziale First Great Western przecinającym niespiesznie Gloucestershire. Za oknem falują zielone wzgórza. Zrzucam buty. Opatulam się w przytulny wełniany szal. Dopijam kawę. Nigdzie się nie spieszę. Nikt nie wie gdzie jestem, wskoczyłam na chwilę w równoległy wszechświat. W którym wedle uświęconych porządków codzienności w ogóle nie powinno mnie być. Może tak naprawdę mnie nie ma..? Przede mną niewiadoma, a za mną pośpiech i nawalający softłer. Bezwstydnie skradziony życiu moment totalnej wolności.

Polecam.DSC_1247

 

mosty, promy, światy

•24/01/2016 • 4 komentarzy

woman in red

Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

Tu i ówdzie nad mikroskopijną przystanią zalegają jeszcze drobne łatki wilgotnej mgły. Dookoła nie ma nikogo oprócz Tej w Czerwonym. Dopala porannego papierosa na jednej z drewnianych ławek należących do kafei obok; patrzy nieobecnym wzrokiem na zakręt za którym znika rzeka. Nawet nie zauważa, że wszechobecna wilgoć bawi się jej włosami skręcając je w malownicze makarony. Prom na drugą stronę rzeki Wye z nie do końca jasnej przyczyny dziś nie kursuje; kołysze się melancholijnie przy pomoście pokryty kropkami wody jak wysypką.

Mówiąc prom.. Wyobraź sobie niedużą płaskodenną łódkę z ławkami wzdłuż obu burt, przeciąganą ręcznie na drugą stronę za pomocą grubej liny. Obecnie lina spoczywa sobie na dnie rzeki, zatopiona pod ciężarem nie do końca jasnych argumentów przestojowych. Jedynym pasażerem promu jest osowiały czerwony plecak. Prom nazywa się ancient foot ferry, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza stary stopa prom. Już mam iść, kiedy nagle wychwytuję kątem oka jakiś ruch. Odwracam głowę. Zasadzony na wielkiej kurzej stopie prom skacze przez rzekę na drugą stronę z piszczącymi pasażerami kurczowo uczepionymi ławek i desperacko próbującymi zachować godność w obliczu jednoczesnego działania sił odśrodkowych jak i wręcz przeciwnych. Pan Promowy o wyglądzie Jokera zanosi się od chichotu i trzaska polaroidowe zdjęcia, które wpycha pozieleniałym pasażerom do kieszeni. Klik, klik, trzaska Pan Promowy.

Kropla deszczu spada mi na nos. Prom znika. Joker rozpływa się w powietrzu jak uśmiech kota z krainy czarów. Piski pasażerów cichną w oddali. Ruszam wzdłuż rzeki na wyprawę Po Most.

sy

Drzewa są w większości gołe; nie da się ukryć, że dominującym kolorem w lesie jest obecnie gnijący brąz i szarość; na szczęście przynajmniej trawa jest w tym kraju nasycona głęboką zielenią. Jedyny pożytek z uporczywego deszczu. Ten specyficzny zapach świata w wilgotnych popiołach, tuż przed odrodzeniem się, działa uspokajająco jak wizyta na polskim cmentarzu w listopadzie. Minus rodzina i statystyki wypadków śmiertelnych pod wpływem świętowania tradycji. Ślizgam się na błotnistych ścieżkach. Jest Most. Mosty łączą brzegi. Czasem ludzi. Świat jest pełen mostów, a jednak tak wielu ludzi pozostaje tylko po jednej stronie.

sy4

Może dlatego, że mosty skrzypią. I ruszają się. A pod nimi płyną rwące rzeki. Albo tylko sześć osób na raz może przejść. Sześć osób z sześciu miliardów. Matko, w tym tempie nigdy do siebie nie dojdziemy.

Wracam do punktu wyjścia. Ta w Czerwonym znowu siedzi. Przygląda mi się przez chwilę i bez słowa podaje swojego papierosa. Patrzymy sobie. Uśmiechamy się lekko. Dwie konspiratorki.

________________

Więcej na temat tej malowniczej okolicy tutaj.

jeszcze tyle

•07/01/2016 • 4 komentarzy
  • każdy umie kochać, tylko nie każdego

Stanąć któregoś dnia u progu tego wszystkiego, spojrzeć z wysoka, zrozumieć, przeciąć. Zacząć od nowa, śmiać się, dużo się śmiać, chodzić po wyłysiałych górach i płowych dolinach w butach na grubej podeszwie; chodzić z dłońmi miękkimi i ciepłymi jak wtedy, kiedy miałaś 17 lat a 40 było synonimem jednej nogi w grobie. Tak dawno nie śmiałaś się z całego serca; ostatnio jak próbowałaś to skończyło się na czterech fajkach i półgodzinie kaszlu.

Jak ty mi nie podasz ręki, to nikt mi nie poda. Będę wisiała jak kokon pod tym poskręcanym drzewem, w deszczu, aż porosną mnie mchy. A jeszcze tyle mogłoby ze mnie wylecieć fajnych rzeczy. Kolorów. Półprzymkniętych oczu.

bw2

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 124 obserwujących.

%d bloggers like this: